70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nieznany Stanisław Stomma

Stomma urodzony pod zaborami jako poddany cesarza Rosji, obserwujący najpierw zmartwychwstanie, a potem rozbiór Polski, znał cenę własnego państwa, nawet wtedy – a może zwłaszcza wtedy – gdy było ono niesuwerenne.

Stanisław Stomma nie zadbał o pozostawienie po sobie książek. Wyjątek uczynił dla swej publicystyki „popaździernikowej”, którą zebrał w wydanym w 1960 r. przez Wydawnictwo Znak szczupłym tomie Myśli o polityce i kulturze. Dwadzieścia lat później ogłosił szkice historyczne o stosunkach polsko-niemieckich Czy fatalizm wrogości?, a w czasach wolnej już Polski dwie książki o charakterze głównie wspomnieniowym: Pościg za nadzieją (1991) i Trudne lekcje historii (1998). Taka jest – jeśli nie liczyć rozprawy naukowej z dziedziny prawa – całość dorobku pisarskiego Stommy. Przy czym nigdy też nie sporządzono najszczuplejszego choćby wyboru jego wystąpień publicznych. Dlatego trzytomowe Pisma wybrane, opracowane przez Radosława Ptaszyńskiego, a wydane przez Universitas, ukazują Stommę właściwie po raz pierwszy.

 

I

Nowością jest tu prawie wszystko. Teksty dotąd rozproszone, publikowane w pismach macierzystych, „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku”, sąsiadują z artykułami z „Więzi”, „Niedzieli”, „Tygodnika Warszawskiego”, czy „Przeglądu Kulturalnego”, z przedwojennych pism „Słowo”, „Pax”, „Kurier Wileński”, „Głos Narodu” i „Polityka”, z pism współczesnych, jak „Gazeta Wyborcza”, czy „Lithuania”, nawet z organów o obiegu wewnętrznym, jak „Biuletyn Małopolski” Unii Demokratycznej. Jeżeli nawet część tych tekstów pozostawała znana (a przecież olbrzymia większość była zapomniana i trudno dostępna), to dopiero teraz, wchodząc w związki z pozostałymi, nabrała nowych znaczeń, stworzyła nową, spójną jakość. Dodajmy, że wielu utworom przywrócono ich wersję autorską, sprzed ingerencji PRL-owskiej cenzury. Jest tu też szereg artykułów, o których istnieniu nie mieliśmy dotąd pojęcia – zostały one wydobyte z rękopisów.

 

Zaskoczenie, zdziwienie – takie niewątpliwie będą czytelnicze reakcje. Na przykład w tomie pierwszym, obejmującym okres od listopada 1931 r. do września 1939 r., z nieoczekiwaną siłą rozbrzmiewa antykomunizm młodego Stommy. Roi się tu od określeń typu „barbarzyński imperializm bolszewicki” (I, 219), „talmudyzm marksowski”, komunistyczna „parodia demokracji” (I, 231)… W dodatku ta postawa wydaje się prymarna, zasadnicza, i chyba także z niej bierze się społeczna wrażliwość Stommy, chwilami o obliczu wręcz lewicowym, w której, jak Żeromski, chce się „zabiec drogę komunizmowi”. Ale przy przedstawianiu „walki świata pracy z supremacją i wyzyskiem kapitału” (I, 151), przy piętnowaniu „wilczych metod” nacjonalizmu (I, 139) pojawiło się z czasem u Stommy zrozumienie, może wręcz sympatia, dla prawicy właśnie, dla programów nacjonalistycznych, nawet dla faszyzmu. Jednak i tutaj podłożem ideowym był zawsze antybolszewizm. Widzimy więc zarówno solidarność z Japonią w jej agresji przeciw Chinom (I, 199), jak i sympatię do gen. Franco (I, 210, 249), zarówno tendencję antyżydowską, wyraźną w sformułowaniu „walka z Żydami to jeszcze nie antysemityzm” i zrozumieniu dla „konieczności likwidacji Judeo-Polski” (I, 243), jak też słowa, brzmiące z dzisiejszej perspektywy wręcz humorystycznie: „Ruchy faszystowskie wnoszą w życie międzynarodowe nowy element, który dla pokoju ma znaczenie dodatnie” (I, 182).

 

Te teksty czyta się więc dziwnie, choć też ze świadomością, że autor był dziecięciem swego czasu – w końcu nawet jego przyjaciel z „Odrodzenia”, Jerzy Turowicz, pisał wtedy o pożytku z „towarzyskiej czy kulturalnej izolacji” Żydów, a Juliana Tuwima określał mianem „żydowskiego poety piszącego po polsku” (Pisma wybrane, t. I, s. 319 –320). A przecież i Stomma, i Turowicz już wtedy dystansowali się od tendencji dominujących w polskim społeczeństwie.

Stomma, jeżeli nawet akceptował nacjonalizm, to tylko „chrześcijański”, tylko „oparty na miłości bliźniego”, tylko taki, gdzie „prawa, które przyznaję swojemu narodowi, muszę też przyznać i innym narodom” (I, 259).

Bo też pancerzem chroniącym przed ześlizgnięciem się w prawicowy radykalizm był zawsze uniwersalistyczny katolicyzm. „Katolicy prawie we wszystkich państwach – pisał Stomma w roku 1935  – idą na pasku różnych grup i doktryn społecznych, obiecujących różne zdawkowe koncesje, które jednak w założeniach, u podstaw są doktrynalnie niechrześcijańskimi, dla których owe koncesje na rzecz katolicyzmu są tylko wygodną kombinacją polityczną. Exemplum: mezalians katolicyzmu z endecją w Polsce” (I, 151). I w parę tygodni później precyzował: „Dążenia do realizacji tych wielkich spraw nie powinny być wiązane z żadnym katolickim ruchem społecznym. Byłyby to ramy zbyt ciasne, i jak już wykazało doświadczenie, zbyt kruche” (I, 157). Postawa antybolszewicka i frazeologia endecka skojarzone z przedprożem powojennego Znaku? Takie materii pomieszanie widać dopiero z dzisiejszej perspektywy.

 

Przed ześlizgnięciem się w stronę nacjonalizmu chronił też Stommę kult Józefa Piłsudskiego oraz racja stanu ówczesnego, wielonarodowego państwa. W artykule z roku 1937, w którym (skądinąd za Piłsudskim!) pisał Stomma, że „zasadnicze tendencje społeczeństwa żydowskiego szły przeciwko nam”, pojawia się przecież postulat wykorzystania Żydów do możliwej w przyszłości walki z Hitlerem, w tym także do kształtowania przychylnej Polsce atmosfery międzynarodowej, oraz w konsekwencji apel o zaprzestanie praktyk antysemickich (I, 186–189). Gdzie indziej zaś Stomma zauważa: „Nie widzimy potrzeby walki z kulturą żydowską jako taką, ani nie rozumiemy wstrętów rasowych” (I, 243). Z kolei w roku 1938 podkreśla: „Rozwój katolicyzmu nie wymaga proskrybowania prawosławia. Katolicyzm ma dość siły własnej, by promieniować i zdobywać” (I, 279).

 

Te ostatnie słowa padły w okresie burzenia cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie i Wołyniu. Stomma nie wzmiankuje o tym ani słowem, czy jednak w tej właśnie sytuacji nie pojawia się u niego postawa Europejczyka i obywatela, każąca nawet polską rację stanu usunąć na dalszy plan? Jak bowiem można było pogodzić w tym czasie integralność terytorialną Rzeczypospolitej z wezwaniem, by „uznać prawo Ukraińców do niepodległości” (I, 259)? Potem postawa Stommy nie okazała się już tak radykalna, ale jeszcze latem 1939 apelował on, by „zapewnić niczym nie krępowany rozwój narodowy ludności ukraińskiej”, by „dać Polsce nowego [ukraińskiego] sojusznika” (I, 339–343). Można żałować, że ta proukraińskość nie doczekała się kontynuacji w latach powojennych. Lecz przecież w Polsce rządzonej przez komunistów nie było i tak na to szans.

 

Dlatego więc prawicowość młodego Stommy jest, jak sądzę, względna. Miała ona przede wszystkim charakter werbalny i taktyczny, służyła stępianiu radykalizmu. Stomma nazwał po latach swe ówczesne nastawienie „zezowaniem na prawo”. Czy jednak nie przez to właśnie „zezowanie” nabrał, cechującego go potem przez całe życie, urazu antyendeckiego? Czy obserwując międzywojenną prawicę, nie zobaczył w niej przypadkiem zbyt wiele?

 

II
Problem czytelniczego odbioru pojawia się także – i przede wszystkim  – przy lekturze tomu drugiego, zbierającego publicystykę powojenną, oraz tomu trzeciego, przedstawiającego dorobek pisarski ostatnich 30 lat życia. Kłopoty z odbiorem przewidywał sam Stomma. „Z niepokojem i troską  – pisał w Pościgu za nadzieją –  oddaję w ręce czytelnika tę książkę, zawierającą refleksje na temat formowania się moich poglądów, jak też późniejszej działalności politycznej w ramach Polski Ludowej. Z niepokojem i troską, boć przecież pisałem ją przed rokiem 1989, a więc – przynajmniej gdy chodzi o Polskę – w zgoła innej epoce i traktuję w niej o sprawach już skończonych, zamkniętych, już błyskawicznie przerzuconych na tamten brzeg historii, od którego szybko się oddalamy. Układy na tamtym brzegu panujące tworzyły swoisty kształt świata, który się szybko rozsypał, skończył”. Edycja Ptaszyńskiego jest zaproszeniem do tego świata. Czego więc dowiadujemy się o Stommie?

Przede wszystkim tego, że był państwowcem. To słowo nic dziś nie znaczy, Stomma jednak, urodzony pod zaborami jako poddany cesarza Rosji, obserwujący najpierw zmartwychwstanie, a potem rozbiór Polski, znał cenę własnego państwa, nawet wtedy – a może zwłaszcza wtedy  – gdy było ono niesuwerenne. Dlatego wyrażał przekonanie, „że tragiczne doświadczenia przeszłości obrzydziły narodowi maksymalizm polityczny”, uznawał konieczność „przekreślenia zasady maksymalistycznej: albo wszystko, albo nic”. „Wolimy cokolwiek niż nic” – deklarował (II, 310). I pisał: „W sporze historycznym Lublin – Londyn wygrać musiał Lublin. Wymagała tego polska racja stanu. (…) Byt nowego państwa jest zabezpieczony, zagwarantowane bezpieczeństwo, nienaruszalność granic. Można życie układać w dalekiej perspektywie. Wielka operacja historyczna 1944 była bardzo ciężka, niezwykle bolesna; w rezultacie pacjent jest zdolny do życia” (II, 630). Akceptacja państwa powojennego okazała się więc kluczowa. Wszak PRL realnie istniał, posiadał uznanie międzynarodowe, nie było dlań alternatywy, a dla narodu owa akceptacja stanowiła co najmniej punkt wyjścia. „Stan stabilizacji – pisał Stomma – osiągnęliśmy dopiero teraz, w Polsce Ludowej. A fundamentem tego nowego układu jest sojusz ze Związkiem Radzieckim. (…) Jest to fakt prosty jak 2 razy 2 = 4, tylko Związek Radziecki jest za naszą granicą na Odrze i Nysie” (II, 198). A potem precyzował: „Polityka nie jest fantazjowaniem. Polityk musi liczyć się z działaniem koniecznych praw historycznych. Decyzją swoją nie może wybierać kombinacji dowolnej, a tylko jedną z możliwych” (II, 311).

Przy takiej postawie był Stomma zdecydowanym krytykiem powstań. Oczywiście tych tylko, które wywoływano bez rachuby politycznej, bo działania Piłsudskiego z roku 1914 oceniał wysoko. Starał się też nie ranić wrażliwości rodaków, gdy bowiem zauważał, że w momencie wybuchu insurekcji kościuszkowskiej „istniało jeszcze kadłubowe polskie państwo i warto je było zachować”, to zarazem zwracał uwagę, że „nie do przyjęcia są sytuacje, kiedy grozi załamanie siły moralnej narodu” (II, 698– 699). Ten syn polskiego ziemiaństwa na Litwie, uwikłanego niegdyś w daremną ugodę z carską Rosją, dobrze znał wartość imponderabiliów. Ale już wykazując zrozumienie dla okoliczności, w których wybuchło powstanie styczniowe, zarazem uważał (skądinąd za Romanem Dmowskim), że wystąpienie to „narzuciły Polsce dzieci” (II, 500), oraz załamywał ręce nad niedojrzałością (Aleksander Bocheński nazwał by to głupotą), która sprawę polską pozwoliła rozegrać Prusakom (II, 496–498). A gdy pytał, dlaczego „kompromisy i ustępstwa” (II, 484) czynione Polakom przez Rosję napotykały – odwrotnie niż koncesje austriackie w Galicji – mur wrogości, odpowiadał, że na przeszkodzie stawał „kompleks silniejszy niż życie”: „kompleks antyrosyjski” (II, 483).

Na obecność tego kompleksu był Stomma wyczulony tak dalece, że w tej sprawie gotów był nawet… zerwać z „Tygodnikiem Powszechnym”! Ptaszyński we wstępie (I, 84– 85) cytuje list Stommy do Turowicza z 1 lutego 1974 r., w którym padają słowa, że „na zapleczu »Tygodnika Powszechnego« wytworzył się silny nurt, prący na ostro zarysowane antyrosyjskie pozycje”, że więc on, Stomma, „linii takiej firmować nie może”, w związku z czym zgłasza „polityczną dymisję”. Nie sądzę, by w tym sporze Stomma miał rację. Lecz przecież jego krytyka walki straceńczej, wraz ze stałym upominaniem się o realia i prawa geopolityki, jego – jak w latach wileńskich – płynięcie „pod prąd Niagary”(I, 139) zasługuje na szacunek. Szacunek tym większy, im taka postawa rzadsza.

A Stomma pozostał jej wierny całe życie – nie było w nim źdźbła koniunkturalizmu. W grudniu 1990 r., więc już w Polsce niepodległej, pisał: „Za lat dziesięć, a może i pięć, Rosja zacznie znów odgrywać rolę mocarstwową. Ze wszech miar prawdopodobny jest kompromis pokojowy tworzący federację trzech republik: Rosji, Ukrainy, Białorusi. Dlatego powinniśmy zachować rozumną powściągliwość, nie mieszać się w konflikty wewnętrzne sąsiadów wschodnich, i uchowaj Boże, nie podsycać występujących tam antagonizmów” (III, 327). Artykuł ten – z dzisiejszej perspektywy wręcz proroczy – wydrukował „Tygodnik Powszechny”, jednak tekst o podobnej wymowie, krytykujący „sens głęboko antyrosyjski” poglądów Zbigniewa Brzezińskiego, podkreślający, że „każdy patriotycznie myślący Rosjanin musi je z oburzeniem odrzucić” (III, 424), nie ujrzał już światła dziennego. Czyżby Stomma spotkał się z odmową druku? Czyżby ze strony „swojego” „Tygodnika”? A może sam uznał, że jego myślenie za bardzo odbiega od polskiego mainstreamu? Czy jednak możliwe, by dobrowolnie zrezygnował z głoszenia swych racji?

A przecież – wbrew wszelkim pozorom – nie był politykiem prorosyjskim! Warto zauważyć ostatni artykuł Pism wybranych, traktujący o potrzebie „światowego arbitra (w rozmowach Stomma używał pojęcia „światowy żandarm”), który by nas bronił przed chaosem”, artykuł podnoszący konieczność pax americana (III, 565). Czy trzeba przypominać, że polityka rosyjska, również dlatego że dążyła do świata „wielobiegunowego”, byłaby takim poglądom przeciwna? Warto też wspomnieć przewijający się przez Pisma… życzliwy, rzekłbym: serdeczny, stosunek Stommy do niepodległej, „rodzinnej” Litwy. Czyżby sprzyjanie rozczłonkowaniu imperium dokumentowało postawę prorosyjską? A czy o prorosyjskości miałby świadczyć utrzymywany przez całe życie kult Stommy dla marsz. Piłsudskiego i cesarza Napoleona?

Nie tylko przecież Stomma, lecz także inni „tygodnikowcy”, w tym może zwłaszcza ci, którzy pochodzili z Wilna, przyjmowali jako mniejsze zło ograniczoną suwerenność PRL, godzili się z utratą domowej ojczyzny i chwalili nową „Polskę Piastowską”, a przy tym zachowywali wobec Rosji ostrożność, zaś wobec powstań   krytycyzm. W roku 1956 Stomma zapowiadał „przed trybunałem narodu wielki proces oskarżenia o Warszawę” (tj. o powstanie warszawskie), pisząc, że „zbrodnia niedbalstwa myślowego i bezrozumu” obciąża „winnych straszliwą odpowiedzialnością moralną” (II, 208). Ale już w roku 1949, również na łamach „Tygodnika” (nr 19), inny wilnianin, Paweł Jasienica, pisał o powstaniu warszawskim, że było „wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce”.

Czy potrafimy to wszystko zrozumieć? Stomma rządził się konsekwentnie racją stanu państwa, które zostało nam dane. Skoro państwo to pozostawało wartością, to jego byt trzeba było zabezpieczyć, uchronić od dziejowych zawieruch także drogą wyciągania wniosków z historii.

Komentując więc październik 1956, Stomma pisał, że znalazło się wtedy „kierownictwo będące na wysokości zadania, jakiego nie było w listopadzie 1830 r., w latach 1861–1863 oraz w Warszawie 1944” (II, 211). A w III RP, w roku 1991, zauważał w kontekście pielgrzymki papieskiej: „Mnie osobiście głęboko uradował gest Ojca świętego w stosunku do byłego prezydenta gen. W. Jaruzelskiego. Niech nad tym pomyślą gorliwcy wzywający do wojny wewnętrznej na tle przeszłości” (III, 330). Ale gorliwcy nie pomyśleli. A myśmy już zapomnieli, jak było.

 

III

Czym więc różnił się Stomma od komunistycznych rządców Polski? – zapyta dzisiejszy, oszołomiony czytelnik. Otóż różnił się zasadniczo – tyle że w przyjętej koncepcji Pism wybranych różnica ta rysuje się blado. W artykułach publikowanych w „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku” Stomma apeluje do narodu, do jego intelektu, poczucia realizmu, zrozumienia racji geopolitycznych, podkreśla lojalność wobec nowego państwa. I stosuje autocenzurę. Zasadnicze boje jednak toczył przecież nie w „Tygodniku”, lecz w Sejmie. Dopiero tam zarysowała się w pełni jego postawa opozycyjna, bowiem adresatem jego wystąpień byli wtedy ludzie władzy, których z jednej strony trzeba było do czegoś zjednać, z drugiej – o czymś zaalarmować, przeciw czemuś zaprotestować. A tego już nie znajdziemy w Pismach wybranych.

Edytor wyszedł bowiem z założenia, że to, co najbardziej nieznane, to rozproszona (a tym bardziej   pozostająca w rękopisach) publicystyka Stommy i że ją właśnie należy wydać w pierwszej kolejności. To oczywiście prawda, lecz celowość przedruku wybranych wystąpień sejmowych też warto było rozważyć. Przegląd przemówień, memoriałów, listów i oświadczeń koła poselskiego, a więc i Stommy, znajduje się w książce Andrzeja Friszkego Koło posłów „Znak” w Sejmie PRL 1957– 1976 (Warszawa 2002), edytor więc rozstrzyga (I, 137), że wystąpień sejmowych nie będzie uwzględniał. I tak nie jest konsekwentny, bo tom trzeci Pism… otwiera niewątpliwy memoriał poselski, czyli uwagi Stommy o projekcie zmiany Konstytucji PRL, a memoriał ten – choć w innej wersji – jest również obecny u Friszkego. Jakkolwiek jednak patrzyć, Stomma bez wystąpień sejmowych – to nie jest cały Stomma.

Z drugiej strony – skąd wiadomo, że artykuł Październik i styczeń (II, 223–240), podpisany 3 lutego 1957 przez „Zespół »Tygodnika Powszechnego«”, należy przypisać jednemu tylko Stommie? Edytor powinien w komentarzu sprawę tę jakoś wyjaśnić. Uderza zaś w Pismach wybranych nieobecność wywiadów. Do tej formy wypowiedzi przykładał Stomma – zwłaszcza pod koniec życia –  wielką wagę. Ostatniego wywiadu udzielił Kazimierzowi Wóycickiemu jeszcze 2 października 2004 r., więc gdyby ten tekst znalazł się w Pismach…, pozwoliłoby to doprowadzić wystąpienia publiczne Stommy do roku 2004, czyli niemal do śmierci polityka. Przypomnę, że w opracowanych przez Annę Mateję Pismach… Turowicza wywiady z nim zajęły ponad 130 stron.

Z kolei tematyka rosyjska i sowiecka, zarysowana w Pismach… Stommy tak rewelacyjnie, zdaje się spychać w cień wątek niemiecki, choć to przecież na gruncie polsko-niemieckim lider Znaku położył szczególne zasługi. Czy nie należało zatem przedrukować książki Czy fatalizm wrogości?, przecież niewielkiej, 150-stronicowej, a należącej – jak twierdził wydawca jej drugiej edycji – „do klasyki polskiej myśli politycznej XX wieku”? A czy nie trzeba było przedstawić w całości Myśli o polityce i kulturze – tego jedynego zbioru publicystyki Stommy, ułożonego przez niego samego? Wprawdzie podobną genezę mają Trudne lekcje historii, ale charakter tej książki jest odmienny. Jeżeli więc nawet niektóre teksty z Myśli o polityce i kulturze nie wytrzymały próby czasu, to pokazanie całości stanowiłoby wartość samą w sobie, zwłaszcza że książka ta, oddająca klimat nadziei popaździernikowych, jest rzadkością antykwaryczną (jeszcze kilkanaście lat temu nie miała jej nawet Biblioteka Jagiellońska). Tymczasem z 18 artykułów z tego zbioru znalazła się w tej edycji mniej niż połowa: jedynie 8 pozycji.

Umieszczony na początku edycji obszerny (138 stron) Wstęp do „stommizmu” Ptaszyńskiego jest rodzajem szkicu monograficznego – interesującego i bardzo kompetentnego, choć może chwilami przeładowanego szczegółami i nierysującego wystarczająco wyraźnie zasadniczych linii myśli Stommy. Oprócz wielu spraw dowiaduje się tu czytelnik (I, 28) o publikacjach Stommy w dwóch wileńskich tajnych pismach czasów okupacji niemieckiej: „Dla Polski” i „Niepodległość”. Powstaje więc pytanie, czy gazetki te się zachowały i czy autorstwo Stommy zostało w nich rozszyfrowane. Istniejąca w Pismach wybranych dziura chronologiczna lat 1940–1945 miałaby szansę zapełnienia. Było to możliwe? Edytor powinien coś o tym powiedzieć.

Mam świadomość, że upominając się o wszystkie te uzupełnienia, upominam się o niepomierne rozszerzenie publikacji. Ale jeżeli Ptaszyński tego się obawiał – to niepotrzebnie. Z dotychczas wydanych – również przez Universitas  – pism ojców założycieli środowiska Znaku (Jerzego Turowicza i Jacka Woźniakowskiego) Stomma i tak otrzymał edycję najszczuplejszą. Obszerniejsze też są (zawarte, jak w przypadku Woźniakowskiego, w sześciu tomach) opracowane przez Andrzeja Krzysztofa Kunerta Pisma… Władysława Bartoszewskiego. Nie kwestionuję objętości wszystkich tych wyborów, dorobek autorów z pewnością na to zasługiwał. Ale także u Stommy można było pokazać więcej. Zwłaszcza że wspomniane braki mogą bardziej niż w tamtych przypadkach rzutować na dzisiejszy odbiór tego polityka.

 

IV
Edycja Pism wybranych Stanisława Stommy zachowuje wysoki poziom. Została skomponowana w sposób przejrzysty, w jednolitym porządku chronologicznym, bez układania w działy, które myśl autora mogłyby tylko zaciemniać. Artykuły przedrukowano in extenso, bez żadnych opuszczeń czy przemilczeń, bez ingerencji edytora. Trud Radosława Ptaszyńskiego, a także jego powściągliwość i jego obiektywizm zasługują na uznanie i szacunek. A jednak także w zakresie edytorskim warto podnieść pewne wątpliwości.

Skoro bowiem we Wstępie do „stommizmu” informuje Ptaszyński, że „poprawiono oczywiste literówki i błędy” (I, 137), nie było już potrzeby dokumentowania tak ewidentnych pomyłek jak słowo „Partentag” (zamiast „Parteitag”, I, 161) lub nazwisko „Sapiecha” (zamiast „Sapieha”, I, 191). Ale wykazując w tych przypadkach nadmierną akrybię, gdzie indziej pozostawia Ptaszyński niedosyt. Dotyczy to zwłaszcza przypisów, zresztą na ogół bardzo dobrych, zwięzłych, „przezroczystych” i trafiających w sedno. Lecz przecież większości czytelników nic nie mówi – pozostawione bez przypisu –  słowo „Cielętnik” (I, 139), będące dawną nazwą parku w centrum Wilna (obecnie zwanego Zamkowym). Przy artykule Węzeł litewski (I, 263), choć został on opatrzony datą, przydałoby się objaśnienie, że jest to czas polskiego ultimatum wobec Litwy. W artykule Kompleksy czy zła wola (II, 253–259) trudno poprzestać na wyjaśnieniach samego Stommy, trzeba było pokusić się o samodzielny komentarz. Przytaczane przez Stommę słowa Stanisława Cata‐Mackiewicza „Wszystko kocham, co paliłem, wszystko palę, co kochałem” (II, 243–244) mają w rzeczywistości genealogię znacznie starszą (wypowiedział je ponoć król Franków Chlodwig), dlatego również domagały się przypisu. Bez przypisu pozostawiono też, cytowany przez Stommę (I, 178, 209) aż w dwóch artykułach, wiersz o obronie alkazaru w Toledo. Stomma podaje, że utwór jest autorstwa „młodego polskiego poety nacjonalistycznego, pochodzącego z proletariatu łódzkiego”, ale edytor – tak zawsze pracowity – w tym przypadku nie zadał sobie trudu, by ustalić, że poetą tym był Konstanty Dobrzyński, a wiersz pochodzi z jego tomiku Żagwie na wichrach, Poznań 1938 (oba artykuły opublikowano wprawdzie w latach 1936 i 1937, lecz najwidoczniej utwór, zresztą w zmienionej wersji, miał wcześniej pierwodruk w jakimś czasopiśmie).

Nie ma też przypisu do słów „czytaliśmy (…) u Szmaglewskiej” (II, 55), choć może nie każdy już będzie wiedzieć, że chodzi o Dymy nad Birkenau. Brak autora przekładu Fausta Goethego (II, 113–114), choć sam Stomma podał go na s. 103 Myśli o polityce i kulturze (tłumaczem był Feliks Konopka). „Drzwi od Europy zamknąwszy hałasów” (II, 427) – to nie (przekształcony) cytat z Pana Tadeusza, lecz z Epilogu, nigdy niewłączonego do tekstu poematu i wydanego dopiero po śmierci Mickiewicza. Pierwsze zdanie z artykułu Demokracja dla rozczarowanych (III, 387) pochodzi niewątpliwie od redakcji „Gazety Wyborczej”, bo przecież nie od autora, a podobna sytuacja występuje w przemówieniu (III, 429), w którym notabene – jedyny raz w całej edycji – nie podano źródła publikacji. Stomma-prawnik raczej też nie mógł o sobie napisać: „Jestem socjologiem” (II, 276), choć więc taka wersja występuje w pierwodruku („Znak” 1957, nr 2 3, s. 106), to edytor powinien tę dziwność przynajmniej zauważyć. Wileński „Pax” warto pisać małymi literami (I, 161), i to bez względu na to, jak wtedy pisał Stomma, bo pisał różnie; trzeba wszak odróżnić ten periodyk od późniejszego PAX-u Bolesława Piaseckiego. We Wstępie… (I, 9) należałoby poprawić słowo „litwinoman” na „litwoman”, słowo „wybuchł” (I, 100) na „wybuchnął”, wreszcie także daty życia Étienne Gilsona, które są tu podane jako 1884–1878 (I, 14). Historyk Andrzej Zahorski występuje jako Zachorski (III, 30), a ksiądz Marek Jandołowicz jako Jodłowicz (II, 360), przy czym oba te błędy zostały powtórzone w indeksie.

Strona adiustacyjna tekstów samego Stommy też pozostawia nieco do życzenia. Pomijając miejsca łatwe do zweryfikowania (w t. I, 189 i 316 zamiast Janus i Bocheński – Janues i Bochański), choć niekiedy brzmiące humorystycznie (w t. III, 28 zamiast Pieśń WernyhoryPieść Wernyhory), to niekiedy przekaz uległ w stosunku do pierwodruku pogorszeniu, a to już jest wobec edytora zarzut poważny. Decyzje polityczne są tu więc „biedne” (II, 207), chociaż powinny być, jak w pierwodruku, „błędne”, „destalinizacja” występuje zamiast poprawnej w pierwodruku „restalinizacji” (II, 254), a słowo „podkreśla” zamiast prawidłowego (i logicznego) „przekreśla” (II, 486). Nie było też powodu poprawiania autorskiej konstrukcji „odnośnie sposobu realizacji” na „odnośnie (do) sposobu” (II, 184). Edytor powinien sczytać tekst przekazywany do druku oraz dokonać w nim niezbędnych – ale tylko niezbędnych –  emendacji i koniektur. Być może na ostatecznym kształcie Pism wybranych zaważył pośpiech, ale trudno traktować to jako usprawiedliwienie. Co wszakże powiedziawszy, muszę Ptaszyńskiemu oddać sprawiedliwość: w olbrzymiej większości przypadków edycja wydaje się poprawna, dokonana według przyjętych ogólnie zasad.

 

V
Trochę jednak inaczej wyobrażałem sobie Pisma wybrane Stanisława Stommy. Pewnie nie mam prawa tego mówić, skoro w moich kilkuletnich kontaktach z edytorem nie wykazałem się (jak dziś widzę) wystarczającą czujnością, toteż za kształt wydania muszę przyjąć jakąś cząstkę odpowiedzialności. Ale też marzył mi się zawsze korpus Stommy: ponowne wydanie jego dwóch książek (Myśli o polityce i kulturze oraz Fatalizmu wrogości), a także szeregu innych tekstów, i to nie tylko publicystycznych. Uważałem, że tylko korpus (i tak przecież niezawierający ani dwóch książek wspomnieniowych, ani tekstów naukowych) mógłby ukazać wielkość Stommy   polityka, jakiego (by przywołać opinię Czesława Miłosza) „w żadnym innym kraju sowieckiego bloku nie było”. Czy edycja w takim jak teraz kształcie będzie w stanie spełnić swą funkcję?

Pierwsza recenzja, jaka się ukazała (Rafał Łatka: Czy aby na pewno realista?, „Nowe Książki” 2018, nr 1), nie nastawia optymistycznie. Owszem, w czasach, w których obelgi tak często zastępują merytoryczną dyskusję, spokojny, życzliwy ton recenzenta zasługuje na zauważenie i uznanie. A jednak nie sposób przejść do porządku nad wyświechtanymi komunałami typu „nieudany polityk” czy opinią, że „niemal wszystkie projekty polityczne, w które po drugiej wojnie światowej zaangażował się Stomma, nie przyniosły oczekiwanych przez niego rezultatów (i to mimo skromnych celów)”. A już ręce opadają, gdy – zupełnie tak samo, jak czyni to Ewa K. Czaczkowska w hagiograficznej biografii Wyszyńskiego  – recenzent przeciwstawia Stommę prymasowi Wyszyńskiemu. Przecież bywało różnie – i czasem to Stomma, nie Wyszyński, okazywał się większym antykomunistycznym radykałem.

Czytając Pisma wybrane, warto przecież pamiętać, że okopanie się w latach 40. na „ostatnich liniach zasadniczych” wykazało swą dynamikę, że przy pierwszej okazji odbito się od dna, że potem stale poszerzano zakres swobód i że działo się tak aż do akcesu Znaku do obozu Solidarności, bo nieprzypadkowo w roku 1989 teka premiera została powierzona koledze Stommy z PRL-owskiego Sejmu, Tadeuszowi Mazowieckiemu. Stomma (bardziej nawet niż ostrożny pod koniec życia Wyszyński) stał się ojcem chrzestnym wielkiego ruchu wolnościowego, a że nie był wobec Solidarności bezkrytyczny, to dziś czegóż innego dowodzi, jak nie przenikliwości? „Nie ma dyspensy od racjonalnego politycznego myślenia – pisał. –  Dyspensy takiej być nie może. Każdy rozbrat z politycznym rozsądkiem mści się prędko i mści się okropnie” (III, 105).

Tak, niejedna opinia z Pism wybranych Stanisława Stommy brzmi dziś proroczo – i to jest największy może walor tej książki. Ale zasługa Radosława Ptaszyńskiego pozostaje olbrzymia pod każdym względem. Przedstawił on przecież zapomnianą szkołę politycznego myślenia. I to słowami jej twórcy.

_

Stanisław Stomma

Pisma wybrane t. I: 1931–1939, t. II: 1946–1975, t. III: 1976–2003

wstęp, wybór i opracowanie Radosław Ptaszyński

Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2017, t. I (s. 356), t. II (s. 740), t. III (s. 576)


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter