SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579
Konkurs na esej
Księga gości
Fundacja
|
Z przerażeniem obserwuję, że ludzka bieda zatacza coraz szersze kręgi. Nie trzeba daleko szukać ludzi żyjących na granicy ubóstwa, często schorowanych, którym brakuje podstawowych środków do życia, w tym również niezbędnych dla nich lekarstw. Ludzie ci żyją obok nas, zarówno w wielkich miastach, jak i małych miasteczkach. Niby zdajemy sobie sprawę z tego, że są naszymi sąsiadami, jednak często wolimy ich nie widzieć. Sądzimy, że obowiązek pomocy spoczywa na ich najbliższej rodzinie, a gdy tej zabraknie, to na różnych organizacjach państwowych lub - w ostateczności - organizacjach pozarządowych wyspecjalizowanych w niesieniu pomocy.
Podobnie jest z bezdomnością. W tym przypadku dopowiadamy często, iż to bezdomni sami wybrali taki styl życia. I w ten sposób uspokajamy sumienia, bo - mówimy dalej - jeśli tak właśnie jest, to po co angażowanie sił i po co pomoc, skoro bezdomny i tak z niej nie skorzysta! To przewrotne myślenie staje się dla nas prostym wytłumaczeniem głęboko skrywanej niechęci, jaką żywimy wobec tych ludzi.
Trochę inaczej jednak jest z inną formą ludzkiej biedy (chociaż w tym wypadku to słowo nie jest najwłaściwsze) - myślę tu o narkomanii i o ludziach cierpiących na tę chorobę, a równocześnie zakażonych wirusem HIV lub już chorych na AIDS. Jest inaczej i jakby trochę lepiej. O ile wtedy gdy jesteśmy młodzi, nie myślimy o starości, a gdy jesteśmy młodzi i w dodatku bogaci, trudno nam zrozumieć, że człowiek stary w polskiej rzeczywistości żyje bardzo biednie, o tyle w odniesieniu do narkomanii prezentujemy na ogół postawy bardziej wyrozumiałe. Mało kto podaje w wątpliwość fakt, że narkomania w naszym kraju szerzy się w zastraszającym tempie. Zgadzamy się więc, że trzeba jej przeciwdziałać wszelkimi możliwymi sposobami. Coraz rzadziej zaprzecza się temu, iż narkomania to choroba - i to choroba w zasadzie nieuleczalna i nawracająca. Skoro tak, to akceptujemy konieczność leczenia osoby uzależnionej i coraz mniej nas dziwi, gdy kolejna rodzina z kręgu naszych znajomych przyznaje się do przeżywania dramatu, jakim jest uzależnienie narkotyczne ich dziecka.
Nieźle jest również z naszymi postawami względem żyjących z wirusem HIV i chorych na AIDS. Większość Polaków deklaruje - przynajmniej w sferze werbalnej - że nie boją się chorych na AIDS, że nie przeszkadza im wspólna z nimi praca i nie mają nic przeciwko temu, aby pozostawać w zażyłych kontaktach towarzyskich czy nawet przyjacielskich z osobą chorą. (Mam, oczywiście, świadomość, że dopiero konkretne wydarzenia zweryfikują to, co jesteśmy skłonni dzisiaj mówić...). Na ogół też nie kwestionujemy - tak jak czyniliśmy to kiedyś - podstawowych praw medycznych, które wykluczają zakażenie HIV w codziennych kontaktach, za pośrednictwem owadów, drogą kropelkową itp. Uwierzyliśmy medycynie i tym samym udało się nam opanować lęk, który wielokrotnie był irracjonalny i wynikał z niewiedzy.
Skąd taka różnica między rozumieniem problemów dotyczących narkomanii i AIDS a problemów ludzi starych i schorowanych, dla których ubóstwo stało się dramatyczną codziennością? Trudno powiedzieć. Może jest tak, że o tych pierwszych sprawach mówi się w mediach bardzo często, przestrzegając przed narkomanią i zakażeniem HIV, zaś o tych drugich wspomina się tylko sporadycznie? A może chodzi o to, że narkomania i AIDS dotykają ludzi młodych, a ubóstwo i choroby - starych? Myślę, że coś w tym jest. Wiem, że podobnie myślał mój kolega, jeden z wielkich polskich społeczników - Marek Kotański.
Marek należał do tych, którzy z życzliwością i zrozumieniem odnoszą się do problemów ludzi starych, bezdomnych, jak i do narkomanów i chorych na AIDS. Jednym i drugim pomagał z taką samą pasją. Tworzył domy dla bezdomnych - słynne Markoty, w których pomoc znajdowali samotni i opuszczeni przez najbliższych, niejednokrotnie ludzie w bardzo podeszłym wieku. Budował też domy dla ludzi młodych, których ścieżki życia pokręciły się do tego stopnia, że nie mogli samodzielnie wydostać się z matni, jaką jest narkomania. Marek kochał młodych i starych. Ci, którym pomagał, obdarzali go wdzięcznością, szacunkiem otaczała go znacznie większa liczba osób. Nie wszyscy wprawdzie go kochali, ale przecież jemu nie o to chodziło - w życiu nie chodzi o to, aby wszyscy nas lubili. Jest to tym trudniejsze do osiągnięcia wtedy, gdy podejmuje się wyzwania przez innych postrzegane jako kontrowersyjne.
Niewątpliwie, Marek Kotański był osobą kontrowersyjną, bo i problemy, którymi się na co dzień zajmował, wymagały często niekonwencjonalnych rozwiązań. Wielokrotnie zaś to, co niekonwencjonalne, jest uważane za odbiegające od normy i tym samym budzi kontrowersje. Marek Kotański - jak go pamiętam - od "normy" odbiegał zawsze, bo nie umiał zmieścić się w narzuconych schematach, bo uważał, że to prawo jest dla ludzi, a nie ludzie dla prawa. Łamał więc ustalone konwenanse i z determinacją upominał się o godność dla tych, którzy w naszym pojęciu ją stracili, i o szacunek dla tych, którym go odmawiano.
Jego śmierć była dla nas wielkim szokiem - trudno uwierzyć, że już go nie ma i że już nigdy nie powie nam o swoich nowych pomysłach. A pomysły miał niezliczone - zarówno dobre, które znalazły szczęśliwy finał, jak i takie, które były od początku nierealne, bo stanowiły jego niemożliwe do spełnienia marzenia. I jedne, i drugie łączył wspólny mianownik - dobro drugiego człowieka, a konkretnie: różne możliwości niesienia pomocy potrzebującym.
Po śmierci Marka tysiące osób, dotąd otoczonych jego opieką, zamarło z przerażenia. Zostało bowiem zachwiane ich poczucie bezpieczeństwa. I oni, i dziennikarze zadawali to samo pytanie - co będzie dalej? Odpowiedź nie jest łatwa. Nie ma, co prawda, ludzi niezastąpionych, jednak drugiej, tak bardzo wyrazistej w swoich przekonaniach, nietuzinkowej, a co najważniejsze: charyzmatycznej osobowości Polska nie będzie miała przez długie lata.
Niewątpliwie Marek był niepowtarzalny. Pozostaje nam zatem głęboka wiara, że ci, z którymi współpracował, będą go godnie zastępować i kontynuować jego misję. Będzie im o wiele trudniej niż Markowi. Tym bardziej zasadne jest więc publiczne przypominanie złożonych po jego śmierci i w dniu pogrzebu deklaracji polityków. Na przykład premiera RP Leszka Millera, który napisał: "Musimy iść śladami Marka Kotańskiego". To bardzo ważne słowa. Odebrałem je jako zobowiązanie, złożone również w imieniu tych ministrów, którzy zajmują się problemami zdrowia i sprawami społecznymi. Pozostaje nam mieć nadzieję, że nie były to deklaracje gołosłowne.
Z wiarą będę modlił się o spokój duszy Marka, o wytrwałość i skuteczność dla tych, którzy złożyli zobowiązania, i o to, by ślady Marka Kotańskiego nie zostały zbyt szybko przysypane prochem zapomnienia.
KS. ARKADIUSZ NOWAK, ur. 1966, kamilianin, pełnomocnik ministra zdrowia ds. AIDS i narkomanii. Organizator pomocy dla uzależnionych od narkotyków, zakażonych wirusem HIV i chorych na AIDS. Współzałożyciel Polskiej Fundacji Pomocy Humanitarnej "Res Humanae". Laureat nagrody "Poverty Award" przyznanej przez Zgromadzenie Ogólne NZ w 2000 r.
W tym miesiącu polecamy uwadze Państwa następujące inicjatywy:
TOWARZYSTWO SOLIDARNEJ POMOCY
CA HTS Kraków
ul. Ujastek 3 (Pawilon 0), 30-969 Kraków
tel./fax (+12) 644-09-68
Krakowskie Towarzystwo Solidarnej Pomocy to inicjatywa godna poparcia: punkt leków z darów, wypożyczalnia sprzętu dla niepełnosprawnych, punkt środków opatrunkowych. Towarzystwo obejmuje swą działalnością całe województwo małopolskie i część śląskiego. Jeszcze do niedawna w jednym z pawilonów krakowskiej Huty im. Tadeusza Sendzimira, siedzibie TSP, za niewielką opłatą można było otrzymać zagraniczne leki oraz środki opatrunkowe. Obecnie nadal jeszcze wypożycza się sprzęt: łóżka szpitalne, wózki inwalidzkie, wózki i fotele toaletowe, kule, balkoniki, chodziki, nadstawki toaletowe. Chorzy ubezpieczeni w Małopolskiej Kasie Chorych mogą uzyskać sprzęt za kaucją, która zwracana jest w momencie oddania go do wypożyczalni. Wypożyczalnia obsługuje osoby prywatne, udostępniając urządzenia medyczne do użytku domowego.
Fundusze uzyskane z działalności wypożyczalni i apteki przeznaczane są w ogromnej większości na rozmaite akcje pomocy społecznej. Organizuje się też kolonie letnie dla dzieci z najuboższych rodzin. Tylko niewielka część pieniędzy (ok. 10%) wykorzystywana jest na cele administracyjne, gdyż działalność Towarzystwa opiera się na pracy wolontariuszy.
Niestety, zakres niesionej przez nie pomocy został w znacznym stopniu ograniczony - apteka właściwie już nie funkcjonuje, dostępna jest jedynie znikoma ilość środków opatrunkowych. Powód? Narzucenie 22% podatku VAT na leki i sprzęt medyczny sprowadzany z zagranicy w zasadzie uniemożliwia korzystanie z darowizn z Zachodu. Znów stajemy oko w oko z kolejnym absurdem polskiej rzeczywistości: okazuje się, że nie stać nas na przyjmowanie pomocy, mimo iż istnieją chętni ofiarodawcy...
TEATR BIURO RZECZY OSOBISTYCH
kontakt: ul. Harcerska 4, 81-425 Gdynia
tel./fax (+58) 622-07-48, tel. dom. (+58) 532-75-11
Teatr Biuro Rzeczy Osobistych istnieje od 1998 roku przy gdyńskim kole Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym. Jego założycielem jest Zbigniew Biegajło. Teatr ma charakter integracyjny: tworzą go dorosłe osoby niepełnosprawne oraz pełnosprawna młodzież. W Biurze Rzeczy Osobistych niepełnosprawność nie jest podkreślana, nikt nie szuka dla niej usprawiedliwienia. Jak piszą twórcy teatru, "na scenie nie chcemy być oklaskiwani za samą obecność, ale za wartość duchową, artystyczną spektaklu. Poszukujemy przede wszystkim prawdy, autentyczności, nie chcemy udawać i naśladować. Pragniemy, aby widz odnalazł prawdę o nas, o sobie. Jeśli równocześnie wzruszymy, skłonimy do refleksji, to radość ze spotkania staje się naszym i widzów udziałem".
Od początku istnienia Teatru Biuro Rzeczy Osobistych zrealizowano cztery przedstawienia: Pistolety, parasole, telefony (1998), To nie jest spektakl o filatelistach (2000), Obywatel Plata (2001) i Pamięć (2002). Tegoroczny spektakl nawiązuje do tragedii marynarzy statku podwodnego "Kursk".
Od roku teatr bierze udział w przeglądach i festiwalach, stając do rywalizacji z innymi, całkowicie "pełnosprawnymi" teatrami z całej Polski. I zdobywa nagrody, na przykład nagrodę Ministerstwa Kultury w konkursie "Bliżej Teatru" (2001) i pierwsze miejsce na III Studenckim Ogólnopolskim Festiwalu Teatralnym w Olsztynie (2002).
Istotną częścią działalności Biura Rzeczy Osobistych jest projekt "Poznaj Ludzi", skierowany do młodzieży uczącej się. Są to spotkania, na których publiczność jest po spektaklu zapraszana do rozmowy z niepełnosprawnymi aktorami. Ich celem jest ukazanie niepełnosprawności jako wartości, przezwyciężanie stereotypów i łamanie barier. Po prostu: zbliżanie do siebie dwóch światów - świata ludzi upośledzonych umysłowo i świata ludzi zdrowych. Nie na darmo twórca teatru, pisząc list do redakcji "Znaku", rozpoczął go fragmentem Dziennika Witolda Gombrowicza: "Chciałbym, aby stało się w was płodne to właśnie, co uważaliście za całkowicie jałowe i nawet zawstydzające".
|