70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Wolfgang Kumm/AP/East News

Niechciane zjednoczenie

Na Półwyspie Koreańskim wszyscy mówią o zjednoczeniu. Lecz tak naprawdę nikt go nie chce. Światowym mocarstwom odpowiada stan obecny. Dla reżimu północnokoreańskiego podział Korei to gwarancja istnienia. Południe zaś nie chce zapłacić za zjednoczenie. Wszystkim opłaca się podzielona Korea, choć nikt nie może tego powiedzieć głośno.

Wydawać by się mogło, że podział Korei to relikt zimnej wojny. Stąd na początku lat 90. po zjednoczeniu Wietnamu, Niemiec i Jemenu wielu sądziło, że zjednoczenie Korei to kwestia nieodległej przyszłości. Podobnie jak nieuchronny upadek KRLD. Pomylili się.

By zobaczyć, jak głęboki jest podział, warto wybrać się na „granicę” południa i północy Korei. Do strefy zdemilitaryzowanej w Panmundżomie, gdzie w 1953 r. podpisano zawieszenie broni kończące wojnę koreańską. Wycieczka z leżącego zaledwie 55 km na południe Seulu jest bardzo prosta. Płaci się armii amerykańskiej, która – jeśli nie dzieje się nic niepokojącego typu ostrzały czy ataki północnych za pomocą siekier[1] – codziennie organizuje wyjazdy do strefy. Trzeba być dobrze ubranym (klapki odpadają), podpisać kwit, że zwalnia się organizatorów z wszelkiej odpowiedzialności, wysłuchać pogadanki żołnierza o bezpieczeństwie (propaganda średnich lotów, daleko im do artyzmu północnych) oraz być karnym i zdyscyplinowanym w trakcie zwiedzania. W ten sposób zaliczy się największą polityczną atrakcję turystyczną Korei.

A jednak nie jest to zwykła „czerwona turystyka” w stylu wizyty w mauzoleum Lenina, pielgrzymek do domu rodzinnego Mao czy kupowania koszulek z Che Guevarą. Tu nie ma żartów. Tu czuć chłód zimnej wojny. Między budynkami z lat 50., gdzie podpisano rozejm, biegnie wielka biała linia podziału. Działa na wyobraźnię. Po obu jej stronach stoją nieruchomo zwróceni ku sobie, gotowi do strzału żołnierze. Południowi przyczajeni, z zaciśniętymi pięściami dyndającymi nad kaburami pistoletów. Północni sztywni, z wrogością wypisaną na twarzach. Wyglądają jak rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie: czekający na jeden zły ruch przeciwnika, tuż przed pojedynkiem. Napięcie wisi w powietrzu. Wystarczy chwila i się pozabijają.

Jest w nich coś groteskowego, coś absurdalnego. A przede wszystkim strasznego. Chce się stamtąd uciec jak najszybciej. Ma się wrażenie powrotu do koszmarów dzieciństwa, do podzielonego świata dwóch wrogich bloków, który – zdawałoby się – odszedł na śmietnik historii. Tu nie. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter