70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Wolfgang Kumm/AP/East News

Niechciane zjednoczenie

Na Półwyspie Koreańskim wszyscy mówią o zjednoczeniu. Lecz tak naprawdę nikt go nie chce. Światowym mocarstwom odpowiada stan obecny. Dla reżimu północnokoreańskiego podział Korei to gwarancja istnienia. Południe zaś nie chce zapłacić za zjednoczenie. Wszystkim opłaca się podzielona Korea, choć nikt nie może tego powiedzieć głośno.

Wydawać by się mogło, że podział Korei to relikt zimnej wojny. Stąd na początku lat 90. po zjednoczeniu Wietnamu, Niemiec i Jemenu wielu sądziło, że zjednoczenie Korei to kwestia nieodległej przyszłości. Podobnie jak nieuchronny upadek KRLD. Pomylili się.

By zobaczyć, jak głęboki jest podział, warto wybrać się na „granicę” południa i północy Korei. Do strefy zdemilitaryzowanej w Panmundżomie, gdzie w 1953 r. podpisano zawieszenie broni kończące wojnę koreańską. Wycieczka z leżącego zaledwie 55 km na południe Seulu jest bardzo prosta. Płaci się armii amerykańskiej, która – jeśli nie dzieje się nic niepokojącego typu ostrzały czy ataki północnych za pomocą siekier[1] – codziennie organizuje wyjazdy do strefy. Trzeba być dobrze ubranym (klapki odpadają), podpisać kwit, że zwalnia się organizatorów z wszelkiej odpowiedzialności, wysłuchać pogadanki żołnierza o bezpieczeństwie (propaganda średnich lotów, daleko im do artyzmu północnych) oraz być karnym i zdyscyplinowanym w trakcie zwiedzania. W ten sposób zaliczy się największą polityczną atrakcję turystyczną Korei.

A jednak nie jest to zwykła „czerwona turystyka” w stylu wizyty w mauzoleum Lenina, pielgrzymek do domu rodzinnego Mao czy kupowania koszulek z Che Guevarą. Tu nie ma żartów. Tu czuć chłód zimnej wojny. Między budynkami z lat 50., gdzie podpisano rozejm, biegnie wielka biała linia podziału. Działa na wyobraźnię. Po obu jej stronach stoją nieruchomo zwróceni ku sobie, gotowi do strzału żołnierze. Południowi przyczajeni, z zaciśniętymi pięściami dyndającymi nad kaburami pistoletów. Północni sztywni, z wrogością wypisaną na twarzach. Wyglądają jak rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie: czekający na jeden zły ruch przeciwnika, tuż przed pojedynkiem. Napięcie wisi w powietrzu. Wystarczy chwila i się pozabijają.

Jest w nich coś groteskowego, coś absurdalnego. A przede wszystkim strasznego. Chce się stamtąd uciec jak najszybciej. Ma się wrażenie powrotu do koszmarów dzieciństwa, do podzielonego świata dwóch wrogich bloków, który – zdawałoby się – odszedł na śmietnik historii. Tu nie.

 

Krewetka między wielorybami

Korea ma trudne położenie geograficzne. Kontrola Półwyspu Koreańskiego pełni znaczącą funkcję – jest on kontynentalną bramą do Chin i morską do Japonii. Dlatego, usytuowana między tymi dwoma potęgami, Korea przez wieki pozostawała w ich cieniu. Stała się „krewetką między wielorybami”, która by przetrwać, musiała wiedzieć, jak współżyć z silniejszymi. Z Chin Koreańczycy przejęli większą część swojej kultury: od światopoglądu przez prawodawstwo, sztukę, religię, etykietę dworską po sposób rządzenia. Członkowie koreańskich elit zawsze spoglądali w stronę Państwa Środka, którego wasalami byli przez wieki. Wysyłali podarki na chiński dwór, podobnie jak pół Azji uznawali chińskiego cesarza za Syna Niebios, każdy zaś wykształcony Koreańczyk znał na pamięć Konfucjusza, kaligrafował znaki i brzydził się pracą fizyczną. Dwór koreański był kopią chińskiego, czasem idąc nawet dalej – inspirowany chińskim, lecz bardziej rygorystyczny całkowity zakaz kontaktu z obcokrajowcami sprawił, że Koreę nazwano „pustelniczym królestwem”. A jednak, mimo podległości, Koreańczycy zdołali zachować swoją unikatową tożsamość i tradycję, co nie powiodło się np. Mandżurom.

Z Japonią sprawa jest bardziej skomplikowana. Najstarsza historia dowodzi licznych związków Korei z Japonią, w których to ta pierwsza raczej dawała, niż brała. W VI w. Koreańczycy przynieśli buddyzm do Japonii, koreańscy architekci budowali pierwsze japońskie świątynie buddyjskie, rzemieślnicy pokazywali, jak robić najlepszą ceramikę, a doradcy kształcili książąt. A jednak późniejsze wieki doprowadziły do głębokiej nienawiści między Koreańczykami a Japończykami. Najpierw Koreańczycy brali udział w nieudanych inwazjach Mongołów na Japonię w XIII w. Następnie Japończycy, planując podbój Chin, brutalnie najechali Koreę pod koniec XVI w. Wyparto ich z chińską pomocą, ale wrócili pod koniec XIX w. i pozostali na dłużej. Okupacja japońska trwająca do 1945 r., choć przyniosła krajowi kolonialną modernizację, zostawiła niezagojone rany. Japończycy chcieli zatrzeć ślady koreańskości, zakazując języka, własnych nazwisk, kultury, przepisując historię, a nawet zamieniając symbol Korei z tygrysa na królika. W efekcie, ze swoim okrucieństwem i poczuciem rasowej wyższości, stali się archetypem złego w koreańskiej mentalności.

Do dzisiaj nienawiść do Japonii łączy podzieloną Koreę. Na południu kontakty z Tokio to pocałunek śmierci dla każdego polityka, a społeczna niechęć do Japonii jest w stanie popsuć nawet wspólne interesy geopolityczne, co widać w historii „kobiet pocieszycielek”[2]. Na północy antyjapońskość to jeden z mitów założycielskich KRLD. Kto oglądał Defiladę Andrzeja Fidyka, ten wie, że już będąc kilkuletnim chłopcem, Kim Ir Sen planował przegnanie Japończyków z Korei. Jego syn Kim Dzong Il zaś dzielnie odpłacał im za krzywdy wojenne, porywając japońskich cywilów w latach 70. i 80. Wspólna nienawiść do Japonii to jednak za mało, by scalić rozdzielone Koree.

 

Przypadkowy podział

Chociaż złączona wspólną kulturą i świadomością narodową Korea przez sporą część swojej historii była zunifikowana (VII–VIII w., X–XIV w. i XIV–XX w.), to jednak wielokrotnie była także podzielona. Najsłynniejszy był podział na Trzy Królestwa z wieków I–VII n.e., Zwycięsko wyszło z niego południowe królestwo Silla, do którego dziedzictwa odwołuje się dzisiejsza Korea Południowa. Ostatni, współczesny podział wyszedł wszakże przypadkowo, w wyniku logiki II wojny światowej. Wkraczający po pokonaniu Japończyków Amerykanie nie mieli pomysłu na Koreę, ale nie chcieli oddawać całego Półwyspu Rosjanom. Zaproponowali więc podział na pół. Sowieci się zgodzili – dostawali lepszą, bo bardziej zindustrializowaną i przez to bogatszą północ. Wszystkim wydawało się, że ten chwilowy podział szybko się skończy. Trwa do dziś.

Scementowała go zimna wojna i wojna koreańska. W międzyczasie obie Koree przeszły gruntowne transformacje. Na północy Kim Ir Sen z pomocą ZSRR zsowietyzował kraj, fundując mu komunistyczną klasykę: kolektywizację, industrializację, nacjonalizację i masowe represje (początkowo dotknęły głównie kolaborantów z czasów okupacji japońskiej, później wszystkich). Jednak, o czym się łatwo zapomina, komunizm Kima był mało sowiecki, a bardzo koreański. On sam był najpierw nacjonalistą, dopiero potem komunistą: marksizm traktował jako narzędzie do uczynienia Korei wielką (pod jego rządami). Przekonanie o wyższości i wyjątkowości tego, co koreańskie, zaszczepił swoim podwładnym (o „obywatelach” w przypadku KRLD raczej trudno mówić) i trwa ono do dziś. Mieszkańcy KRLD, choć wiedzą, że zagranica im trochę uciekła (oględnie mówiąc), to „światu nie mają czego zazdrościć”[3].

W tym samym czasie na południu Amerykanie oparli się na doświadczonych we współpracy z okupantami kolaborantach z czasów japońskich i zbudowali satelicki, autorytarny reżim rządzący dramatycznie biednym krajem – Korea Południowa po wojnie była na poziomie dzisiejszego Bangladeszu. Wszystko zmieniło się wraz z dojściem do władzy w 1961 r. gen. Park Chung Hee, twórcy „koreańskiego cudu gospodarczego”. Ten były japoński oficer zaordynował modernizację. Po wojskowemu. Najpierw znormalizował relacje z Japonią i otrzymał od niej wojenne kontrybucje, które w połączeniu z amerykańskimi pożyczkami dały mu kapitał. Następnie zapędził całe społeczeństwo do pracy w fabrykach i wielkich państwowo-prywatnych korporacjach (czebolach) w wojskowym drylu. Kopiując model japoński, czyli: niewykwalifikowana siła robocza, tanie produkty na eksport, następnie bardziej zaawansowane produkty plus przemysł stoczniowy, a na końcu nowoczesne technologie, Korea Południowa osiągnęła nieprawdopodobny, bezprecedensowy sukces ekonomiczny, stając się jednym z najbogatszych krajów świata. Społeczeństwo zaś przeszło znaczącą, choć powierzchowną, westernizację.

Koreańczykom z południa udała się rzecz niezwykła: znaleźli kompromis między dumą z własnego dziedzictwa a byciem obywatelami globalnej wioski. Nie wpadli w pułapkę nacjonalizmu ani kosmopolitycznej ojkofobii[4]. Atrakcyjne połączenie tego, co lokalne, z tym, co globalne, najlepiej bodajże wyraża fenomen K-Popu, koreańskiej muzyki popularnej. Słucha jej cały świat, w tym Polacy. Moi studenci na przerwach między zajęciami rozmawiają o K-Popowych gwiazdach, uczą się koreańskiego, by czytać ich tweety, a jedna podopieczna przyznała mi się nawet, że z tego powodu wybrała takie studia.

Zmiany zapoczątkowane przypadkowym podziałem Korei okazały się więc dalekosiężne. Dziś Południowoi Północnokoreańczycy to dwa zupełnie różne społeczeństwa, mające odmienną psyche, mentalność, a być może nawet język (północna odmiana jest bardziej tradycyjna, choć zaśmiecona komunistyczną nowomową, południowa ma mnóstwo angielskich neologizmów).

Niektórzy badacze mówią już wręcz o dwóch narodach koreańskich, którym trudno się porozumieć, co widać chociażby w losie emigrantów północnokoreańskich będących na południu miejscową odmianą „wyklętego ludu”: warstwą wykluczoną, biedną i poniżaną. Ludźmi z marginesu, z których wielu z własnej woli czci urodziny Kim Ir Sena, a niekiedy nawet wraca do Korei Północnej.

 

Słoneczne iluzje i „żebracy z kijem”

Nadzieje na zjednoczenie Korei pojawiły się po zmianach w 1989 r. Szczególnie upadek muru berlińskiego podziałał na wyobraźnię Koreańczyków. Jednak program atomowy Korei Północnej i skuteczna sukcesja władzy w 1994 r. pogrzebały te nadzieje. Ponownie odżyły one w 1998 r., gdy Seul ogłosił swoją „słoneczną politykę”. Jej autor Kim Dae Jung – koreańska odmiana Aung San Suu Kyi (opozycjonista-intelektualista, który za reżimu wojskowego siedział w więzieniu, a po transformacji został przywódcą) – zakładał, że osiągnie się zjednoczenie Korei w pokojowy sposób. Poprzez wsparcie finansowe Korei Północnej doprowadzi się do jej ustępstw i finalnie do zjednoczenia.

Na poparcie swojej polityki Kim cytował bajkę Ezopa o wietrze północnym, co założył się ze słońcem, które z nich sprawi, że podróżnik zdejmie płaszcz. Wiatr wiał chłodem, ale wędrowiec otulony płaszczem szedł dalej; wtedy słońce zaczęło prażyć ciepłem i wędrowiec musiał się rozebrać[5].

Niestety, jak to w życiu bywa, piękne przesłanie bajki nijak się miało do sytuacji politycznej. Na „słonecznej polityce” najbardziej zyskało kilka tysięcy rozdzielonych rodzin, którym pozwolono się spotkać po raz pierwszy od zakończenia wojny koreańskiej, oraz sam Kim Dae Jung, który otrzymał za nią w 2000 r. Pokojową Nagrodę Nobla. Jednakże głównym beneficjentem okazał się… Phenian, który za południowokoreańskie pieniądze bynajmniej nie karmił własnych obywateli ani się nie modernizował, lecz zbudował bombę atomową. W ten oto sposób „słoneczna polityka” miast przyspieszyć zjednoczenie, oddaliła je, gdyż umocniła reżim północnokoreański i dała mu środki na przeżycie.

Pomysł Kim Dzong Ila na przetrwanie po upadku bloku socjalistycznego nie był zbyt finezyjny, za to dość skuteczny. Były rosyjski ambasador w Korei Georgi Kunadze nazwał to taktyką „żebraka z kijem w ręku”[6]. Phenian zbudował bombę atomową i straszył świat, że jej użyje, jeśli nie dostanie pomocy.

I zawsze dostawał, co w połączeniu z chińskim parasolem ochronnym uratowało reżim niebędący mistrzem świata w gospodarowaniu zasobami własnego kraju. Polityka straszenia użyciem bomby i budowania kolejnych, coraz skuteczniejszych środków jej przenoszenia nie była (i nie jest) szaleństwem obłąkanego dyktatora, lecz skrajnie racjonalną taktyką, obliczoną na przetrwanie reżimu za wszelką cenę[7]. Phenian po prostu wziął lekcję z historii Jugosławii, Iraku, Libii i zrozumiał, że bez bomby zostanie prędzej czy później obalony przez hegemonistów amerykańskich. A mając kij, może się bronić. I czyni to skutecznie: do dzisiaj nikt na świecie nie ma dobrego pomysłu na Koreę Północną.

Seul zrozumiał to poniewczasie. W 2008 r. „słoneczna polityka” została porzucona, a pomoc południowokoreańska wstrzymana. Jej miejsce zajęła retoryczna twardość nowego prezydenta Lee Myung Baka. Phenian odpowiedział mu, zatapiając południowokoreańską korwetę Cheonan i ostrzeliwując wyspę Yeonpyeong, co skompromitowało Lee: okazał się silny tylko w słowach. Doszło więc do paradoksalnej sytuacji, w której zarówno „słoneczna polityka”, jak i jej przeciwieństwo poniosły klęskę.

To utorowało drogę nowemu podejściu prezydent Park Geun Hye, córki gen. Parka, chociaż właśnie kończy ona swoją prezydenturę w korupcyjnej niesławie, akurat jej postawa wobec Korei Północnej nie budzi większych kontrowersji. Za mocnymi słowami (Park publicznie regularnie ostrzega przed Phenianem) tym razem poszły zdecydowane czyny. W lutym 2016 r. Park zamknęła wspólny kompleks przemysłowy Kaesong, gdzie od ponad dekady południowokoreańskie czebole wyzyskiwały północnokoreańskich robotników. To była prawdziwa postideologiczna symbioza interesów ponad koreańskimi podziałami: koncerny miały czysty zysk małym kosztem, gastarbeiterzy mogli wyżywić rodziny, a Phenian dostawał bezcenne dewizy. Dlatego kolejne napięcia na Półwyspie szczęśliwym trafem omijały Kaesong.

Park to zmieniła, co łączy się z jej pozostałymi działaniami obliczonymi na wywarcie jak największej presji na KRLD, takimi jak forsowanie kolejnych rezolucji, naciski na chińskich towarzyszy w sprawie sankcji, wysyłanie sygnałów o powrocie broni atomowej do Korei Południowej czy negocjacje z Amerykanami w sprawie rozmieszczenia systemu THAAD, który ugruntuje amerykańską dominację wojskową w Azji Wschodniej. Ta najbardziej konfrontacyjna z południowokoreańskich prezydentów ujawnia obojętność wobec losów swych północnokoreańskich krewnych. Park po prostu się KRLD nie przejmuje. Traktuje ją niemal jak obcy, wrogi kraj, wobec którego nie ma żadnych zobowiązań. Dla niej Kim Dzong Un to nie jest partner do rozmów: niemal otwarcie pokazuje ona, że nie ma z kim i po co się układać. Północnokoreańczycy nie są już żadnymi współbraćmi, lecz namolnymi żebrakami, przed których kijami trzeba się zabezpieczyć.

Podejście Park podziela wielu Południowokoreańczyków. Przez dekady ludzie nauczyli się żyć w cieniu północnokoreańskiego wulkanu i się nim nie przejmować. Chociaż nikt nie powie tego wprost, to Południowokoreańczycy coraz mniej chcą zjednoczenia. Więzi ludzkie i kulturowe słabną, Północnokoreańczycy to dla nich ubodzy, wstydliwi i niebezpieczni krewni, z którymi z każdym rokiem mają coraz mniej wspólnego. A co najważniejsze: Południowokoreańczycy po prostu nie chcą ponosić kosztów zjednoczenia, które byłyby olbrzymie (dla porównania: w momencie zjednoczenia Niemiec PKB NRD stanowiło 33% PKB RFN, PKB KRLD zaś stanowi obecnie niecałe 3% PKB Korei Południowej)[8]. Trzy dekady życia w dobrobycie skutecznie odebrały im chęć płacenia na innych.

Oczywiście nikt tego nie powie otwarcie, bo to społeczeństwo konfucjańskie, do tego silnie nacjonalistyczne, które publicznie trzyma fason. To dlatego w Korei Południowej wciąż istnieje Ministerstwo ds. Zjednoczenia, które regularnie publikuje plany, organizuje konferencje i seminaria; tematyka KRLD jest zaś stale obecna w wystąpieniach publicznych południowokoreańskich polityków. Ale realnie nikt się tym nie zajmuje: kwestia północnokoreańska nie decyduje o losach wyborów, nie jest tematem rodzinnych rozmów przy stole ani nie wpływa na kariery zawodowe. A gdy ostatnio zrobiono sondaż opinii publicznej, to wyszło, że w ewentualnym meczu piłkarskim KRLD-USA, Południowokoreańczycy kibicowaliby USA[9].

 

Mocarstwa nie życzą sobie zjednoczenia

Koreańska (nie)chęć do zjednoczenia i tak zresztą nie ma większego znaczenia. O losach Półwyspu decydują przede wszystkim mocarstwa, którym odpowiada status quo. Ewentualna zjednoczona Korea mogłaby bowiem zachwiać delikatną równowagą polityczną w tym kluczowym dla świata regionie. Dlatego wielcy życzą sobie trwania obecnego podziału na dwa państwa koreańskie, choć drażni ich awanturnictwo polityczne Phenianu.

Dotyczy to w pierwszej kolejności Waszyngtonu. Amerykanie długo uważali, że reżim północnokoreański sam upadnie. Gdy to się nie stało, chcieli go obalić siłą, ale po Afganistanie i Iraku zabrakło im już chęci i zasobów do kolejnej inwazji. Skoncentrowali się na powstrzymywaniu ambicji atomowych Phenianu, co nie jest zbyt skuteczne, bo naprawdę bolesne sankcje są blokowane w ONZ przez Chiny. Amerykanów irytuje niemożność rozwiązania kwestii północnokoreańskiej, ideologia i praktyka polityczna Phenianu jest zaś traktowana w Waszyngtonie niczym jakaś jaskiniowa anomalia. Wszechogarniającemu w USA przekonaniu o postępie ludzkości (i chwalebnej roli w nim samej Ameryki) Północnokoreańczycy przeciwstawiają działania godne lat 30. i 40. XX w., na które USA niewiele mogą poradzić. Pomyliłby się jednak ten, kto by uznał, że jest to poważny problem dla Stanów Zjednoczonych. Ta patowa sytuacja bynajmniej aż tak nie przeszkadza Amerykanom. Obecność wrogiej oraz „niebezpiecznej” i „nieobliczalnej” (jak jest portretowana) Korei Północnej sankcjonuje obecność amerykańskich żołnierzy na Półwyspie i uzasadnia umieszczanie tam najnowocześniejszego uzbrojenia typu THAAD, które w razie czego może zostać użyte przeciw… Chinom. KRLD tym samym nieświadomie realizuje podstawowy cel amerykańskiej polityki w Azji, jakim jest powstrzymywanie wzrostu Chin.

Geopolityka rządzi również chińskim podejściem do kwestii zjednoczenia. W dziejach Azji Wschodniej kto kontrolował Koreę, ten miał drogę otwartą do Chin. Dlatego myślące w sposób historyczny i mające długą perspektywę czasową chińskie elity nie mogą pozwolić nikomu obcemu opanować całego Półwyspu (ten paradygmat tłumaczy m.in. wejście ChRL do wojny koreańskiej). Ponadto ewentualna zjednoczona Korea nie tylko mogłaby się stać potęgą ekonomiczną konkurencyjną dla Chin, ale i prawie na pewno starałaby się równoważyć Chiny poprzez bliższe relacje z innymi mocarstwami. Dlatego też Pekin utrzymuje przy życiu reżim w Phenianie, choć Północnokoreańczycy wystawiają legendarną cierpliwość Chińczyków na dużą próbę. „Żebrak z kijem” nie tylko nie słucha chińskich rad w sprawie reform, robi, co chce, w kwestii nuklearnej i nie okazuje żadnej wdzięczności za chińską pomoc, lecz ponadto „pluje w twarz” Pekinowi, publicznie krytykując chińskie działania czy odrzucając koncepcję „chińskiego marzenia” Xi Jinpinga[10]. Wie bowiem, iż w najlepszym interesie Chińczyków jest trwanie podzielonej Korei. Jednak sumy, jakie ChRL przeznacza na pomoc dla KRLD, stanowią ok. 0,0005% PKB Chin[11], jest to więc cena na tyle niska, że warto ją mimo wszystko zapłacić, by utrzymać przy życiu tego niesfornego, barbarzyńskiego wasala.

Pozostałe dwa mocarstwa – Japonia i Rosja – nie mają aż tak wiele do powiedzenia na Półwyspie. Japonia jest jeszcze mniej zainteresowania unifikacją Korei niż reszta, gdyż jeśli istnieje jedna uniwersalna cecha, która bezdyskusyjnie łączy Północno- i Południowokoreańczyków, to jest nią antyjaponizm. Tokio brakuje jeszcze tylko zjednoczonej, rewanżystowskiej i konkurencyjnej gospodarczo Korei w i tak trudnych relacjach z państwami Azji i Pacyfiku. Rosja dla odmiany byłaby być może najbardziej z wszystkich mocarstw zainteresowana zjednoczeniem, gdyż oznaczałoby to szanse na transkoreańskie projekty energetyczne (gazociąg, ropociąg), blokowane obecnie przez nieprzewidywalność Phenianu. Jednak pozycja Moskwy – inaczej niż w czasach ZSRR – jest na Półwyspie na tyle słaba (głównie z przyczyn gospodarczych), że Rosja i tak nie ma zbyt wiele do powiedzenia. W 2014 r. Moskwa próbowała ożywić relacje z KRLD, jednak wszystko rozbiło się o brak pieniędzy: KRLD jest przyzwyczajona do brania, a Rosja w obecnej sytuacji nie bardzo może cokolwiek dać.

Głównym interesem mocarstw na Półwyspie jest więc zachowanie status quo. Rzecz jasna, fakt, że KRLD regularnie maltretuje swoich poddanych, jest sprawą przykrą – z tego powodu należy regularnie wyrażać publicznie „zaniepokojenie”, a nawet „głębokie zaniepokojenie” – ale w obliczu wielkiej polityki pozostaje to kwestią wręcz nieistotną.

Jeśli zaś chodzi o program atomowy Phenianu, mocarstwa dobrze wiedzą, że jest on defensywny z natury, to po prostu narzędzie do utrzymania się reżimu przy władzy. Przywódcy północnokoreańscy są zbrodniczy, ale nie szaleni: gdyby KRLD użyła jako pierwsza broni atomowej, już by nie istniała, zmieciona kontruderzeniem. Dlatego największym zmartwieniem mocarstw jest stabilność Korei Północnej. Gdyby reżim upadł w sposób niekontrolowany, oznaczałoby to same kłopoty: zagrożenie dostania się broni atomowej w niepowołane ręce, strach o to, kto przejąłby tam władzę, no i katastrofę humanitarną (fale uchodźców). Dlatego też, jak to ujął anonimowo jeden analityk, „wszyscy chcą, by ten barak trwał, i drżą, by nie upadł”.

 

Kiedy zjednoczenie?

Czy więc zjednoczenie Korei jest niemożliwe? Chłodna analiza sytuacji międzynarodowej na to wskazuje. Jednakże w polityce nic nie jest pewne i bardzo często rządzi nią przypadek (jak to ujął były amerykański wiceminister obrony Paul Wolfowitz: „niespodzianki w stosunkach międzynarodowych zdarzają się tak często, że zaskakujące jest, iż wciąż nas zaskakują”)[12]. To sprawia, że nawet najlepsze przewidywania politologicznie są zazwyczaj wyłącznie przysłowiowym wróżeniem z fusów. Stąd też lepiej po prostu mieć w pamięci słowa klasycznej chińskiej Opowieści o Trzech Królestwach, znanej i czytanej w Korei: „co jest zjednoczone, na pewno się podzieli; co jest podzielone, na pewno się zjednoczy”. Pytanie zaś: „kiedy?”, zostawić bardziej odważnym badaczom i analitykom oraz – rzecz jasna – wróżbitom.

_

Autor składa podziękowanie Oskarowi Pietrewiczowi za konsultację merytoryczną.

 

[1] 18 sierpnia 1976 r. żołnierze KRLD zaatakowali siekierami żołnierzy amerykańskich chcących ściąć topolę w strefie zdemilitaryzowanej; to wydarzenie z dziedziny makabreski politycznej przeszło do historii jako „incydent z siekierą albo siekierami”.

[2] „Kobiety pocieszycielki” to eufemistyczne określenie Azjatek (w tym wielu Koreanek) zmuszonych do prostytucji przez wojska japońskie w czasie II wojny światowej; ich liczba jest szacowana na od 50 do 300 tys. Do dziś kwestia „pocieszycielek” jest kością niezgody między Koreą a Japonią, mimo podpisania w 2015 r. porozumienia mającego zadośćuczynić ofiarom i zamknąć sprawę politycznie.

[3] B. Demick, Światu nie mamy czego zazdrościć, tłum. A. Nowakowska, Wołowiec 2010.

[4] Ojkofobia to w psychologii „nienawiść do tego, co własne”.

[5] Award Ceremony Speech, Noble Peace Price 2000, Kim Dae-jung, 10.12.2000, http://www.nobelprize.org/nobel_prizes/peace/laureates/2000/presentation-speech.html (dostęp: 5 listopada 2016).

[6] Цена вопроса, Коммерсант 1 IV 2013, http://www.kommersant.ru/doc/2156825 (dostęp: 25 listopada 2016).

[7] B. Courmont, Korea Północna. Paradoksy polityki Kimów, tłum. E. Brzozowska, Warszawa 2011.

[8] Dane za: A. Bober, Zjednoczona Korea. Szansa Czy utopia?, Warszawa 2013.

[9] W ewentualnym meczu Korei Północnej z USA 51,2% ankietowanych kibicowałoby Amerykanom, a 43,5% Koreańczykom z Północy. Największe poparcie dla Amerykanów zadeklarowali najmłodsi (64,8% 20-latków) i najstarsi (doświadczeni wojną z Północą, 72,8% 60-latków i starszych). Natomiast 30- i 40-latkowie w zdecydowanie mniejszym wymiarze byliby gotowi kibicować Amerykanom”, O. Pietrewicz, Tacy sami, a ściana między nami? Stosunek południowokoreańskiego społeczeństwa do Korei Północnej, jej mieszkańców i zjednoczenia Korei, Centrum Studiów Polska-Azja, 04.05.2015, http://www.polska-azja.pl/o-pietrewicztacy-sami-a-sciana-miedzynami-stosunekpoludniowokoreanskiego- spoleczenstwado-korei-polnocnej-jej-mieszkancow-izjednoczenia- korei/ (dostęp: 25 listopada 2016).

[10] Exclusive: North Korea decrees, „Abandon the Chinese dream!”, NF News Focus, 02.06.2014. North Korea Slams Xi Jinping and the Chinese Dream, „The Diplomat”, 17 czerwca 2014.

[11] Dane za: N. Levi, Kto rządzi w Korei Północnej?, Warszawa 2014.

[12] Congressional Record, V. 147, Pt. 7, May 22, 2001 to June 11 2001, Washington D.C. 2001.

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter