70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie zawsze trzeba wygrywać

Moja filozofia wiary i Boga znacznie bardziej bazuje na pytaniach i braku definitywnych rozstrzygnięć, na samym otwarciu na wymiar metafizyczny i religijny niż na formułowaniu odpowiedzi.

Mateusz Burzyk, Dominika Kozłowska: Urodził się Pan krótko przed wojną, w 1937 r., w rodzinie ziemiańskiej o korzeniach arystokratycznych. W jaki sposób zapamiętał Pan czas powojenny: utratę dóbr, deklasację i reformy społeczne wprowadzone przez komunistów?

Karol Tarnowski: Pamiętam ostatni obiad w dworze w Chorzelowie, dziedzicznej posiadłości rodziny mojego ojca. Patrzyłem przez okno na niebieskie niebo i miałem przeczucie, że to może być pożegnalny posiłek. Nie wiem, skąd wzięła się we mnie ta myśl. Miałem osiem lat, gdy musieliśmy porzucić dwór. Wiedzieliśmy, że zbliża się front wschodni, a my jesteśmy przeznaczeni do wywózki. Wyjechaliśmy do Zakopanego do Domu pod Jedlami, rodzinnej posiadłości mojej matki Wandy Pawlikowskiej, zanim do wsi wkroczyły wojska. Może dzięki temu nie miałem poczucia, że nasze dotychczasowe życie diabli wzięli.

 

Dom pod Jedlami był jedynym miejscem, które ocalało z wojennej pożogi. Dwór w Chorzelowie został spalony, majątek rodziny Pawlikowskich w Medyce – znacjonalizowany.

To prawda. A w Domu pod Jedlami przez całą wojnę mieszkała moja babka Wanda Pawlikowska i toczyło się tam w miarę normalne życie. Po wojnie chodziłem tam do szkoły podstawowej i muzycznej. A kiedy w 1949 r. wyjechaliśmy do Krakowa, zaczął się dla nas zupełnie nowy etap. Szybko wszedłem w świat uczniowski, a za sprawą mojego brata Jacka Woźniakowskiego, który był już w „Tygodniku”, również i w inteligencki. Nie miałem więc czasu na tęsknotę za światem ziemiańskim. Poza tym, koniec końców, do tego życia ziemiańskiego i tak bym się nie nadawał. W tamtym czasie w ogóle nie myślałem więc o Chorzelowie. Nie czułem żalu ani resentymentu. Takie uczucia pojawiły się dopiero później. Zdałem sobie sprawę, że dla mojego ojca utrata domu była wielką traumą; pamiętam moment wręczenia mu przez przywiązaną do rodziny osobę z dawnej służby krzyża z nadpalonego dworu – było to bardzo przejmujące. Poza tym docierało do mnie stopniowo poczucie niesłychanego barbarzyństwa, związanego z tą, jak pisze Andrzej Leder, „prześnioną rewolucją”.

 

A Pańscy rodzice? Jak sobie poradzili z rewolucją społeczną, która tak głęboko zmieniła ich życie?

Przeżyli to wzorowo. Pozycja materialna zmieniła się radykalnie, mimo że mój ojciec ciężko pracował na utrzymanie naszej rodziny. Mieszkaliśmy wtedy w wynajętym w Krakowie mieszkaniu, z siostrą Bora-Komorowskiego w charakterze współlokatorki. Popołudniami rodzice starali się prowadzić życie towarzyskie i intelektualne. Nie odczuliśmy więc zmiany stylu społecznego – owszem, nie była to już ta sama jakość i liczba spotkań jak we dworze, ale jednak rodzice zachowali dawne rytuały i wartości.
— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter