70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. z archiwum Karola Tarnowskiego

Nie zawsze trzeba wygrywać

Moja filozofia wiary i Boga znacznie bardziej bazuje na pytaniach i braku definitywnych rozstrzygnięć, na samym otwarciu na wymiar metafizyczny i religijny niż na formułowaniu odpowiedzi.

Mateusz Burzyk, Dominika Kozłowska: Urodził się Pan krótko przed wojną, w 1937 r., w rodzinie ziemiańskiej o korzeniach arystokratycznych. W jaki sposób zapamiętał Pan czas powojenny: utratę dóbr, deklasację i reformy społeczne wprowadzone przez komunistów?

Karol Tarnowski: Pamiętam ostatni obiad w dworze w Chorzelowie, dziedzicznej posiadłości rodziny mojego ojca. Patrzyłem przez okno na niebieskie niebo i miałem przeczucie, że to może być pożegnalny posiłek. Nie wiem, skąd wzięła się we mnie ta myśl. Miałem osiem lat, gdy musieliśmy porzucić dwór. Wiedzieliśmy, że zbliża się front wschodni, a my jesteśmy przeznaczeni do wywózki. Wyjechaliśmy do Zakopanego do Domu pod Jedlami, rodzinnej posiadłości mojej matki Wandy Pawlikowskiej, zanim do wsi wkroczyły wojska. Może dzięki temu nie miałem poczucia, że nasze dotychczasowe życie diabli wzięli.

 

Dom pod Jedlami był jedynym miejscem, które ocalało z wojennej pożogi. Dwór w Chorzelowie został spalony, majątek rodziny Pawlikowskich w Medyce – znacjonalizowany.

To prawda. A w Domu pod Jedlami przez całą wojnę mieszkała moja babka Wanda Pawlikowska i toczyło się tam w miarę normalne życie. Po wojnie chodziłem tam do szkoły podstawowej i muzycznej. A kiedy w 1949 r. wyjechaliśmy do Krakowa, zaczął się dla nas zupełnie nowy etap. Szybko wszedłem w świat uczniowski, a za sprawą mojego brata Jacka Woźniakowskiego, który był już w „Tygodniku”, również i w inteligencki. Nie miałem więc czasu na tęsknotę za światem ziemiańskim. Poza tym, koniec końców, do tego życia ziemiańskiego i tak bym się nie nadawał. W tamtym czasie w ogóle nie myślałem więc o Chorzelowie. Nie czułem żalu ani resentymentu. Takie uczucia pojawiły się dopiero później. Zdałem sobie sprawę, że dla mojego ojca utrata domu była wielką traumą; pamiętam moment wręczenia mu przez przywiązaną do rodziny osobę z dawnej służby krzyża z nadpalonego dworu – było to bardzo przejmujące. Poza tym docierało do mnie stopniowo poczucie niesłychanego barbarzyństwa, związanego z tą, jak pisze Andrzej Leder, „prześnioną rewolucją”.

 

A Pańscy rodzice? Jak sobie poradzili z rewolucją społeczną, która tak głęboko zmieniła ich życie?

Przeżyli to wzorowo. Pozycja materialna zmieniła się radykalnie, mimo że mój ojciec ciężko pracował na utrzymanie naszej rodziny. Mieszkaliśmy wtedy w wynajętym w Krakowie mieszkaniu, z siostrą Bora-Komorowskiego w charakterze współlokatorki. Popołudniami rodzice starali się prowadzić życie towarzyskie i intelektualne. Nie odczuliśmy więc zmiany stylu społecznego – owszem, nie była to już ta sama jakość i liczba spotkań jak we dworze, ale jednak rodzice zachowali dawne rytuały i wartości.

 

Jacek Woźniakowski, Pański przyrodni brat, był od Pana o 17 lat starszy.

Moja mama Wanda Pawlikowska miała 42 lata, gdy przyszedłem na świat. Byłem najmłodszy z całego rodzeństwa. Miałem jeszcze dwie siostry, przyrodnią Kasię z małżeństwa z Henrykiem Woźniakowskim, i starszą o trzy lata Gabrielę. Niestety, Gabriela zmarła z powodu zakażenia dyfterytem w 1943 r. Pamiętam poczucie osamotnienia po jej śmierci, choć dziś jej samej już dobrze nie pamiętam. Rodzice nie mieli poczucia, że trzeba się zaopiekować młodszym dzieckiem, które również przeżywa stratę. Poczułem się wtedy trochę odrzucony. Potem przyjęliśmy żydowską dziewczynkę, która się ze mną wychowywała, i ona zapełniła miejsce po siostrze. Jej prawdziwe nazwisko brzmiało Metzendorf. Rodzice załatwili jej metrykę chrztu i fałszywe papiery – odtąd nazywała się Marysia Kopczyńska. Byłem z nią blisko również w Zakopanem i bardzo byliśmy zżyci. Po czym nagle zjawił się jej ojciec, który ocalał z Zagłady. Natychmiast zabrał ją do Izraela. Znów w brutalny sposób zostałem oddzielony od bliskiej mi osoby. Dopiero wiele lat później odbudowaliśmy nasze więzi.

 

Przed wojną Pańscy rodzice wiele czasu spędzali za granicą. W okresie stalinowskim Polska – jak pisał Dariusz Stola – była krajem bez wyjścia. Kiedy udało się Wam po raz pierwszy wyjechać za granicę?

Zaraz po odwilży, w 1957 r. Wyjechałem wtedy z mamą, która w Londynie miała brata. W Polsce chorowałem na nerki, miałem kamienie. W Anglii udało się mnie zoperować. To było usprawiedliwienie tej podróży, bo tak naprawdę straciłem tam mnóstwo czasu. Odrobinę pisałem, ale w zasadzie nic tam nie robiłem.

 

To było w trakcie studiów na Akademii Muzycznej?

Tak. Wziąłem na akademii dłuższy urlop. Zaletą wyjazdu było też oczywiście to, że poznałem tam trochę osób, np. Artura Rubinsteina. W Paryżu odwiedziłem Jeana Wahla. Wahl był bardzo dobrym filozofem francuskim pochodzenia żydowskiego, o maleńkiej posturze, ale pięknej głowie. Napisał pierwszą i odkrywczą książkę o Kierkegaardzie, podobną do analogicznej książki o Heglu, napisanej przez Jeana Hyppolite’a w tym samym czasie. Napisał też Traktat o metafizyce i szereg subtelnych studiów z historii filozofii. Przyjaźnił się zarówno z Gabrielem Marcelem, jak i z Emmanuelem Lévinasem. Miał ogromne mieszkanie, w którym prowadził salon, taką Piwnicę pod Baranami. Miejsce było zaciemnione, zadymione, przychodziło tam mnóstwo znanych osób, ale byłem zbyt młody, żeby je rozpoznać – poza tym te ciemności… Jego żona była malarką i zdobiła to mieszkanie niesamowitymi freskami w stylu, jak mi się wydawało, Witkacego.

 

Jak w młodzieńczym czasie układały się Pana relacje z Jackiem Woźniakowskim?

Były dość złożone. Gdy byłem mały, Jacek nawet starał się ze mną bawić, czułem, że robi to dla mnie. Jednocześnie jednak krytykował mnie za niezbyt dobre wychowanie – nieraz ostro zwracał mi uwagę. Nikt inny tak zdecydowanie nie przywoływał mnie do porządku. To był mój brat, więc uwagi z jego strony traktowałem bardzo poważnie. Z czasem nasze stosunki stawały się, w pewnym sensie, coraz gorsze. W pewnym sensie, bo nie mogę powiedzieć, żeby Jacek nie okazywał mi sympatii. Opiekował się mną i był bardzo troskliwy, np. gdy w Krakowie miałem wstrząs mózgu, zostawszy potrąconym przez rower. Dał mi wówczas w prezencie książkę Brzozowskiego z taką dedykacją: „Widma moich współczesnych i książkę o starej kobiecie na pamiątkę wstrząsu mózgu ofiarowuje coraz mniej współczesny, ale za to coraz bardziej widmo, stary mężczyzna J.”. Niemniej takie gesty nie zapobiegały bardzo krytycznemu stosunkowi Jacka do mnie, który do pewnego momentu stale się powiększał.

 

Na łamach miesięcznika debiutował Pan w 1959 r. rozmową o poezji chińskiej. Miał Pan wówczas 22 lata. Jak wyglądały początki Pańskich relacji ze środowiskiem „Znaku” i „Tygodnika”?

W „Tygodniku” pierwszy tekst opublikowałem jeszcze wcześniej, bo w 1956 r. Był to artykuł o Międzynarodowym Festiwalu Muzycznym „Praska Wiosna”. Później, po tej dłuższej podróży do Anglii i Francji, opublikowałem w „Tygodniku” większy tekst o malarstwie. Jackowi się on nawet spodobał. Pisywałem też dość regularnie recenzyjki z koncertów i niektórych książek o muzyce. Napisałem nawet jeden duży artykuł o muzyce, za który dostałem komplementy od Michała Bristigera. „Znak” zacząłem czytać bardzo wcześnie. Mogę powiedzieć, że wychowałem się na miesięczniku i dzięki niemu przyswoiłem sobie wiele zagadnień filozoficznych i teologicznych. Próbowałem w tych pismach publikować, ale czułem, że to jest właściwie „ziemia odmówiona”, jakby powiedział Tischner. No bo Jacek i ja… może nie było tam miejsca dla nas dwóch. Pielęgnowałem więc tę moją muzykę, której uczyłem się już w Chorzelowie i potem w Zakopanem, a następnie w Akademii Muzycznej w Krakowie, kształcąc się na pianistę koncertowego. Nie mogę więc powiedzieć, abym się czuł w środowisku „Tygodnika” i „Znaku” komfortowo. W stylu mojego wychowania byłem – jak to określał Jacek – powojenny, trochę rozpuszczony, podczas gdy Jacek reprezentował świat przedwojenny, no i wojskową dyscyplinę. Wtedy w środowisku byli sami ludzie przedwojenni, bardzo wymagający. Liczyłem nawet, że oni będą mi coś proponować, a tak nie było. Redaktorem miesięcznika zostałem dopiero za sprawą Stefana Wilkanowicza w 1990 r.

 

Po studiach w Akademii Muzycznej przez jakiś czas mieszkał Pan w Szczecinie?

Po uzyskaniu dyplomu dostałem pracę w Filharmonii Szczecińskiej jako pianista. Cieszyłem się, że wreszcie jestem niezależny.

 

Co spowodowało, że porzucił Pan muzykę i zwrócił się w stronę filozofii? To było dość późno. Magisterium z filozofii uzyskał Pan w wieku 35 lat.

To był proces. Moja matka wykazała się niesłychanym instynktem, upierając się, że muszę skończyć zwykłe gimnazjum i liceum, a nie tylko szkoły czysto muzyczne, bo te ostatnie były wtedy jednak gorsze pod względem poziomu przedmiotów ogólnych. Może przeczuwała, że w przyszłości zrobię z tego użytek… W gruncie rzeczy odkąd pamiętam, pociągała mnie filozofia. Poznawałem ją zarówno przez „Znak”, jak i przez rozmowy z prof. Stefanem Swieżawskim. Oprócz powiązań rodzinnych (był ożeniony z moją daleką ciotką) ze Stefanem Swieżawskim łączyła mnie – mimo różnicy wieku – przyjacielska relacja. Zaraz po wojnie przedostał się ze Lwowa do Szczawnicy i Zakopanego. Zamieszkał u nas w Domu pod Jedlami, gdzie napisał swój Byt. Zagadnienia metafizyki tomistycznej. Odbyłem z nim wiele rozmów. Zachęcał mnie do czytania Historii filozofii Tatarkiewicza. Dzięki niemu wnikliwie przerobiłem wszystkie tomy. No, a później pojawił się w moim życiu Tischner, który był szalenie ciekawym jegomościem…

 

Zaledwie o sześć lat starszego Józefa Tischnera poznał Pan w okresie, gdy był Pan jeszcze aktywnym pianistą?

Tak. Mój przyjaciel Paweł Taranczewski w swoim mieszkaniu organizował półprywatne seminaria z udziałem Tischnera i Jana Błońskiego. Brałem w nich udział. Czytaliśmy Bergsona, Husserla i Heideggera. To były właściwie bardziej wykłady niż seminaryjne dyskusje, bo słabo znaliśmy niemiecki, a poza pojedynczymi pracami w zasadzie żadne przekłady tych filozofów na język polski jeszcze nie były dostępne.

 

Kiedy to miało miejsce?

W II połowie lat 60. Strasznie mnie to interesowało, ale wtedy jeszcze nie myślałem o zmianie zawodu. Czułem, że jestem skazany na bycie pianistą. Nagle jednak otwarła się możliwość studiowania na Uniwersytecie Jagiellońskim, bo wcześniej po awanturze z wyrzuceniem w 1964 r. Izydory Dąmbskiej i najeździe komunistycznych profesorów przez pewien czas na Wydziale Filozoficznym w ogóle nie prowadzono rekrutacji. I nagle ten kierunek został ponownie otwarty. W tym samym niemalże czasie otrzymałem propozycję wyjazdu na vacances musicales do Wenecji. Wyjechałem, ale jednocześnie wtedy właśnie podjąłem decyzję o rozpoczęciu studiów filozoficznych. To był mój wybór – trudny i ryzykowny. Jacek podchodził do tego bez entuzjazmu. Miałem natomiast poparcie ze strony Swieżawskiego, Tischnera i Stróżewskiego, którego znałem już z miesięcznika i był moim jedynym autorytetem na uniwersytecie – innych wybitnych wykładowców już wówczas nie było.

 

Co sprawiało, że w Waszej orbicie intelektualnej zaleźli się właśnie Husserl, Heidegger czy Bergson, a nie np. Hannah Arendt?

Te kierunki wyznaczał Tischner. To on był osobistym przekaźnikiem fenomenologii i filozofii współczesnej. Nie pamiętam, aby Władysław Stróżewski w ogóle fascynował się filozofią współczesną – zajmował się raczej tomizmem, Gilsonem, filozofią starożytną, ale prowadził świetne seminaria z historii filozofii. Natomiast podczas spotkań z Tischnerem rozmawiało się o Heideggerze, o Sartrze, Camusie, Marcelu. Ten ostatni – o dziwo – został przetłumaczony stosunkowo szybko i wydany przez PAX. Dzięki temu dość wcześnie zapoznałem się z jego myślą i zafascynowałem się tym filozofem. O Arendt się w ogóle nie mówiło.

 

Kobiet niewiele wtedy czytaliście. Zupełnie nieobecna była np. Simone de Beauvoir?

Z kobiet pojawiła się jedynie Simone Weil, ale dość późno. Trochę też Edith Stein.

 

W 1958 r. Karol Wojtyła uzyskał nominację na biskupa pomocniczego w Krakowie. Jakie były początki Pańskiej znajomości z późniejszym papieżem?

Jeszcze w liceum przeżyłem moment pobudzenia religijnego. Wcześniej nie byłem specjalnie pobożny, moi rodzice również. Szukając spowiednika, dowiedziałem się, że jest ciekawy ksiądz w parafii św. Floriana. I tak trafiłem na Wojtyłę, choć mogłem równie dobrze trafić do św. Anny, gdzie był bp Jan Pietraszko. Wojtyła mnie zafascynował, on umiał słuchać i argumentować. Stawiał na dialog, unikał pouczeń. Później odkryłem Laski – tę najciekawszą być może propozycję Kościoła, jaka w ogóle kiedykolwiek w Polsce powstała, rzeczywistego partnerstwa duchowego sióstr, księży i świeckich.

 

Co budowało wówczas poczucie przynależności do wspólnoty Kościoła? Dziś wydawać by się mogło, że to głównie kwestie związane z etyką seksualną. Jak to wyglądało wtedy?

Etyka seksualna stała się w Polsce z czasem tematem zastępczym w stosunku do ważniejszej problematyki światopoglądowej w laicyzującym się świecie. Wtedy był komunizm i najważniejsze było, żeby się mu nie dać. A ludzi myślących zajmowały poważniejsze sprawy: wierzyć w Boga albo nie wierzyć.

Podczas rekolekcji i w trakcie spowiedzi mówiło się o sprawach zasadniczych – o wierze w Boga, o kształtowaniu sumienia, o antropologii, którą później Wojtyła wcielił w swoje książki. To było wychowywanie do człowieczeństwa, gdzie ta pozytywna strona była nieporównanie ważniejsza od negatywnej.

Oczywiście uznawał nakazy i zakazy, ale miałem wrażenie, że Wojtyły wtedy nie interesowało, czego nie należy robić, koncentrował uwagę swoją i naszą na tym, co należy robić i jak się rozwijać. Mam wrażenie, że myśleniem negatywnym Wojtyła nasiąkł w znacznym stopniu poprzez kontakt z Wandą Półtawską, która miała katastrofalne wspomnienia z eksterminacji dzieci w Auschwitz. Rodzina była dla Wojtyły od zawsze szalenie ważna, na jej temat rozmawialiśmy, ale sprawa środków antykoncepcyjnych pojawiła się u nas znacznie później.

 

Jako inteligencja i katolicy uczestniczyliście w zmianach, jakie przyniósł Sobór. W tym czasie w Europie toczyła się rewolucja obyczajowa, rozwijał feminizm i ruchy emancypacyjne w głęboki sposób zmieniające społeczne role kobiet i mężczyzn. Czy echa tych przemian docierały nad Wisłę?

Nic z tych rzeczy. Poruszaliśmy się wtedy wokół bardzo tradycyjnej wizji istoty kobiecości i męskości. Wobec tego o żadnych „genderach” nie mogło być jeszcze mowy. Tak samo jak nie przypominam sobie, byśmy dyskutowali np. o liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, do której doszło w 1956 r. na fali odwilży. Co ciekawe, uważam, że również po 1989 r. Jan Paweł II nie twierdził, że w tej kwestii zawsze trzeba iść w zaparte, on przyjmował kompromis, który zawarto w 1993 r.

 

Środowisko miało jednak dobry kontakt z Francją, a nie było wtedy w Europie kraju, w którym debaty dotyczące np. emancypacji kobiet byłyby żywsze.

Kontakty z Francją były elitarne i obejmowały tylko kręgi katolickiej inteligencji, która – nawet we Francji – żyła innymi tematami: problematyką księży robotników, prostszą liturgią, zagadnieniami koncepcji Kościoła (Henri de Lubac) czy ruchu ekumenicznego (Yves Congar), przemyśleniem ateizmu. W naszym środowisku kobiety z reguły pracowały naukowo – były inżynierami albo doktorami, więc były wyemancypowane, a mimo to Wojtyła kładł nacisk na tradycyjne role kobiety, rodzinność i prokreację. Jego spojrzenie na kobiecość nie zmieniało się.

 

O ile w latach 60. w środowisku Znaku nie dyskutowało się o sprawach związanych z rewolucją obyczajową i seksualną, o tyle wielkim tematem był Sobór. Czy dało się wtedy odczuć jakieś różnice w podejściu do reformy Kościoła między inteligencją w te zmiany zaangażowaną a Karolem Wojtyłą?

Wojtyła, który niewątpliwie współtworzył reformy soborowe i zasadniczo popierał otwarcie zainaugurowane przez Jana XXIII, nie był klerykalny, ale do Kościoła jako takiego i tradycji był szalenie przywiązany. Nie lubił, gdy Kościół się krytykowało lub gdy mówiło się o podziałach, o ruchu postępowym i integryzmie. Był, słusznie zresztą, za jednością Kościoła. Sądzę, że to przez to przywiązanie do tradycji nie rozumiał, gdy świeccy krytykowali jakąś linię Kościoła. Trudno było z nim na ten temat rozmawiać.

 

A jak kształtowały się relacje z prymasem Stefanem Wyszyńskim?

Napięcia między prymasem a środowiskiem Ruchu Znak miały swoje źródła w braku poparcia elit dla programu obchodów milenium chrztu Polski. Prymas czuł, że w starciu z Gomułką nie stanęliśmy za nim murem. W „Tygodniku” ukazywały się krytyczne teksty na temat masowych peregrynacji obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Utworzenie Koła Poselskiego Znak też nie było przez prymasa przyjęte z zadowoleniem (mimo że sam zamysł większego angażowania się katolików w życie społeczne uzyskał jego akceptację). Osłabiało to jego monopol na kształtowanie relacji katolików z władzami państwowymi.

 

Rozprawę doktorską pt. Problematyka faktyczności u wczesnego Heideggera obronił Pan na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jednak habilitację, poświęconą zagadnieniu wiary i Boga w filozofii Gabriela Marcela, uzyskał Pan już na Papieskiej Akademii Teologicznej. Czy był Pan związany z tą uczelnią od początku jej istnienia?

Po doktoracie na uniwersytecie nie przyjęto mnie na etat, ponieważ – co powiedziano mi otwarcie – nie należałem do partii. Dowiedział się o tym Tischner, który śledził z sympatią mój naukowy i filozoficzny rozwój. Po zasięgnięciu opinii Stróżewskiego zdecydował, że wciągnie mnie do powstającego wówczas w ramach Wydziału Teologicznego Wydziału Filozoficznego PAT. Pamiętam, że wziął mnie ze sobą do kurii i przedstawił w tym charakterze Karolowi Wojtyle. To było bardzo sympatyczne spotkanie, bo Tischner opowiedział tam oczywiście jakieś dowcipy, a Wojtyła pękał ze śmiechu. W takich okolicznościach zacząłem pracę jako wykładowca historii filozofii.

 

Wydział Filozoficzny tworzyły wówczas osobowości: ks. Józef Tischner, ks. Michał Heller, ks. Józef Życiński…

Był tam jeszcze bp Marian Jaworski. Reszta księży – trzeba tak powiedzieć – nie wybijała się ponad przeciętność. Tischner umiał z ludźmi rozmawiać, doceniano jego siłę i pracę dla Kościoła. I to dzięki jego staraniom wydział w ogóle ruszył. Od początku otoczył nas: Tadzia Gadacza, Adasia Workowskiego, Jana Galarowicza i mnie – opieką. Czułem się tam dobrze. A dzięki temu, że to była uczelnia na specjalnych prawach, w czasie stanu wojennego okazała się schronem dla wielu ludzi. Od początku silne były trzy nurty: filozofii nauki, fenomenologii oraz filozofii dialogu.

 

W grudniu 2016 r. Wydział Filozoficzny PAT (obecnie UPJPII) obchodził jubileusz 40-lecia. Pamięta Pan początki i cele, jakie wówczas przed sobą stawialiście – budowę przestrzeni wolności, podejmowanie dialogu religii, nauki i kultury? Jak z tej perspektywy ocenia Pan pozycję wydziału dziś?

Można się zastanawiać, czy uczelnia wciąż realizuje te cele. Ks. Michał Heller trzyma w swojej dziedzinie rękę na pulsie, zbudował środowisko, które będzie kontynuować refleksję nad związkami religii i nauki. Jeśli jednak chodzi o dialog z kulturą, to dostrzegam braki i złe strony tego, że PAT wyodrębnił się z uniwersytetu. Wciąż na stosunkowo dobrym poziomie jest na naszej uczelni etyka, fenomenologia i filozofia religii, a także analiza podmiotu indywidualnego, ale brakuje dobrze postawionej klasycznej problematyki filozoficznej: metafizyki, teorii poznania oraz estetyki. Był moment, gdy próbowaliśmy rozwijać kierunek: filozofia postsekularna. Nie udało się jednak zakotwiczyć tego w wymiarze instytucjonalnym i dziś nie widzę kontynuacji tego dialogu. Wtedy po raz pierwszy spotkałem otwarcie ateistyczną młodzież, i to było dla mnie ważne doświadczenie. Debaty między ateizmem a teizmem powinny się na UPJPII odbywać w znacznie większym stopniu, niż się to obecnie dzieje. Wśród młodych, zwłaszcza młodych katolików, którzy podejmują studia na UPJPII, następuje uwiąd potrzeby myślenia filozoficznego rzeczywiście „na serio” – oczywiście ze znaczącymi wyjątkami.

Sądzę, że dzięki ożywieniu takich studiów i debat również Kościół zauważyłby, że ateizacja, zwłaszcza obyczajowa (a przynajmniej to, co określa się tym pojęciem), przed którą tak usilnie się broni, to być może przemiany wewnątrz stylów życia ludzi uznających się za katolików.

Młodzi księża są nieraz bardziej zamknięci na dialog niż ci z poprzednich pokoleń. Trudno szukać dziś w Kościele ożywienia intelektualnego.

Jest natomiast polaryzacja: Radio Maryja i episkopat – bo widać wyraźnie, że jeśli chodzi o wizję polskiego katolicyzmu, tworzy się z nich w zasadzie jedno ciało (otwarte dodatkowo na współpracę z prawicowymi ugrupowaniami politycznymi) – oraz „my wszyscy”, którzy szukamy jakiejś nowej formy katolicyzmu, ale nie mamy żadnego oparcia episkopalnego.

 

Ale czy kiedykolwiek mieliśmy?

Tak, Wojtyła był kimś takim – w nim jednak ten inny katolicyzm mógł mieć oparcie. Kiedy jednak został papieżem i polskim Kościołem kierował z dystansu, to odszedł od duszpasterskiej, bliskiej ludziom perspektywy i niejako z konieczności koncentrował się już na budowaniu instytucji i hierarchii. Nic dobrego z obecnego trendu nie wyniknie, biorąc pod uwagę nie tylko intelektualną, ale też religijną obojętność wielu młodych, którzy zupełnie odchodzą od instytucji i nie przejmują się nakazami i zakazami. Na szczęście sporo młodzieży, ignorując hierarchiczną, autorytarną twarz polskiego katolicyzmu, angażuje się w wolontariat i chce po prostu świadczyć dobro – realizuje w ten sposób ducha Franciszka. Ale właśnie ze względu na to, że są tacy wolni w swoim poszukiwaniu własnych dróg w Kościele, episkopat jest wobec nich pełen obaw, bo daleko im do posłuszeństwa wobec sztywnej etyki nakazów i zakazów.

 

Jest Pan świadkiem już szóstego pontyfikatu, czy w tym czasie Kościół jako instytucja zmienił się? Pytamy przede wszystkim o styl i zakres sprawowania władzy i urzędów.

Niestety, nie, co pokazuje też ostatnia nominacja biskupia w Krakowie. Abstrahuję od personaliów, chodzi mi o sam proces – o to, że wierni wciąż są w Kościele przedmiotem, a nie podmiotem. Pięknie brzmią słowa Franciszka, ale on też podpisuje nominację, akceptując zupełnie pasywną rolę ludu Bożego, który ma przecież rzekomo swój węch i mógłby trafnie rozpoznać, kto powinien kierować lokalną wspólnotą. Trzeba jednak odróżnić dobrą wolę od nieporadności. Franciszek ma wizję bardzo czytelną – to nowy paradygmat, postawienie na żywioł, wyjście poza ramy uporządkowanych struktur, które muszą zostać zachowane, ale są absolutnie drugorzędne. Wizja ta jednak za słabo przekłada się na zmiany instytucjonalne. A Polska jest w tym względzie zupełnie nieprzemakalna.

 

Czy to jest też odpowiedź na pytanie, dlaczego wizja katolicyzmu otwartego przegrała na rzecz wizji katolicyzmu radiomaryjnego? Podczas niedawnych obchodów jubileuszu toruńskiej rozgłośni pozycję o. Tadeusza Rydzyka uznali właściwie wszyscy – i episkopat, i sprawujący władzę politycy.

W starciu tym Radio Maryja było z góry na pozycjach wygranych, bo kontynuuje i umiejętnie rozgrywa wszystko, co składało się na tradycję polskiego katolicyzmu – wola panowania, posłuszeństwo i zaangażowanie w politykę. Kościół jako instytucja nie przeżył u nas tego, czego doświadczyły instytucje religijne na Zachodzie. Tam Kościół jest rozbrojony, ale w pewnym sensie okazało się to dla niego nową szansą, bo mógł zbudować mniejsze, bardziej autentyczne wspólnoty.

 

W swojej pracy filozoficznej zajmował się Pan filozofią Boga i religii, co miało budować intelektualne zaplecze dla pogłębiania duchowości i wiary. Chcielibyśmy powiązać tę pracę z celem, który sformułowany został przez założycieli „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, a więc poszerzaniem najcieńszej warstwy inteligencji katolickiej. Jak Pan z perspektywy własnej pracy, ale również z perspektywy dorobku całego środowiska, ocenia realizację tego postulatu?

Moja filozofia wiary i Boga, jeśli takowa w ogóle istnieje, znacznie bardziej bazuje na pytaniach i braku definitywnych rozstrzygnięć, na wskazywaniu jakichś prześwitów i samym otwarciu na wymiar metafizyczny i religijny niż na formułowaniu odpowiedzi. Swieżawski zgodziłby się ze mną, że zagubienie metafizyki, jakie cechuje nasze czasy, jest niedobre. Nie sposób zredukować jej do etyki, do sfery immanentnej. Metafizyka jest intelektualną i duchową tęsknotą za innym światem i kieruje nas także w stronę spotkania z innymi religiami i formami duchowości. Diagnozę tę potwierdzały również książki ukazujące się w ramach prowadzonych przeze mnie od 1989 r. serii wydawniczych: Biblioteka Filozofii Religii i Teologia Żywa, w których opublikowaliśmy m.in. Karla Rahnera, Josepha Ratzingera, Edwarda H. Schillebeeckxa, Yves’a Congara. Wszystko to wpłynęło na moje postrzeganie katolicyzmu otwartego – jako dialogu, który niekoniecznie musi prowadzić do jednoznacznych rozstrzygnięć i w którym niekoniecznie musi chodzić o dominację jednej ze stron. W tym sensie chrześcijaństwo musi stosować, jak mówił Jacques Maritain, środki ubogie. Nie bogate. To wcale nie są przebrzmiałe hasła. Trzeba pracować mocą samej prawdy, dobroci, możliwie czystego świadectwa, a nie siły.

 

A jeśli się przegra?

Trudno. Nie zawsze trzeba wygrywać.

 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter