70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie wejść na równię pochyłą

W społeczeństwie pluralistycznym nie ma możliwości uchwalenia pełnego zakazu aborcji, zakazu dostępu do zapłodnienia metodą in vitro i do środków antykoncepcyjnych, mimo iż jestem przekonany o niemoralności tych rozwiązań. Akty prawne muszą w jakimś stopniu brać pod uwagę różnice światopoglądowe.

Dominika Kozłowska: Co w Pańskiej opinii jest przed­miotem kontrowersji – samo pojęcie praw reprodukcyjnych czy któreś z zagadnień: kwestia zdrowia reprodukcyjnego, edukacji seksualnej, dostępności antykon­cepcji bądź metod zapłodnienia pozaustrojowego?

Michał Królikowski: Z pewnością kontrowersji nie budzi roztropne rodzicielstwo, a więc wszystko to, co jest zwią­zane z odpowiedzialnością za przyjęcie potomstwa. Idea praw reprodukcyjnych powstała w kon­tekście problemów Trzeciego Świata: opieki medycznej i ochrony kobiet w tym wrażliwym okresie, jakim jest ciąża i poród. Jeżeli tak je rozumiemy, podpisuję się pod nimi obiema rękami. Natomiast ten słuszny ideał został użyty jako koń trojański – prawa repro­dukcyjne, zamiast być nośnikiem troski o kobiety i ich potomstwo, stały się narzędziem prawnego uzasadniania roszczeń ideolo­gicznych związanych z promocją liberalizmu kulturowego. Jego nie­odzownym elementem jest swo­boda seksualna: korzystanie z sek­sualności bez zobowiązań, bez ryzyka dla kariery zawodowej i niekoniecznie w głębokich rela­cjach. Mamy do czynienia z domi­nacją mentalności posesoryjnej, która wyraża się w oczekiwaniu: nie chcę mieć dziecka / chcę mieć dziecko. W jednym i w drugim wypadku seksualność jest uży­wana w sposób przedmiotowy jako źródło satysfakcji powiązanej z unikaniem ciąży lub z oczeki­waniem takiego wspomagania rozrodu, które pozwoli na zajście w ciążę. Prawa reprodukcyjne sta­nowią w tym sensie narzędzie do zmiany relacji społecznych i kul­tury prawnej poszczególnych krajów. Wbudowane w strukturę praw człowieka, zniekształcają ich pierwotny charakter, tak jakby do ich istoty należało prawo do eks­presji seksualnej jako jedno z fun­damentalnych przejawów życia prywatnego.

 

A Pańskim zdaniem prawo do prywatności nie należy do funda­mentów praw człowieka?

Należy. Chodzi jednak o widzenie praw w odpowiednim porządku. Pani zdaje się postulować, aby pań­stwo było neutralne co do wyborów prywatnych obywatela, prawda?

 

Na tym m.in. opiera się idea demokracji liberalnej. W Kon­stytucji RP mowa jest o prawie każdego obywatela do decydo­wania o swoim życiu osobistym i o ochronie wolności człowieka.

Musimy czytać te artykuły w kon­tekście innych przepisów dotyczą­cych praw i wolności człowieka. I zacznijmy od tego, że sama zasada neutralności państwa nie jest aksjo­logicznie neutralna, lecz opiera się na idei prywatyzacji norm moral­nych. Każdy z nas – jak Pani powie­działa – ma prawo, aby dokonywać wyborów moralnych nieskrępowa­nych normami wspólnymi.

 

Nie znaczy to jednak, że nie podzielamy wspólnych wartości.

Zgoda. Jednak warunki brzegowe liberalnej wspólnoty są bardzo ogólne – chodzi o to, aby nie wyrządzać krzywdy drugiemu człowiekowi.

 

I bezpodstawnie nie naruszać wolności innej osoby.

Potwierdza Pani tym samym, że tak pomyślane prawa człowieka chcą wprowadzać dokładnie tę kulturę i wizję relacji społecznych, jaką ja poddaję krytyce. W przeci­wieństwie do tego, kiedy państwo jest oparte na wspólnocie wartości zdefiniowanej pozytywnie, prawo do prywatności, podobnie jak wol­ność i indywidualność jednostki, musi być widziane w szerszym kon­tekście normatywnym.

 

A zatem postrzega Pan wolność jako hierarchicznie podporząd­kowaną pozytywnym wartościom konstytuującym wspólnotę?

Niekoniecznie chodzi tu o układ hierarchiczny, raczej o kontekst. Jeżeli w Konstytucji RP zapisano niezbywalną zasadę ochrony godności człowieka, korzystanie z wolności nie może być prawnie gwarantowane wtedy, kiedy pozo­staje ono w sprzeczności z war­tościami, które tę godność uciele­śniają. W związku z tym nadmierne żądania powiązane z pojęciem praw reprodukcyjnych nie mogą być w takim ustroju prawnym dochodzone. Kłopot polega na tym, że tego kontekstu nie dostrzega Europejski Trybunał Praw Czło­wieka, który coraz wyraźniej eks­ponuje wiązkę uprawnień wynika­jących z pojęcia praw reproduk­cyjnych. Uważa je za konieczne do zagwarantowania, niezależnie od kontekstu aksjologicznego danego państwa. Jest to zjawisko kulturowe, które wynika z faktu, iż w krajach Pierwszego Świata niemal pod­stawowym problemem w zakresie ochrony praw człowieka jest prawo do prywatności i ekspresji życia seksualnego. Stąd wynika walka o równouprawnienie osób homoseksualnych – właśnie ze względu na ich potrzebę ekspresji seksu­alnej odmienności, przez którą siebie definiują.

 

Jakim zatem wartościom winna Pańskim zdaniem być pod­porządkowana zasada wolności jednostki?

Weźmy następujący przykład z Konstytucji RP: „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych” (art. 30). Gdybyśmy mieli zasadę, która brzmi: „Przy­rodzona i niezbywalna wolność jednostki jest podstawową zasadą, z której wynikają prawa i wol­ności pozostałych. Zagwaranto­wanie wolności jednostce w roz­poznaniu tego, jak ma postępować, jest podstawowym zadaniem pań­stwa”, nasza rozmowa wygląda­łaby zupełnie inaczej. Odwołam się do terminologii kościelnej. Jan Paweł II powiedziałby, że wolność jest możliwa wtedy, gdy jest zgodna z prawdą o człowieku, z tym, co dla człowieka jest dobre. Człowiek jest wolny, kiedy wybiera dobrze. Jeśli wybiera źle, staje się niewolnikiem skutków swoich złych wyborów. To jest podstawą antropologii chrze­ścijańskiej. Ale to przekonanie da się również wyrazić w kategoriach prawnych – poprzez pojęcie god­ności człowieka.

 

Powiedział Pan, że prawa reprodukcyjne zostały wprowadzone niczym koń trojański i zniekształcają pierwotny charakter praw człowieka. Jak zatem Pan widzi istotę praw człowieka?

Powszechna Deklaracja Praw Czło­wieka pod względem konstruk­cyjnym została oparta na Summie teologicznej św. Tomasza z Akwinu. Twórcy Unii Europejskiej wspól­notę o charakterze gospodar­czym połączyli z wizją systemu praw człowieka. Wynikały one z ochrony człowieka przed najbar­dziej dotkliwą deprawacją godności, związaną z doświadczeniami I poł. XX w. Stąd też znajduje się w nich konkretny zamysł antropologiczny, rozumienie podmiotowości czło­wieka oraz ochrony podstawo­wych przejawów jego funkcjono­wania – życia, wolności osobistej, prywatności itp. Z czasem pro­blemy, które były stawiane przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, doprowadziły do tego, że katalog tych podstawowych praw bardzo się rozrósł. Dobrym przykładem jego swoistego roz­dmuchiwania jest właśnie oma­wiane prawo do prywatności, pier­wotnie często wiązane z wolnością sumienia oraz ochroną przed nad­mierną ingerencją państwa w sferę relacji osobistych. Jednakże pełne zabezpieczenie prawa do prywat­ności musi wchodzić w konflikt z innymi fundamentalnymi war­tościami. Przykładem jest kwe­stia dostępu do procedury in vitro w sprawie Evans przeciwko Wiel­kiej Brytanii z 2007 r. Chodziło o relację pomiędzy starszą kobietą i młodszym chłopakiem. Przed ope­racją jajników, której miała być pod­dana kobieta, para podjęła decyzję o stworzeniu embrionów. Uzgod­niła przy tym, że zarodki te mogą być implantowane jedynie wów­czas, gdy partnerzy będą pozo­stawać w zażyłej relacji. W jakiś czas po operacji związek się roz­padł. I wówczas kobieta podjęła walkę o to, aby z prawa do pry­watności wyprowadzić prawo do macierzyństwa: uważała, że powinna móc skorzystać z tych embrionów wbrew woli byłego partnera. Trybunał orzekł, że nie jest to możliwe. W konsekwencji tego orzeczenia doszło do znisz­czenia embrionów. W tym przy­padku nawet Trybunał zajął więc stanowisko, że prawo do prywat­ności nie może być chronione bez­względnie, ale koszt tego stano­wiska okazał się ogromny. Takie są konsekwencje uchylania drzwi ideologicznej rekonstrukcji praw czło­wieka, która zwraca się przeciwko swoim fundamentom.

 

Omawiany przykład wchodzi w obszar skomplikowanych problemów bioetycznych dotyczących statusu ontologicznego, biologicznego i prawnego zarodka, prawa do posiadania dzieci i innych pokrewnych kwestii. Proponuję więc, aby problem relacji godności i wolności omówić na przykładzie ustawy o związkach partnerskich. Gdzie w tej sprawie dostrzega Pan konflikt tych dwóch wartości? Wszak idea legalizacji związków jednopłciowych nie może być widziana jako realizacja postulatu swobody seksualnej, „korzystania z seksualności bez zobowiązań i głębokich relacji”, jak to Pan ujął na początku rozmowy.

W mojej ocenie prezentowany w parlamencie projekt ustawy o związ­kach partnerskich był niezgodny z polską ustawą zasadniczą. Two­rzył instytucję podobną do mał­żeństwa, które w Konstytucji RP ma zagwarantowaną pozycję uprzywilejowaną (art. 18). Gdy Sejm odrzucił projekt, na prośbę grupy konserwatywnych parla­mentarzystów z Platformy Oby­watelskiej przygotowałem alterna­tywną ustawę o wspólnym pożyciu. Zawierała ona prawo dostępu do dokumentacji medycznej, prawo do wyboru miejsca pochówku i inne sprawy, które były podno­szone jako ewentualne upraw­nienia wynikające z intym­ności tych relacji. Środowiska osób homoseksualnych nie były jednak projektem zainteresowane, ponieważ tak naprawdę chodziło im o wpisanie do systemu praw­nego pojęcia związku partner­skiego, mimo że potrzebę jego instytucjonalizacji uzasadniali nie­dostatkami, które znosił przedsta­wiony projekt alternatywny.

Podobna walka o pojęcia toczona jest na poziomie doku­mentów unijnych. Poza aktami, które mają charakter deklara­toryjny, w żadnym dokumencie prawnym nie doszło do zapisania praw reprodukcyjnych.

Na razie bardzo starannie przestrzegany jest kompromis polegający na tym, że jeśli pojawia się gdzieś odniesienie do zagadnień związanych z pra­wami reprodukcyjnymi, z reguły obok zapisuje się uprawnienia związane z ochroną życia i god­ności człowieka.

 

W projekcie ustawy o związ­kach partnerskich również dostrzegał Pan „trojański mechanizm”.

Uznałem, że jeżeli powodem za- biegania o instytucjonalizację związków partnerskich faktycznie są trudności, które spotykają te osoby, projekt alternatywnej ustawy powinien być dla nich satysfakcjonującym rozwiązaniem. Okazało się jednak, że chodziło o ideologię.

Proszę zauważyć, że ludzie chcą wielu różnych rzeczy. Pytanie, czy państwo nie powinno jakoś ukierunkowywać dążeń obywateli. Możliwe są trzy strategie ustawo­dawcy w tym względzie. Pierwsza to strategia przeciwdziałania danemu zjawisku. Nazwijmy ją reakcją zakazu. Druga możliwość to brak wypowiedzi. Państwo nie przesądza o tym, czy coś jest dobre czy złe, a zatem np. nie zakazuje in vitro, ale nie decyduje się wprowa­dzić żadnej procedury, za pomocą której będzie można egzekwować roszczenie do tego świadczenia. Trzecia strategia angażuje państwo w promocję danego rozwiązania i opiera się na pozytywnej odpo­wiedzi na roszczenia obywateli o zapewnienie możliwości korzy­stania z danej procedury. Oczywi­ście każdą z tych strategii można stopniować, ale ważne jest, aby wiedzieć, jaki obiera się kierunek.

 

Jest Pan zwolennikiem drugiej strategii?

Ronald Dworkin rozróżniał dwa rodzaje przepisów prawnych: reguły oraz zasady (nazywane czasami normami optymalizują­cymi). Reguły mają charakter zero­-jedynkowy – masz prawo zabić albo nie masz prawa zabić. Zasady natomiast są jak kawałki plaste­liny – dopasowują się i w danym przypadku wchodzą w kompromis, jedna trochę się cofa, druga doko­nuje ekspansji. W sytuacji wyboru strategii prawno-politycznej pań­stwa dokonuje się właśnie takiego skonkretyzowania między różnymi normami optymalizującymi, które mają zabezpieczyć daną wartość – wolność osobistą, prawo do prywat­ności, prawo do skutecznej i bez­piecznej ochrony zdrowia, prawo do życia czy prawo do godności rozumianej jako stworzenie ustroju prawnego, w którym ludzie będą raczej wybierać trwałe, bezpieczne, dobre dla siebie związki, a nie żyć w sposób pozbawiony zdolności do tworzenia społecznie korzyst­nych więzi. Spójrzmy na konkretny przykład dotyczący antykoncepcji hormonalnej. Po pierwsze, czy te tabletki są obojętne dla zdrowia kobiety? Nie są. Czy ze względów medycznych mogą być stosowane jako lek? Poza pewnymi wyjątkami nie mogą. Czy w związku z tym mają być traktowane jak część ochrony zdrowia? Nie. Jakie stano­wisko powinno zatem zająć pań­stwo? Może przyjąć, że te środki w ogóle nie są dopuszczalne. Może przyjąć zasadę reglamentowanego dostępu, na receptę i w aptece. Może wreszcie dopuścić je do powszechnego obrotu, np. w hipermarkecie. Każdy z tych wyborów musi wynikać ze zrównoważenia norm: ochrony życia, wychowy­wania do godnych relacji z ludźmi oraz zabezpieczenia przed korzy­staniem z tego rodzaju środków przez osoby, które nie mają jeszcze zdolności rozpoznania tego, jaka decyzja jest dla nich dobra bądź zła.

 

A jak szeroko Pańskim zdaniem w tej drugiej strategii może być sto­sowana klauzula sumienia?

Lekarz ma prawo odmówić wypi­sania recepty na środki antykon­cepcyjne prekoitalne [przed stosun­kiem – przyp. red.] ze względu na to, że nie mają one charakteru tera­peutycznego – a więc nie są lekiem. W mojej opinii nie trzeba tym samym zawsze sięgać aż do klau­zuli sumienia, aby odmówić wypisania recepty na środek anty­koncepcyjny prekoitalny lub post­koitalny (gdyby ten ostatni był na receptę). Można odwołać się też do argumentu z ich szkodliwości dla zdrowia kobiety. Powołanie się na klauzulę sumienia, która przy­pomina w swojej istocie obywatelskie nieposłuszeństwo, następuje z odmiennych powodów. Odma­wiam wówczas wykonania określo­nego działania dopuszczonego lub wymaganego przez prawo z tego powodu, że formułuję sprzeciw sumienia. Traktujemy to jako eks­presję wolności sumienia, która umożliwia przełamanie obowiązy­wania w konkretnym przypadku powszechnie wiążących norm prawnych.

 

W świecie medycznym wpływ antykoncepcji hormonalnej na organizm kobiety jest przedmiotem dyskusji. Również pod względem etycznym i religijnym sztuczne metody regulacji poczęć zyskują różne oceny. Czy ustawodawca może zajmować pozytywne i pater­nalistyczne stanowisko w sytuacji tak odmiennych ocen danego zjawiska?

Dyskusja na temat szkodliwości środków antykoncepcyjnych pro­wadzona jest w bardzo trudnych warunkach. Duży biznes jest zain­teresowany promocją pewnych badań oraz takim sposobem ich prowadzenia, by one prowadziły do „dobrych” efektów. Podobnie ma się rzecz z in vitro, gdzie przez wiele lat w sposób świadomy w statystykach dotyczących badań medycznych dzieci nie wprowa­dzano informacji, które z nich pochodzą z in vitro. Obecnie publi­kowane są wiarygodne badania

naukowe, które pokazują, że dzieci z in vitro są obciążone znacznie większym ryzykiem pewnych poważnych chorób*.

 

Powiedział Pan, że należy nie­kiedy znaleźć kompromis między różnymi normami optymalizują­cymi. Czy jest Pan zwolennikiem obowiązującego w Polsce kompro­misu dopuszczającego przerywanie ciąży w trzech przypadkach?

Prawo nie powinno rezygnować z przesłanki dopuszczającej prze­rwanie ciąży w sytuacji zagro­żenia życia matki.

Mamy tu do czynienia z sytuacją, którą w etyce nazwiemy dylematem, a w prawie – sytuacją wyższej konieczności. W takich przypadkach nie można wskazać jednego wzorca postę­powania prawnie wiążącego jed­nostkę.

Mamy wówczas do czy­nienia z naturalnym stanem wyż­szej konieczności, gdzie kolidują ze sobą dwa dobra równej wartości, przy czym jedno z nich, a mia­nowicie życie i zdrowie matki, jest gwarantem rozwoju i bytu dziecka. Ochrona dziecka zawsze w tym przypadku związana jest z ochroną matki. W przypadku realnego zagrożenia życia matki, ale jednak dodajmy – poważnego, nie sposób prawnie związać jej obowiązkiem poświęcenia swo­jego życia czy dopuszczenia do istotnego uszczerbku na zdrowiu dla dobra dziecka. W tym zakresie jednak, dodajmy, polskie ustawo­dawstwo zakłada jako przesłankę aborcyjną każde, nie tylko poważne, zagrożenie zdrowia matki. I to rozwiązanie wydaje mi się zbyt permisywne.

W mojej ocenie pozostałe dwie przesłanki umożliwiające przerwanie ciąży (a mianowicie przesłanka eugeniczna i prze­słanka dotycząca czynu bezpraw­nego) są sprzeczne z Konstytucją RP. Poświęcają bowiem życie dziecka z powodów niezwiąza­nych z dobrostanem matki, lecz z cechami dziecka lub genezą jego powstania. Oczywiście usunięcie ich w całości nie jest do końca roztropne. W wielu krajach, gdzie np. pominięto przesłankę eugeniczną, a nie ograniczono jej jedynie do wad letalnych, poja­wiło się zjawisko szerokiego inter­pretowania przesłanki zagrożenia zdrowia matki i obejmowania nią zagrożenia dla zdrowia psychicz­nego związanego z przeżywaniem trudnej ciąży. W tym przypadku należy postępować niezwykle ostrożnie i wrażliwie, by tego, co naprawdę istotne, nie przy­kryć przez doktrynalną potrzebę karania kobiet poddających się aborcji. Przy okazji pamięta Pani podstawowy argument przeciwko karze śmierci?

 

Chodzi o możliwość błędnego wyroku sądu i niebezpieczeństwo skazania osoby niewinnej?

Tu jest tak samo: może diagnoza wady płodu jest nieprawidłowa? Powinniśmy więc zachować ostroż­ność. Ten błąd naprawdę się zdarza.

 

W świetle prawa ustawodawca deklaruje dostępność określonych świadczeń, w praktyce jednak dostęp do nich jest wręcz niemoż­liwy. Czy zatem faktycznie ten model różni się od całkowitego zakazu?

W społeczeństwie pluralistycznym, które jest poddane różnym nurtom kulturowym, prawo stanowione musi mieć zdolność do zarzą­dzania i porządkowania rzeczy­wistości społecznej. Uważam, że w takim społeczeństwie nie ma możliwości uchwalenia pełnego zakazu aborcji, zakazu dostępu do zapłodnienia in vitro i do środków antykoncepcyjnych, mimo iż jestem przekonany o niemoral­ności tych rozwiązań. Akty prawne muszą w jakimś stopniu brać pod uwagę różnice światopoglądowe i zabezpieczyć te gwarancje indy­widualne, których ustawodawca nie decyduje się poświęcić w imię wyższych wartości i które pozwa­lają mu zachować zdolność ope­racyjną (przykładem zgubnych skutków braku takiej zdolności są losy prohibicji w Stanach Zjedno­czonych). Czy mogę wprowadzić zakaz sprzedaży środków antykon­cepcyjnych prekoitalnych? Moim zdaniem nie mogę. Czy mogę dopuścić ich dostępność? Tak, pod kontrolą lekarzy. Czy mogę zmusić lekarza, żeby przepisywał te środki, kiedy jest to sprzeczne z jego sumieniem? Nie mogę. Co więcej, muszę mu zagwarantować prawo odmowy. Czy mogę go zobowiązać do tego, żeby – skoro sam nie chce środków przepisywać – musiał wskazać kogoś innego, kto to zrobi? Nie mogę. Zwolennicy praw reprodukcyjnych powiedzą: „To jest sytuacja, którą osoby chcące korzystać ze środków antykoncep­cyjnych lub starające się o zaświad­czenie umożliwiające skorzy­stanie z aborcji stawia z góry na przegranej pozycji, ponieważ takie osoby muszą mieć prawo do szybkiego dostępu do świadczeń”. I w związku z tym jeśli spotykają się z lekarzem, który odmawia im świadczenia, podnoszą argument, iż ustawodawca przyzwala na „nieludzkie traktowanie kobiet będą­cych w potrzebie”.

 

A nie przyzwala? Czy usta­wodawca może lekceważyć fakt, iż kobiety nie mają bezpłatnego, bezpiecznego i szybkiego dostępu do gwarantowanych im prawnie świadczeń?

Moim zdaniem rozwiązaniem jest stworzenie publicznie dostępnej informacji o miejscach, gdzie można ten zabieg wykonać.

 

A przed tymi miejscami orga­nizacje pro-life będą prowadzić pikiety.

Trudno. To część demokracji. Spotykały mnie obelgi rzucane publicznie, a związane z fałszy­wymi twierdzeniami, że miałem zamiar wprowadzić karalność kobiet nieumyślnie narażających swoje poczęte dzieci na śmierć.

 

Prawa reprodukcyjne mają chronić osoby szczególnie nara­żone na nadużycia ze strony władzy: czy to prawnej, czy medycznej. Jaką możliwość korzy­stania z praw reprodukcyjnych mają ludzie z niepełnosprawnością intelektualną?

Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie o prawa reprodukcyjne osób niepełnosprawnych. Rozstrzygnięcie zależy od stopnia zdolności korzystania ze swobody seksualnej. Jeżeli mamy do czynienia z osobą, która nie jest w stanie ponieść konsekwencji swojej seksualności, z pewnością należy zadbać o to, żeby do tych konsekwencji nie doszło. Czy powinno to polegać na przymusowym dawaniu środków antykoncepcyjnych? Nie zawsze.

Uważam, że należy podjąć też działania w inny sposób pozwa­lające uzyskać ten cel. Ewentu­alnie doprowadzić do uzyskania zgody tej osoby na podanie takich środków. Od opiekuna prawnego osoby niepełnosprawnej będziemy oczekiwać, że w swoim prawidłowo uformowanym sumieniu zada sobie pytanie o to, jak uchronić taką osobę przed korzystaniem ze swojej wolności seksualnej. Będzie to przejaw miłości i szacunku dla godności tego człowieka.

 

Kolejną sprawą, która budzi prawne kontrowersje, jest kwestia dobrowolnej sterylizacji.

Tu widzę splot kilku zagadnień. Pokrewnym zagadnieniem jest chi­rurgiczna zmiana płci. W świetle kodeksu karnego (art. 156) przyj­muje się, że utrata płodności jest uznawana za ciężki uszczerbek na zdrowiu i zakazana jako poważne przestępstwo. Zdolność płodzenia należy do najpoważniejszych dóbr, którymi jako ludzie zostaliśmy wyposażeni, ale z których zrezy­gnować co do zasady nie mamy prawa. Im bardziej jakieś dobra są doniosłe, tym bardziej są wyjęte spoza naszej zdolności dyspono­wania nimi. Widać to dobrze na przykładzie samobójstwa. Czy samobójstwo jest legalne czy bez­prawne? Jeżeli uznamy, że zasada godności jest niezbywalna, to samobójstwo należy uznać za nielegalne. Czy będziemy karać za samobójstwo? Nie. Ale czy za pomoc w samobójstwie? Tak. I tu jest podobnie. Czy mogę legalnie zrezygnować z mojej ręki? Nie mogę, gdyż nie mam władzy do rozporządzania moim ciałem. Czy mogę oddać swój organw celu ratowania życia innej osoby? Tak, jeśli on jest parzysty i zrobię to dla osoby najbliższej. Powstaje pytanie, czy seksual­ność jest dobrem, które pozostaje w naszej dyspozycji, czy też nie.

 

Jaką strategię odnośnie do kwestii biopolitycznych powi­nien Pańskim zdaniem przyjąć ustawodawca?

Punktem wyjścia powinna być zasada godności. Obawiam się jednak, że coraz większa liczba skomplikowanych problemów roz­strzyganych na korzyść odstęp­stwa od tej ogólnej zasady ma charakter równi pochyłej. Czy rodzice zamrożonego embriona mają obowiązek go przyjąć? Kto ma prawo decydować o jego dal­szych losach? Czy rodzice mają obowiązek płacenia alimentów, aby utrzymywać go przy życiu? Te wszystkie pytania są konsekwencją wyboru pierwszego, dopuszcza­jącego praktyczny wyjątek od ogólnej reguły, że akt płodzenia związany jest z aktem seksualnym. Problem ten widać jeszcze wyraź­niej na przykładzie debaty doty­czącej macierzyństwa zastęp­czego. Możliwe są dziś sytuacje, gdy zarodek dwojga ludzi umiesz­czany jest w ciele trzeciej osoby. Dotychczas macierzyństwo gene­tyczne szło w parze z określonym stanem emocjonalnym związanym z ciążą i porodem. Zarówno jedno, jak i drugie podlega ochronie. W omawianej sytuacji dochodzi do oddzielenia macierzyństwa zwią­zanego z wymiarem genetycznym od doświadczenia ciąży. Rozu­miem, dlaczego dawcy materiału genetycznego chcą mówić, że to jest ich dziecko, że to oni są rodzi­cami, ale nie wyobrażam sobie, że nie będzie matką również kobieta, która dziecko nosiła pod sercem i która je urodziła. Albo dojdziemy do przekonania, że te dwa wymiary rodzicielstwa da się rozłączyć, albo że jest to niemożliwe. Najprawdo­podobniej nie będziemy potrafili trwale uregulować tych kwestii. To dobry moment, by powtórzyć, że rozwój nauki nie zawsze będzie służył dobru. Problemem nie jest to, że jest coraz więcej możliwości, lecz że z tych możliwości chcemy korzystać.

_

* W trakcie procesu autoryzacji nie udało się uzyskać od rozmówcy informacji o źródłach wyników badań, na które się powołuje.

 

Michał Królikowski – Prof. UW, dr hab. nauk prawnych, w latach 2006–2011 dyrektor Biura Analiz Sejmowych, następnie do końca 2014 r. podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości. W latach 2009–2015 pełnił funkcję członka Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego. Od roku 2008 r. wchodzi w skład Zespołu Ekspertów ds. Bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski. Wykonuje zawód adwokata w spółce partnerskiej.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata