70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie szamocz się

Znalezienie się w teraz, które nie pozwala na powrót do przeszłości i na wiarę w przyszłość, rodzi bezsilność. Filip Zawada znakomicie pokazuje, jak ją zaakceptować, nie traktując jej ani jako doświadczenia, które uniemożliwia jakikolwiek ruch, ani – jak sugerują poradniki pozytywnego myślenia – jako czegoś, co należy natychmiast pokonać, by iść przed siebie z nadzieją.

Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty to opo­wieść zbudowana z trzech rodzajów prze­kazu: słownego, muzycznego i wizualnego. Mamy więc historię podzieloną na 27 roz­działów przeplataną znanymi z bloga i Facebooka Zawady obrazkami „ziemniaków” oraz płytę z dzie­więcioma piosenkami hiphopowymi. Źródłem takiej formy jest właśnie bezsilność, która nie pozwoliła na budowanie ciągłej narracji i sprawiła, że autor posta­nowił nagrać płytę – śpiewanie i komponowanie uła­twiło mu mówienie o tym, co okazało się niewyrażalne za pomocą słowa pisanego. Podobnie jak w przypadku poprzedniej książki Pod słońce było, która opowia­dała o zmaganiach z nową rolą ojca, tak i teraz autor nie ukrywa, że historia ma mocne podłoże autobio­graficzne. Doświadczeniem, które zrodziło słowno­-muzyczno-obrazkowy trójgłos składający się na nową propozycję Zawady, było rozstanie z żoną i konieczność wyjechania wraz z synem za granicę, by tam pracować przy robieniu kanapek i w ten sposób zarabiać na życie.

Ruch zwichrowany

„Słowa niewiele znaczą. One tylko wyznaczają granice” – czytamy w jednym z fragmentów. I tej zasady Zawada trzyma się konsekwentnie. Kolejne rozdziały jego opowieści mają więc charakter migawek z rzeczy­wistości. Pochodzą, po pierwsze, z przestrzeni pracy, gdzie pojawiają się przede wszystkim dwie osoby: kuzynka kumpla Kej Em Kej, która pomogła otrzymać funkcję „kanapkowego”, oraz towarzysz pracy na taśmie Bruce Lee z Wietnamu. Po drugie, dotyczą opierającej się głównie na relacji ojca z synem sfery prywatnej, w pewnym momencie zaburzonej przyjazdem poszuku­jącego zatrudnienia wujka Sławka. To w tej przestrzeni pada wiele trudnych, ale też inspirujących pytań małego Filipa np. o to, ile waży głód, czego boją się duchy, czy istnieją ludzie bez przejść albo dlaczego świat rozpada się na części. Odpowiedzi nie zawsze zostają udzielone, czasem silniejsze okazuje się milczenie. Ono towa­rzyszy także przywoływanym co jakiś czas kartkom zry­wanym (?) z lodówki, na których znajdują się krótkie, z reguły rzeczowe, polecenia – to cisi świadkowie drogi ku rozstaniu. Autor komentuje jedynie przedostatnią kartkę – nieco odmienną, bo wyjaśniającą przyczynę odejścia żony. To wówczas pisze: „Kiedy człowiek nie może w coś uwierzyć, to płacze”.

Gdy bezsilność nie pozwalała na pisanie, Zawada nagrywał płytę, która również opowiada o bolesnym trwaniu w teraz, ale jest też wyrazem buntu wobec siebie samego. Już w pierwszym kawałku słyszymy: „Patrzę i fermentuję i nic się nie zmieni, dopóki nie prze­stanę się spodziewać, że wyjdzie coś z czegoś, czego nie ma”. Największą trudność sprawia zaakceptowanie teraźniejszego stanu zbudowanego na ruinach prze­szłości, pogodzenie się z tym, że wszystko wydarzyło i wydarza się naprawdę. Stąd w początkowych tekstach próba ucieczki w tematy związane z pracą, która stopniowo pozwala dostrzec, że każdy ruch w przestrzeni beznadziejności jest ożywczy, bo przecież „gorzej to też jest lepiej”. Ważne, by bezsilność nie stała się „ciosem karate”: z punktu A do B można poruszać się nieko­niecznie po linii prostej, lecz także „zwichrowanej”. To odkrycie wyzwala, otwiera dostęp do najbardziej niedających spokoju doświadczeń: pomaga podmio towi przyznać, że gdyby pojawiła się taka możliwość, zdecydowałaby się „przeżyć jeszcze raz to samo, tylko w zwolnionym tempie”. Ten ruch – jak się zdaje – umożliwiłby zrozumienie sytuacji, do którego teraz nie ma dostępu. I choć „w głowie pozostają tylko pętle”, ciągłe przetworzenia tego, co minione, coraz wyraź­niej rodzi się świadomość, że spoglądanie wstecz nie pozwoli dostrzec niczego więcej. A to już jest krok do akceptacji bezsilności.

Czerwona kartka

Gdy więc kolejny raz codzienność związana z pracą przytłacza i wydaje się wyznaczać jedyny bez­(sens) życia, podmiot potrafi się już uciszyć: „I wtedy pojawia się żółta kartka, która oznacza: nie szamocz się, i jeżeli tego nie zrobisz, pojawi się czerwona, która sygnalizuje, że musisz sobie jakoś radzić”. Droga do poradzenia sobie z problemem wiedzie przez uświado­mienie sobie, że nie można dać się zdominować emo­cjom. Jak mantra powtarzane zdanie: „Nie mam żad­nych emocji z tym związanych”, zaklina rzeczywistość uczuć i prowadzi do stwierdzenia, że rozumienie nieko­niecznie musi zostać nam dane. Zwłaszcza jeśli miałoby dotyczyć spraw, które nie zmieniają naszego życia raz na zawsze. Pozostaje więc tylko ciągła walka ze swoim wewnętrznym bratem i przyjęcie rady syna, który pod­powiada: „Trzeba żyć na miksimum”. To „miksimum” (stanowiące zabawne połączenie słów „maksimum” i „minimum”) nie ma jednak oznaczać radykalnych przełomów, lecz życie w swoim tempie, oddzielanie się od rzeczy (które wiążą się z drugimi osobami, obecnie stopniowo zajmującymi miejsce trzecich) i zwracanie się ku sobie, by powoli zrozumieć, że trzeba się zbun­tować i wyjść poza „teraz”.

_

Filip Zawada

Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty

Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2017, s. 92

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata