70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie śpijcie spokojnie

Prawdziwą siłą nośną religii okazuje się jej zdolność do wydobywania z człowieka najgorszych cech i aktywizowania jego najbardziej odrażających skłonności. Gdyby religie nie istniały, mawiał Steven Weinberg, „byliby na świecie ludzie dobrzy, czyniący dobro, i ludzie źli, czyniący zło. Religii potrzeba, by zło czynili ludzie dobrzy”.

A którzy czekali błyskawic i gromów,

Są zawiedzeni.

A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,

Nie wierzą, że staje się już.

Czesław Miłosz, Piosenka o końcu świata

 

Wiele się wydarzyło, były inwazje i święte wojny, z których jedna, nuklearna, matka wszystkich bitew, spowodowała na świecie największe w całej historii ludzkości rozmnożenie się bandytów i mutantów. Były wielkie rewolucje i olbrzymie represje, które stworzyły miliony szaleńców i tułaczy. Były okresy głodu i ogólnoświatowe epidemie, które zrujnowały całe regiony i wygnały z nich miliony nieszczęśników. I była olbrzymia zmiana klimatyczna, która dokonała reszty, zachwiała geografią świata, już nic nie było na swoim miejscu, morza, lądy, góry i pustynie doznały zmian, jakich nigdy wcześniej nie doświadczały w epokach geologicznych, i to wszystko w ciągu jednego ludzkiego życia”. To właśnie ów koniec świata, którego datą graniczną jest tytułowy rok 2084 z powieści Boualema Sansala. Wiadomo jednak, choćby z Ewangelii, że żaden koniec świata niczego nie kończy, a jest tylko jakimś nowym początkiem, powtórnym przetasowaniem i rozdaniem kart, szansą dla tych, którzy, „dziś niczym”, jutro będą „wszystkim” (Mt 19, 27–29). I także tym razem z chaosu wyłania się „nowe niebo” i „nowa Ziemia”. Na tej ostatniej istnieje już tylko jedno państwo: Abistan (czy rzeczywiście tylko jedno, nie jest, jak się potem okaże, takie pewne). W Abistanie panuje ustrój będący czymś w rodzaju totalitarnej teokracji. Dozwolona, czy raczej nakazana, jest wyłącznie jedna religia. Jej Bóg nosi imię Yolah, a jego wysłannikiem jest tajemniczy Abi. To jego uważa się też za natchnionego autora świętej księgi zatytułowanej Gkabul. Dziewięć razy dziennie odbywają się obowiązkowe publiczne modły, do których nawołują mockbi, duchowni zarządzający domami modlitw. Powszechne są pielgrzymki do świętych miejsc, choć o udział w nich trzeba się starać długo i mozolnie. W samym centrum stolicy Abistanu, Qodsabadzie, wznosi się Kiiba, ogromna budowla, będąca kopią piramidy wzniesionej w zamierzchłych czasach przez samego Yolaha w „kraju Wielkiej Białej Rzeki” w ciągu jednej nocy „bez zgiełku i kurzu”. Praktyki religijne to główne zajęcie mieszkańców Abistanu, którego gospodarka jest właściwie wyłącznie gospodarką naturalną, nie wytwarza żadnych dóbr wyższego rzędu, zagadką jest zatem pochodzenie wielkich ekranów elektronicznych czy helikopterów, którymi przemieszczają się Czcigodni, członkowie kasty duchownych, sprawującej niepodzielną władzę nad ludnością Abistanu.

Ta ludność żyje przy tym w potwornej nędzy i chaosie. Elektryczność dostępna jest nielicznym, podstawowym posiłkiem jest urzędowo reglamentowana papka, wszyscy ubierają się jednakowo: w burnie, rodzaj burki zakrywającej całe ciało, przestrzega się niezwykle surowych obyczajów: kobiety chodzą „osłonięte grubymi welonami i burniquabami”, „fizyczna uroda jest ułomnością cenioną przez Odstępcę i przyciąga szyderstwo oraz agresję”, ale małżeństwo 70-letniego starca z 9-letnią dziewczynką nie budzi zdziwienia ani zgorszenia. Znamienna jest też nienawiść do wszystkiego, co było wcześniej, chęć unicestwienia i zapomnienia kultur poprzedzających Gkabul i oparty na nim System.

Religia w postaci czystej

Każdego, kto złośliwie chciałby się dopatrzyć w religii Abistanu pokrewieństwa z islamem, Boualem Sansal przywołuje do porządku już w Ostrzeżeniu poprzedzającym tekst zasadniczy: „Proszę, aby Czytelnik starał się nie myśleć, że ta historia jest prawdziwa albo odnosi się do jakiejkolwiek znanej rzeczywistości”. Ironia? Kilka linijek dalej dowiadujemy się przecież, że tak samo nie istniał nigdy świat wymyślony przez „mistrza Orwella”. Bo chyba nie jest to wybieg, który miałby uchronić autora przed gniewem obrońców czci Allacha (oraz strażników politycznej poprawności). Sansal, obywatel Algierii, nauczył się żyć otoczony nienawiścią muzułmańskich rodaków. Z bezkompromisowo krytycznego nastawienia do islamu nie czyni zresztą tajemnicy. Cztery lata temu w wywiadzie dla „L’Express” stwierdzał wprost: „Ta religia wydaje mi się bardzo niebezpieczna z powodu swego brutalnego, totalitarnego oblicza”. A w wywiadzie dla „Deutsche Welle” wyznaje otwarcie, że nie czuje się muzułmaninem ani w ogóle człowiekiem wierzącym. Wątpliwe zresztą, czy tak niewyszukany kamuflaż zdołałby kogokolwiek zmylić.

Pod koniec powieści Sansal opisuje krótko dzieje religii Abiego, wyrosłej z innej, starożytnej, „która mogła kiedyś przynosić zaszczyt i szczęście licznym wielkim plemionom, żyjącym na pustyniach i równinach”. Ta ostatnia popadła wszelako w głęboki kryzys, a wówczas „zgromadzeni w szajce nazywanej »Bracia posłańcy« śmiałkowie, czując zbliżający się koniec, zdecydowali się utworzyć nową religię na gruzach poprzedniej”. Gkabul można zatem postrzegać jako islam „islamistyczny”, taki jaki marzy się muzułmańskim ekstremistom. Ale formuła antyutopii umożliwia także rozważenie pewnych zjawisk na wyższym poziomie ogólności, refleksję nie tylko nad islamem, lecz nad religią „jako taką”. Gkabul to bowiem religia niejako w postaci czystej, nieskażonej żadnymi domieszkami, rozcieńczającymi ją i narzucającymi jej kompromisy. Religia, która może się rozwijać zgodnie z wewnętrzną dynamiką, znamienną jednak dla religii uniwersalistycznych w ogóle. Współcześnie model ten realizuje najpełniej islam, ale przecież i judaizm, i chrześcijaństwo mają za sobą historię pełną nie mniej ponurych kart. Nie jest więc zapewne przypadkiem, że religia Abistanu, choć najbardziej przypomina islam, zawiera składniki także wielu innych formacji religijnych i parareligijnych. Yolah nosił kiedyś imię Ra, mockbi „spowiadają” wiernych. Inspekcja, której poddają co miesiąc obywateli urzędnicy Komitetu ds. Zdrowia Publicznego, jest wyraźnie wzorowana na praktykach wypracowanych np. w Korei Północnej, a jeden z jej etapów stanowi „samokrytyka”, tak dobrze znana we wszystkich krajach realnego socjalizmu, a pokrewna rachunkowi sumienia, dokonywanemu w ramach sakramentu pokuty – komunizm był może a-teistyczny, ale na pewno nie był a-religijny.

Doskonałe zniewolenie

I to głównie nad religią „jako taką”, nad jej istotą, rozmyśla Ati, bohater tej skądinąd bardzo dygresyjnej, eseistycznej wręcz powieści, młody człowiek, powracający z kuracji w sanatorium przeciwgruźliczym, gdzie po raz pierwszy nachodzą go wątpliwości co do nauk abistańskiego Systemu. „Czy religia – pyta – jest w swojej istocie ukierunkowana na dyktaturę i zbrodnię?” Ati zauważa, że jądrem religii wcale nie jest wiara. „System nie chce, żeby ludzie wierzyli! Taki jest jego tajemny cel, bowiem kiedy się wierzy w jedną ideę, można uwierzyć w inną, na przykład przeciwną, i uczynić z niej ulubiony temat do zwalczania pierwszej iluzji”. To dlatego System nikogo nie kusi, „aby zdobyć jego szczery akces”, lecz jedynie z urzędu „wpisuje” jednostkę w wiarę, narzuca jej pewien wzór zachowań. A z wielką nieufnością traktuje wszelką nad nią refleksję, nawet tę uprawianą pod ścisłą kontrolą. Taka refleksja może przecież prowadzić i do „oczerniania wiary”, a kto „chce zbliżyć się do swojego boga”, może to wszak czynić, by go „zdradliwie zniszczyć”.

Sedno religii stanowi kult, bo kult daje się kontrolować, a uczestnictwo w nim to wyraz całkowitej uległości. Prawdziwym celem religii jest doskonałe zniewolenie społeczeństwa, by nawet nie zauważało ono swojego zniewolenia: wierzący jest „szczęśliwy ze swojej ślepoty”. To dlatego religia wypracowuje własny język – w Abistanie noszący nazwę abilangu – który podobnie jak u Orwella jest narzędziem „psychomanipulacji”. Ati zaczyna rozumieć, że „prawdziwa religia nie może być niczym innym niż dobrze kierowaną bigoterią, zbudowaną na monopolu i utrzymywaną dzięki wszechobecnemu terrorowi”. Terror jest w Abistanie rzeczywiście wszechobecny, ale wszechobecna jest także wola podporządkowania się prawu religijnemu, lojalnego współdziałania z władzą i jej policyjnym Aparatem, uczestnictwa w masowej kontroli i inwigilacji. Powszechne staje się donosicielstwo, a szarzy obywatele dobrowolnie i gorliwie pomagają w egzekucjach, przeprowadzanych regularnie na stadionach. Jak każda religia, także religia Abistanu przedstawia się jako najwyższe dobro, które ma być przeciwwagą dla zła dominującego w naturze ludzkiej. „I w ten sposób zło, które przeciwstawia się złu, staje się dobrem, a dobro jest doskonałym fortelem do przenoszenia i usprawiedliwienia zła”. To przede wszystkim do współuczestnictwa w krzewieniu takiego „dobra” wychowuje Gkabul, do uległości, która ma się, gdy trzeba, przejawiać w okrucieństwie wobec ofiar wskazanych przez System. Choć oczywiście – jakżeby inaczej? – werbalnie nakazuje także miłosierdzie, przybierające postać skodyfikowanej jałmużny. Prawdziwą siłą nośną religii okazuje się jednak jej zdolność do wydobywania z człowieka najgorszych cech i aktywizowania jego najbardziej odrażających skłonności. Gdyby religie nie istniały, mawiał Steven Weinberg, „byliby na świecie ludzie dobrzy, czyniący dobro, i ludzie źli, czyniący zło. Religii potrzeba, by zło czynili ludzie dobrzy”.

Bez Wroga ani do proga

Ati zaczyna też pojmować zjawisko na pierwszy rzut oka niewytłumaczalne: oto w Abistanie, gdzie każdy metr kwadratowy ziemi znajduje się pod kontrolą Aparatu, istnieją tajemnicze getta „niewierzących” Oci. Bombardowane od czasu do czasu, odcięte – oficjalnie – od wszelkiego zaopatrzenia, trwają mimo to i odradzają się po każdej kolejnej fali prześladowań, choć przecież wystarczyłby jeden rozkaz, by je zmieść z powierzchni ziemi. To zdumiewające, z jaką regularnością religie generują i utrzymują jakieś wyobrażenie Przeciwnika, Szatana i rozmaitych jego agentów. Bez Wroga ani do proga! Taki wróg musi być przy tym, jak to celnie sformułował Wolf Biermann w baśniowej metaforze systemu komunistycznego (Der Dra-Dra), „ślicznie mocny” – by uzasadnić nadzwyczajne środki służące jego zwalczaniu – a zarazem „ślicznie słaby” – by zwycięstwo nad nim nie było zbyt trudne. Jak właśnie Oci z gett abistańskich, oskarżani jak niegdyś Żydzi o porywanie dzieci „wierzących” i ich wykorzystywanie do tajemniczych praktyk magicznych. Albo jak Harry Potter, szepczący młodzieży do ucha satanistyczne zaklęcia, czy jak „genderyzm”, istniejący naprawdę wyłącznie w głowach katolickich duchownych, ale przedstawiany jako spisek ciemnych sił, pragnących zdobyć władzę nad ludzkością.

Akcja powieści toczy się dość leniwie, pozbawiona jest przy tym prawdziwego napięcia, motywacje bohaterów bywają niejasne, ich sylwetki jednowymiarowe, a konia z rzędem temu, kto zdoła się połapać w gąszczu intryg i spisków, jakie knują przeciwko sobie poszczególne klany Czcigodnych. Osią wątłej fabuły jest wyprawa Atiego i jego przyjaciela imieniem Koa do Abigovu, centralnej, rządowej dzielnicy Qodsabadu. Wyprawa to niebezpieczna, bo mieszkańcom Abistanu nie wolno się swobodnie przemieszczać bez zezwolenia. Jej celem jest odnalezienie tajemniczego archeologa Nasa, który dokonał w jednym z odludnych regionów kraju dziwnego odkrycia: odkopał miasteczko z czasów poprzedzających powstanie Abistanu, a ujawnienie znaleziska może z jakichś powodów wstrząsnąć podstawami Gkabulu – obawa chyba przesadzona, bo religiom nie szkodzi nawet oczywiste niespełnienie się ich najważniejszych proroctw, jak choćby zapowiedzi rychłego końca świata. Sansal pokazuje zresztą, jak radzą sobie one z takimi niechcianymi odkryciami: nie tyle je ukrywają, ile diametralnie i dowolnie reinterpretują. A lud chętnie daje tym reinterpretacjom wiarę.

Ale to nie akcja jest najważniejsza w tej powieści, lecz obraz społeczeństwa pozostającego pod całkowitą władzą religii i duchownych. Wnioski, jakie można z niego wyciągnąć, nie są jednoznaczne.

Być może przeznaczeniem i naturalnym stanem ludzkości jest życie w zniewoleniu intelektualnym, duchowym i politycznym, którego głównym narzędziem staje się religia, a cywilizacja zachodu Europy, zlaicyzowana, wolna od wszelkiego przymusu religijnego, świetnie zorganizowana i dająca jednostce możliwość swobodnego rozwoju, to jedynie chwilowe odstępstwo od tej generalnej reguły, krótki przebłysk wolności i oświecenia wśród mroków zabobonu i fanatyzmu, skazany na nieuchronne zgaśnięcie, bo „ludzkość zawsze bierze przykład z największego ignoranta w swoim gronie”.

Ale pozostaje i promyk nadziei, bo przecież nawet na „tej wypalonej pustyni, którą jest Abistan, można znaleźć maleńki korzeń wolności, który wyrasta w rozgorączkowanej głowie suchotnika”. I nie tylko w niej. Znamienne, że jedyny projekt rewolucji mający jakieś szanse sukcesu wykluwa się wśród abistańskiej elity, której członkowie mają dostęp do pewnej wiedzy historycznej, z pasją gromadzą w swego rodzaju muzeum pamiątki po cywilizacji poprzedzającej Abistan i chcą podjąć próbę jej odbudowy czy może raczej ponownego odkrycia. Może się to dokonać jedynie na drodze rewolucji pałacowej, na „lud” liczyć nie sposób: nieustające modły wprawiają „owieczki w stan błogosławionego otępienia”, z którego niełatwo będzie je wyrwać, bo „lud jest przywiązany do swoich bogów i nieszczęść”. Cała nadzieja w następnych pokoleniach, które być może uda się pozyskać dla dzieła ratowania planety i wezwać „do odważnej walki ze sprzedawcami mrzonek”. Ale rezultat tej odgórnej rewolucji pozostaje niepewny.

„… staje się już…”

Obraz teokratycznego totalitaryzmu, naszkicowany w 2084, ma być ostrzeżeniem, jak ostrzeżeniem miał być Rok 1984 Orwella. Michel Houellebecq, autor głośnej Uległości, przyznaje, że „Sansal ośmielił się przekroczyć granicę” bardziej zdecydowanie niż on. Z tym akurat można by polemizować. Uległość to przestroga wbrew pozorom znacznie bardziej przejmująca i sugestywna, bo bliższa rzeczywistości. Koniec świata czyta się trochę tak, jak w zimowy wieczór przy ogniu wesoło trzaskającym w ciepłym piecu czyta się baśń o żelaznym wilku: przechodzi nas przyjemny dreszcz, bo przecież nic naprawdę nam nie zagraża. Dreszcz przechodzący czytelnika Uległości to dreszcz zimny, bo zawarta w niej wizja finis mundi to wizja, która „staje się już” albo stanie się lada chwila. Nie ma przecież nic nieprawdopodobnego w obrazie wielkiego europejskiego uniwersytetu, sprzedanego za dobrą cenę arabskim szejkom przez liberalny rząd, zatroskany o wpływy budżetowe i „ciepłą wodę w kranie”. A jeszcze mniej nieprawdopodobny jest wybór „umiarkowanego” muzułmanina na prezydenta dużego europejskiego kraju, dokonany głosami liberalnej lewicy, która woli poprzeć cywilizowanego wyznawcę islamu niż Marine Le Pen. „Pełzająca islamizacja”, dokonujące się małymi krokami na drodze wolnych wyborów przejmowanie władzy przez – coraz liczniejszą – mniejszość muzułmańską i sukcesywne „dostosowywanie” przepisów regulujących życie społeczeństw Zachodu do wymogów islamskiego prawa religijnego jest scenariuszem dużo łatwiejszym do wyobrażenia niż apokaliptyczne klęski, które poprzedzają ów feralny rok 2084. Zwłaszcza że w realizacji tego scenariusza uczestniczą nierzadko już teraz sami Europejczycy, zakazując np. wystawiania szopek bożonarodzeniowych w miejscach publicznych, by nie „urazić” muzułmańskich współobywateli, albo zasłaniając nagie rzeźby na trasie przejazdu prezydenta Iranu podczas jego wizyty we Włoszech. Dlatego nawet jeśli wszystko, co opisuje Boualem Sansal uznamy zgodnie z jego zapewnieniem z Ostrzeżenia za „doskonale nieprawdziwe”, to przecież lepiej nie brać całkiem dosłownie kończącego je wezwania: „Dobrzy ludzie, śpijcie spokojnie”.

Bo przecież… Wiele z tego, co Sansal zawarł w obrazie Abistanu, przestaje być omalże na naszych oczach „doskonale nieprawdziwe”. „Moim punktem wyjścia były całkiem konkretne sytuacje”, mówi pisarz w rozmowie z Sigrid Brinkmann w Deutschlandradio. I to nie tylko w Państwie Islamskim, Algierii czy Maroku. Islam radykalizuje się na całym świecie. „Także w Europie – dodaje – z trudem znajdzie pani umiarkowanych wyznawców islamu”.

Przypomina mi się w tym miejscu opowieść starszej pani, która w młodości, w latach 30. ubiegłego wieku, pracowała jako nauczycielka w miasteczku niedaleko granicy z ZSRR. Była właścicielką jednego z bardzo nielicznych tam wówczas odbiorników radiowych i czasem późnym wieczorem lubiła słuchać pompatycznej melodii hymnu radzieckiego, kończącej całodzienny program Radia Moskwa. Przenikał ją wówczas podobny dreszczyk emocji jak nas dzisiaj przy lekturze Końca świata, mile kontrastujący z poczuciem bezpieczeństwa obywatelki względnie stabilnej II RP, a posępna codzienność sąsiedniego kraju, opisywana chętnie przez ówczesną prasę, wydawała się jej odległą, nierealną baśnią. Kilka lat później, przemykając się między radzieckimi patrolami, poszukiwana jako żona oficera WP i zagrożona wywózką w głąb Rosji, mogła usłyszeć tę samą melodię na żywo już po swojej stronie dawnej granicy.

Nie śpijcie spokojnie…

Boualem Sansal

2084. Koniec świata

tłum. Lilla Teodorowska

Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2016, s. 272

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter