70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Fundamentals od Magnetic Resonance

Nie można nie zajmować się wszystkim

Niemal każdy za młodu chce zmieniać świat na lepsze, ale ja akurat dość szybko zdałem sobie sprawę, że to marzenie utopistów. To jest jak z wyborami na urząd prezydenta w USA. Podczas kampanii kandydaci kreślą przeróżne wizje. Po zaprzysiężeniu okazuje się, że jedyne, co prezydent naprawdę może, to obsadzić posady w swojej administracji.

„Winny” – orzekła ława przy­sięgłych w 2000 r. podczas Sądu nad XX wiekiem, odpowiadając na pytanie, czy kończące się stu­lecie słusznie jest oskarżane o „lek­komyślne zawierzenie rozumowi”.

Pamiętam, że jako przewodniczący tej rady (zaproszony przez organi­zatora dyskusji, redakcję „Tygo­dnika Powszechnego”) przekony­wałem pozostałych jej członków, iż nauka nie jest jednak skierowana przeciwko ludzkości. Pouczające doświadczenie.

Teraz obserwujemy odwrót od rozumu, stąd sukcesy populistów, podważanie skuteczności szcze­pionek czy narastająca niechęć do „obcych”.

A mamy jakiś inny, pozarozumowy sposób poznawania świata, by ten odwrót od rozumu mógł być sku­teczny? No właśnie… Będę bronił rozumu do ostatniej kropli krwi, ale zwracam uwagę, że czasy są nie­pewne, przez co ludzie czują się zagrożeni. Tym bardziej że usta­wicznie ich się straszy: niezdrową żywnością, zanieczyszczeniem środowiska, chorobami nowotwo­rowymi… Przecież o wzrastającej wykrywalności nowotworów mówi się wprost, że są skutkiem rozwoju cywilizacyjnego. A gdzie fakty? One mówią co innego: wydłużyła się średnia życia człowieka (z 49 lat w 1900 r. do ok. 80 lat obecnie), poja­wiła się skuteczna diagnostyka.

Zapadamy więc na nowo­twory – dawniej nie dożylibyśmy momentu, gdy się u nas rozwiną albo nie zdołano by ich rozpoznać.

Naturalnie. Ale ludzie atakowani sprzecznymi informacjami albo niedoinformowani zwracają się w irracjonalną stronę przedziw­nych mniemań, w tym teorii spi­skowych. Niemniej nie ma tu reguły. Jeden z moich uczniów (uważam go zresztą za pierwszorzędnego uczonego) to przekonany zwo­lennik teorii spisku smoleńskiego i nie jest jedyną osobą z tytułami naukowymi, która nie wierzy, że katastrofa w Smoleńsku była nie­szczęśliwym wypadkiem. W jego mniemaniu dowodem na to, że prezydent Lech Kaczyński zginął w zamachu, jest otrucie przez Rosjan polonem Aleksandra Litwi­nienki, byłego agenta KGB, w Lon­dynie, w 2006 r. Bo Rosja, zdaniem wyznawców tej teorii, nie wybacza…

Dlaczego metoda naukowa nie pomaga im takich mniemań porzucić?

Bo posługują się nią wybiórczo i nie stosują jej do teorii zamachu smoleńskiego. A dlaczego wykształceni ludzie, którzy dawno opanowali umiejętność czytania ze zrozumieniem, mają dostęp do wolnych mediów i szybkiego Internetu, co daje im możliwość sprawnego weryfikowania infor­macji, przestają szczepić swoje dzieci, bo uważają, że szczepionki są niepotrzebne albo nawet szko­dliwe? Stworzenie możliwości o niczym nie przesądza, bo, po prostu, można z nich nie skorzy­stać i pozostać ignorantem. Mój znajomy, gdy pytam go o jakąś książkę, mówi: „Nie czytałem, ale byłem blisko tekstu”… To jest wła­śnie to!

Swojego ucznia zapytałem, jak to możliwe, że w zamach smoleński wierzą tylko osoby o poglądach prawicowych? Odpowiedzi nie otrzymałem i nie mogło jej być, bo w tej historii – jak w każdej teorii spiskowej – nie chodzi o badanie faktów, ale o komfort przynależ­ności do wspólnoty, która wierzy w to samo. A przez to zwalnia od myślenia i ryzyka samodzielnego decydowania.

Jak w sekcie.

Jak w każdym systemie religijnym. W Sądzie nad XX wiekiem zwo­lennicy przekonania, że nauka wyrządziła wiele krzywd ludzkości, powoływali się na przykład energii jądrowej. Znowu: przypomnijmy fakty. Bomby atomowej użyto w ramach działań zbrojnych tylko dwa razy, i to w ważnym celu, bo jej zastosowanie natychmiast zatrzy­mało wojnę. Zginęło i zmarło na skutek napromieniowania ponad 400 tys. mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki. Tyle że przed użyciem bomby zginęło 2 mln żołnierzy amerykańskich i porównywalna liczba japońskich, a wojna, którą Japończycy prowadzili na wynisz­czenie, zdawała się nie mieć końca.

Do tej pory nie zdarzył się też ani jeden wypadek w elektrowni atomowej, kiedy zawiodłyby apa­ratura czy system. Za każdym stały błędy ludzkie: w Czarnobylu testowano nowy program bezpie­czeństwa, przeprowadzając niedopracowany eksperyment. Szereg zaniedbań, które by się nie poja­wiły, gdyby postępowano zgodnie z regułami sztuki, jest wyczerpu­jąco opisany.

Tsunami, które doprowa­dziło w marcu 2011 r. do wybuchu reaktorów w Japonii, też było do przewidzenia?

A kto buduje elektrownię atomową na styku płyt tektonicznych, i to jeszcze na brzegu morza? Znowu: błąd ludzki. Tyle że większość ludzi, choć pozyskanie wiedzy na ten temat nie jest trudne, nie­wiele o tym wie i jest przekonana, że energia atomowa wszystkim zagraża, a to nieprawda. Co więcej: nie ma od niej odwrotu. We Francji 78% energii pochodzi z elektrowni atomowych i taki sposób jej pozy­skiwania to nasza jedyna nadzieja.

W 2013 r., kiedy otrzymywał Pan tytuł profesora honorowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, wyli­czono szereg Pana osiągnięć: od badania katalizatorów zeoli­tycznych przez ułamki łańcusz­kowe po zaangażowanie w odbu­dowę Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku. Za tym wszystkim musi stać gigantyczna praca…

No, napracowałem się… Spędziłem sześć miesięcy życia w samolocie, licząc tylko podróże do USA, gdzie byłem 89 razy, z czego 82 – służ­bowo. Takie podróże były tury­stycznie bezużyteczne, bo polegały na tym, że z sutereny na uniwer­sytecie w Cambridge przemiesz­czałem się do sutereny którejś z uczelni w USA. Zawsze za to roz­mawiałem z sąsiadami w samo­locie i jeszcze mi się nie zdarzyło spotkać nudziarza. Podczas pew­nego 15-godzinnego lotu z Los Angeles do Amsterdamu na sie­dzeniu obok mnie leżało pudło ze skrzypcami. Po drugiej stronie sie­działa Japonka, która miała cały czas zamknięte oczy. Po siedmiu godzinach lotu zdecydowałem się zamienić parę uprzejmych słów: „Czy to jest strad?”. „Tak, to jest stradivarius”. „Mogę zobaczyć?”. „Proszę”. Rzeczywiście – Antonio Stradivari, Cremona, 1707. „Jak mogłaś sobie pozwolić na takie skrzypce, przecież one kosztują z milion dolarów?” „Cztery miliony. Cesarz mi kupił, ja nie jestem bogata”. „Możesz mi zagrać Cha­conne?” „Naturalnie”. Wstaje, stroi skrzypce, w samolocie zapada cisza, a ona zaczyna grać dla mnie Chaconne z II Partity d-moll Bacha…

Wracając do meritum: można ciężko pracować i niewiele osiągnąć, gdy zabraknie szczęścia. A ja zawsze miałem ogromne szczęście.

Co było najpierw?

Kilku fantastycznych uczonych, z którymi mogłem pracować. Pierw­szym był prof. Patrick Meares, szef Wydziału Chemicznego na Uniwer­sytecie Aberdeen w Szkocji, który zaproponował mi pracę po wyjeździe z Polski w 1968 r. (Nawiasem mówiąc: gdy zmarł w 2014 r., zapisał mi w testamencie 2 tys. funtów. Nie potrzebuję tych pieniędzy, ale czyż nie jest to ludzki, miły gest?) Drugim uczonym był prof. Richard M. Barrer, Nowozelandczyk, z Impe­rial College w Londynie.

Ten od zeolitów, najważniejszych katalizatorów w przemyśle rafineryjnym, i sit molekularnych, czyli „nanoporowatych materiałów o ściśle określonym, wąskim zakresie porów, które posiadają zdolność selektywnego absorbowania cząsteczek związków chemicznych”?

Ten sam, a zaimponował mi lapidar­nością prac naukowych i tego się od niego uczyłem. Gdy zacząłem z nim pracować, na przekazanie treści, które on zawierał w 150 słowach, ja potrzebowałem 400. A wydawało mi się, że skoro od dziecka mówię biegle po angielsku… Z kolei prof. Peter Medawar znany z badań nad tolerancją układu odpornościowego na przeszczepianie narządów (lau­reat Nagrody Nobla z 1960 r. w dzie­dzinie fizjologii i medycyny) dał mi dobrą radę – nigdy nie pracuj dla chleba nad tematem, z którego napisałeś doktorat, bo będziesz całe życie pracował nad tym samym.

Chodzi o to, żeby, zmieniając dziedziny i tematy, cały czas się uczyć?

Tak. Przez lata zajmowałem się magnetycznym rezonansem jądrowym i wykładałem tematy z nim związane na całym świecie, ale nie w Cambridge, gdzie pra­cowałem od lat 70. do emerytury. W Cambridge jest bowiem przy­jęte, że jego pracownicy nigdy nie wykładają tematu, w którym są spe­cjalistami. Kiedy dziekan poprosił mnie o poprowadzenie zajęć ze spektroskopii molekularnej, odpo­wiedziałem: „Ale ostatni raz czy­tałem o tym na studiach…”. „No to się nauczysz” – usłyszałem. I to nie jest takie złe, tym bardziej że ten intelektualny płodozmian współgra z systemem nauczania w Cam­bridge, opartym na instytucji colle­ge’u. To college kieruje nauczaniem studentów, a nie ma możliwości, by którykolwiek z nich mieszkał poza nim. Tam się uczą, tam mieszkają ich promotorzy. I każdy ma obowiązek zjeść przynajmniej cztery obiady tygodniowo z mieszkań­cami swojego college’u. W todze, rzecz jasna.

Jaka jest zaleta wspólnego spo­żywania befsztyków?

Można porozmawiać, np. ze stu­dentem etnografii albo numizma­tyki – z kimś, kogo trudno byłoby mi spotkać, gdyby nie college, gdzie nawet rozmieszczenie pokoi sprzyja jak najczęstszej interakcji między ludźmi różnych specja­lizacji. Dzięki temu dochodzi do wymiany myśli między osobami, które mogą być dla siebie inspiru­jące. Taki system nauczania jest drogi, bo elitarny, ale sprawdza się od 800 lat, pozwalając znaleźć w każdym pokoleniu najzdolniej­szych studentów.

Kim był kolejny naukowiec, którego miał Pan szczęście spotkać?

Sir John Meurig Thomas – genialny wykładowca, który potrafi wyja­śnić działanie czteropoziomowego laseru 10-letniemu dziecku. Ma też do perfekcji opanowaną umiejęt­ność organizowania współpracy, tzn. dobierania ludzi i wskazy­wania tych tematów i pomysłów, którymi warto się było zająć, nim ktokolwiek zdał sobie sprawę z ich znaczenia. W 1980 r. spo­tkałem na schodach swojego insty­tutu w Cambridge prof. Thomasa, który niósł kserokopię afisza infor­mującego o jakiejś zupełnie nie­znaczącej konferencji naukowej w NRD. Afisz był ledwo czytelny, bo była to chyba piąta kopia z kopii, ale sir John Meurig Thomas stwier­dził: „To jest ciekawa rzecz. Może mógłbyś się tym zająć z Colinem?”. A Colin to prof. Fyfe z The Univer­sity of Guelph koło wodospadu Niagara w Kanadzie, specjalista od badania rezonansem magne­tycznym, czyli uzyskiwania metodą nieinwazyjną obrazów wnętrza obiektu, czemu miała być poświę­cona ta mało znana konferencja za murem berlińskim. Dzień później byłem już w Kanadzie i zająłem się tematem, o którym nie wiedziałem nic, poza tym, co mi opowiedział mój przyjaciel prof. Jacek Hennel z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Który pierwszą konferencję na temat rezonansu magnetycznego i jego zastosowań zorganizował w Krakowie w 1967 r.

Prof. Thomas dobrze wybrał czas, bo rok 1980 to był ten moment, kiedy należało się zająć rezo­nansem magnetycznym w ciele stałym.

A dlaczego to ma takie zna­czenie – że w ciele stałym?

Bo są oddziaływania, które w cieczy i gazie stają się niewykrywalne na skutek bardzo szybkiego ruchu czą­steczek na poziomie molekularnym. Widmo, uzyskiwane w czasie badania rezonansem, jest wtedy szerokie i pozbawione detali. Nato­miast w przypadku ciała stałego, jak wykazano już w 1958 r., jest inaczej. Jeśli wiruje się próbką ciała sta­łego pod kątem magicznym, czyli 54 stopni i 47 minut ( jest to kąt między przekątną sześcianu a jego krawędzią), z prędkością co naj­mniej 5 tys. razy na sekundę, uzy­skuje się znakomity, pełen szcze­gółów obraz. Dopóki nie pojawiła się odpowiednio czuła aparatura, te ustalenia były nieprzydatne. Ale kiedy wprowadzono do rezonansu magnesy nadprzewodzące, które wytwarzają ogromne pole magne­tyczne, wszystko się zmieniło. Pracując na takiej maszynie w Guelph, zrozumiałem, co mógł czuć Chri­stiaan Huygens, XVII-wieczny optyk holenderski, który podał zasady wykonania soczewek ze szkła i kryształu. To pozwoliło zbu­dować pierwsze mikroskopy i teleskopy optyczne. Wyobrażam sobie, że brał pod mikroskop kroplę ze stawu, po czym oglądał niestworzone rzeczy. Albo kawałek jedwabiu czy płótna, które ukazy­wały mu strukturę włókien.

Z rezonansem było podobnie – wszystko było interesujące, jakby otwierała się przed nami nowa warstwa rzeczywistości. I to błyska­wicznie – badanie próbki dla otrzy­mania widma trwało parę minut. Rezonans pozwolił poznać struk­turę kamfory, która w zetknięciu z tlenem momentalnie podlega sublimacji, czyli przechodzi ze stanu stałego do gazowego. Ist­niało 17 pomysłów na jej struk­turę. A jedno widmo RM, otrzy­mane w ciągu dwóch minut, od razu podało właściwą. Inaczej niż w dyfrakcji rentgenowskiej, która dla zbadania struktury materiału potrzebuje jego skrystalizowania (co nie zawsze jest łatwe, a nawet wykonalne), rezonans nie wymaga przygotowania materiału. Do dziś jest to najlepsza metoda badawcza struktury rzeczywistości w chemii i fizyce.

Z Cambridge przywiozłem parę próbek zeolitów, które są krze­mianami, by zbadać je rezonansem.

Dlaczego interesował was właśnie ten minerał?

Bo połowa spośród 3 tys. mine­rałów istniejących na Ziemi to krzemiany.

Jest ich dużo, więc są użyteczne?

Wszystko jest tworzone na bazie krzemu. W tym wspomniane już zeolity – krystaliczne glinokrze­miany o uporządkowanym sys­temie mikroporów, używane w rafi­neriach jako katalizatory. Niemal każda kropla benzyny przechodzi przez zeolity, więc są produkowane w ilościach megatonowych. W Guelph po raz pierwszy pod­daliśmy katalizatory zeolityczne badaniu magnetycznym rezo­nansem jądrowym z rotacją próbki pod kątem magicznym. I efekt był taki, że produkowaliśmy jedną publikację dziennie: rano przepro­wadzaliśmy pomiary, po południu – pisaliśmy artykuł. Widmo struk­tury materiału było za każdym razem tak olśniewająco dokładne, że wymagało zaledwie lapidarnego tekstu objaśniającego.

Badanie zeolitów to nie wszystko. Rezonans magnetyczny jest wrażliwy na pierwiastki lekkie, a że np. organizm człowieka składa się w 70% z wody, badanie rezonansem stało się nieodzowne w diagnostyce chorób nowotworowych i neuro­degeneracyjnych. RM da nam więc obraz wnętrza guza, który powstał w zdrowej tkance, ale również zmian w układzie nerwowym człowieka z chorobą Alzheimera. Metoda badania została tak udo­skonalona, że dzisiaj już nie tylko człowieka, ale nawet pchłę można prześwietlić w taki sposób, jakby ją podzielono na tysiąc plasterków.

W 1993 r., razem z prof. Hen­nelem, wydał Pan w Longman Scientific and Technical Funda­mentals of Magnetic Resonance – książkę, która szybko stała się „biblią” fizyków rezonansowych.

Podarowaliśmy ją nawet Janowi Pawłowi II podczas prywatnej audiencji, tłumacząc, na czym polega to badanie. Prof. Hennel, wręczając egzemplarz, zapytał: „Ojcze Święty, jak można kie­rować Kościołem powszechnym, nie mając książki o rezonansie magnetycznym?”…

Rozpoczął Pan te badania w idealnym momencie, kiedy wreszcie dawały one znakomite wyniki, więc…

To dowód na to, że mówiłem prawdę: mam dużo szczęścia w życiu.

Ale dlaczego w pewnym momencie zarzuca je Pan, by szukać wyzwań gdzie indziej?

Mój kolega, który zaszedł dość daleko na znanej uczelni, pewien temat uczyni ł przedmiotem magisterium, doktoratu, habili­tacji. Został profesorem, ale wciąż go zgłębia, choć jest to drobny wycinek z małego fragmentu rze­czywistości. Zajmuje się tym także czworo jego uczniów. I to jest nawet ważne, a ja zdaję sobie sprawę, że specjalizacja jest nie­unikniona, ale jak długo warto drążyć jeden temat czy, jak w przy­padku rezonansu magnetycznego, jedną technikę badawczą? Naj­bardziej frapujące problemy roz­wiązuje się z reguły jako pierwsze. Potem, mimo że eksperymenty stają się coraz bardziej wymyślne, wcale nie osiągamy obiecujących wyników. A więc: trzeba wiedzieć, kiedy rozpocząć pracę nad danym tematem, ale jeszcze ważniejsze jest podjęcie decyzji o jej zakoń­czeniu w odpowiednim momencie.

Zadałem sobie pytanie: „Co po mnie zostanie za 50 lat?”. W moim wieku nie warto się okłamywać, ale warto się zastanowić… Wyszło mi, że nawet jeśli przeprowadzę kolejne badania za pomocą rezo­nansu magnetycznego, za 10 czy 20 lat pojawi się naukowiec z o wiele lepszą aparaturą i odeśle moje prace do lamusa. Wtedy przypo­mniałem sobie, że kiedyś studio­wałem matematykę.

I zajął się Pan ułamkami łań­cuszkowymi oraz funkcją dzeta Riemanna, bo mają dłuższy termin ważności?

Chodzi o rezultat. Wzór na długość okręgu to 2πr, tak? I to jest finał – nikt nie może podać innego. Prof. James Moriarty, fikcyjna postać z opowiadań Arthura Conana Doy­le’a, nazywany przez Sherlocka Hol­mesa „geniuszem zła”, był pierwszo­rzędnym matematykiem i zajmował się właśnie ułamkami łańcuszko­wymi. W latach 90. XIX w. uwa­żano bowiem ten temat za bardzo ciekawy. Uczeni doszli jednak do pewnego punktu i dalej nie potrafili pójść. Następny krok to są już moje trzy prace.

Matematyka daje możliwość opisu rzeczywistości takiej, jaka ona jest. Czy to się Panu w niej podoba?

„Rzeczywistość” to nie jest dobre słowo, bo matematyka nie ma nic wspólnego z rzeczywistością i nie jest oparta na doświadczeniu.

Za to daje nam język, który tę rzeczywistość właściwie opisuje.

A dlaczego?

Nie wiem.

Ja też nie wiem. 17 jest liczbą pierwszą zarówno tutaj, jak na galaktyce najbardziej oddalonej od Drogi Mlecznej. I ta właściwość, podobnie jak inne matematyczne reguły, istniała zawsze i obowią­zywałaby nawet wówczas, gdyby człowiek nigdy się nie pojawił. Na pewno więc tego nie wymyśli­liśmy, prędzej odkrywamy i pra­cowicie dowodzimy. Pytanie, dla­czego tak jest, uważam za na tyle istotne, że nawet nie próbuję na nie odpowiadać.

Kiedy porzucał Pan rezonans magnetyczny na rzecz matema­tyki, miał znaczenie fakt, że ten temat pozwala stawiać zasad­nicze pytania?

Nie stawiałem takich pytań. Zająłem się matematyką, bo intrygowały mnie konkretne zagadnienia, jak ułamki łańcuszkowe albo liczby pierwsze. Wie Pani, czym są bliź­niacze liczby pierwsze?

Nie mam pojęcia.

Takie, które się różnią o dwa, a dzielą się przez siebie i przez jeden, np. 17 i 19 są takimi licz­bami. Wróciłem do tych zagad­nień wiele lat po studiach, które rozpoczynałem od chemii. Mate­matyka pojawiła się jednak dość szybko jako drugi kierunek. Muszę przyznać, że na studiach też mnie szczęście nie opuszczało. Rozpo­cząłem je bowiem w wieku 16 lat…

Nikt nie czynił Panu wstrętów, że zdaje maturę tak wcześnie?

Nie – poszedłem do szkoły w wieku sześciu lat, od razu do drugiej klasy. Rozpoczynając studia, byłem za młody na zajęcia w studium woj­skowym, dzięki czemu miałem jeden dodatkowy dzień na naukę. Po studiach uznano mnie za nie­zdolnego do służby wojskowej w czasie pokoju (zdaje się, że mój ojciec, lekarz w Klinice Okulistycznej Akademii Medycznej w Krakowie, miał z tym coś do czynienia…), więc czas, który zabrałby mi poligon, mogłem spę­dzić w laboratorium. W Cambridge też miałem szczęście, bo nie miesz­kałem w college’u przez 18 lat – nikt mi tego nie proponował, bo wszyscy myśleli, że już dawno tam jestem. A college to pożerająca czas kap­suła w czasoprzestrzeni – praca ze studentami, wspólne obiady… Znowu: uniknąłem tego, pozyskując w każdym tygodniu dwa dodatkowe dni na pracę.

Jakie Pan miał ambicje jako młody człowiek?

Interesowałem się nauką i litera­turą, tyle. I jeszcze od lat licealnych oglądałem mnóstwo filmów w kinie. Tym bardziej że to było tuż po prze­łomie październikowym i w Polsce pojawiły się jednocześnie wszystkie najważniejsze filmy z lat 40. i 50. Chciałem obejrzeć każdy, więc prze­mieszczałem się z kina do kina, do tego dochodziły seanse w Dysku­syjnym Klubie Filmowym. Łatwe to nie było, bo uczyłem się w I Liceum Ogólnokształcącym im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie, które miało surowy rygor, m.in. lekcje zaczynały się o siódmej, tymczasem pierwszy poranek kinowy był już o dziesiątej. Mimo to urywałem się z zajęć, by oglądać dzieła Berg­mana, Dreyera, Felliniego. Wiem: każdy film to iluzja, utrwalony na taśmie wymyślony świat, ale czy to coś zmienia? Na stole, który stoi przed nami…

Założonym w całości płytami DVD z filmami.

Jest ich tam 6 tys. – w tym wszystkie znakomite dzieła. Nie widzia­łem nawet połowy z nich, ale świa­domość, że je mam i w dowolnym momencie mogę wejść w każdą z tych historii, daje mi przyjemne poczucie komfortu.

Co nie jest marzeniem uto­pistów, ale realnym problemem naukowym, tyle że nie doceniamy jego znaczenia?

Na przykład magazynowanie energii. Niemcy usiane są wiatra­kami, które produkują dzień i noc masę elektryczności – więcej, niż można na bieżąco zużyć. Jak ją zmagazynować, kiedy nie ma odpowiednio pojemnych baterii? A smartfony, które trzeba ładować, co trzy–cztery dni? Akumulator samochodowy to konstrukcja z 1859 r., która opiera się na ogni­wach galwanicznych, zbudowanych z elektrody ołowiowej, i kwasie siarkowym, spełniającym funkcję elektrolitu. Nie mamy możliwości magazynowania energii dostosowanych do obecnego na nią zapotrzebowania, bo elektrochemia od lat jest ubogą krewną w nauce. Jest niepopularna, więc najbardziej obiecujący uczeni nie chcą się zaj­mować takimi tematami.

A co do iluzji: rozmawiałem kiedyś z brytyjskim ministrem szkolnictwa wyższego, zachwy­conym samochodem napędzanym wodorem. Zapytałem go więc: „Skąd się bierze wodór?”. „Nie wiem, chyba z atmosfery”. „Nie, atmosfera nie zawiera wodoru w stanie czystym, bo jest on pierwiastkiem mocno reaktywnym i natychmiast łączy się z tlenem. Otóż uzysku­jemy go z wody, dzięki elektrolizie”. A co jest potrzebne do przeprowa­dzenia elektrolizy?

Prąd elektryczny.

Który uzyskujemy?

W Polsce wciąż z węgla.

I tak wygląda ekologiczność auta na wodór czy samochodów elek­trycznych. To zacznie mieć sens, jeśli ludzie pozbędą się uprzedzeń i zaakceptują budowę elektrowni atomowych. À propos paliwa: sie­działem kiedyś obok mocno star­szego człowieka. Swoim zwyczajem – odezwałem się. Warto było. Moim sąsiadem okazał się Red Adair, a właściwie Paul Neal Adair – amerykański specjalista od ugaszania pożarów szybów naftowych, który m.in. pomagał na polach naftowych Kuwejtu podczas wojny w Zatoce Perskiej w 1991 r. Tym razem wracał z Jasła.

Wszystkie Pana historie są prawdziwe?

Moja żona uważa, że jedyny pro­blem z moimi historiami jest taki, iż nie są zmyślone. Uczniów też miałem autentycznych. To zresztą kolejny dowód na to, że miałem szczęście w życiu, bo niby dla­czego trafiali mi się tacy fanta­styczni studenci czy doktoranci? Trzech wypromowanych przeze mnie doktorów trzęsie teraz nauką chińską. Dla równowagi: osłabiłem Państwo Środka, umożliwiając sze­ściu moim doktorom, Chińczykom, fenomenalnie pracowitym, dalszą pracę naukową w USA. Teraz są już obywatelami tego kraju. Jesienią 2016 r. byłem w Kuala Lumpur, gdzie odwiedziłem moją były dok­torantkę – bardzo bystrą kobietę. Od dawna jest już profesorem. A kiedy zaczęła opowiadać, że była już rektorem uniwersytetu, mini­strem szkolnictwa, a dopiero co król Malezji nadał jej tytuł szlachecki, pomyślałem sobie, że może i ja tym, czego ją nauczyłem, przyczyniłem się do jej sukcesu.

Nie kusiło Pana, by po 1989 r. wrócić do Polski?

Nigdy, nawet nie starałem się o polski paszport. Skoro wówczas kiedy Polacy borykali się np. z opre­sjami stanu wojennego, hulałem swobodnie po świecie jako pod­dany królowej Elżbiety II, nie mam moralnego prawa starać się o ten dokument teraz, gdy polski pasz­port jest zapewne lepszy od bry­tyjskiego, bo Polska ma mniej wrogów niż Wielka Brytania. Ale jest coś jeszcze – wielu miało o to do mnie żal. Jeszcze przed prze­łomem zaproszono mnie na kongres „uczonych polskich na obczyźnie”. Odpisałem, że nie jestem na obczyźnie, tylko u siebie. To jest clou sprawy: nie uważam siebie za „polskiego naukowca”. Jestem po prostu naukowcem, bo nauka jest jedna i nie potrzebuje przynależ­ności narodowej.

Co jest w życiu najważniejsze?

Na pewno nie szczęście. Sukces też jest niewiele wart. Co nam przyjdzie z tych wszystkich opu­blikowanych prac czy pozyskanych tytułów? Nic. Wielu ludzi uważa, że za bardzo rozpraszałem się w zain­teresowaniach, a ktoś mi nawet powiedział, że gdybym skupił się na jednym, dostałbym Nobla. Potraktowałem to jak ponury żart… Z dwóch poglądów na świat – pierwszy: życie jest zbyt krótkie, żeby się zajmować wszystkim, drugi: życie jest zbyt krótkie, żeby się nie zajmować wszystkim – zde­cydowanie podpisuję się pod tym drugim. Nawet jeśli płaci się za to brakiem Nobla.

Życie trzeba przeżyć w taki sposób, żeby miało ono sens. Bez poczucia, że traci się czas – trzeba je więc poświęcić zajęciu, które uważa się za wartościowe. Dla mnie czymś takim była nauka. Używam czasu przeszłego, bo dzi­siaj jedyna praca naukowa, jaką wykonuję, to recenzowanie wnio­sków grantowych i prac nauko­wych. Czytam wciąż „Nature” i „Science”, by wiedzieć, co się dzieje, ale własnej nauki już nie uprawiam. Dumam też nad pewnym problemem matema­tycznym, dość trudnym, niestety, ale nie tracę nadziei, że sobie z nim poradzę. A poza tym uczę się nie­mieckiego i gram na fortepianie.

Wracając do tego, co najważniejsze.

W życiu? Każdy z nas rodzi się oryginałem, a umiera kopią, więc chodzi o to, żeby nie stać się kopiąi nie gonić za tłumem. Poza tym nie mam wielkich przemyśleń filo­zoficznych. Z filozofią jest zresztą tak, że stawia intrygujące pytania, ale nie potrafi dać równie cieka­wych odpowiedzi. I na dodatek jest nieweryfikowalna.

Nigdy więc nie wiemy, czy udzieliliśmy prawidłowej odpowiedzi…

 

_

Jacek Klinowski – Prof., ukończył chemię i matematykę, specjalista od magnetycznego rezonansu jądrowego, emerytowany profesor Cambridge University i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor 502 publikacji, kilkunastu opublikowanych w „Nature” i „Science”, z liczbą cytowań wynoszącą ponad 18 tys. (23 prace dotyczą matematyki stosowanej i czystej matematyki). Członek stowarzyszenia British Friends of the Gdańsk Theatre, które wspierało odbudowę, a obecnie funkcjonowanie Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku. Autor książki Cinema, the Magic Vehicle. A Guide to Its Achievement (wraz z Adamem Garbiczem, kilka wydań anglo- i polskojęzycznych). Jego żona, prof. Margaret Klinowski, jest badaczką ssaków morskich, emerytowanym profesorem Cambridge University


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter