70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Helen Maybanks/The National Theatre

Nie ma aniołów w Ameryce (Recenzja spektaklu Anioły w Ameryce)

Dziś możemy już tylko zgadywać, czy londyńskie Anioły w Ameryce wybrzmiałyby równie aktualnie, gdyby rok temu Brytyjczycy odrzucili Brexit, a Amerykanie Donalda Trumpa. Ale nawet bez tych okoliczności jest to prawdopodobnie najważniejsze przedstawienie tego roku na West Endzie.

Na początek cztery cytaty. o końcu, który nie nadszedł: „W Waszyngtonie rewolucja. Mamy nowy program i mamy wreszcie prawdziwego lidera. Oni odbili nam Senat, ale to my mamy sądy. Do dziewięćdziesiątego cały skład Sądu Najwyższego będzie mianowany przez republi­kanów, w sądach federalnych – republikańscy sędziowie będą wszędzie, jak miny lądowe, gdzie się ruszysz – tam mina. Akcje stowarzyszeń walczących z dyskryminacją? Sprawa idzie do sądu. Bum! Mina. Wszystko poukła­damy tak, jak chcemy: aborcję, obronę narodową, Ame­rykę Środkową, wartości rodzinne, klimat dla inwestycji. (…) To jest prawdziwy koniec liberalizmu”[1]. O postpraw­dzie: „Tylko ci się zdaje, że wiesz, co ja wiem. Ja sam nie wiem, co ja wiem. Nawet to, co wymyśliłem, w końcu okazuje się prawdą!”. O rodzinie prezydenckiej: „(…) nie są prawdziwą rodziną, czytałem w »People«, nie ma między nimi żadnych więzi, miłości, nawet ze sobą nie rozmawiają, tylko przez agentów”. I o zmianach klimatu: „A potem mówili o dziurze ozonowej. Nad Antarktydą. Poparzenia skóry, ślepnące ptaki, topnie­jące góry lodowe. Świat się po prostu kończy”.

Frazy padające ze sceny sprawiają wrażenie tak adekwatnych do bieżących wydarzeń, że publiczność opuszczająca salę podczas pierwszej przerwy wydaje się nie rozmawiać o niczym innym. To aktualność niczym z internetowych serwisów informacyjnych, nie ta, której szukamy nieraz u Szekspira czy Czechowa. Jakby Tony Kushner skończył pisać Anioły w Ameryce wczoraj, a nie prawie ćwierć wieku temu. Jakby ich akcja zaczynała się 15 lat po przełomie millenium, a nie przed nim, a wspomnianą rodziną byli Trumpowie, a nie Reaganowie. Teatralna publicystyka? Raczej rze­czywistość doganiająca intuicję twórców. Premierę londyńskiej inscenizacji zapowiedziano niemal rok przed tym, jak Donald Trump wprowadził się do Bia­łego Domu. (Podobnie zresztą stało się w przypadku Opowieści podręcznej, ekranizacji powieści Margaret Atwood z 1985 r. i jednego z najlepiej przyjętych seriali telewizyjnych tego roku). Jeśli jednak Roy Cohn, nowo­jorski prawnik, wzorowany na prawdziwej postaci, czarny charakter w Aniołach…, w swej pierwszej scenie nieco przypomina obecnego lokatora Białego Domu, to też nie przez przypadek.

„Patrzę na niego i widzę Roya. Obaj są psami bojo­wymi” – mówił o aktualnym prezydencie USA dzien­nikarz śledczy Wayne Barrett, który wielokrotnie roz­mawiał z oboma mężczyznami. Gdy w 1973 r. Donald Trump i jego ojciec Fred zostali oskarżeni o dyskrymi­nację na tle rasowym w związku z zarządzaniem nieru­chomościami (Afroamerykanom mieli oferować gorsze warunki wynajmu), to właśnie Roy Cohn reprezentował ich w sądzie. Złożył kontrpozew na 100 mln dolarów i choć sąd szybko go oddalił, Trump zyskał publiczność oraz doradcę prawnego i mentora na następną dekadę. A podobne zarzuty postawiono mu ponownie pięć lat później. „Wolisz być miły czy skuteczny? Tworzyć prawo czy grzecznie go przestrzegać?” – pyta w sztuce fikcyjny Roy Cohn. Czy podobne pytania skierował do Trumpa ten prawdziwy? Nigdy się nie dowiemy. Ale jak zauważył Harry Scoble, dyrektor wydawniczy National Theatre: gdy raz zauważy się to podobieństwo, poli­tyczna strategia Trumpa oparta na groźbach, obrażaniu, nieumiejętności przepraszania i wypisywaniu inwektyw na Twitterze przestaje tak bardzo dziwić.

***

Choć Anioły w Ameryce uznawane są za jedną z najlepszych amerykańskich sztuk XX w., ze względu na swój rozmach (całość trwa siedem i pół godziny i jest grana w dwóch częściach) wystawiane są stosun­kowo rzadko. Nic dziwnego, że każda kolejna insceni­zacja tego dramatu jest wydarzeniem, i również tym razem bilety zostały wyprzedane w ciągu zaledwie kilku godzin.

To historia chorującego na AIDS Priora Waltera (Andrew Garfield, kruchy i silny zarazem) i Louisa Ironsona (James McArdle), który decyduje się opuścić partnera w godzinie próby; mormona Joe Pitta wła­śnie odkrywającego swoją tożsamość seksualną (Rus­sell Tovey, świetnie oddający zagubienie swojego boha­tera), jego uzależnionej od valium żony Harper (Denise Gough) oraz matki, Hannah (Susan Brown), która po niespodziewanym coming oucie syna sprzedaje miesz­kanie w Salt Lake City i zaczyna nowe życie w Nowym Jorku; a także wspomnianego już Roya Cohna (Nathan Lane), „heteroseksualisty, który zabawia się z chłopa­kami”, do końca wierząc, że pieniądze i znajomości zapewnią mu lepszy los niż tym, którzy ich nie mają, oraz Belize (ujmujący Nathan Stewart-Jarrett), jego ostentacyjnego pielęgniarza, byłego drag queen.

Towarzyszą im zjawy, duchy (w tym przodków) i tytułowe anioły – niby obecne, ale bezsilne. Ten, który objawia proroctwo Priorowi, w niczym nie przypomina już majestatycznego pięknego anioła Emmy Thompson z miniserialu HBO z 2003 r. Skrzydła ma postrzępione, niby półżywy ptak, porusza się niezdarnie, tylko dzięki pomocy odzianych na czarno demonicznych postaci. Jedyne, co mogą zrobić, to prosić ludzkość, by się zatrzymała, przestała migrować, dążyć do zmian, by dała wytchnąć niebiosom opuszczonym przez Boga. Ten nie umarł wprawdzie, lecz odszedł, czego zna­kiem miało być ostatnie wielkie trzęsienie ziemi w San Francisco. W tej opowieści o opuszczeniu, ale i nadziei, wielka historia, polityka, zagadnienia dotyczące religii, migracji, rasy, seksualności, skomplikowanych tożsa­mości jednostek i narodu mieszają się, tworząc barwną mozaikę wszystkiego, z czego wykuła się dzisiejsza Ameryka.

To znakomicie zagrane przedstawienie w pełni wykorzystuje również możliwości ogromnej sceny Lyttelton. Wydarzenia mogą rozgrywać się równo­legle, w bliskich i dalekich planach, płynnie przecho­dząc między światem realnym a fantastycznym. Dzięki pomysłowej scenografii świat ciasnych pokoi, w któ­rych bohaterowie czują się wprawdzie bezpiecznie, jednak są od siebie odizolowani, z czasem rozpada się, a przestrzenie przenikają. Reżyserka Marianne Elliott (za Kushnerem) każe spotkać się bohaterom, którzy w innych okolicznościach nigdy by tego nie zrobili, jak Priorowi i Hannah czy Royowi i Belize. Każe im roz­mawiać i współpracować, daje szansę na wzajemne zrozumienie. Nie będą to spotkania łatwe, ale będą prawdziwe – takie, do których może dojść w obliczu życiowych katastrof, gdy musimy na chwilę zapo­mnieć o wszystkim, co wiemy, i stanąć przed sobą bez­bronni, otwarci, gotowi do rozmowy. Nie anioły, tylko ludzkość w całym swoim zagubieniu, zbliżająca się do siebie w godzinie próby.

***

„Musimy sobie odpowiedzieć na wielkie pytanie: Czy jesteśmy przeklęci? Wielkie Pytanie: Czy wyzwo­limy się od Przeszłości? Wielkie Pytanie: Czy umiemy się Zmienić? Iść z duchem Czasu? Bo przecież wszyscy pragniemy Zmiany” – mówi na początku drugiej części sztuki Aleksiej Antediliuwianowicz Prelapsarianow, naj­starszy żyjący bolszewik, i pytania o możliwość postępu moralnego zdają się odbijać echem w teatralnej sali już do końca. A nawet dłużej.

Akcja sztuki rozpoczyna się na początku dru­giej kadencji Ronalda Reagana, w Polsce kojarzo­nego bardziej z nadzieją demokratycznych przemian niż z tzw. reaganomiką (polityką zakładającą obni­żanie podatków, cięcia pomocy socjalnej i wydatków budżetowych) czy szalejącą epidemią AIDS. Trudno już dziś sobie wyobrazić towarzyszącą tej ostatniej atmosferę strachu, gdy nie było wiadomo, czym cho­roba jest i w jaki sposób się przenosi. Sam Reagan po raz pierwszy publicznie wypowiedział się o AIDS po śmierci Rocka Hudsona, przyjaciela z czasów aktor­skich, który zresztą podobnie jak Roy Cohn utrzymywał, że choruje na raka wątroby. Epidemia trwała już wtedy od czterech lat i zabrała ok. 5 tys. osób.

I choć pod wieloma względami w ciągu tych 30 lat świat się zmienił, atmosfera niepewności i nadciąga­jącej katastrofy może wydawać się znów bliska. Oglą­dałem spektakl 3 czerwca – trzy dni po tym, jak prezydent USA wypowiedział paryskie porozumienia kli­matyczne, i pięć dni przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi w Wielkiej Brytanii, decydującymi o kształcie Brexitu. Podczas gdy trwała ostatnia część spektaklu, na London Bridge i Borough Market, odda­lonych od National Theatre 20 min spacerem, doszło do zamachu terrorystycznego, w wyniku którego zginęło osiem osób. Proroctwo od aniołów, że jedyny ratunek dla świata to zatrzymać się, przestać przemieszczać, rozwijać, zmieniać, zanim cały się rozpadnie, w tych dniach wydaje się mieć sens. Ale odmowa Priora przy­jęcia takiego proroctwa – również. Może rzeczywi­ście, jak mówi Harper, „na tym świecie istnieje pewien bolesny postęp. Z tęsknoty za tym, co minęło, i za tym, co przyjdzie”. I może ten dyskretny optymizm dramatu Kushnera musi nam wystarczyć.

 _

W Polsce Anioły w Ameryce z londyńskiego National Theatre będzie można obejrzeć w ramach cyklu pokazów NT Live. Część pierwsza – Millennium nad­chodzi – będzie prezentowana m.in. w sieciach kin Helios (11 września) oraz Multikino (21 września, 19 października oraz 9 listopada). Część druga, Piere­strojka: 25 września (Helios) oraz 26 września, 26 paź­dziernika i 16 listopada (Multikino). Pokazy spektakli w Polsce honorowym patronatem objął Jacek Ponie­działek, autor polskiego przekładu sztuki.

NT Live to inicjatywa, która pozwala oglądać przedstawienia z najważniejszych londyńskich scen, m.in. National Theatre, Kenneth Branagh Theatre Company, Globe On Screen czy Royal Shakespeare Company. Pierwszy retransmitowany w ten sposób spektakl – Fedrę z 2009 r. z Helen Mirren w tytułowej roli – obejrzało na całym świecie około 50 tysięcy osób. To dobra okazja by niewielkim kosztem zapoznać się z brytyjskim teatrem, czerpiącym z innej tradycji niż polski. O ile u nas (podobnie jak na przykład w teatrze niemieckim) najważniejszą postacią jest reżyser i jego wizja, o tyle w teatrze anglosaskim akcent kładzie się przede wszystkim na tekst sztuki, jej autora i przyświecające mu intencje. Cykl NT Live prezentuje zarówno najgłośniejsze nowe sztuki ostatnich lat (choćby War HorseDziwny przypadek psa nocną porą czyKaci), jak i klasyczny repertuar w gwiazdorskiej obsadzie (by wymienić tylko Hamleta z Benedictem Cumberbatchem,Tramwaj zwany pożądaniem z Gillian Anderson czy Kto się boi Virginii Woolf? z Imeldą Staunton).

[1] Wszystkie cytaty wykorzystane w recenzji pochodzą z Aniołów w Ameryce Tony’ego Kushnera w przekładzie Jacka Poniedziałka.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata