70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie jesteśmy właścicielami prawdy

Chciałabym bardzo, żeby papież odwiedził w Polsce dwa miejsca: Zochcin s. Małgorzaty Chmielewskiej i Szpital Psychiatryczny w Krakowie. Bo tam pracują ludzie, którzy Kościół pojmują jako szpital polowy, bo tam obecność Boga jest niemal dotykalna.

Artur Madaliński: Pamięta Pani pierwszy numer „Znaku”?

Józefa Hennelowa: Pierwszy „Znak” ukazał się na początku lipca 1946 r., a dokładnie wtedy zaczęło się dla mnie odkrywanie nowej Polski, gdyż wówczas opuściłam Wilno. Wtedy naprawdę używało się słowa „repatriacja”, po dwukrotnym przeżyciu w Wilnie okupacji sowieckiej. Przypomnijmy: Związek Radziecki wkracza na Kresy i do Litwy 17 września, na krótko Wilno oddaje Litwie. W czerwcu 1940 r. tworzy się sowiecka Republika Litewska, a rok później Hitler atakuje ZSRR i zajmuje Wilno, w lipcu 1944 r. Armia Czerwona jest w natarciu, Litewska Republika zostaje przywrócona. Od roku 1945 trwa opuszczanie Kresów przyłączonych do Związku Sowieckiego. Dlatego kiedy wyjeżdżaliśmy z Wilna, mieliśmy poczucie, że do dawnego porządku nie ma już powrotu. I choć odbywało się to za przyzwoleniem władzy, to przede wszystkim przy udziale nieprawdopodobnej ilości ludzi dobrej woli – począwszy od kolejarzy, a skończywszy na ludziach, którzy w tym pomagali.

 

Z Wilna przyjechała Pani od razu do Krakowa?

Najpierw planowaliśmy zostać w Białymstoku. Lokomotywa odwiozła już nasz wagon, żebyśmy mogli wyładować swoje rzeczy na rampie. Ale po kilku godzinach zmieniliśmy decyzję, bo jakoś ten Białystok nie rysował się bardzo optymistycznie. I wtedy ci sami kolejarze przyprowadzili lokomotywę, żeby zabrać wagon i z powrotem podczepić go do pociągu. Do Krakowa dotarłam więc równo z pierwszym numerem „Znaku”.

 

Jak wyglądało wtedy to miasto?

Dojmujące było to, że nie zniszczyła go wojna. Tu wszystko stało i było prawdziwe. Kraków z lat 1946–1947 kipiał od prywatnej inicjatywy. Wydawało się wtedy, że uda się wszystko odtworzyć – szkoły, wydawnictwa, handel prywatny, usługi. Mieliśmy poczucie, że musimy wykorzystywać każdą możliwość, by do tego doprowadzić. Ponieważ np. było bardzo trudno o obuwie, w każdej bramie stał kram, w którym można było kupić pantofle z podeszwą uszytą z grubego sznurka. Bardzo dobrze się w nich chodziło. Handlowało się zresztą wszystkim, co było pod ręką. A potem przyszedł rok 1948, z połączenia PPR i PPS powstała PZPR i wkroczyliśmy w mrok. Co warte uwagi, reżim stalinowski nie tylko zakazywał. Język przekazu był narzucony. Ukazywało się tylko to, co potrzebne z punktu widzenia propagandy. Publikowane były np. stenogramy z sądowych procesów politycznych. To były zapisy zeznań ludzi stłamszonych w straszliwych śledztwach, ludzi, którzy mówili już tylko to, co powiedzieć musieli. Pamiętam proces kurii krakowskiej na przełomie roku 1952 i 1953, który relacjonowany był w gazetach dzień po dniu. Albo np. jeszcze wcześniej masa komunikatów o tym, który sklep otrzymał domiar za tzw. spekulację. Już po ilości tych notatek widać było, jak niszczy się prywatną inicjatywę, która z taką siłą wybuchła po wojnie.

Ale w Krakowie zastałam też kawałek rzeczywistości wileńskiej – mam na myśli kilkoro przyjaciół, jak Antoniego Gołubiewa czy Stanisława Stommę, późniejszego redaktora „Znaku”. No i od razu natrafiłam na „Tygodnik Powszechny”, który wychodził przecież od marca 1945 r. Pamiętam, że bardzo ważne były też wieczory autorskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na UJ spotkałam ks. Konstantego Michalskiego, autora artykułu wstępnego z pierwszego numeru „Znaku”. Na wykładach profesorów, którzy ocaleli z wojennej zawieruchy, np. Pigonia czy Kleinera na polonistyce, pojawiały się tłumy studentów. Olbrzymim powodzeniem cieszyły się zajęcia językowe – na lektoraty Stanisławskiego z języka angielskiego nie można się było wcisnąć. A na proseminarium Ingardena przychodzili wszyscy jego doktorzy, bo nigdy dość było słuchania mistrza i dyskutowania o filozofii. Bardzo chętnie słuchano też profesorów teologii.

 

Na polonistyce pojawiła się wówczas marksistowska metodologia badań literackich. Przeszkadzała w studiach?

Młodzi naukowcy szybko zaczęli ją prezentować na seminariach i wykładach. Ale jeszcze nienatrętnie. Razem z grupką studenckich przyjaciół nieraz, choć bez bohaterstwa, z tymi teoriami dyskutowaliśmy czy wręcz nie zgadzaliśmy się z nimi. Wyraźnie w pamięci utkwiło mi jednak co innego: od razu wyłonili się nieliczni konformiści, wyczuwający szansę na wybicie się, ale i grupa, którą najzwyczajniej w świecie nazwać należałoby kapusiami. Kiedy zaczynaliśmy na seminarium dyskusje, od razu pojawiały się sugestie, że nasze intencje są szkodliwe, groźne, podejrzane. Oczywiście byli też prawdziwi pasjonaci, ludzie, których metoda marksistowska autentycznie ciekawiła – jak mój kolega z roku, ocalały z łagrów Henryk Markiewicz, później jeden z najwybitniejszych XX-wiecznych polonistów. Wbrew pozorom, był to czas niesłychanie otwartego uniwersytetu, bo wielu ludzi starało się utrzymać uczciwą linię nauki. Na polonistyce wzorem byli np. Pigoń, Kleiner czy Klemensiewicz, na filozofii Ingarden. Na zjazdach polonistów toczyliśmy zażarte spory wspólnie ze studentami z Łodzi, których przywoziła prof. Stefania Skwarczyńska. Nie zdziwiła mnie potem jej obecność w pierwszym numerze „Znaku”.

 

Trafiła Pani najpierw do „Znaku” czy „Tygodnika Powszechnego”?

Byłam już zainteresowana środowiskiem „Znaku”, gdy – po dwóch latach – dzięki Eli i Stasiowi Stommie weszłam do redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Z tamtego czasu z wielkim podziwem wspominam zwłaszcza Hannę Malewską. To była wspaniała osoba, wielka redaktorka. W naszych dyskusjach międzyredakcyjnych („Tygodnika” i „Znaku”) jej głos był niezwykle ważny, wyrażany zarazem w sposób wyjątkowo subtelny. Nie przypominam sobie przy tym, żeby dawała innym do zrozumienia, jak jest mądra, jak wiele wie, jak wiele rozumie z otaczającej nas rzeczywistości i ile wcześniej przeżyła. Moje wspomnienie o początkach „Znaku” jest przede wszystkim wspomnieniem środowiska które stało mi się od razu bliskie. Przyjechałam do Krakowa z planami rozwijanymi jeszcze w Wilnie przez benedyktyna tynieckiego o. Jacka Matusewicza, który chciał zorganizować ruch o charakterze instytutowym, oparty przede wszystkim na odnowie liturgii. W „Znaku” niemal od początku pojawiły się teksty na ten temat, choć bliższe nurtowi francuskiemu, a nie, jak w przypadku o. Jacka, austriackiemu.

 

Jak w tym trudnym czasie – pomiędzy wielką tęsknotą za życiem a nadciągającym mrokiem stalinizmu – odnajdywał się Kościół?

Kościół krakowski bardzo mocno opierał się wtedy na autorytecie kard. Adama Sapiehy, który w czasie wojny pozostał z ludźmi w kraju. Tym bardziej że jedną z rzeczy budzących wówczas największe rozgoryczenie był fakt, że niektórzy pasterze Kościoła polskiego opuścili ojczyznę. Emigracja Augusta Hlonda zabolała ludzi tak samo jak wyjazd rządu polskiego przez Zaleszczyki. A w Krakowie trwał kard. Sapieha ze swoją legendą, z historią o tym, jak zaprosił na śniadanie generalnego gubernatora Hansa Franka i podjął go czarnym chlebem, który Polacy kupowali wtedy na kartki. Po wojnie kard. Sapieha też był odważny, stawiał warunki, nie dał sobie w kaszę dmuchać i dlatego cieszył się ogromnym prestiżem. Ważnym miejscem, zwłaszcza dla środowiska „Tygodnikowego”, był też Tyniec i tamtejsi ojcowie, którzy bardzo wiele uwagi poświęcali odnowionej liturgii. No i wreszcie Wydział Teologiczny, na którym odbywały się otwarte wykłady. Wojna z Kościołem zaczęła się stopniowo. Wydziały teologiczne na uniwersytetach zlikwidowano, pojawiły się antyreligijne „Argumenty”, w kwietniu 1950 r. episkopat został zmuszony do podpisania tzw. oświadczenia, w którym akceptuje władzę i potępia zbrojne podziemie. I tak aż do procesu kurii, zamknięcia „Tygodnika” i oddania go PAX-owi, procesu biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka, internowania ks. prymasa Wyszyńskiego jesienią 1953 r. Wszystko to sprawiało, że nie mieliśmy złudzeń. Pamiętam wiele naprawdę trudnych sytuacji i dramatycznych dyskusji. Ale też dlatego każde nabożeństwo było wtedy czymś niesłychanie potrzebnym. Katolicyzm ludowy, przywiązujący wielką wagę do obrzędowości, był bardzo silny. Także w mojej staromiejskiej parafii pw. św. Mikołaja w Krakowie. To był bardzo tradycyjny kościół parafialny. I jeśli redaktorzy katolickiego pisma mieli wówczas jakieś zadania, to najważniejszym z nich było pogłębianie refleksji nad chrześcijaństwem i przyswajanie jego myśli. Marzyliśmy, żeby ludzie nie tylko doceniali piękne śpiewy, ale też rozumieli, jak pięknymi i ważnymi tekstami modlą się w kościołach księża. A pamiętajmy, że był to czas, kiedy nie odmawiało się po polsku mszalnego „Ojcze nasz” ani „Wierzę”, kiedy nie było znaku pokoju, kiedy nikt nie widział, co się dzieje na ołtarzu, bo ksiądz odprawiał mszę tyłem do wiernych.

 

Jak na wasze próby pogłębiania refleksji o katolicyzmie, prezentowania nowoczesnych nurtów liturgicznych, odkrywania intelektualnego bogactwa tradycji reagował Kościół instytucjonalny?

W Kościele polskim bardzo szybko zaznaczyła się wielka indywidualność prymasa Stefana Wyszyńskiego. Kiedy w 1951 r. umiera Sapieha, na jego pogrzebie gromadzą się tłumy, śpiewają przez całą trasę pogrzebową tylko jeden wers: „Dobry Jezu a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie”. To było naprawdę poruszające. Potem jest przejściowy czas następców. Ksiądz prymas wyjdzie z internowania dopiero jesienią, w odwilży październikowej. Jego rola staje się od razu decydująca. A w roku 1958 biskupem zostaje Karol Wojtyła. W wizji prymasa Wyszyńskiego daje się wyczuć atmosferę nieufności wobec Kościoła zachodniego, wynikającą z przekonania, że my w Polsce najlepiej wiemy, co jest nam potrzebne, jakiego języka powinniśmy używać i co robić. O tym na użytek całego kraju rozstrzygał prymas Wyszyński. A pamiętajmy, że w międzyczasie właściwie zupełnie zniknęły pisma katolickie (w tym w marcu 1953 r. „Tygodnik Powszechny”) – pozostały te, które, jak PAX, przystały na jakąś formę kolaboracji. Równocześnie jednak wydawano w PAX-ie książki Malewskiej i Gołubiewa. Dzięki temu wydawnictwu wielu ludzi, jak chociażby Jerzy Turowicz czy Jacek Woźniakowski, mogło przeżyć trudny czas. Robili przekłady, wydawane były nowe tytuły. Wtedy wychodzą też powieści z obszaru katolicyzmu zachodniego, jak Moc i chwała Grahama Greene’a czy książki Bruce’a Marshalla. Okazało się, że można aż tak głęboko patrzeć na Kościół, na jego misję, na jego kryzysy. W naszym środowisku te kwestie były przedmiotem wielu dyskusji, byliśmy nimi zafascynowani. Prymas Wyszyński uważał jednak, że za bardzo się śpieszymy, że tego typu dylematy nie są główną potrzebą ludzi. Gdy kardynał rozpoczął – jeszcze z Komańczy – projektowanie Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, uznał też, że wie, w jakim tempie powinny dokonywać się zmiany i co jest dla wierzących w Polsce najważniejsze. Łączyło nas natomiast stawianie wysokich wymagań.

Dzisiaj w programie duszpasterskim – jeśli w ogóle istnieje jakiś wspólny – nie ma wymagań. Jest tylko potęgowanie poczucia zagrożenia: my, dumni wierzący, jesteśmy prześladowani, krzywdzeni lub – w najlepszym razie – niedoceniani przez tych lub owych.

Prymas Wyszyński wymagania stawiał, ale też nie fascynował się rozterkami inteligentów. Nie wiem, czy czytał np. Sedno sprawy Greene’a przełożone przez Jacka Woźniakowskiego, gdzie główny bohater Scobie połyka garść leków nasennych, bo tak chce ratować bliźniego. Pamiętam, jak poruszyła mnie lektura tej sceny w powieści, kiedy ktoś gwałtownie zdaje się pukać do drzwi pokoju Scobiego, a on nic już nie słyszy. Nie wiem, czy prymasa takie obrazy wzruszały, czy też uznawał je za rodzaj inteligenckiej ckliwości, a od ludzi wymagał, by byli o wiele bardziej jednoznaczni. Myślę, że prymas Wyszyński inaczej niż Wojtyła rozumiał też pojęcie tolerancji. Różnica między nimi wezbrała w realizowaniu wskazań II Soboru Watykańskiego, bo tu rola Wojtyły była już niezwykle donośna. Ale z kolei to ksiądz prymas, który bardzo miał nam za złe wiele rzeczy drukowanych w „Tygodniku” czy „Znaku”, był inicjatorem Tygodni Kultury Chrześcijańskiej. To one otworzyły kościoły na świeckich. Cała soborowa reforma liturgii była jednak szalenie spowalniana, łącznie z podtrzymywaniem – silnego do dzisiaj zresztą – przekonania, że świeccy, owszem, mogą w Kościele pomagać, ale tylko mężczyźni, kobiety nie. Nawet „Znak”, z jego wyśrubowanymi wymaganiami wobec drukowanych w nim tekstów, wieloma niezwykle istotnymi artykułami czy ważnymi przekładami, nigdy nie zdołał przełamać tego myślenia. Tak czy inaczej, kwestia tzw. katolicyzmu otwartego jest do dzisiaj najważniejszym chyba problemem pism katolickich.

 

Katolicyzm otwarty był dla środowiska „Znaku” jedną z najważniejszych idei. Jak można opisać ten sposób pojmowania katolicyzmu i Kościoła?

Przede wszystkim można powiedzieć, że jest to nurt coraz słabszy, i to nie tylko dlatego że wielu jego założycieli odeszło. Ludzie otwarci stają się masowo ludźmi rozczarowanymi Kościołem. Zwłaszcza ostatni rok przebiegał pod znakiem odchodzenia Kościoła w Polsce od otwartości, choć tendencja ta widoczna jest od momentu odzyskania przez Polskę wolności w 1989 r. Jeszcze za życia św. Jana Pawła II dała się zaobserwować skłonność Kościoła do wymierzenia sprawiedliwości światu, w którym wolność jest najwyższą wartością, do odegrania się za wszystkie krzywdy, jakich doznano w czasach dominacji reżimu socjalistycznego. Pojmowanie roli Kościoła i jego usytuowanie w przestrzeni publicznej było szeroko dyskutowane. Symboliczne znaczenie miały tutaj dwa wydarzenia: podpisanie konkordatu i program, który Jan Paweł II nakreślił w trakcie pielgrzymki do Polski w 1991 r. Papież mówił wtedy także o funkcjach określających formy działalności w nowych warunkach. Później, w trakcie kolejnej pielgrzymki przypadającej na krótkie rządy AWS, Jan Paweł II dopowiedział ten program w słynnym przemówieniu w polskim parlamencie i pełnym nadziei okrzyku: „Ale nam się wydarzyło!”. Mniej więcej wtedy Kościół w Polsce zaczął zdecydowanie formułować swoje zadania, które potwierdzane były przez kolejne polityczne władze kraju. A taka strategia jest zdecydowanie sprzeczna z otwartością rozumianą jako wartość, która nigdy nie jest szyldem politycznym i która nie oczekuje zabezpieczenia swoich racji w systemie prawnym. Problemy symboliczne nabierają w takich warunkach zasadniczego znaczenia – jak wspomniane przyjęcie konkordatu czy zawieszanie krzyża w sejmie. To pierwsze dokonało się w sytuacji, gdy rząd Hanny Suchockiej otrzymał już wotum nieufności, ale musiał administracyjnie dotrwać do wyborów i konkordat w żaden sposób nie był poddany pod dyskusję przed jego podpisaniem. To drugie natomiast odbyło się, jak wiemy, potajemnie w nocy, jako efekt akcji kilku posłów. Otwarty katolicyzm w świecie programowo świeckim – a takim był socjalizm – oznaczał wyłącznie założenie, że istnieje w tej rzeczywistości jakiś element dobrej woli, który pozwala niektóre projekty realizować wspólnie. Po 1989 r. Kościół znalazł się natomiast w rzeczywistości politycznej, która oferowała realizację każdego jego pomysłu. Starły się ze sobą dwie wizje katolicyzmu – ta, która  największą wartość dostrzega w sile ramienia świeckiego paternalistycznie narzucającego jedynie słuszną wizję świata, i ta, która większej wartości upatruje w otwarciu na wspólne tworzenie dobra z ludźmi o innych często przekonaniach, bez żądania, by uznali się oni za gorszych tylko dlatego, że mają odmienne poglądy.

 

Mam wrażenie, że w 1997 r., kiedy papież przemawiał w polskim parlamencie, rodzimy episkopat czuł się w świecie mimo wszystko bezpieczniej. Dzisiaj zjawisko postrzegania świata jako jednej wielkiej przestrzeni zagrożenia bardzo się nasiliło.

Zapewne tak jest, ale warto zwrócić uwagę też na coś innego.

Otóż Kościół polski jest przekonany, że nastała rzeczywistość – bez względu na to, czy pasterze oceniają ją jako idealną czy tylko koniunkturalnie wygodną – pozwalająca zrealizować wizję katolicyzmu wynikającą wprost z Jasnogórskich Ślubów, z dziejów, o jakich mówi Jan Paweł II w książce Pamięć i tożsamość, czy wręcz ze słynnego wiersza romantycznego o słowiańskim papieżu.

Nareszcie mamy warunki – zdają się myśleć pasterze – by tę wizję przekuć w rzeczywistość, choć projekt ów nie został wprost zwerbalizowany przez żadnego z księży biskupów. Ów pozbawiony wyraźnego ojcostwa plan ucieleśnia się zatem jako koncept polskiego papieża. Przekonanie, że da się go zrealizować właśnie dzisiaj, jest w polskim Kościele bardzo silne. Zrealizować, rzecz jasna, wbrew całej – w różny sposób zagrażającej wierze – rzeczywistości. Pasterze nie bardzo wiedzą bowiem, jak odnaleźć się w świecie odrzucającym tzw. prawa naturalne, całkowicie obojętnym na wartości takie jak wiara i płynące z niej dobro czy zdominowanym przez skrajny liberalizm. Taki, który sięga samej istoty człowieczeństwa i pozwala, pod warunkiem nieszkodzenia innym, na życie pozbawione wartości. W takim świecie Kościół polski chce realizować swoją wizję i chce to robić z pomocą partii rządzącej. Problem jednak w tym, że jej interes polityczny niezwykle silnie sprzężony jest ze sprzyjaniem Kościołowi i częstym podkreślaniem tego faktu. Oznacza to, że jego inicjatywy będą zawsze mile widziane, a władza będzie je wspierać, bo dba o swój polityczny kapitał. Dlatego też myślę, że Kościół jeszcze przez długi czas będzie unikał otwartej krytyki rządzących, a już na pewno nie będzie podejmował żadnych ruchów na rzecz otwartości i różnorodności. Tymczasem uosabiana przez Franciszka misja Kościoła powszechnego kieruje się ku całkowicie innym zagadnieniom – pomocy ludziom, którzy nie doświadczyli od cywilizacji zachodniej żadnego dobra, trosce o naszą planetę, nierównościom społecznym. Realizacja wizji Kościoła polskiego miałaby znamiona odwrócenia się od zadań, do jakich wzywa dzisiaj Kościół powszechny. Bo nie można ratować tylko tych ludzi, którzy nam się podobają. Bardzo mocno podkreśla to papież Franciszek. Dostrzegam zresztą coraz większe różnice pomiędzy nim a naszym Kościołem, różnice w pojmowaniu miejsca Kościoła w świecie, dawaniu świadectwa wiary, rozumieniu roli kobiet. Wydaje mi się, że Franciszkowi bliższa jest duchowość bardziej subtelna, skupiona, częściej milcząca, realizowana np. przez wspólnotę Taizé w bezwzględnie świeckiej Francji czy ludzi, którzy samotnie, przez długi czas, idą do Santiago de Compostela. To uczy wchodzenia w świat duchowy bardzo głęboko, ale i wspólnie, bez względu na przekonania. W porównaniu np. z pielgrzymkami do Częstochowy – gdzie tak łatwo wprowadzić transparenty, gdzie tak łatwo odciąć się od dziennikarzy z nieodpowiedniej redakcji i po prostu ich wyrzucić, gdzie politycy przemawiają z wałów jasnogórskich, spod obrazu Matki Boskiej – to ciche świadectwo przemawia nie tylko do mnie zdecydowanie bardziej.

 

W Polsce, mam wrażenie, świadectwo jest tym lepsze, im głośniejsze. Ale Kościół jest ekspansywny także na innych polach – chociażby tam gdzie pojawia się możliwość wprowadzania zmian prawnych.

Bardzo ważne jest pytanie następujące: czy z faktu, że istnieje możliwość zmiany prawa, trzeba zawsze wyciągać wniosek, że należy jak najszybciej te zmiany wprowadzać? Kwestią, którą polski Kościół chce jako pierwszą uregulować, jest problem dosłownej ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Wydawać się może, że najlepszym rozwiązaniem jest ustanowić odpowiednio rygorystyczne prawo. Ale przepisy zbyt rygorystyczne mogą stać się martwe, bo nierespektowane. A martwe prawo albo będzie lekceważone, albo wychowa do hipokryzji opartej na przekonaniu, że zapis w ustawie załatwia całą sprawę, a reszta jest już tylko winą tych, którzy je złamią. Nie ma zaś nic gorszego niż uczenie ludzi hipokryzji. Kościół w Polsce ciągle, niestety, podejmuje starania, by takie prawo wprowadzić. Trudno mi się z tym pogodzić. Zwłaszcza że Kościół staje się w pewnym sensie zakładnikiem władzy – dąży do zmiany ustawy „o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”, oferując w zamian brak krytyki poczynań rządzących. Ponadto dramatyczny wymiar akceptacji rodzicielstwa dzieci niepełnosprawnych musi uwzględnić cały rozmiar opieki i pomocy dla tych dzieci i ich rodziców, i to dla wszystkich, i jak długo będą żyły. Bez zagwarantowania tej opieki problem mimo ustawy pozostanie oskarżeniem naszych sumień.

 

Kościół polski jest jednak częścią Kościoła powszechnego, którym kieruje wizjoner Franciszek. Gołym okiem widać, że w jednej strukturze formalnej kryją się dwa odmienne sposoby rozumienia Kościoła i chrześcijaństwa.

Kościół powszechny jest chyba dzisiaj na rozdrożu. Wiążę to z faktem, że po raz pierwszy od kilkuset lat poprzedni papież Benedykt XVI zrezygnował z pełnienia urzędu. Od tego momentu w powietrzu wisi pytanie, czy jego następca również zrezygnuje. Ważne jest i to, że Franciszek przynosi – po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna – doświadczenie wiary spoza Europy. Być może to wszystko odsłania nam tajemnicę Kościoła, która jest jeszcze głębsza, niż nam się przez całe wieki zdawało. To, co się dzisiaj dzieje z papiestwem, bardzo mocno kwestionuje zresztą naszą ulubioną wizję romantyczną, z papieżem Słowianinem w roli głównej. Sposób sprawowania urzędu przez Franciszka pokazuje, że wizja ta jest złudzeniem. Podobnie jak cały, wyhodowany w Polsce, modus widzenia własnej narodowości – odwołujący się, oczywiście, głównie do romantyków. I to koniecznie do romantyków jednych, a nie drugich – bo przecież zupełnie inną wizję narodową przynieśli Mickiewicz, Słowacki czy pobieżnie rozumiana muzyka Chopina, a inną chociażby Norwid. Bardzo trudno dzisiaj rozstrzygać coś definitywnie, ale wydaje mi się, że zderzają się w Polsce dwie wizje katolicyzmu. Z jednej strony mamy katolicyzm otwarty, jakby naiwny wobec świata wysokiej cywilizacji, która dzisiaj staje wobec pytania, jak przygarnąć miliony ludzi wcześniej przez nią lekceważonych. Z drugiej natomiast – katolicyzm narodowy, bardzo już niewspółczesny, ale dla wielu w naszym kraju atrakcyjny. Kiedy opuszczam świat książek moich mistrzów, widzę to dość wyraźnie. Są w Polsce miejsca, gdzie ludzie mają się za jedynie słusznie wierzących i są święcie przekonani, że absolutną prawdą dysponują ich mocodawcy: już to ksiądz proboszcz, już to mianowany przez obecną władzę – wreszcie słuszną i sprawiedliwą – wojewoda czy przewodniczący rady miasta. Tak bywa np. na Podkarpaciu, gdzie wszyscy lekarze, we wszystkich szpitalach, powołali się na klauzulę sumienia, która nie dotyczy jednak, przypuszczam, dylematu, czy można brać prezenty od producenta zapisywanego pacjentom leku…Tak też wygląda elementarna prawda o współczesnej Polsce i w kategoriach człowieka prostego, by użyć Miłoszowej frazy, jest ona przejmująca. Ale dzisiaj najważniejsze nie jest to, czy katolicyzm w Polsce będzie otwarty czy nie, ale to, czy nie popełnimy straszliwego błędu, odrzucając nauczanie Franciszka. To wszystko nie jest proste, bo jak orzec, kto ma rację: ci, którzy chcą czynić dobro wspólnie z każdym człowiekiem, bez względu na jego poglądy, czy ci, którzy są najbardziej konserwatywni i z całego serca, z największym przekonaniem, bronią bliskich im zasad? Sama nie wiem…

 

Być może o to właśnie chodzi, by czasem powiedzieć, że się nie wie. Być może o to chodzi też w Kościele otwartym. Ale czy w Polsce on w ogóle istnieje?

Z pewnością istnieje teoretycznie w wielu artykułach. Ostatnio przeczytałam kilka tekstów ze wznowionego pierwszego numeru „Znaku” i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie wznawiamy konstytucji Gaudium et spes. Przecież powinniśmy ją czytać, bo tam opisana jest istota Kościoła otwartego! Co więcej, dzisiaj powinniśmy pisać nową Gaudium et spes, ale synody skoncentrowały się ostatnio na kwestiach dzieci, ciąży czy rodziny. Gdyby taki tekst jednak powstał, nie mógłby mieć jako pierwszych w tekście słów „radość i nadzieja”, lecz poczucie zagrożenia i niepewności, które dzisiaj dominuje.

Ale ja wielką nadzieję wiążę z Franciszkiem. Papież za chwilę przyjedzie do Polski i zderzy się z rodzimym Kościołem, który wyhodował sobie obraz świata niedający się, niestety, utożsamić z żadnym nauczaniem.

Pasterze szarpią się pomiędzy frazesami, rozmieniają się na medialne polemiki pomiędzy poszczególnymi radiostacjami czy pismami, a nie ma nikogo, kto potrafiłby przemówić tak przejmująco jak Jan Paweł II. Dlatego do dzisiaj żywimy się jego kazaniem z pl. Zwycięstwa z 1979 r. A przecież gdybyśmy odważnie przyjrzeli się choćby zdaniu: „Człowiek jest drogą Kościoła”, moglibyśmy dojść do wniosków zupełnie innych niż ten, że powinniśmy organizować marsze protestacyjne, bo Telewizja Trwam nie otrzymała miejsca na multipleksie. Tak rzadko czytamy nauki polskiego papieża, za to postawiliśmy mu już pewnie z pół tysiąca pomników. I szczerze mówiąc, wcale mnie nie cieszy fakt, że w Świątyni Opatrzności powstaje Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego finansowane przez państwo.

 

Skąd zatem czerpać nadzieję, skoro i w Kościele o nią dość trudno?

W przywołanym już tekście ks. Michałowskiego, otwierającym pierwszy numer „Znaku”, autor  diagnozował sytuację, w której znajduje się Polska i rodzimy Kościół po wojnie. Otóż dzisiaj nie sposób takiej diagnozy uczciwie przeprowadzić, bo wszystko zmienia się zbyt gwałtownie. Otwarte są kwestie dalszego istnienia Unii Europejskiej, rozwiązania problemu uchodźców czy terrorystycznego islamu. A mamy jeszcze skomplikowaną sytuację w Chinach, autorytarną władzę w olbrzymiej Rosji, wiele napięć w ciągle niespokojnej i nierozumianej przez nas Afryce. Czy znajdziemy odpowiedź na te wszystkie wyzwania? W tak niepewnym świecie i o nadzieję niełatwo. Z punktu widzenia Kościoła powszechnego bardzo wiele zależeć będzie od Światowych Dni Młodzieży, które za chwilę odbędą się w Krakowie. Jestem przekonana, że jakieś odpowiedzi zostaną na tych Dniach sformułowane. A jeszcze bardziej jestem pewna, że Franciszek nie pozwoli sobą manipulować i nie zgodzi się na to, żeby na Jasnej Górze dowartościowała się przy nim władza świecka, zachwycona swoją pobożnością.

Chciałabym bardzo, żeby papież odwiedził w Polsce dwa miejsca: Zochcin s. Małgorzaty Chmielewskiej i Krakowski Szpital Psychiatryczny Stanisława Kracika. Bo tam pracują ludzie, którzy Kościół pojmują jako szpital polowy, bo tam obecność Boga jest niemal dotykalna.

Nadzieję budzi też fakt, że w tej niepewnej, przesyconej konsumpcjonizmem rzeczywistości ludzi łączy coś, co można nazwać sprzeciwem wobec okrucieństwa. Ludzie, bez względu na poglądy, wyznawaną wiarę czy narodowość, jednoczą się w obliczu nieszczęścia. W takich sytuacjach są solidarni, pomagają sobie nawzajem, wspierają się. Widać to wyraźnie chociażby przy okazji ataków terrorystycznych. Wtedy słychać tylko jedno pytanie: w czym mogę pomóc? Moja nadzieja wspiera się także na przekonaniu, że w naszym Kościele jest wielu ludzi, którzy mają w sobie prawdziwą radość i którzy każde działanie potrafią w tym pogodnym podejściu do świata zakorzenić. Kimś takim był np. Józef Łukaszewicz, ongiś przewodniczący Klubu Inteligencji Katolickiej we Wrocławiu, który po wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową zorganizował pieszą pielgrzymkę do Watykanu. Był matematykiem, profesorem i rektorem Uniwersytetu Wrocławskiego, szczęśliwym mężem i ojcem, ale przede wszystkim bardzo pogodnym człowiekiem. To właśnie tacy ludzie – a nie chadzający z pobożnymi transparentami działacze – są nadzieją Kościoła Takie świadectwo mógł dać także ks. Jan Kaczkowski, który w terminalnej chorobie cały czas zarażał autentyczną radością. W takich ludziach mieszka Bóg.

 

Nie boi się Pani, że za dziesięć lat nie będzie już nikogo, komu bliska będzie idea katolicyzmu otwartego?

Nie, choć kiedy widzę, jak bardzo trywializuje się w Polsce przesłanie chrześcijaństwa, jestem bardzo zaniepokojona. A chrześcijaństwo to nie jest prosta sprawa, bo nasze życie bardzo często wiąże się z cierpieniem. U nas chętnie mówi się o zmartwychwstaniu, choć kompletnie nie mamy języka, by o tej największej tajemnicy sensownie opowiadać.

A przecież krzyż – jak o nim pisał Norwid – jest dla nas bramą. Przechodząc przez nią, możemy przeżywać chrześcijaństwo nie w duchu cierpiętnictwa, ale ze świadomością, że nasze życie nie zawsze jest łatwe, że nasze wybory nie są czarno-białe, że nasza egzystencja często podszyta jest bólem.

To trudniejsze niż wymyślenie kolejnego nabożeństwa.

 

A co w tzw. otwartym katolicyzmie jest dla Pani najważniejsze?

Zawsze najważniejszy był, jest i będzie Jezus Chrystus, który mówił, że jest drogą, prawdą i życiem. To, że Chrystus jest prawdą, nie oznacza wcale, że my na Piłatowe pytanie: „Czym jest prawda?”, potrafimy sobie jednoznacznie odpowiedzieć. Takie złudzenie może prowadzić do postawy, znanej z rzadko, niestety, cytowanej przypowieści z Ewangelii: faryzeusz stoi przed ołtarzem i dziękuje Bogu, że nie jest jak tamten grzesznik z progu świątyni. Można bowiem być sługą prawdy i można być właścicielem prawdy. Chodzi o to, żeby nie być właścicielem prawdy. I najważniejsze: to nie katolicyzm, ale Kościół powinien być otwarty. I wcale nie było o to najtrudniej, gdy 70 lat temu startował „Znak”. Dużo trudniej jest o to w Polsce dzisiaj.

_

Józefa Hennelowa – publicystka, wieloletnia redaktorka „Tygodnika Powszechnego”, w którym pełniła m.in. funkcje sekretarza redakcji i zastępcy redaktora naczelnego, członkini zespołu i felietonistka miesięcznika „Znak”. W latach 1989–1993 posłanka na Sejm z ramienia Solidarności, a potem Unii Demokratycznej. Opublikowała m.in. książkę Otwarty, bo powszechny. O Kościele, który może boleć (2012).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata