70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nadmiarowość

Refrenem mojego wstydu jest nadmiarowość. Poczucie nadmiarowości towarzyszy mi, odkąd pamiętam. Odkąd pamiętam, słyszałam komunikat: za dużo.

Wstyd traktuję (między innymi) jak alarmowy czujnik. Uruchamia się wtedy, gdy przekraczamy jakąś granicę. Wychodzimy poza obszar, który świat społeczny wyznaczył nam stosownie do współrzędnych: płci, klasowego pochodzenia, etnicznego przypisania, stopnia peryferyjności kraju, w którym mieszkamy, itd. Wstyd jest jak sito pomiędzy nami a tym, czego zdarza nam się pragnąć. W zależności od naszych społecznych współrzędnych sito ma większe lub mniejsze oczka, jest rzadsze lub gęstsze.

 

Angielski

Byłam uczennicą wzorową, co roku przynosiłam do domu świadectwo z czerwonym paskiem. Matka, całkowicie ufna w system edukacji i systemowi temu posłuszna, gratulowała mi i mówiła: „No widzisz? Jesteś zdolna”. Bo matka oceny szkolne brała za werdykty moich intelektualnych możliwości. Innych autorytetów w rodzinie nie było. Nie było w niej ani profesorów, ani inteligenckich niepokornych, których opinia stanowi zazwyczaj przeciwwagę dla szkolnej klasyfikacji, a w każdym razie jakąkolwiek wobec niej alternatywę. Nie było nikogo, kto powiedziałby mi: „Szkoła może nie mieć racji w twojej sprawie”, dlatego robiłam wszystko, by szkoła wyrok wydała na mnie łagodny. Nie było nikogo, kto odpowiednio wcześniej powiedziałby to mojej mamie.

Już wtedy znałam jej historię. Na nią szkoła wydała wyrok, że jest „mało zdolna, ale pracowita”. Ten wyrok zdeterminował jej ścieżkę edukacyjną, a potem zawodową. Jej rodzice wzięli sobie do serca szkolne świadectwa córki, byli więc przeciwni, by szła na „wymagającą” medycynę. Nie wierzyli, że podoła. Mama, choć o medycynie marzyła, wzięła sobie do serca słowa rodziców i poszła na politechnikę. Jej szkolne świadectwa były kiepskie, bo o ocenach decydowała aktywność na lekcji, a moja mama była w szkole przeraźliwie onieśmielona. Głos na najważniejszych zajęciach – z polskiego i z historii – zabierali niemal wyłącznie chłopcy. To byli młodzieńcy z profesorskich domów. Wypowiadali się więc swobodnie, ze swadą, lubili polemizować z nauczycielką, a ona to właśnie ceniła i nagradzała. Milczącą –  w większości dziewczyńską – resztę miała za głąbów. I dawała temu wyraz, wystawiając oceny na koniec roku.

Ufność w werdykty i podporządkowanie szkolnym wyrokom dostałam więc po linii klasowego dziedziczenia. Dlatego czasem niewiele rozumiałam z tego, czego się uczyłam. Uczyłam się tak, by zdać. Zaliczyć. Dostać dobrą ocenę. Nie miało to wiele wspólnego z przyswajaniem wiedzy. To znaczy miało, ale nie tej wiedzy, którą próbowały przekazać mi podręczniki i nauczycielki. Mnie szkoła uczyła samej siebie. Tego, jak osiągać wyniki, które uznawała za satysfakcjonujące. Jak projektor rzutowała na mnie swoją strukturę, a ja odrysowywałam ją sobie w zeszytach, w głowie, w ciele.

W podstawówce, do której chodziłam, lekcje języka angielskiego wprowadzano na etapie siódmej klasy. Mój pierwszy angielski przypadł na 1993 r. Podzielono nas na dwie grupy, kluczem alfabetycznym. Okazało się, że w grupie, do której trafiłam, większość dzieci angielskiego już się gdzieś uczyła. Prywatnie, poza systemem szkolnym. Rodzice tych dzieci wiedzieli, że należy w dziecko inwestować. Wiedzieli jak i mieli za co. Moja mama ani nie miała, ani nie wiedziała. Była wtedy wiecznie zajęta, przepracowana, zmęczona. Próbowała nas utrzymać. Utrzymać na powierzchni, mimo transformacji.

Pani od angielskiego, zadowolona z szybkich postępów grupy, pędziła z początkowym materiałem, jakby robiła zaledwie powtórkę. Tymczasem dla mnie wszystko na tych lekcjach było nowe. W efekcie z angielskiego dostawałam najwyżej trójki. To była deklasacja. Dzieci śmiały się, że nie potrafię poprawnie wymawiać angielskich wyrazów, nie umiem ich odczytywać ani powtarzać z odpowiednim akcentem. Pierwszy raz, odkąd chodziłam do szkoły, zdarzało mi się nie odrobić pracy domowej. Bo nie umiałam. Bo nigdy nie prosiłam mamy o pomoc w odrabianiu lekcji. Byłam na to za dumna. A ona była dumna ze mnie, że tak świetnie sobie radzę bez jej pomocy. Chciałam obie te dumy utrzymać. Ale nawet gdybym z nich zrezygnowała, mama i tak nie potrafiłaby mi pomóc. Nie znała angielskiego. Na korepetycje nie było funduszy.

Lekcje angielskiego stały się dla mnie koszmarem. Przed każdą kolejną dostawałam biegunki z nerwów. Czasem kłamałam, że zapomniałam zeszytu. Czasem rozchorowywałam się przed pójściem do szkoły. Czasem, gdy nadchodziła moja kolej, by na forum klasy powiedzieć coś po angielsku, spuszczałam głowę i mówiłam cicho, mając nadzieję, że nauczycielka nie dopyta, co mamroczę pod nosem. Jeśli dopytywała, twarz mi płonęła, czego rówieśnicy nie pozostawiali bez komentarza. Na klasówkach nawet nie próbowałam rozwiązywać gramatycznych zadań samodzielnie. Byłam pewna, że zrobię to źle. Nerwowo ściągałam od koleżanki. Upokorzona własnym proszącym tonem, pytałam ją: „Co w czwartym?”, „Masz siódme?”, „Agnieszka, 11be, błagam!”. Z każdą moją prośbą i z każdą łaskawie udzieloną podpowiedzią – tonem, jak mi się zdawało, rozdrażnionym – czułam się jak ktoś, kto podpisuje oświadczenie o własnej głupocie.

Lekcje angielskiego stały się dla mnie dowodem, że jestem do luftu. Dowodem, na który jakby wszyscy czekali. Jakimś testem, który z nieznanych mi powodów rozstrzygał, że wszystkie moje dotychczasowe osiągnięcia to była ściema. Gra. Nieprawda. Fart. Że dotąd jakoś mi się udawało ukryć prawdę o własnej mierności, ale wreszcie szydło wyszło z worka.

A może powody były mi jednak znane? Przynajmniej jeden. Był 1993 r. Na obozach sportowych słuchałyśmy śpiewających po angielsku Ace of Bace, Roxette, MC Hammera. Angielskie napisy były na naszych plakatach, piórnikach, tornistrach, bluzach. Angielski to był Zachód. Ten bajerancki, do którego wszyscy zajadle aspirowali. Angielskim zastąpiono w szkołach „ruski”, którym należało gardzić. Rosyjski był znakiem obciachu i żenady. Jestem z pierwszego rocznika, któremu obowiązkowy  rosyjski zastąpiono obowiązkowym angielskim. Nie nauczono mnie nawet rosyjskich liter, choć Rosja to kraj sąsiedzki. Nauczono mnie za to, że kultura anglojęzyczna to jest Mount Everest fajności.

Do podstawówki chodzili wszyscy z okolicy. A okolica to były warszawskie Stegny i Sadyba, więc, tak jak na dzielnicy, mieszały się tam rodziny z bardzo różnymi kapitałami. Ostra selekcja klasowa zaczynała się na etapie liceum. A ja poszłam do tzw. dobrej szkoły. Angielski był chyba jedyną czwórką (z minusem) na moim świadectwie. Wybrałam klasę, do której nie było egzaminu z angielskiego. Klasę, w której miał być rozszerzony francuski. Zrobiłam to po to, by uniknąć lekcji angielskiego.

Tymczasem, ku mojej rozpaczy, one tam były. Francuski owszem, ale angielski też. Trzy razy w tygodniu. To samo na studiach: pierwsze dwa lata – obowiązkowy angielski. Przez pięć lat wchodziłam na te lekcje z bólem brzucha. Z poczuciem czyhającej na mnie klęski. Nieuchronnej demaskacji. Jakbym wchodziła do gabinetu lekarskiego, w którym zaraz każą mi się rozebrać, choć wokół kręcą się jacyś ludzie. Namierzałam w grupie osoby, które także nie były z angielskiego mocne. Porównywałam się z nimi i desperacko starałam nie stoczyć poniżej poziomu ich ocen. Kiedy miałam coś po angielsku powiedzieć, z nerwów zapominałam słów, konstrukcji, nawet przygotowanych na tę okoliczność zdań. Czasem tuż przed snem mówiłam do siebie po angielsku. W głowie, nie na głos. Opowiadałam po angielsku mój dzień. Wtedy szło mi to nawet płynnie. Znienacka wyskakiwały ze mnie wyrazy, których myślałam, że nie znam, całe sentencje, jakieś powiedzonka. Ale potem, na lekcji, w świetle szkolnych jarzeniówek i pod obserwacją klasy, rządził mną wstyd. Był jak metalowa blaszka odgradzająca język od reszty.

Kolejnym kręgiem piekła okazały się publiczne wystąpienia. Moja praca wymagała udziału w konferencjach. Migałam się od tych, na których trzeba było mówić po angielsku. Natrafiałam na call for papers w interesujących mnie tematach i z interesującymi mnie gośćmi, ale rezygnowałam, jeśli konferencja miała być po angielsku. Chodziłam na anglojęzyczne wykłady i spotkania z anglojęzycznymi naukowcami. Byłam przyzwyczajona do zadawania pytań, komentowania, polemizowania. Lubiłam to. Zabieranie głosu kazało mi formułować myśli, zmuszało do precyzji. Jak nie powiedziałam, z czym się nie zgadzam, irytowało mnie to jeszcze bardziej. Gdy spotkania były po angielsku, milczałam jednak jak grób. Wstydziłam się zabrać głos. Bałam się własnej śmieszności. Bałam się, że nie będę mogła powiedzieć dokładnie tego, co chcę, bo zjedzą mnie nerwy. Bałam się braku kontroli nad własną wypowiedzią, bo przecież ogromna część tej kontroli to kontrola nad językiem. W humanistyce język jest jak broń, którą trzeba opanować. Jak drogowskazy. Bałam się zatem, że palnę głupotę. Zabłądzę. I wyjdę na głupią. Wychodziłam więc z takich wykładów napęczniała własnym milczeniem. Milczeniem ze wstydu. I wstydem, że nie potrafię tego wstydu pokonać.

Znajomi mówią, że kiedy występuję publicznie, nie widać po mnie stresu. Że wyglądam na wyluzowaną. Ale ja wkładam wielki wysiłek w to, by tak właśnie wyglądać. Robię to „instynktownie”. Skądś wiem, że nie należy pokazywać po sobie zdenerwowania. Wie to przede wszystkim moje ciało, więc maksymalnie się spina, by wyglądać na swobodne. W efekcie po każdym publicznym wystąpieniu mam tak zesztywniały kark, że nie jestem w stanie dotknąć brodą do mostka. Kiedy siedząc na widoku, chcę się napić wody, jestem przekonana, że wszyscy widzą, jak trzęsie się tafla w szklance, gdy rozdygotana, próbuję trafić nią do ust. Ściskam ją więc mocno. Tak mocno, że boję się, iż ją zmiażdżę. Po każdym publicznym wystąpieniu mam w głowie szum, nerwoból szyi, po ciele przemieszczają się skurcze, do rana nie mogę zasnąć. Obiecuję sobie wtedy, że nie będę więcej brać udziału w sytuacjach publicznych. Myślę wtedy, że gra nie jest warta świeczki. Myślę, że czas się poddać. Powiedzieć samej sobie to, co świat zdawał się mówić do mnie od zawsze: to nie dla ciebie. Kiedy wyobrażam sobie, że przestaję z tym walczyć i zajmuję swoje miejsce w szeregu, czuję naraz ulgę i klęskę. Klęskę i ulgę. A potem dochodzę do siebie i znowu z szeregu wychodzę.

Kiedyś wreszcie przemogłam się i zgłosiłam na zagraniczną konferencję. Progi były wysokie, bo występowali na niej głównie Amerykanie. Na tle ich mowy moja musiała więc być szczególnie fatalna. To wystąpienie przypłaciłam tygodniem bezsenności, częściową utratą słuchu i utrzymującymi się przez miesiąc zawrotami głowy. Myślę o tych wszystkich objawach jak o ranach w walce. Do kwestii płci i klasy doszedł wtedy jeszcze jeden kontekst: współczesnego kolonializmu. Bo choć konferencja w całości dotyczyła Polski, występujący na niej Amerykanie nie wydawali się zawstydzeni, że nie mówią po polsku. Ja natomiast umierałam ze wstydu, że nie opanowałam do perfekcji ich języka. Jakbym przywiozła ze sobą rażący dowód mojej tępoty albo mojego lenistwa. Jakbym zrobiła afront, za który należy przeprosić. Jakbym miała dziękować, iż mimo że angielski nie jest moim pierwszym językiem, oni byli na tyle wspaniałomyślni, by mnie wysłuchać, i na tyle łaskawi, by nie ściąć mi głowy.

 

Przyjaciółka

Kiedy byłam na studiach, pojechałam pierwszy raz na tzw. Zachód. Do Hiszpanii. To był też pierwszy raz, kiedy po angielsku mówić po prostu musiałam. Początkowo każde zdanie – wypowiedziane przeze mnie i zrozumiałe przez rozmówców – przyprawiało mnie o euforię. Z każdym zdaniem rosło we mnie poczucie, że moje życie właśnie się zmienia. Że pozbywam się jakiegoś potwornego balastu. Że odtąd nie będę musiała żyć z przekonaniem: wszyscy to potrafią, tylko ja nie. Rozkręcałam się.

Była jednak osoba, przy której nie mogłam się przemóc. Milkłam przy niej albo zaczynałam mówić po polsku, prosząc, by przetłumaczyła Hiszpanom. Zapominałam wówczas słów, jąkałam się, bełkotałam. Paulina. Towarzyszka podróży. Paulina mówiła po angielsku świetnie, z brytyjskim akcentem, bo od dziecka chodziła na prywatne lekcje z native speakerem.

Rodzina Pauliny miała forsy jak lodu. Jej ojciec był despotą, jej matka cierpiętnicą, a ona była moją najlepszą przyjaciółką.

Potrafiła się świetnie ubrać. Ciuchy z drogich sklepów okraszała dodatkami z lumpeksów. Ubrania wybierała i dobierała na luzie. Luz był w sposobie, w jaki je nosiła. Luz był w jej biodrach. Luz był w jej podejściu do szkolnych wymogów, do nauczycieli, do kanarów w metrze, do chłopaków, do makijażu, do przyszłości. Widziałam go w jej ruchach, gestach, mimice. Szaleńczo jej go zazdrościłam. Biegałam za tym luzem z wywieszonym jęzorem. Inspirowałam się jej wyglądem, jej sposobem mówienia, jej gustem muzycznym, jej opiniami o ludziach, nawet tym, co jadła i jak jadła. Kiedyś podsłuchałam, jak koleżanka z klasy opowiadała o mnie z pogardą, że wszystko robię tak jak Paulina. Chciałam! Ale zazwyczaj te aspiracje kończyły się frustracją. Rozbijały się o brak kasy.

Kiedy nadchodził czas wakacji, ona jechała do Portugalii, a ja do Błot Karwińskich. Kiedy zdawałyśmy maturę, ona rozważała roczną przerwę w edukacji na pobyt w Stanach, a ja – ile z ulotek, które rozdaję, mogę potajemnie wywalić do śmietnika. Kiedy zbliżał się weekend, ona planowała, na jaki koncert pójdzie, a ja chciałam umawiać się na piwo w parku. Kiedy wypłakiwałyśmy się sobie w rękawy, ona mówiła o ojcu, któremu nie może powiedzieć, że ma chłopaka, a ja mówiłam o matce, która panikuje, bo ojciec nie płaci alimentów. Kiedy ja przegrywałam kasety, ona kupowała płyty CD.

Paulina wchodziła w świat jak w masło. Otaczał ją niewidzialny kordon z pierzyny. Była chętna znosić trudy i niewygody, bo w jej życiu trudy i niewygody miały status eksperymentu. Przygody, a nie konieczności. Tymczasowości. Niezbyt ryzykownej zabawy, po której wraca się do zasobnej strefy zamkniętego osiedla. Do lodówki pełnej produktów, cen, których nikt przy zakupie nie musiał sprawdzać. Mogła wyjechać za granicę z przysłowiowymi pięcioma dolarami w kieszeni, bo w razie niepowodzeń wystarczył jeden telefon do domu. Miała plecy.

Kiedy byłyśmy na studiach, Paulina związała się z Maćkiem. Maciek był jak z żurnala wycięty. Wypisz, wymaluj bananowa młodzież. Poprawny w każdym calu, obycie miał dżentelmeńskie, emanował spokojem, dostatkiem, pewnością siebie. Na wakacje jeździł za granicę surfować. Miał swój samochód i artystyczne ambicje. Uczył się grafiki, a rodzice cierpliwie go utrzymywali, czekając, aż Maciek nauczy się jej na tyle, by kiedyś, może, samodzielnie na siebie zarabiać.

Obecność Maćka spotęgowała towarzyszące mi przy Paulinie poczucie niedopasowania. Obcości. Kanciastości. Nadmiarowości. Przy nich nie lubiłam samej siebie. Wydawałam się samej sobie za duża. Za ciężka. Za głośna. Źle ubrana. W za ciasnych ciuchach. Toporna. Wymuszona. Słoń w składzie porcelany – tak przy nich o sobie myślałam.

Byłam ubogą krewną. Nie stać mnie było na ich śniadania na mieście, na ich imprezy w klubach, ich wypady na weekend, ich wyjazdy na festiwale. Początkowo mnie zapraszali – Paulina, Maciek i jego znajomi, którzy stali się jej towarzystwem. Stopniowo przestali. Bo zbyt często odmawiałam. A może dlatego, że robiłam to ze źle ukrywaną pretensją w głosie. Byłam zła na Paulinę, że wypadłam z jej życia za sprawą kasy, a ona zdaje się mieć to w nosie. Byłam zła, że wygląda to na mój wybór, a przecież ja nie mam żadnego wyboru. Klasowa różnica między nami, którą dotąd zamiatałyśmy skrzętnie pod dywan, wypełzła stamtąd, usadowiła się na środku naszej relacji i zasłoniła każdej z nas widok.

Nie chciałam tej przyjaźni odpuścić. Nie mogłam uwierzyć, że tak się skończy – wygasając w niezręcznościach, grzęznąc w niedomówieniach, zatruta przez moje żale. Zawstydzona, powiedziałam więc Paulinie, że czuję się nieswojo z jej nowymi znajomymi. Że nie stać mnie na jej styl życia, więc czy mogłybyśmy czasem zrobić ukłon w stronę mojego. Paulina zareagowała obrazą i płaczem. Powiedziała, że atakuję ją za coś, co nie jest jej winą. Towarzyszące mi przy niej uczucia nadmiarowości i niezgrabności eksplodowały. Nieforemny stwór, jakim się przy niej widziałam, dotknął głową sufitu. Próbując ratować resztki ze zgliszczy, przeprosiłam za to, co powiedziałam. Ale to było tak, jakbym paluchami olbrzyma próbowała zawiązać sznurowadła filigranowej lalce. Było już po zawodach.

 

Za dużo

Refrenem mojego wstydu jest nadmiarowość. poczucie nadmiarowości towarzyszy mi, odkąd pamiętam. Odkąd pamiętam, słyszałam komunikat: za dużo. Za dużo jem. Za dużo chcę. Za dużo mówię. Za dużo czuję. Za dużo zajmuję miejsca. Za dużo zabieram czasu. Za dużo przeżywam. Za dużo myślę. Za dużo fantazjuję. Mam za dużą stopę. Mam za dużo włosów. Mam za dużo rzeczy. Mam za dużo oczekiwań. Mam za duże ambicje. Za dużo naraz robię. Za dużo na siebie biorę. Za dużo sobie wyobrażam. Za dużo daję. Za dużo potrzebuję.

Wylewające się ciało z za ciasnego kostiumu. Włosy wystające spod czepka. „Nie mów tak głośno”. „Powinnaś trochę schudnąć”. „Ludzie lubią małomówne dziewczyny”. „Za kolorowo się ubierasz”. „Za często płaczesz”. Uciszanie. Wygładzanie. Wygalanie. Wciskanie. Obcinanie. Chowanie. Sznurowanie. Zasuwanie. Zaszywanie. Tuszowanie. Obróbka skrawaniem. A i tak to ciągłe poczucie, że coś mi wystaje. Że dziwnie wyglądam. Że zwracam na siebie uwagę jakimś odstępstwem, którego nie jestem świadoma. Że na pewno zachowuję się inaczej niż wszyscy, choć bardzo się staram.

W filmie Young, Jewish and Left (2006) pewna kobieta opowiada o feministycznej konferencji na temat genderowych i żydowskich aspektów tożsamości. Otóż jedna z prelegentek mówiła tam o towarzyszącym jej od dziecka poczuciu, że za dużo gestykuluje, za głośno mówi, zajmuje zbyt dużo przestrzeni. Krzyknęłam do ekranu: „To o mnie! Ona mówi o mnie!”. Chwilę potem kobieta z filmu dopowiedziała, że na sali konferencyjnej kolejne kobiety podnosiły się z krzeseł mówiąc: „To o mnie! Ja też to mam! Od zawsze czułam, że jest mnie za dużo!”.

W kulturze, którą oddycham, żydowskość jest nadmiarem. Za sprawą normatywnych wytycznych co do podmiotu tej kultury jej opresja zostaje wcielona przez tych, którzy normie sprostać nie mogą lub nie chcą. I zamienia się w ustawiczne poczucie nadmiaru. Może więc zamiast walczyć z wiatrakami, lepiej powiedzieć sobie: „To prawda, ja to za dużo”? I celebrować te kawałki, które się nigdzie nie mieszczą.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter