fbpx
fot. Paulina Pidzik
Wojciech Bonowicz listopad 2019

Moi, Mistrzowie: Agata Jabłońska

W debiutanckim tomie wierszy Agaty Jabłońskiej Raport wojenny (2017) najbardziej frapująca jest tonacja. Nie same umiejętności językowe (które doceniono, obsypując tom nagrodami), nie eksperymenty formalne (świadczące o tym, że jest to debiut autorki literacko bardzo świadomej), ale właśnie tonacja – szczególne połączenie niepokoju, złości i poczucia bezradności z postawą afirmatywną, odważną i zbuntowaną zarazem.

Artykuł z numeru

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Wszystkie te elementy dochodzą do głosu naraz, choć oczywiście z rożną intensywnością w różnych utworach. To głos buntu, który jest wiarygodny, który staje w obronie czegoś naprawdę cenionego, czyli nie tylko rozpoznanego jako wartość, ale też przeżytego i przyswojonego. To głos buntu, który zrodził się nie z będących w obiegu idei i haseł, lecz z więzi i zobowiązań.

Do omówienia wybieram wiersz stosunkowo ściszony, może najmniej „wojenny” w całym tomie – właśnie po to, żeby pokazać tę bardziej afirmatywną stronę Raportu…. Sińce to opowieść o małych i dużych stratach. Te straty mogłyby być symbolami życiowych niepowodzeń, nieuchronności przemijania czy doświadczenia tymczasowości, którym tyle wierszy już poświęcono. Takie tony zresztą bez trudu można tu usłyszeć; w końcu z czym, jak nie z tym, skojarzyć gromadzący się kurz, „puste miejsca”, „resztki”, „niedokończone wiersze”, „adresy, które nie przyjmą listów”, czy „gliniane skorupki”? Można wręcz odnieść wrażenie, że autorka celowo przedłuża to wyliczenie, dodając doń coraz to nowe elementy. W dodatku wiele z nich to symbole wielokrotnie już w literaturze użyte. Oto świat niestały, w którym wszystko obraca się w niwecz; a przy tym opowiadany nam w sposób znany i sprawdzony, nie powodujący nieporozumień.

Wzmocnieniu tej melancholijnej nuty służy wiele prostych chwytów. Jak choćby ten, że każda ze strof zaczyna się podobnie – imiesłowem, który podkreśla nietrwałość rzeczy i naszych z nimi związków. „Pożyczone…”, „Porzucone…”, „Poniszczone…” brzmi przy tym trochę jak echo biblijnego: „Policzono, zważono, rozproszono”. Zresztą takich trójkowych układów jest tu więcej, ot, choćby w otwierającym trzecią strofę wyliczeniu („Poniszczone próbki, niedokończone wiersze, mapy naszych wypraw”), po którym następuje również trzyczłonowy opis sekretnego miejsca, gdzie spoczną kiedyś wszystkie wymienione rupiecie („pod stertą kamieni, za żelazną bramą, pod ostatnim / drzewem”). A finałowy wers utworu to swoiste podsumowanie tych trójkowych zabaw: dwa symetryczne ciągi, z których każdy składa się z trzech słów.

Jednak gdyby poetka na tym poprzestała, wiersz nie byłby tak interesujący. Kołysałyby nas znane obrazy i znane melodie. Ale w Sińcach dzieje się o wiele więcej – zarówno w obrębie formy, jak i w obrębie treści. Co do formy, to zwróciłbym uwagę na dwa momenty. Po pierwsze, każda kolejna strofa jest o jeden wers dłuższa od poprzedniej. Niby niewiele, ale w lekturze daje to efekt spotęgowania: to, co zaintonowane w pierwszej strofie, wybrzmiewa w pełni w trzeciej. I jest jeszcze inny godzien uwagi chwyt: każda strofa zawiera swoisty „błąd”: parę powtórzonych słów. W pierwszej to „resztki resztki”, w drugiej „kartki kartki”, w trzeciej – rozdzielone przełamaniem „ściany / ściany”. To takie małe dysonanse, które nie pozwalają czytać tego utworu wyłącznie

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się