70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mitologia wielkiej płyty: Prolog

Na początku wyobraź sobie, synu, koniec tego miejsca, wieszczek mówi szeptem, cichszym niż szelest reklamówki. Stary wieszczek, szary wieszczek w środku lata zagubiony w wielkim burym płaszczu.

Betonowe ruiny, gruz, pogruchotane lastryko, wielokolorowe ściany leżące obok siebie, mozaika tanich gustów; mieszkania odarte z mieszkańców, wydane na pastwę; brudne tapety, stare meblościanki, grzyb na sufitach łazienek, wstydliwe wykwity sąsiedzkich potopów; rozwłóczone po trawnikach ubrania i pościel z kory, zapasy cukru, po co komu cukier, stare książki kucharskie, podręczniki obsługi małego fiata; buty, krawaty, rajstopy okręcone wokół gałęzi, gazety, dużo gazet, same gazety, fruwające stadami jak szare gołębie. Studium popękania i nietrwałości, prowizoryczność świata dopełniająca się bez najmniejszego dramatu. Zobacz to, synu, zobacz wyraźnie, stare gawrony żerujące w pordzewiałych lodówkach, pojedyncze psy zagrzebane w wilgotne szmaty, klasery pełne bezwartościowych znaczków, kolekcje proporczyków i zbiory puszek po piwie; porzucone pamiątki pierwszokomunijne, wszędzie chrzęst tłuczonego szkła, skowyt pokaleczonego kundla; nad wszystkim ptaki, opadające chmarami na odsłonięte przez ruchy tektoniczne pokłady.

Usłysz, synu, brzęczenie leniwych much na dnie słoika po dżemie, wsłuchaj się w pękanie flizów. Poczuj smród rozkładu, ostrą woń kocich sików, wszędzie pełno kotów, koty na ruinach z fałszywą dostojnością. Wtedy dopiero zrozumiesz, czym będzie zagłada tego miejsca. Nawet wtedy Prokocim Nowy nie będzie budził niczyich podziwów i trwogi. Nie będzie piorunów i apokalipsy. Prokocim Nowy umrze cicho, pozostanie smutny i samotny jak podmiejskie śmietnisko.

Na początku, synu, zobacz koniec. 

Stary wieszczek, szary wieszczek, chodzi między blokami i palcami dotyka swej ślepoty. Mnie w dłoni liść jesionu i widzi tylko jego szarość, jak na starych zdjęciach. Albumy czarno-białych fotografii, niedoświetlonych, prześwietlonych, wspomnienia w kolorze betonu. Nauczony szarości, prześlepia czerwień huśtawek i błękit nieba. Wychowany w szarości, nie zna słów na kolory, rozgląda się bezradnie, drepcząc alejkami. Nie było takich alejek, nie było takich kolorów, mruczy pod nosem. Jest lato, jest światło, jest śmiech i radość. Wieszczek omija je, szukając swego Prokocimia, wydobywając go spod ziemi, ubite warstwy minionych epok. 

Ilustracja do Prologu „Mitologii wielkiej płyty” Wita Szostaka

Ilustracja Patrycji Podkościelny do Prologu „Mitologii wielkiej płyty” Wita Szostaka

Tu była wydeptana dróżka, synu, ludzie ją wydeptali w czasach, gdy nie było dróżek i trzeba było nielegalnie przecinać puste przestrzenie między blokami. Bloki stały dalej od siebie, nic nie łączyło samotnych wysp, archipelag osiedla porzucony na rubieżach miasta. Tu była wydeptana dróżka, na skos, chodziło się nią do kiosku po gazety, kiosku też już nie ma, zbudowali pawilon, dawno, zdążył się zestarzeć. Dróżka zarosła trawą, kiedyś nie było trawy, wydeptywało się dróżki na gołej ziemi. Takie czasy były, że nic nie było, tylko bloki, wszędzie po horyzont bloki. A tam była ławeczka, synu, zawsze zniszczona, ale nasza, nie ma już ławeczki, zrobili piaskownicę, dzieci się bawią, gdzie nasza ławeczka? Gdybyś pokopał głębiej, synu, pod ławeczką, której nie ma, znalazłbyś ślady dawnych dni, nasze ślady: kapsle po piwie z imionami kolarzy, szeleszczące historyjki z gum do żucia i ślinę, którą pluliśmy pod nogi, bo tak było trzeba. A tam, gdzie teraz stoją samochody, znalazłbyś głęboko w ziemi emaliowany garnek, w którym stara kobieta zbierała suchy chleb dla ptaków. Kobieta umarła, ptaki odleciały, garnek wyrzucono do kałuży za blokiem, gdzieś tam musi leżeć, ziemia wszystko przyjmuje, w ziemi wszystko się schroni. 

Inni byli święci i patroni, synu, inne nazwy ulic i szkół. Dawni bohaterowie odeszli, nowe samochody, nowe garaże, mieszkańcy też inni. Umarła pamięć o dawnych dniach, synu, ale ja ci wszystko pokażę, ja ci wszystko opowiem. Musisz wiedzieć, skąd jesteś, skąd twoje szare życie. Miejsca się nie wybiera, w miejscu się człowiek znajduje. 

Stary wieszczek, szary wieszczek, krzyczy, szeleszcząc pustą reklamówką. Pustka na jego miarę, na dnie okruszyny bułki i gumka recepturka. Wieszczek krzyczy, by zagłuszyć swoje lęki. Na dnie wszystkiego, gdzie czasem zagląda, wie dobrze, że nie ma drogi do wielkiej płyty, nie ma powrotu do tamtego świata. Bloki stoją, ale wszystko inne. Czasem widma wracają w snach, korytarze, schody, labirynty piwnic, w których ciemnościach kiełkowały ziemniaki. Przestrzenie między blokami rosną, wyspy archipelagu oddalają się od siebie. Sny są wilgotne i pachną potem; nieprany płaszcz, niezmieniana koszula. 

Wieszczek bez wierszy, zszywacz cudzych pieśni, wsłuchuje się we wspomnienia, czekając na krystalicznie czysty głos mitu. Jeszcze nie czas, jeszcze nic niegotowe, synu, mówi do wnętrza znoszonej reklamówki. Nachodzą go czasem słowa, ale nie pozwala im zamieszkać ze sobą. Udaje, że ich nie słyszy, zastyga nieruchomo, słowa mijają, jak chmury, zostaje sam, stary wieszczek, szary wieszczek. 

Siada na ławce pod szkołą, ostrożnie układa reklamówkę na kolanach i gładzi ją z czułością, dzieci się bawią. Opowiem ci, mój synu, wszystko ci opowiem; o tym, co na początku, co boskie, co moje. Wszystko tu się zaczęło, wszystko się tu działo. Wieszczek cichnie, gdy dzieci wybiegają ze szkoły. Gwar zagłusza jego szept, chowa reklamówkę pod płaszczem. Udaje, że nic nie ma, udaje, że jego nie ma, dzieci biegną w swe strony, udało się udawanie.

Nikogo nie opiewaj, nikt niewarty pieśni, bohaterowie bez imion, imiona bez twarzy.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter