70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mira i Jerzy w Nowym Jorku, 16 września 1946 r., fot. Archiwum rodziny Michałowskich, USA

Nad jeziorem Lugano

Siedzę na skraju podestu, macham nogami, słońce grzeje mi plecy, a ja udaję, że łowię ryby. Ale naprawdę robię to co wszyscy, obserwuję niemiecką rodzinę i jej jasnoczerwoną motorówkę. Ojciec – mówią na niego Vatti – wyjmuje klamoty z łódki i rzuca je dziewczynce, na którą wołają Karina. Stoi trzy kroki na lewo ode mnie i jak zręcznie łapie! Jeszcze nic jej nie upadło. To jasne, zamierzają dziś wysprzątać łódź. Ale wpierw muszą ją opróżnić. Każdy głupi to wie, nie da się tego przecież zrobić inaczej.

Rodzina Niemców to tylko cztery osoby, ale ile tego mają w łódce! Niezliczone pary płetw, maski, rurki, tenisówki, zapasowe kostiumy kąpielowe i ręczniki, nadmuchiwane gumowe poduszki i materace, a także książki, grube tomy w solidnych oprawach. Miękkie okładki to nie dla nich. Teraz on rzuca dużym piknikowym koszem. Złapie go? Oczywiście, że tak. To duża, silna dziewczynka; ma dobre, choć ciut za masywne nogi. Piętnaście, a może tylko czternaście lat, ale przy takiej figurze trudno powiedzieć. Krótkie włosy w kolorze popielatego blondu, ubrana w jednoczęściowy kostium kąpielowy; praktyczny, z mocnymi ramiączkami, które trzymają piersi na miejscu – stoi tam w lekkim rozkroku niczym bramkarz czekający na piłkę. Vatti to niezły miotacz. Vatti to oczywiście jej Vatti, tu nie ma żadnych wątpliwości. Są do siebie przecież podobni, niewątpliwie świadomi tego i bardzo się lubią. Milczą jednak, skupieni na swych zadaniach, tylko raz po raz uśmiechają się do siebie. Rękawice, dwie pary okularów przeciwsłonecznych, plastikowa torba pełna winogron – wszystko to frunie w powietrzu. Na Boga, kiedyż wreszcie skończą? Teraz to już chyba wszystko. Vatti wytaszcza jeszcze narty wodne. Cała rodzina na nich jeździ: Vatti, Mutti, Karina i chłopak.

Chłopak ma na imię Wiktor. Musieli mu je dać po Stalingradzie – ot, taki żarcik. Bez sensu, jest na to przecież za duży. Może nazwali go tak po zwycięstwie nad Polską? To by znaczyło, że ma jakieś 25 lat. Albo po Czechosłowacji? Wtedy byłby dokładnie w moim wieku. Ja mam 26 i pół, ale jestem o połowę mniejsza od Kariny. Chuda, z małym biustem i wąskimi biodrami. Mówią, że w czasie okupacji nie dojadałam. To wręcz cud, że moje nogi są nadal proste, musiałam przecież mieć krzywicę. Ale są proste i całkiem niezłe. Karina właśnie wskoczyła do motorówki, wyciąga z Vattim fotele i biorą się razem za pucowanie wszystkiego gąbkami. Gdzie, do diabła, jest Wiktor – nie mógłby im pomóc?

Robi się coraz goręcej, oboje się pocą. Podobnie jak ja, słońce przypala mi nagie plecy. Chyba powinnam się zająć wędką, dawno zresztą porzuconą. Przynęta zniknęła z niej już jakiś czas temu. Te szwajcarskie ryby doprowadzają mnie do szału, doskonale wiedzą, jak sobie wszystko sprytnie poobgryzać – tak samo jak ich pobratymcy. Nienawidzę robaków, które biorę na przynętę. Godzinę zajęło mi dowiedzenie się, jak nazywają je tu po włosku. Doprawdy, dziwaczny kraj, ta Szwajcaria. W Genewie mówi się tylko po francusku, a tutaj, nad jeziorem Lugano, wyłącznie po włosku. Tak czy siak, słowo na robale to cagnoti; kosztują sporo. Sprowadza się je gdzieś z daleka i sprzedaje na tuziny. Zostały mi jeszcze trzy, ale w puszce wciąż żadnej ryby. Załatwiłam sobie tę puszkę u hotelowego kucharza. Trzymał w niej lody; musiałam czekać trzy dni, aż się opróżni, a potem dać draniowi trzy franki. Podczas posiłków obserwowałam bacznie wszystkie stoliki i patrzyłam, czy ktoś zamawia na deser lody. Ponieważ tak bardzo mi na tym zależało, wszyscy oczywiście prosili o frutta frescacrème caramel, a nie o gelati.

Pojawiła się i Mutti. Nigdy nie zjawia się przed jedenastą. Dba o siebie. Mutti jest szczupła i całkiem nieźle wygląda, z tymi ciemnymi włosami i oliwkową karnacją. Nie przypomina Niemki, bardziej Francuzkę, Włoszkę lub Żydówkę. To by dopiero było zabawne – żydowska Mutti! W Polsce, za okupacji, miałaby chyba spory problem. Z taką twarzą musiałaby wciąż wpadać w kłopoty, nawet gdyby okazała się równie aryjska co rodzona matka Adolfa. Ale oni przecież mieszkają w jakimś małym bawarskim miasteczku, gdzie chyba każdy wie, kto kim jest. Wiem, bo widziałam ich tablice rejestracyjne. Jeżdżą mercedesem, model 300, czerwonym. Mutti dźwiga ogromną torbę plażową – zapewne pełną kosmetyków, jestem się nawet w stanie o to założyć. Oraz książki. Czytają wszak namiętnie. Vatti już ją dojrzał i wskakuje na pomost. Niezły skok, cała konstrukcja aż się zatrzęsła. Vatti należy do najlepszego gatunku Vattich. Wysoki i silny, ani grama tłuszczu, ani jednego siwego włosa w ostrzyżonej na jeża czuprynie. Wyciąga dla Mutti rozkładany leżak i stawia go na brzegu jeziora, tuż obok łódki. Mutti kładzie się na brzuchu w całej swej okazałości, a Vatti smaruje jej plecy opalaczem z dużej brązowej plastikowej butelki. Kiedy tylko się nachyla, na jego własnych plecach uwidacznia się długa, postrzępiona blizna. Nie pooperacyjna, ale prześwietna i wybitna blizna bitewna. Oj, jaka szkoda, że akurat na plecach – w tym miejscu mają je rzekomo tylko tchórze. Ale, do diaska, kto to powiedział? Nigdy nie pamiętam takich rzeczy. To przez te naszpikowane cytatami tomiska. Czyta się je i pomija nazwiska autorów. Oto właśnie mój problem, nie jestem dostatecznie uważna. Dlatego na zawsze już zostanę tłumaczką kabinową w biurach ONZ-etu w Genewie, do czasu kiedy skurczę się i dociągnę do emerytury – albo coś zawalę, prawdopodobnie przy tych nowych afrykańskich delegatach z krajów rozwijających się, którzy są na swoim punkcie wyjątkowo przewrażliwieni. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter