70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mira i Jerzy w Nowym Jorku, 16 września 1946 r., fot. Archiwum rodziny Michałowskich, USA

Nad jeziorem Lugano

Siedzę na skraju podestu, macham nogami, słońce grzeje mi plecy, a ja udaję, że łowię ryby. Ale naprawdę robię to co wszyscy, obserwuję niemiecką rodzinę i jej jasnoczerwoną motorówkę. Ojciec – mówią na niego Vatti – wyjmuje klamoty z łódki i rzuca je dziewczynce, na którą wołają Karina. Stoi trzy kroki na lewo ode mnie i jak zręcznie łapie! Jeszcze nic jej nie upadło. To jasne, zamierzają dziś wysprzątać łódź. Ale wpierw muszą ją opróżnić. Każdy głupi to wie, nie da się tego przecież zrobić inaczej.

Rodzina Niemców to tylko cztery osoby, ale ile tego mają w łódce! Niezliczone pary płetw, maski, rurki, tenisówki, zapasowe kostiumy kąpielowe i ręczniki, nadmuchiwane gumowe poduszki i materace, a także książki, grube tomy w solidnych oprawach. Miękkie okładki to nie dla nich. Teraz on rzuca dużym piknikowym koszem. Złapie go? Oczywiście, że tak. To duża, silna dziewczynka; ma dobre, choć ciut za masywne nogi. Piętnaście, a może tylko czternaście lat, ale przy takiej figurze trudno powiedzieć. Krótkie włosy w kolorze popielatego blondu, ubrana w jednoczęściowy kostium kąpielowy; praktyczny, z mocnymi ramiączkami, które trzymają piersi na miejscu – stoi tam w lekkim rozkroku niczym bramkarz czekający na piłkę. Vatti to niezły miotacz. Vatti to oczywiście jej Vatti, tu nie ma żadnych wątpliwości. Są do siebie przecież podobni, niewątpliwie świadomi tego i bardzo się lubią. Milczą jednak, skupieni na swych zadaniach, tylko raz po raz uśmiechają się do siebie. Rękawice, dwie pary okularów przeciwsłonecznych, plastikowa torba pełna winogron – wszystko to frunie w powietrzu. Na Boga, kiedyż wreszcie skończą? Teraz to już chyba wszystko. Vatti wytaszcza jeszcze narty wodne. Cała rodzina na nich jeździ: Vatti, Mutti, Karina i chłopak.

Chłopak ma na imię Wiktor. Musieli mu je dać po Stalingradzie – ot, taki żarcik. Bez sensu, jest na to przecież za duży. Może nazwali go tak po zwycięstwie nad Polską? To by znaczyło, że ma jakieś 25 lat. Albo po Czechosłowacji? Wtedy byłby dokładnie w moim wieku. Ja mam 26 i pół, ale jestem o połowę mniejsza od Kariny. Chuda, z małym biustem i wąskimi biodrami. Mówią, że w czasie okupacji nie dojadałam. To wręcz cud, że moje nogi są nadal proste, musiałam przecież mieć krzywicę. Ale są proste i całkiem niezłe. Karina właśnie wskoczyła do motorówki, wyciąga z Vattim fotele i biorą się razem za pucowanie wszystkiego gąbkami. Gdzie, do diabła, jest Wiktor – nie mógłby im pomóc?

Robi się coraz goręcej, oboje się pocą. Podobnie jak ja, słońce przypala mi nagie plecy. Chyba powinnam się zająć wędką, dawno zresztą porzuconą. Przynęta zniknęła z niej już jakiś czas temu. Te szwajcarskie ryby doprowadzają mnie do szału, doskonale wiedzą, jak sobie wszystko sprytnie poobgryzać – tak samo jak ich pobratymcy. Nienawidzę robaków, które biorę na przynętę. Godzinę zajęło mi dowiedzenie się, jak nazywają je tu po włosku. Doprawdy, dziwaczny kraj, ta Szwajcaria. W Genewie mówi się tylko po francusku, a tutaj, nad jeziorem Lugano, wyłącznie po włosku. Tak czy siak, słowo na robale to cagnoti; kosztują sporo. Sprowadza się je gdzieś z daleka i sprzedaje na tuziny. Zostały mi jeszcze trzy, ale w puszce wciąż żadnej ryby. Załatwiłam sobie tę puszkę u hotelowego kucharza. Trzymał w niej lody; musiałam czekać trzy dni, aż się opróżni, a potem dać draniowi trzy franki. Podczas posiłków obserwowałam bacznie wszystkie stoliki i patrzyłam, czy ktoś zamawia na deser lody. Ponieważ tak bardzo mi na tym zależało, wszyscy oczywiście prosili o frutta frescacrème caramel, a nie o gelati.

Pojawiła się i Mutti. Nigdy nie zjawia się przed jedenastą. Dba o siebie. Mutti jest szczupła i całkiem nieźle wygląda, z tymi ciemnymi włosami i oliwkową karnacją. Nie przypomina Niemki, bardziej Francuzkę, Włoszkę lub Żydówkę. To by dopiero było zabawne – żydowska Mutti! W Polsce, za okupacji, miałaby chyba spory problem. Z taką twarzą musiałaby wciąż wpadać w kłopoty, nawet gdyby okazała się równie aryjska co rodzona matka Adolfa. Ale oni przecież mieszkają w jakimś małym bawarskim miasteczku, gdzie chyba każdy wie, kto kim jest. Wiem, bo widziałam ich tablice rejestracyjne. Jeżdżą mercedesem, model 300, czerwonym. Mutti dźwiga ogromną torbę plażową – zapewne pełną kosmetyków, jestem się nawet w stanie o to założyć. Oraz książki. Czytają wszak namiętnie. Vatti już ją dojrzał i wskakuje na pomost. Niezły skok, cała konstrukcja aż się zatrzęsła. Vatti należy do najlepszego gatunku Vattich. Wysoki i silny, ani grama tłuszczu, ani jednego siwego włosa w ostrzyżonej na jeża czuprynie. Wyciąga dla Mutti rozkładany leżak i stawia go na brzegu jeziora, tuż obok łódki. Mutti kładzie się na brzuchu w całej swej okazałości, a Vatti smaruje jej plecy opalaczem z dużej brązowej plastikowej butelki. Kiedy tylko się nachyla, na jego własnych plecach uwidacznia się długa, postrzępiona blizna. Nie pooperacyjna, ale prześwietna i wybitna blizna bitewna. Oj, jaka szkoda, że akurat na plecach – w tym miejscu mają je rzekomo tylko tchórze. Ale, do diaska, kto to powiedział? Nigdy nie pamiętam takich rzeczy. To przez te naszpikowane cytatami tomiska. Czyta się je i pomija nazwiska autorów. Oto właśnie mój problem, nie jestem dostatecznie uważna. Dlatego na zawsze już zostanę tłumaczką kabinową w biurach ONZ-etu w Genewie, do czasu kiedy skurczę się i dociągnę do emerytury – albo coś zawalę, prawdopodobnie przy tych nowych afrykańskich delegatach z krajów rozwijających się, którzy są na swoim punkcie wyjątkowo przewrażliwieni.

Vatti wraca do pięknej czerwonej motorówki, którą Karina szoruje niczym prawdziwa, dobra Hausfrau. Niemal potknął się o moją puszkę po lodach, powiedział Verzeihen Sie, bitte, obrzucił mnie szybkim spojrzeniem, potem dodał Excusez-moi i uśmiechnął się. Pas de quoi, odparłam i też się uśmiechnęłam. Gdyby tylko wiedział, jak dobrze znam ten jego słodki język i gdzie się go nauczyłam… Oczywiście jako dziecko. Dzieci uczą się szybko, nicht wahr?

Rozmawiałam ze strażnikami, czasem dawali mi ziemniaka (lub nawet dwa!), a czasami kopniaka. Gdy zabrali Mamę, uczyłam się znacznie szybciej. Dopóki jeszcze miała siłę, by wstawać, nie pozwalała mi biegać samopas. Każde dziecko powinno przecież poznawać języki obce; czyż nie mówi się, że świat przez to się do siebie zbliża? Języki to prawdziwy skarb. Skarb czy nie, są wszystkim, co mam, i do tej pory mi się przydawały: francuski, niemiecki i angielski. Angielskiego nauczyłam się nawet szybciej niż niemieckiego. To było wtedy, kiedy Amerykanie zajęli obóz. Znam też mój własny język, polski, ale nie używam go często; tylko gdy zjawi się na konferencji jakaś delegacja z Polski i przydzielą ją akurat mnie.

Zobaczcie, kto przyszedł – Wiktor, syn i pan dziedzic. Kroczy po plaży w kusych kąpielówkach, mięśnie prężą się pod opaloną skórą. Wygląda niczym reklama jakiegoś specyfiku na męskość. Niewielka głowa, mocny kark. Wszyscy teraz na niego zerkają. I mężczyźni, i kobiety, obojętne są jedynie dzieci oraz psy. Posyła Mutti promienny uśmiech, staje tuż za mną, mówi coś do Vattiego i Kariny.

Wyciągnęłam wędkę i nadziałam na haczyk świeże cagnoti. Gdybym nawet chciała się poważnie zabrać za łowienie, to w rumorze, jaki robią teraz w wodzie Vatti i Karina, nie ma na to żadnych szans. Płuczą w niej gąbki i szczotki; staje się brudna i pełna mydlanej piany. Francuskie damy na leżakach zauważają to natychmiast i są złe. W hotelu mieszkają głównie rodziny z Francji i Belgii, wraz z pudlami i dziećmi. Moi Niemcy to jedyni Niemcy, ba, mają też jedyną prywatną motorówkę. Do diabła, ależ nabrudzili! Ktoś powinien im chyba powiedzieć, że co jak co, ale wody nie podbili. Może to właśnie ja powinnam to zrobić? Może ja, Hanna Kowalska, miałabym się samozwańczo mianować Delegacją Jednej i dyplomatycznie przypomnieć im, że nie wygrali przecież tej wojny?

Wiktor spogląda na mnie, gdy szarpię się z cagnoti, choć to pewnie w liczbie pojedynczej cagnoto. Nie wiem, nie miałam okazji nauczyć się włoskiego. Cagnoto wije się i stawia opór. Wiktor pyta – oczywiście po angielsku – czy nie trzeba mi pomóc. Wszyscy teraz mówią po angielsku, francuski jako międzynarodowy język skończył się zupełnie. Zrozumiałam i grzecznie odmawiam. Zapewniam, że dam sobie radę, i daję, ale wtedy haczyk wbija mi się wprost w kciuk. Do jasnej cholery, nie dam nic po sobie poznać. Cagnoto już nadziane, ale gdy obmyślam, jak spławić Wiktora, zanim znów zanurzę wędkę w mydlanej wodzie Lago di Lugano, rozpoczyna się spektakl zaiste wspaniały. Francuz w kąpielówkach, o pałąkowatych nogach i ogromnym, wystającym brzuchu podniesionym głosem zwraca uwagę Vattiemu, że zanieczyścił całe jezioro, które bynajmniej nie jest jego prywatną własnością, ba, to wręcz niebezpieczne dla dzieci, nie tylko zresztą dla nich! Wypoczywający na leżakach gapią się już zupełnie jawnie, przestali nawet udawać, że czytają albo drzemią. Vatti wyprostowuje się, dwaj mężczyźni stoją przez chwilę naprzeciw siebie. Muszą być mniej więcej w tym samym wieku – jakieś czterdzieści pięć lub czterdzieści sześć lat. Vatti – smukły i muskularny, opalony, z wyraźną, poszarpaną blizną na plecach, oraz Francuz – przedstawiciel Komitetu Jednego, o krzywych nogach i brzuszysku wystającym niczym bęben. Cholera! Ta konfrontacja w kąpielówkach musiała się po prostu źle skończyć. Vatti grzecznie przeprasza i solennie przyrzeka, że nigdy więcej nie zanieczyści już żadnych szwajcarskich jezior. Francuz czerwienieje z wściekłości na twarzy; stracił powód do wyczekiwanej kłótni. Pokonany i zirytowany, człapie z powrotem na leżak, do żony i dziecka, mamrocząc coś pod nosem o szkopach i Lago Tedesco: gdziekolwiek w Europie pojedziesz sobie na wakacje, i tak w końcu zepsują ci je te szwaby.

Wiktor cały czas spogląda z wyżyn swej postury i na mnie, i na wędkę. Przechodzą mnie dreszcze. Szybko zerkam na lewą rękę i sprawdzam, czy na swoim miejscu nadal jest ciężka srebrna marokańska bransoleta, która przykrywa wytatuowany numer. Tak, jest. Kiedy tatuś i Francuz wymieniali zdania, Karina przerwała robotę, teraz jednak Vatti rzuca krótkie i szybkie żołnierskie komendy. Wiktor ma wejść na pokład i wszystko poukładać. Karina podaje, Wiktor łapie, Vatti dyryguje. Co za wspaniała drużyna! Ludzie na plaży patrzą, tak samo jak ja. Rozmawiają, udają, że czytają książki, dziergają, kartkują czasopisma, ale tak naprawdę całymi dniami wszyscy obserwują Niemców.

Wstaję, zbieram rybacki ekwipunek i idę na leżak. Kciuk pobolewa – bardzo chciałabym go sobie wreszcie w spokoju possać. Otwieram Sagę rodu Forsyte’ów, do której co roku wracam na wakacjach, moszczę się z książką i wpakowuję palec do ust. Z tomu o wyzłoconych brzegach wyczytuję parę zdań na temat poglądów Soamesa, a potem kartkuję strony, by zobaczyć, co będzie dalej. Ładują teraz do łódki składane krzesełka i wielki kosz. Za chwilę rodzina, cała ich czwórka, gramoli się na pokład i odpływa w dal. Dranie, pewnie odkryli jakąś wyspę, na której będą mogli być już sami, może nawet kąpać się na golasa, wygrzewać w słońcu i głośno szwargotać po niemiecku, tak jak lubią. Ale zakotwiczają motorówkę na środku jeziora, a potem pomykają na nartach wodnych, w pięknym zresztą stylu, zwłaszcza Vatti i Karina. Znikają z oczu.

Hotelowa plaża zmienia się natychmiast. Ludzie zaczynają głośno mówić po francusku, grać w ping-ponga, karcą dzieci, spuszczają psy ze smyczy, włażą do wody, by popływać.

Niemcy nie pokażą się aż do aperitifu. Popołudnie stało się nieznośnie gorące, męczące i parne. Francuskie i belgijskie rodziny rozsiadły się przy niewielkich stolikach w hotelowym ogrodzie, sączą pernody i fine à l’eau, pozwalają dzieciom wypić łyczek, pod krzesłami sapią psy. Odświeżona drzemką w pokoju, schodzę na dół, z Galsworthym pod pachą, włożyłam nową sukienkę z białego irlandzkiego płócienka. Niemcy zajęli jak zawsze jedyną wiszącą kanapę-huśtawkę, przytaszczyli do niej stolik oraz dwa wygodne krzesła; z wysokich szklanek popijają piwo. Wystroili się i upał nic im chyba nie robi. Vatti włożył szare flanelowe spodnie, niebieski blezer, białą koszulę, a na szyi zawiązał szaro-białą apaszkę w grochy. Mutti we wzorzystych jedwabiach, Karina w koronkowym, za dużym zresztą, broderie anglaise, Wiktor w krótkich spodniach i błękitnej koszulce polo. Wertują czasopisma z obrazkami, rozmawiają, śmieją się, słuchają wiedeńskich walców płynących z tranzystorowego radyjka. Siadam przy stoliku, zamawiam campari i znikam za okularami przeciwsłonecznymi. Muszą mieć kupę kasy; tak się właśnie prezentują, spowici w dobre i solidne marki niemieckie. W porównaniu z przedstawicielem Komitetu Jednego, moim panem Carnot, właścicielem firmy meblowej z Rouen, wyglądają na znacznie bogatszych. Poznałam Carnotów w zeszłe wakacje. Wtedy to, ostatniego wieczora, madame Carnot, która sama gotuje, podzieliła się ze mną przepisem na jej słynny winegret. Trzeba tylko dodać łyżkę czerwonego wytrawnego wina i wszystko ubijać srebrnym widelcem przez pięć minut. Muszę o tym pamiętać i koniecznie użyć srebrnego widelca, gdy Tom znów przyjdzie na kolację. Zobaczymy, czy sos zasmakuje mu aż tak bardzo, że w podziwie na moment przestanie się do mnie dobierać oraz gadać o Prouście i Kafce.

Mutti wyciąga z niezaczętej paczki amerykańskiego papierosa, Vatti pochyla się z ogniem. Mają najładniejszą i najintensywniejszą opaleniznę z nas wszystkich. To przez motorówkę, każdy to już zauważył. Wszyscy chcieliby popływać łodzią, a przynajmniej dać się na niej poobracać dzieciom. To niezłe na krążenie. Chodzi o wiatr. Wiatr na skórze, ot i cała tajemnica. Można oczywiście wziąć auto, pojechać do samego Lugano i wypożyczyć sobie motorówkę na parę godzin. Zbyt wiele z tym jednak zachodu. To zupełnie nie to samo. Ludzie ocierają pot z czoła, dopijają drinki i karcą dzieci. Psy udają, że ich nie ma.

Wiktor robi się niespokojny i rozgląda się. Patrzy na mnie. Czytam. Nie wie, że wciąż obserwuję go spod okularów przeciwsłonecznych. To taki trik, którego nauczyłam się od delegatów w Genewie. Kryją się za ciemnymi szkłami, noszą je, by rzekomo chronić oczy przed oślepiającymi lampami genewskiej auli posiedzeń, ale załatwiają w ten sposób masę różnych spraw. Bezpiecznie obserwują sobie innych, ba, często mogą się nawet spokojnie zdrzemnąć. Wiktor lustruje mnie. Jak to dobrze, że jutro przyjeżdża Tom. Może poproszę go, żeby zabrał mnie na resztę urlopu do Ascony; tu jest zbyt gorąco. Wiktor wstaje i przeciąga się niczym rozleniwiony pies. Mija mój stolik i kłania się w pas, obrzucając mnie uważnym spojrzeniem. Coś czuję, że chciałby spytać, czy pójdę z nim do wsi. Szybko więc przewracam stronę i zagłębiam się w problemach Soamesa i Ireny. Przeszedł. Pewnie kupi sobie w miejscowej trafice więcej czasopism.

Godzinę później wszyscy udają się do pokoi, żeby wyszykować się na kolację, którą podają o siódmej. Upał stał się wręcz nie do wytrzymania, koszule lepią się mężczyznom do pleców. Kiedy znów schodzimy do jadalni, nie przebrał się nikt, z wyjątkiem Niemców. Vatti w granatowej serży, Wiktor w kratkę prince-de-galles, a kobiety w pastelowych krepdeszynach. Vatti skinął na Maria, włoskiego kelnera od win, którego Tom zeszłego lata nazywał old bean, starym drogim kumplem, co niesłychanie palantowi schlebiało – do czasu aż ktoś mu to przetłumaczył. W dosłownym przekładzie gubi się oczywiście serdeczna wymowa angielskiego powiedzonka. Jak wyjeżdżaliśmy, musieliśmy mu dać sowity napiwek – żeby nam wybaczył. Teraz przy stoliku Niemców wymachuje rękami, dość długo gada w swojej łamanej niemczyźnie, odchodzi i ku powszechnemu zdziwieniu szybko wraca z szampanem w srebrnym kubełku. Niemcy bez dwóch zdań coś świętują. Wszyscy wokół, Belgowie i Francuzi, siedzą w milczeniu, jest im gorąco, pociągają tylko szwajcarskie wina stołowe. Słyszę grzmot. Nagły poryw wiatru zatrzaskuje duże drzwi. Mario otwiera szampana. Spoglądamy: to drogi szampan francuski. Korek ląduje na talerzu madame Carnot, która raczej nie jest tym rozbawiona. Wtem błyskawica, a potem kolejny grzmot. Mario napełnia kieliszki szampanem, piją. Nie mogę sobie poradzić z łykowatym i twardym stekiem – wysmażyli go na amen. Popijają dalej, Vatti wybucha śmiechem, Mutti uśmiecha się, Karina wygląda na zachwyconą, a Wiktor zerka na mnie, jakby chciał sprawdzić, czy to widzę. Nie, nie widzę.

Jeszcze silniejszy poryw wiatru z hukiem zamyka okno. Obsługa hotelu dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nadchodzi burza. Rozpoczyna się iście szwajcarskie zamieszanie, w panice biegają wokół, zabezpieczają okna i drzwi. Vatti podnosi wzrok znad szampana, Wiktor odwzajemnia spojrzenie. Łódź! Zacumowali ją luźno przy pomoście na hotelowej plaży; jeśli wiatr się nasili, zniesie ją niechybnie na sam środek jeziora. Muszą czym prędzej odstawić motorówkę do niewielkiej przystani w zatoce. Goście w jadalni zamilkli. Nakarmiono już dzieci, a teraz wszyscy walczą ze stekami. Niemcy odbywają krótką naradę, mężczyźni wstają i zostawiają niedopite kieliszki. Kelnerki zmagają się z oknami, portier przenosi leżaki z plaży do hallu. Wieje już jak cholera, a markizy znad okien robią straszliwy hałas. Błyska się raz po raz, a grzmoty słychać coraz częściej. Mutti i Karina sączą szampana i gawędzą sobie pogodnie. Przerwano im co prawda świętowanie, ale w każdej chwili mogą zamówić przecież więcej bąbelków. Ta świadomość daje im chyba jakieś złudne poczucie bezpieczeństwa. W oknie migają mi biegnący w stronę plaży Vatti i Wiktor. Włożyli ciężkie sztormiaki, czapki i gumowce; z chęcią bym się dowiedziała, co tam jeszcze mają w walizkach. I jak udało im się wcisnąć te graty do mercedesa. Ale jest też łódź, tak duża, że zmieściłyby się w niej dwie przepastne szafy. Pewnie tak to poupychali.

Chętnie wyszłabym teraz na zewnątrz. Uwielbiam burze. Ale ktoś mógłby sobie wtedy pomyśleć, że za nimi wybiegłam. Wszystko brzęczy i stuka, błyskawice rozrywają niebo, dzieci płaczą, a psy wyją. Ale zabawa! Kilka matek poszło na piętro do dzieci i zwierząt. „Nie, Mario, bez deseru, daj mi, proszę, tylko brandy i espresso”. A w myślach dodałam: old bean. Ludzie zaczęli znów ze sobą rozmawiać, pozbierali się chyba po ciosie, jakim był dla nich ten francuski szampan Niemców. Większość kobiet wyszła, teraz faceci wymieniają uwagi pomiędzy stołami. Tematów jest sporo, a pierwszy to oczywiście pogoda. Czy po burzy się ochłodzi, czy jutro będzie padać, jak to wpłynie na zbiory i winobranie? Kelnerki zdejmują obrusy i opróżniają popielniczki. Goście zsuwają krzesła, tworzą się grupki, nawiązują się przyjaźnie i nici porozumienia. Tylko dwie Niemki siedzą same. I ja, z moim starym, poczciwym Galsworthym. Proszę o jeszcze jedną kawę. Pan Carnot zamawia nieoczekiwanie całą butelkę koniaku Rémy Martin i proponuje wszystkim po kieliszeczku. Mnie też, zgadzam się, ale tylko na kropelkę; nalewa mi jednak szczodrze do pełna.

Burza robi się wręcz nieziemska, gałęzie latają w powietrzu i walą w okna. Cały hotel drży. Niemki wreszcie straciły fason. Pojawił się właściciel i oznajmia: prosimy państwa, żadnej telewizji, żadnego radia, zanim to nie ucichnie. Hotelową plażę dzieli od przystani w zatoce spory pas wody. Ale czemu miałabym się martwić – niech się martwi Mutti. Ona zresztą martwi się już na swój sposób. Wyciągnęła szarą kanwę i krzyżykami pieczołowicie wyszywa na niej kwiatowy wzór. Bardzo ładny. Pewnie na obicia kompletu dwunastu krzeseł w jej salonie, takie same jak te, które widziałam w domu Woltera w Ferney, haftowane przez jego nieszczęsną siostrzenicę w długie zimowe wieczory, gdy staruch w gronie towarzyszy wyżywał się na wrogach. Brandy od pana Carnota uderzyła mi chyba do głowy. Wcześniej wypiłam jeszcze jedną, do steku pół butelki wina, a jeszcze przedtem dwa kieliszki campari. Kiedy piję, wyostrza mi się słuch. Słyszę właśnie, jak łysy Belg szepcze starszej córce, że szkopy się na pewno utopiły. Nie wiem, o czym mówią inni, ale założę się, że o tym samym. Mutti wciąż haftuje, coraz częściej jednak rzuca okiem na ciemne okna, a Karina siedzi nieruchomo i raz na jakiś czas pakuje winogrona do okrągłych ust.

Burza powoli cichnie. Wciąż pada, ale nie ma grzmotów i błyskawic. Mężczyźni powinni zaraz wrócić, no, chyba że nie znaleźli samochodu, który przywiózłby ich z przystani. Wszyscy głośno rozmawiają. Parę osób zasiada do kart. Co za ulga, że już po wszystkim. Pan Carnot włącza radio. Leci taneczna muzyka – samba. Tak jak wypada, prosi panią Carnot, która wstaje uprzejmie, ruszają na parkiet. Choć są oboje raczej otyli, tańczą zaskakująco dobrze. Dołączają do nich jeszcze dwie pary. Stoliki idą na bok. Do mnie podchodzi belgijski lekarz, a jego żona kiwa głową z taką aprobatą, że nie mogę odmówić. Kołujemy przez całe dwie minuty. Potem melodia przechodzi w twista i poczciwy doktor niechętnie daje za wygraną, odprowadza mnie do stolika.

Do jasnej cholery, gdzie są Vatti i Wiktor? Mogliby przynajmniej zadzwonić i powiedzieć, że nie mają jak wrócić. Wtedy właśnie wchodzą do jadalni. O dziwo, nawet zdążyli się przebrać. Wyglądają świeżo i zdrowo, są suchutcy niczym pieprz. Mutti i Karina witają ich promiennie, rozmawiają. Zjawia się Mario, na twarzach Niemców pojawiają się wyczekujące uśmiechy, za którymi idzie oczywiście zamówienie: jeszcze jeden francuski szampan. Sala wciąż rozbrzmiewa śmiechem i gwarem rozmów, ale nikt nie kryje teraz zawiści. Fala wrogości narasta. Z głośników płyną nowe taneczne takty. Wyskakuje korek od szampana, tym razem uderza w sufit. Kiedy kolejny raz pada niemiecki toast Prost, kilka par rusza w tany na znak pogardy.

Wiktor szybko opróżnia kieliszek. Vatti prosi Mutti do rumby. Wiktor wstaje, pewnie teraz weźmie do tańca Karinę. Ale nie, zmierza wprost do mnie. Staje. Czy zatańczę z nim? Owszem. Przyjmuje to z ulgą i szepcze swoje imię, które i tak już znam z nalepek na ich bagażach. Lekko obejmuje mnie w talii. Pachnie Carven for Men. Mieszamy się z pozostałymi parami na parkiecie, Vatti i Mutti uśmiechają się, a reszta się gapi. Zaraz rozpuszczą języki. Tańczymy całkiem nieźle. Facet jest zupełnie w porządku, ma poczucie rytmu i zwinny krok. Też tak umiem, ba, nawet lepiej, uwielbiam przecież tańczyć. Kręcimy się i suniemy, puszcza mnie, posyła w lot, obraca. Przerwa, głos wbija się w muzykę i zapowiada argentyńskie tango. Wiktor waha się przez krótką chwilę, ale potem przyciąga mnie mocno do siebie; czuję mięśnie jego szerokiej klaty. Robimy dwa długie zamaszyste kroki i wtedy potrząsam ręką – lewą ręką – pozwalam, żeby bransoleta z przedramienia zsunęła się w dół, aż do nadgarstka. Kilka nieopalonych centymetrów skóry wygląda niczym dziwaczna blizna, z numerem wytatuowanym na bladej opasce. Numer jest długi, pięć cyfr zaczynających się od ósemki, co znaczy, że nie wzięli mnie od obozu przed 1943. Raczej późno, bo po dwóch latach było już przecież po wszystkim. Szykowniejsze numery są oczywiście krótkie i nie pojawiają się aż tak często. Ciekawe, kto miał pierwszy… Doktor May chciałby mój numer wyciąć i przeszczepić w to miejsce skórę z uda, ale jeszcze się nie zdecydowałam. Może teraz się zgodzę.

Wiktor spogląda na moją rękę, nadeptuje mi na prawą stopę, przeprasza, a potem sprawnie wykonuje wyjątkowo trudny tangowy krok. Tańczymy sobie przepięknie. Pierwsza zwraca uwagę madame Carnot, ona nigdy niczego nie przepuści. Szturcha pana Carnota. A kiedy wolno suniemy po parkiecie, w końcu widzą nas wszyscy, poza Vattim i Mutti, którzy wirują wręcz rozkosznie, policzek przy policzku, oczy zamknięte, pogrążeni we wspomnieniach, coś tam sobie nucąc do tego znanego i oklepanego staroświeckiego tanga sprzed wojny.

Tłumaczenie Piotr Oczko
Copyright © by Piotr Michałowski, Stefan Michałowski


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter