70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Silver Screen Collection/Getty

Miłość podwyższonego ryzyka

Ile waży kamień? Ile może ważyć kamień podniesiony i ciśnięty w tłumie? Pół kilograma? Kilogram? Tak niewiele. A ile waży kamień, który rozbije szybę, głowę, wybije oko? Tylko pół kilograma? A może jest znacznie cięższy, jak głaz, jak kawał skały? Jerzy Jarniewicz w All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury próbuje tę wagę określić.

Ta książka z bardzo waka­cyjną okładką to zbiór tekstów Jarniewicza poświęconych różnym przejawom kontr­kultury w XX w. Nie jest to zwarty, monograficzny tom, raczej wybór mniejszych, napisanych przy różnych okazjach artykułów traktujących o wywrotowych grupach i kontro­wersyjnych postaciach z zachodnich krajów. Dokonuje przy tym – warto to zaznaczyć – selekcji jak bram­karz w nocnym klubie, bo interesują go burzliwe, smutne losy hippisów i beatników oraz grup mniej lub bar­dziej już zapomnianych, takich jak holenderscy provosi, berlińscy komu­nardzi lat 70., diggersi z San Fran­cisco czy studenci, którzy zamiast czytać Eliota, postanowili podpalić miasto. Autor Scen z życia kontrkul­tury celowo ogranicza swoją refleksję do Zachodu: chyba ani razu nie pada słowo „Jarocin”, Owsiak występuje tylko raz (nie licząc blurba na okładce), a punk zaledwie kilka.

Jarniewicz wcale nie próbuje projektować długiej i zawiłej historii kontr­kultury, która dawno, dawno temu przywędrowała do nas z zachodnich, wściekłych od wyzysku ziem, aby rozplenić się wśród szarej peerelowskiej gawiedzi i zaszczepić w niej szatańskiego bakcyla rock’n’rolla. Nie, to zdecydowanie trud­niejsza i lepiej przemyślana opowieść o paru punktach w naszej historii, które z jednej strony wywołują uśmiech i przywracają wiarę, a z drugiej – są tak doj­mująco smutne, jak smutny jest dzień, w którym orientujemy się, że naszą mło­dość zamiast w lustrze widzimy już tylko na zdjęciach.

 

Ryzyko wolnej miłości

Dla porządku przypomnę: kładziemy brukową kostkę, abyśmy mogli po niej chodzić, a wyjmujemy wtedy, gdy jesteśmy wściekli na świat. Kontr­kultura to temat trudny, ambiwalentny – ma kolor kwitnącego słonecznika, ale też ciężar obowiązku, który w niektórych momentach historii zdecydo­wała się podjąć. Ilekroć w moje ręce trafia artykuł poświęcony historii i zna­czeniu tamtych wydarzeń, odczuwam niechęć i strach. Niechęć, bo chciałbym, abyśmy wszyscy dali sobie spokój i przede wszystkim oddali go tym, którzy mieli czelność i odwagę stanąć przeciw tłamszącej władzy, nawet wówczas gdy stali naiwnie wyprostowani. Bunt – przecież to nie powód do wstydu, aby się przyznać – jest naiwny, a wściekłość i wrzask też takie są. Chciałbym, abyśmy pozwolili im spać spokojnie, bo oni nie potrzebują naszej uwagi i analiz, nie muszą też wiedzieć, czy ich życie i młodość cokolwiek wniosły lub cokolwiek zmieniły w naszej młodości.

I czuję strach, bo boję się, że któryś tekst spowoduje, że w końcu zmienię zdanie, a moja piękna laurka wystawiona w głowie tamtym, odrobinę tylko nietrzeźwym, ludziom runie na bruk jak wyburzany pustostan. Zmierzam do tego, że kontrkultura rzeczywiście zawierała szereg niebezpiecznych i niewygodnych sojuszy i romansów, które w najlepszym razie okazywały się ślepym ideologicznym zaułkiem, a w najgorszym przeradzały w terro­ryzm, przemoc, cierpienie i patologię. I śpieszę zapewnić: Jarniewicz, choć zajmuje pozycję badacza zdecydo­wanie uwiedzionego tym zjawiskiem, nie omieszka bez ogródek wytknąć gorszych, smutniejszych momentów, w których porwane rockowym riffem tłumy albo pogubione w kwasowych odjazdach umysły odbierały sobie lub innym życie.

Nikt tu więc niczego nie koloryzuje – tych czasów zresztą naprawdę nie trzeba dodatkowo zabarwiać – Jarniewicz pokazuje, jak różne nurty i polityczne interesy próbo­wały wymierzyć żywioł kontrkultury w adwersarza.

I czasami się to udawało. Sam konflikt – między, powiedzmy, apolitycznymi hippisami a skrajną lewicą i akty­wistami – jest jednym z podstawowych tematów książki, a przy tym głównym silnikiem napędowym kontrkultury. Bo choć z odrobiną naiwności możemy rozpoznawać postulaty hippisów jako „uniwersalne” – pokój na świecie, jedzenie zamiast bomb i miłość – to jednak więcej miały one wspólnego z lewicową myślą niż republikańską hiperpowagą.

 

Wolny gatunek

Czasami te związki nie wychodziły tłumowi na dobre. Zwłaszcza że władza z dziećmi kwiatami obchodziła się nader surowo, niejednokrotnie świeże jeszcze pąki wbijając podkutym butem w beton. Nie unika więc Jarniewicz nie­wygodnych historii, mnóstwo tu narkotyków, bardzo dużo biedy i patologii, ale to wszystko już przecież wiemy. I wiemy też – ja wciąż głęboko w to wierzę – że było to coś więcej niż kwasowa dieta Timothy’ego Leary’ego. Był tam silny sprzeciw wobec ojców kultury i bunt, który odważył się podnieść rękę na nie­wzruszonych opiekunów. Ta ponad 300-stronicowa książka to powieści o Londynie, Berlinie, San Francisco, Amsterdamie czy Paryżu – każde z tych miast i tych krajów miało swoją kontrkulturę i Jarniewicz próbuje je ze sobą scalić, pogodzić i powiązać, lecz, powtórzę, nie jest to kompletna historia tego żywiołu, a krytyk nie rości sobie prawa do ostatecznych odpowiedzi. To raczej kilkanaście prób zrozumienia trudnego, pięk­nego zjawiska, które jednak, łatwo to zauważyć, autorowi tej książki jest szczególnie bliskie.

Antymonograficzność All You Need Is Love współgra zresztą z jej gatunkowym zróżnicowaniem: znajdziemy tu więc reportaż, publi­cystyczne analizy, zabawne i nie­samowite anegdoty z życia gwiazd rock’n’rolla, poetycką i muzyczną recenzję oraz długie analizy tekstów wierszy i piosenek, jak ta z tytuło­wego artykułu, w którym Jarnie­wicz błyskotliwie wywraca do góry nogami postrzeganie Beatlesów i Len­nona. To ciekawe, często śmieszne opowieści o przedziwnych czasach. Autor świetnie potrafi nas tymi latami zauroczyć i trochę, przyznam, czu­jemy się od tych historii nietrzeźwi, jakbyśmy czekali pod sceną na występ Jimiego Hendrixa.

Zdarza się, że Jarniewicz trochę, pardon, odleci. Zgodzę się: temat temu sprzyja. Zwłaszcza w rozdziale o Woodstocku z 1969 r. pozwala sobie na raczej podniosłe tony, kreśląc tę znaną, niesamowitą historię karko­łomnej inicjatywy Michaela Langa. To dobry, potrzebny rozdział, a bliskość tematu tylko potwierdza wiedzę i intencje autora. Pisze np.: „(…) atmosfera miejsca i wydarzenia podziałała na nich [na zespół Alvina Lee – M.P.] silniej niż najczystsza amfetamina”. O sławnym deszczu, który zamienił łąki festiwalu w błotnisty basen, Jarnie­wicz opowiada: „Gęste, ciemne chmury zasnuły ziemię mrokiem i zalały ją stru­mieniami deszczu, tysiące słuchaczy nakryło się plandekami, foliami, kurtkami. Niektórzy nie próbowali przeciwstawiać się naturze, stali wyprostowani i z gło­wami uniesionymi ku niebu mokli. Inni zaczęli ściągać z siebie niepotrzebne im już ubrania i stali w strumieniach deszczu nadzy. Nagość, magia, natura, potop”. Albo dalej o historycznych koncertach: „Koncert hipnotyzujący, który porwał zmęczoną publiczność i wprowadził ją w taneczny trans, nie tylko dlatego że Santana, najwyraźniej pod działaniem prochów (mówią, że meskalina), przeniósł się w inny, uduchowiony wymiar, ale też dzięki fenomenalnemu perkusiście (…), którego solo miało siłę wulkanicznej erupcji”. Te stylowe erupcje zdarzają się częściej, ale sądzę, że jednak współgrają z tematem jak dobrze nastrojona gitara muzyka po LSD.

Gorzej, gdy ten „styl pod wpływem” przemyci informację, która po prawdzie ładnie pasuje do wizji, ale gorzej się ma do rzeczywistości. Nie rozumiem, czemu służy kończące rozdział o Woodstocku rzewne przywołanie sprawy Mereditha Huntera. Pisze Jarniewicz o innym festiwalu, który próbował powtórzyć sukces Woodstocku: „Aniołowie piekła [gang motocyklowy – M.P.], których zatrudniono do utrzymania spokoju, zasztyletowali Mereditha Huntera, osiemnastoletniego Afroamerykanina (…)”, niejako dając nam znak, że wszelkie sny o wiktorii zakoń­czyły się bardzo szybko, a do głosu doszła stara, codzienna brutalność. Zgoda. Kontrkultura to bardzo łatwopalna, ulotna sprawa, a jej gwałtowna emanacja kończy się surową pacyfikacją. Jednak przywołanie Huntera jako niesprawiedliwie pozbawionego życia człowieczego syna brzmi cokolwiek nie na miejscu. Bo 18-letni chłopak był uzbrojony i wyciągnąwszy broń w tłumie, biegł w stronę sceny, na której grali The Rolling Stones. Ale o tym Jarniewicz już nie mówi.

*

All You Need Is Love kończy się raczej smutno, ale z pokaźną przestrzenią na nadzieję. To dobre teksty o nieprawdopodobnych czasach, w których było dużo krzyku i przemocy, ale chyba jeszcze więcej radości i wiary. Nawet nie będę próbował tu odpowiadać na pytanie, które powtarza za innymi autor książki: czy kontrkultura była potrzebna? I czy nie była tylko kolejnym, nieco mocniej zama­skowanym przejawem konsumpcjonizmu? To tak bardzo nieistotne wobec tych dźwięków, których mieli okazję wysłuchać przemoczeni i półnadzy uczestnicy festiwali z końcówki lat 60. Bo jeśli nawet – to ja to kupuję. Ja chciałbym tam być. Mimo że oprócz miłości, potrzebuję też odrobiny chleba, wody i kawy.

PS I jeszcze jeden szczegół: Janis Joplin, wbrew legendzie, nie jeździła poma­lowanym w psychodeliczne kolory mercedesem, lecz kabrioletem Porsche 356c, rocznik 1964.

_

Jerzy Jarniewicz

All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury

Wydawnictwo Znak, Kraków 2016, s. 320

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata