70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Rick Friedman/Corbis/Getty

Żyjemy razem

Walkę z nierównościami utrudnia merytokratyczna pycha – przekonanie, że i bogaci, i biedni zasłużyli na swój los. To błędna perspektywa. Zamiast niej powinniśmy kultywować poczucie, że żyjemy razem, solidarnie mierzymy się z różnymi wyzwaniami i troszczymy się o wspólne dobro.

Michał Jędrzejek, Jacek Kołtan: Lubi Pan uczyć?

Michael J. Sandel: Tak. I przyznam, że myślę o sobie przede wszystkim jako o nauczycielu.

Prowadzi Pan na Uniwersytecie Harvarda bardzo popularny kurs poświęcony sprawiedliwości. W dialogu ze studentami rozważa Pan rozmaite dylematy etyczne (np. „czy to sprawiedliwe, że piłkarze zarabiają wielokrotnie więcej niż pielęgniarki?” albo „czy możemy torturować terrorystów, jeżeli pozwoli to uratować niewinnych ludzi?”). Na czym polega Pańska metoda nauczania?

Najbardziej naturalnie przychodzi mi uczenie poprzez zadawanie pytań i angażowanie innych we wspólną rozmowę. To sposób uprawiania filozofii wywodzący się ze starożytnej Grecji, a przede wszystkim od Sokratesa. Nie dawał on wykładów ani nie pisał książek, lecz wędrował po ulicach miasta i zadawał pytania swoim współobywatelom. To był zawsze punkt wyjścia do refleksji i dalszego badania sprawy.

Inaczej niż Sokrates, prowadzi Pan swoje wykłady dla wielotysięcznej publiczności zebranej w salach wykładowych, a nawet na stadionach (w Seulu przyszło niemal 14 tys. słuchaczy). Jak radzi Pan sobie np. w sytuacji, gdy uwagi uczestników nie prowadzą w pożądanym kierunku?

Przede wszystkim próbuję ich uważnie słuchać. Często widzę, że ktoś stara się wyartykułować jakąś myśl, która jest ważna. Wówczas zachęcam go do nieco innego jej ujęcia albo sam taką parafrazę proponuję, starając się zarazem, by nie zafałszować sensu jego wypowiedzi. Przy tak dużej publiczności pojawiają się oczywiście momenty spontaniczności i nieprzewidywalności. Czasem już pierwsze osoby, które zabierają głos, wskazują na istotne argumenty; innym razem potrzeba na to więcej czasu. Obok zadawania dodatkowych pytań najistotniejsze jest słuchanie również tego, co może znajdować się niejako pod powierzchnią udzielanych odpowiedzi.

Ostatnio miałem też okazję prowadzić serię programów w BBC pt. Global philosopher (Filozof globalny), w ramach których, siedząc w studiu w Bostonie otoczony 60 monitorami, prowadziłem rozmowy z ludźmi z całego świata, m.in. z Brazylii, Kenii czy Chin. Cały czas się uczę, słuchając i próbując przewidywać ich odpowiedzi. Pewne znaczenia dla uzasadnień podawanych przez uczestników mają wzorce kulturowe dominujące w danym regionie świata, ale przyznam, że różnice zdań w obrębie jednego kraju są większe niż pomiędzy osobami z różnych części globu. Co może nie powinno dziwić, gdy pomyślimy o gorących debatach, które prowadzimy w naszych państwach.

Jest Pan nazywany filozofem do spraw publicznych. Na czym polega publiczna rola filozofii?

Już sposób nauczania Sokratesa miał charakter publiczny – zarówno w tym znaczeniu, że angażował nie tylko uczonych, lecz zwykłych obywateli, jak i w tym, że dotyczył spraw polis.

Jestem przywiązany do rozumienia filozofii nie jako prawienia kazań, lecz jako wspólnej krytycznej refleksji na temat życia, które prowadzimy – jako jednostki i jako wspólnota. Publiczna rola filozofii wyraża się dla mnie w zaproszeniu do dialogu skierowanym do innych współobywateli. Mam nadzieję, że w ten sposób można ominąć pułapkę samoizolacji, która dotyka z jednej strony filozofię analityczną, uchodzącą z powodu podejmowanych tematów za oderwaną od rzeczywistości, a z drugiej – filozofię kontynentalną posługującą się językiem trudno zrozumiałym nie tylko dla szerokiej publiczności, ale i dla innych uczonych niezaznajomionych z jej terminologią.

A ma Pan może ulubionych filozofów pośród tych poruszających tematy nie polityczne, lecz egzystencjalne?

Pierwsza osoba, która przychodzi mi na myśl, to Jean-Jacques Rousseau. On uprawiał zarówno filozofię polityczną, jak również intymną i osobistą. Uwielbiam go czytać. Spośród żyjących autorów mógłbym wymienić mojego nauczyciela Charlesa Taylora, który podejmował rozmaite kwestie filozoficzne i miał na mnie duży wpływ zarówno przez sposób prowadzenia zajęć, jak i książki, które pisał.

Świat polityki na Zachodzie wciąż nie może otrząsnąć się po dwóch „trzęsieniach ziemi”, które przyniósł rok 2016: zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach w USA oraz decyzja Brytyjczyków o wystąpieniu z UE. Przekonuje Pan w swoich tekstach publicystycznych, że choć nie ma żadnej sympatii dla Trumpa, to czuje się zobowiązany, by zrozumieć jego wyborców. Pierwszą kwestią, którą powinniśmy według Pana rozważyć, są nierówności społeczne. Dlaczego stanowią one zagrożenie dla demokracji?

Są dwa powody, żeby martwić się z powodu nierówności. Pierwszy to sprawa sprawiedliwości wobec tych, którym się nie powiodło i którzy nie mają z tego powodu dostępu do rzeczy istotnych dla dobrego życia. To zagadnienie związane ze sprawiedliwością dystrybucyjną. Drugi powód to troska o jakość i charakter naszego życia obywatelskiego. Duża luka między bogatymi i biednymi czyni trudnym lub wręcz niemożliwym, by obywatele dzielili wspólne życie. W moich pracach – Sprawiedliwość oraz Czego nie można kupić za pieniądze – staram się podkreślić ten ostatni powód, który jest słabiej obecny w debacie publicznej. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter