Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
- styczeń, nr 536
- luty, nr 537
- marzec, nr 538
- kwiecień, nr 539

 Fundacja


Gdzie byliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd idziemy?

Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Kultura w zaułku ciemności?

O CUDACH

Małgorzata Łukasiewicz


    Mało przed tym gołe były lasy,
    Śnieg na ziemi wysszej łokcia leżał,
    A po rzekach wóz nacięższy zbieżał.
    
    Teraz drzewa liście na się wzięły,
    Polne łąki pięknie zakwitnęły;
    Lody zeszły, a po czystej wodzie
    Idą statki i ciosane łodzie.
    
    Teraz prawie świat się wszystek śmieje,
    Zboża wstały, wiatr zachodny wieje;
    Ptacy sobie gniazda omyślają...
Poeta, krótko mówiąc, opisuje nadejście wiosny. Ale jak opisuje! Opisuje tak, jak gdyby było to zdarzenie niezwykłe, zdumiewające, mocno wpisane w bieg świata i odmieniające go. Więc tak ważna mogła być wiosna, tak można było się jej dziwić, tak przeżywać? Prawda, że wtedy klimat w tych okolicach był surowszy, bardziej kontynentalny, więc pory roku silniej się uwydatniały. I jak to w społeczności rolniczej, większe miały znaczenie dla życia. Przyroda rysowała się bujnie i wyraziście, nawet w Polsce centralnej. „Wysokie góry i odziane lasy" mają w sobie imponujący majestat, latem „ziemia idzie w popiół", „rzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają", woda zachowuje świeżość zdroju życia. Samo przejście ze słońca w cień lipy jest jak podróż do innego kraju. Wiosna w pieśni Kochanowskiego (1, II) zdaje się wyznaczać epokę, jakby była arcyzdarzeniem historii świętej albo cezurą dziejów powszechnych. Między tym, co było tak niedawno, „mało przed tym", a tym, co „teraz", zieje przepaść. Od wiosny zaczynają się „te czasy", zupełnie inne, „teraz" wszystko wygląda inaczej. I nawet sprawia wrażenie, że odtąd tak już będzie, że „te czasy", o tyle lepsze, nastały na zawsze. Że lody na zawsze ustąpiły, że statki odtąd będą szły po czystej wodzie, a ptaki będą śpiewały w nieskończoność. (Skądinąd Kochanowski wcale tych statków na rzekach nie lubił, znamionowały handel zbożem i upadek ducha Rzeczypospolitej). „Teraz" rozleje się po świecie swoim radosnym śmiechem i na zawsze odmieni jego postać. A przecież poeta świetnie wiedział, że cud wiosny zdarza się regularnie co roku. I wiedział, że potem przychodzi lato, a potem jesień, a po jesieni zima. Nie tylko wiedział, ale stale do tego nawracał: pory roku są najczęściej bodaj powtarzającą się figurą w Pieśniach. Symbolizują zmienną fortunę i uzasadniają nawoływania do stoickiego znoszenia dopustów losu albo chrześcijańskiej ufności w Boga. (W Panu Tadeuszu też jest wiosna, ale przedstawiona na zasadzie kontrastu z tamtymi staropolskimi wiosnami. Bydło nie biegnie na ruń, wieśniacy nie cieszą się i nie śpiewają, ptasie odgłosy są już tylko znakiem niepokoju. Wiosna z Pana Tadeusza opatrzona jest roczną datą, przypisana do historycznego wydarzenia i taką wiosnę ma się w życiu tylko jedną. Pory roku i nazwy miesięcy stopniowo przechodzą na własność historii i polityki. W skróconej modelowej formie karuzela od losu i pór roku zawiruje jeszcze w serwisie Wojskiego, na prawach cytatu z dawnych biesiad – tych przy stole i tych literackich). Przemienność pór roku czasem przybiera postać spokojnej kolei rzeczy. Regularne następstwo zmian wydaje się wtedy gwarancją stałości świata, zachęca do spokojnego rozgoszczenia się. Po zimie – zawsze wiosna. Latem – zawsze „mdłe bydło szuka cienia" i „faunowie skaczą leśni". Wszystko w swoim czasie i za następnym obrotem wszystko znowu się powtórzy. Powtórzy się, ale nie dla tego, kto na to patrzy:

Nam, gdy raz młodość minie,
Już na wiek wiekom ginie...
		(Pieśni, 1, XIV)

Cokolwiek raz przeminęło,
Niewrócony koniec wzięło...
		(Pieśni, 2, XV)

We fraszce Do gór i lasów przyroda jest elementem stałym. Góry i lasy przywołuje się jako świadków młodości, niezmiennie trwałych, gdy tymczasem z człowiekiem tyle się działo. „Gdziem potym nie był? Czegom nie skosztował? (...) Dziś żak spokojny, jutro przypasany / Do miecza rycerz; dziś między dworzany / W pańskim pałacu, jutro zasię cichy / Ksiądz w kapitule". Podróżował, zmieniał stroje, szukał sobie miejsca, w zmiennych dekoracjach wypróbowywał różne role, starzał się – słusznie może być przyrównany do Proteusza. Ciągłe zmiany wprawiają w niepokój, ale też chyba fascynują i prowokują. Prowokują, by czasem także samemu nagle coś odmienić. Między sielanką a moralizowaniem otwiera się pole dla kreacji. Obok nawoływań do trafnego rozeznania, cierpliwości i otuchy pojawiają się też inne polecenia. W najbardziej hedonistycznych, plakatowo tchnących renesansową radością życia fragmentach Kochanowskiego roi się od trybu rozkazującego.

Chcemy sobie być radzi?
Rozkaż, panie, czeladzi,
Niechaj na stół dobrego wina przynaszają...
					(Pieśni, 1, IX)

Nam nie lza, jedno patrzać też swej rzeczy:
Niechaj drew do komina,
Na stół przynoszą wina...
					(Pieśni, 1, XIV)

Każ bystre konie zakładać,
A sama się gotuj wsiadać!
Teraz naweselsze czasy...
			(Pieśni, 2, II)

(...) siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
						(Na lipę)

Odzywa się tutaj już nie głos udzielający życiowej mądrości. To raczej głos reżysera, aranżera, kogoś, kto tym wszystkim kręci. Aranżer urządza nową, lepszą sytuację, nowe „teraz". Energicznie wydaje polecenia, doskonale wie, czego nam potrzeba. Ale konkretna treść poleceń, recepta na „dobrą myśl" mniej się tu chyba liczy (zresztą jest dość konwencjonalna). Siłą aranżera jest raczej sama władcza decyzja, stanowczy gest, pewność własnej sprawczej mocy. Umie jednym słowem skasować to, co było, i zaprowadzić coś nowego. Czarodziejskie zaklęcie-rozkaz z całym triumfem rozbrzmiewa na początku Pieśni XXIV z Ksiąg pierwszych:

Zegar, słyszę, wybija,
Ustąp, melankolija!

W pierwszej linijce słychać jeszcze coś z monotonnego, niewzruszonego tykania konieczności. Dopiero druga radykalnie odmienia sytuację. A nawet jeśli zegar sam z siebie, bo tak właśnie wypadło z ogólnego porządku rzeczy, miał akurat wybić lepszą godzinę, dla pewności przybijmy to – obwieśćmy, zaznaczmy – słowem, jednym suwerennym „ustąp!", które brzmi jak wielkopańskie klaśnięcie w dłonie albo jak tupnięcie. Gdyby nie ta moc słowa, nigdy byśmy tej wiosny z Pieśni II nie zobaczyli. Wiosenny śmiech świata rozlega się też u Daniela Naborowskiego w wierszu Róża:

Wtenczas, gdy róża kwitnie, wszytek się świat śmieje,
Ziemia szatę odnawia, wiatr południ wieje,
Ptacy krzyczą, a piękne zielenią się lasy...

Wiatr „zachodny" Kochanowskiego zmienia się tu w wiatr „południ" – widać obdarzony tą samą ożywczą siłą (zresztą według jednej z odmian rękopisu i tu miał być wiatr „zachodny"). Pozostałe znamiona są niemal identyczne: świat wydobywa się ze znieruchomienia, odzyskuje kolory i głos. Ale skąd róża? (Ta róża przenika potem do wierszy Jarosława Marka Rymkiewicza – Naborowski ma szczęście w historii literatury polskiej: sam jest wielkim poetą i jeszcze pisze o nim inny wielki poeta).

Godna rymu jest róża. (...)
Jesień z owocami,
Lato nie tak wesołe z swymi pożytkami,
Jak róża wiosnę zdobi. Co wiosna jest latu,
To wiośnie jest ozdobą róża swego kwiatu.
Róża, kwiat z kwiatów (...)

„Kwiat z kwiatów" – gramatyczny wyraz najwyższej doskonałości, odpowiadający hebrajskiej formie tytułu Pieśni nad pieśniami. Dowcip wiersza polega na tym, że wiosny wcale nie ma, jest tylko róża, ofiarowana Krzysztofowi Radziwiłłowi. Zakwitła „wśród zimy", ale mówi się wyraźnie, że to „Muza ją rozwiła". Jest czystą kreacją. Róża nie podlega naturalnym prawidłowościom, przeciwnie, sama jest kluczem do wiosny, miłości, urody, bogactwa i w ogóle wszelkich tajemnic i obietnic. Inaczej niemożliwy byłby ten cud równoważni, już całkiem barokowo asymetrycznej, utrzymującej się ponad prawami przyrody własną czarodziejską mocą:

Wtenczas, gdy róża kwitnie, wszytek się świat śmieje.

Cytaty według:

  • Jan Kochanowski, Dzieła polskie, opr. J. Krzyżanowski, Warszawa 1972;
  • Daniel Naborowski, Poezje, opr. J. Dürr-Durski, Warszawa 1961.

    MAŁGORZATA ŁUKASIEWICZ, ur. 1948, tłumaczka, eseistka.

  •    1998-2000 Verbanet s.c.