70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Lepiej dać się zabić, niż zabić kogoś

Wszystkie wielkie religie i szkoły duchowe dążą do zharmonizowania tego, co się jawi jako praca wewnętrzna nad rozwojem świadomości wyznawców, z pracą zewnętrzną np. na rzecz społeczności czy świata. Ale wszystkie one podkreślają, że zaczynać trzeba od siebie, od pracy z własnym sercem i umysłem.

Dominika Kozłowska: We współczesnej krytyce zachodniej cywilizacji wciąż powraca słowo „antropocentryzm”. Nawet papież Franciszek ostro komentuje tę tendencję: „Nieodpowiednia prezentacja antropologii chrześcijańskiej doprowadziła do promocji błędnego przekonania na temat relacji człowieka ze światem”. Czy zgadza się Pan z tą diagnozą? Na czym polega to błędne przekonanie?

Wojciech Eichelberger: Brawa dla papieża! Utrwalone przez wieki rozumienie biblijnego zdania: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”, sprawiło, że ludzie zachowują się wobec świata przyrody, zwierząt, a także wobec siebie nawzajem jak despoci. Despota nie liczy się z nikim i niczym, egzekwuje władzę bez żadnych skrupułów. Od zarania chrześcijaństwo było chyba najbardziej antropocentryczną z religii – chrześcijanie uznali siebie za „koronę stworzenia”. W różnym stopniu czynią to wszystkie znaczące religie i Kościoły. Nie byłoby to groźne, gdyby stanowiło jedynie przejaw religijnego marketingu rywalizujących ze sobą o dostęp do niebiańskiej klamki. Niestety, ludzie w to uwierzyli.

Istnieją jednak również pozareligijne, biologiczne przesłanki antropocentryzmu. Niewątpliwie za sprawą swych możliwości intelektualnych, poznawczych i motorycznych człowiek dominuje nad innymi gatunkami. Lecz zamiast czynić z tego powód do większej odpowiedzialności i troski o stworzony przez Boga świat, używamy naszej przewagi, by go niszczyć. Słowem, przewróciło nam się w głowach. Antropocentryzm stał się ideologią panreligijnego, gatunkowego egoizmu. Tak silnego, że choć dziedziczony kulturowo, wydaje się wpisany w nasze DNA. Zapomnieliśmy już, że powodowani arogancją i wielkościowym urojeniem, straciliśmy rajską świadomość jedności z duchowym źródłem stworzenia i że tym samym skazaliśmy się na obsesyjne utożsamianie się z naszą cielesną formą. Wtedy też poczucie jedności i harmonii ze światem zastąpiliśmy – generowanym przez samotność i lęk przed rozpadem ciała – przymusem posiadania, zawłaszczania i kontroli.

Jeżeli sobie tego nie uświadomimy, grozi nam zniszczenie naszej planety jednoznaczne ze zbiorowym samobójstwem, a za to na pewno nie idzie się do nieba. Lecz my dalej – wbrew wszystkiemu – trwamy w naszej antropocentrycznej uzurpacji i pozwalamy sobie na bezrozumną i bezduszną eksploatację przyrody w imię tworzenia pozorów indywidualnego i zbiorowego bezpieczeństwa. Myślę, że takie lub podobne myślenie jest sprzeczne z pełnymi troski słowami papieża.

Bo czas dostrzec, że nasza gatunkowa wyjątkowość polega na czymś zupełnie innym niż antropocentryzm: na tym, że jako jedyny gatunek na tej ziemi potrafimy sobie uświadomić, iż indywidualny i gatunkowy egoizm jest kardynalnym błędem i groźną iluzją, która indywidualne życie oddziela od jednoczącej wszystko duchowej matrycy istnienia, czyli – w narracji chrześcijańskiej – od Stwórcy.

Czyż nie to właśnie jest zasadniczym przekazem proroków wszystkich religii? Patrząc w ten sposób, widzimy, że religia nie istnieje, by utwierdzać nas w iluzji antropocentryzmu, lecz byśmy porzucali wszelki egoizm i odzyskiwali zapomniane cnoty pokory, współodczuwania i komunii.

Przez tysiąclecia fałszywe poczucie wyższości napędzało rozwój cywilizacji. Ale dzisiaj coraz powszechniej stawiamy pytanie, czy ścieżka, którą podążamy, faktycznie jest rozwojem czy upadkiem. Bierze się ono z narastających objawów cywilizacyjnego kryzysu. Wygląda na to, że fizyczne i duchowe przetrwanie ludzkiego gatunku w zasadniczy sposób zależy od tego, czy uznamy swój błąd, poważnie potraktujemy sygnały ostrzegawcze, a potem szybko i solidarnie zabierzemy się za naprawianie szkód.

 

Jaki kryzys Pan widzi na horyzoncie?

Ten kryzys nie pojawia się na horyzoncie. Jest tu i teraz, dzieje się wszędzie: wokół nas i w nas. W naszych domach, w naszych sercach i umysłach, w naszych relacjach z przyrodą i z innymi ludźmi. Ma wiele twarzy: ekonomiczną, ekologiczną, socjologiczną, polityczną, obyczajową, aksjologiczną, a przede wszystkim duchową, czyli tożsamościową. Obecnie doświadczamy groźnych przejawów powszechnego kryzysu duchowości i tożsamości, czyli kryzysu wiary. Globalizacja, rozwój społeczności mulitkulturowych i wielorasowych, wielkie migracje, zanikające zasoby energii, wody, powietrza i żywności stanowią ogromne wyzwanie dla wszelkiej wiary w transcendencję i dla wynikających z niej postulatów: pokory, wybaczania, miłości, jedności i dzielenia się z potrzebującymi. Wiele wskazuje na to, że nasza wiara łatwo załamuje się pod wpływem trudnych, wyjątkowych okoliczności. Masowo ulegamy egoistycznej regresji, odwołując się do tożsamości powierzchownych, tymczasowych i dzielących, czyli stawiających nas w opozycji do innych. Są to z reguły tożsamości związane z potrzebą przynależności do jakiejś zdefiniowanej – mniejszej lub większej – gromady. Tak więc przybieramy tożsamości: narodowe, etniczne, rasowe, religijne, światopoglądowe, generacyjne, i traktujemy je ze śmiertelną powagą. A przecież najważniejsze, odwieczne zadanie religii i Kościołów to uświadamianie ludziom, że żadna z tych tożsamości nie określa człowieka w jego istocie. Ta ich misja jest dziś szczególnie ważna i pilna. Ale by ją wypełnić, religie, Kościoły, ich hierarchie i funkcjonariusze nie mogą z innymi Kościołami rywalizować i nimi gardzić. W przeciwnym razie misja i przekaz będą nadal niespójne i niewiarygodne. Nie można głosić, że wszyscy ludzie są dziećmi jednego Boga, jednocześnie twierdząc, że tylko ci, którzy należą do „naszej” religii, mają potwierdzone boskie pochodzenie i obietnicę zbawienia. To nie przypadek, że wszelkie podboje religijne i przymusowe konwersje zawsze kończą się tragicznym niepowodzeniem i powodują morze krzywd, śmierci i cierpienia. Czyż nie czas zrozumieć, że od momentu wygnania z raju jesteśmy powołani do tego, by w końcu rozpoznać jedność – jednego Boga – w całej różnorodności istnienia?

 

Skupiamy się na różnicach – np. narodowych lub religijnych, przez co umykają nam podobieństwa. Co nas zatem łączy? Wokół czego można budować poczucie wspólnoty całego rodzaju ludzkiego?

To nie podobieństwa nam umykają, umyka nam nasza fundamentalna identyczność ze wszystkimi istotami – nie tylko z ludźmi. Wyraża się ona w uniwersalnym przeżywaniu szczęścia, radości i wolności w unikalnych momentach komunii ze światem i Stwórcą.

 

Co jest celem postępu moralnego?

Celem każdej dojrzałej praktyki duchowej – bez względu na osobę proroka, rodzaj Kościoła i jego narrację – jest przezwyciężenie chciwości, nienawiści i ignorancji. Ponieważ te trzy grzechy – podobnie jak potrzeba doświadczenia szczęścia – również są wspólne wszystkim ludziom. Łączą się bowiem z powszechnym wśród ludzi utożsamianiem się z ego, które swoje – w gruncie rzeczy neurotyczne – potrzeby uzurpatorsko umieszcza w centrum istnienia. Dlatego wszystkie religie i tradycje duchowe oparte na obietnicy zbawienia, transcendencji czy, tak jak buddyzm, wyzwolenia z iluzji ego starają się dać ludziom narzędzia umożliwiające przekroczenie chciwości, nienawiści i duchowej ignorancji.

 

Mówią o konieczności wyjścia poza ego, aby osiągnąć szczęście?

Tak. Chodzi o to, aby przestać uważać się za oddzieloną od reszty świata wyspę, za istotę, która pozostaje w konflikcie ze wszystkim, co ją otacza, czuje się zagrożona i nie potrafi żyć bez walki, rywalizacji i przemocy. Pragnienie wydobycia się z tej urągającej rzeczywistej ludzkiej kondycji pułapki wyraża się w powszechnym aspirowaniu do wyzwolenia się z klaustrofobicznej klatki egocentryzmu. Zauważmy, że angażuje to nie tylko wierzących. To uniwersalne pragnienie dawało i nadal daje impuls do projektowania oraz wprowadzania w życie różnorakich świeckich utopii – np. utopii komunistycznej. Na poziomie indywidualnym, społecznym i ekonomicznym komunizm postulował, a w praktyce wymuszał, rezygnację z chciwości. Można więc dojrzeć w nim element wiary w elementarną, dobrą, a przynajmniej czystą w sensie tabula rasa, naturę człowieka, która kształtowana i demoralizowana przez system (byt) oparty na rywalizacji o pieniądz i wykorzystywaniu jednych przez drugich, nabiera diabolicznych cech. Czyli zły byt kształtuje złą, egoistyczną świadomość. Prawdziwi komuniści wierzyli, że system niegenerujący klasowych różnic statusowych i majątkowych, dzielący niezbędne dobra sprawiedliwie i według potrzeb, w naturalny sposób będzie kształtował świadomość wolną od egoistycznych zapędów. Błąd polegał na tym, że jednocześnie odebrano ludziom religię, czyli narzędzia do przekraczania egoizmu w wymiarze wewnętrznym, a także wiarę w odnalezienie innej niż egocentryczna, duchowej tożsamości. To zmuszanie ludzi do porzucenia chciwości i jednoczesne wmawianie im pozbawionego nadziei na transcendencję materialistycznego światopoglądu zdecydowało o szybkim upadku tego opresyjnego systemu.

 

Komunizm wychodził z założenia, że świadomość jest emanacją warunków, w jakich żyje człowiek. Aby zmienić świadomość, na drodze rewolucji trzeba przekształcić społeczno-polityczne ramy życia. Buddyzm mówi przeciwnie: to świadomość wyznacza ramy naszego życia. To od niej musi się zacząć przemiana. Czy te dwa wymiary da się w ogóle połączyć?

Wszystkie wielkie religie i szkoły duchowe dążą do zharmonizowania tego, co się jawi jako praca wewnętrzna nad rozwojem świadomości wyznawców, z pracą zewnętrzną np. na rzecz społeczności czy świata. Ale wszystkie one podkreślają, że zaczynać trzeba od siebie, od pracy z własnym sercem i umysłem. (Nawiasem mówiąc, jest to również fundamentalna rekomendacja w psychoterapii.

Tytuł jednej z pierwszych moich książek brzmi: Pomóż sobie, daj światu odetchnąć). Ale tylko dzięki doświadczeniu i narracji mistycznej, gdzie dowiadujemy się, że „wewnątrz” i „zewnątrz” nie istnieją, udaje się w pełni przekroczyć pozorny konflikt między praktyką wewnętrzną i zewnętrzną. Wtedy ofiarne, wolne od egoizmu działanie na rzecz innych i rozmodlone, medytacyjne, pustelnicze życie – w perspektywie zbawienia czy przebudzenia – niczym się nie różnią.

 

Czy dostrzega Pan udane próby realizacji utopii społecznych?

Komunizm jako forma systemu ekonomiczno-społecznego mógłby być ustrojową konsekwencją każdej religii, poważnie i bez hipokryzji traktującej konieczność przekraczania chciwości, nienawiści i ignorancji. Taki hipotetyczny oddolny, naturalny komunizm pozostanie jednak na zawsze utopią, bowiem jego realizacja stałaby się praktycznie możliwa, gdyby przynajmniej większość członków danej zbiorowości doświadczyła duchowego przebudzenia, a reszta by do tego aspirowała. Czasami udaje się ludziom stworzyć taki system, lecz tylko w małych, wyizolowanych i religijnych społecznościach. Najlepszym tego przykładem jest przesiąknięta protestancką duchowością, trwająca od wieków społeczność Amiszów. Na państwową skalę udało się w pewnym stopniu wprowadzić taki porządek w jednym tylko kraju na świecie – w nasyconym, dla odmiany, buddyjską duchowością Butanie. Może dlatego że buddyzm najbardziej jednoznacznie i spójnie uznaje ego za szkodliwą, uporczywą iluzję i konsekwentnie praktykuje minimalizm i prostotę. Do oświeconego komunizmu nawiązywał również ogromny, choć bardzo rozproszony, ruch hippisów próbujący, czasami z powodzeniem, tworzyć komuny. Te niewielkie społeczności wyznawały zasadzę make love, not war. Ale i tu było to możliwe tylko dzięki temu, że hippisi, czerpiąc inspiracje z wielu różnych tradycji duchowych, kontestowali chciwość, przemoc i materializm.

Na naszym polskim podwórku do prób wprowadzania utopii społecznej powinniśmy zaliczyć solidaryzm, czyli nie do końca wyartykułowaną ideologię pierwszej Solidarności.

W istocie była to propozycja ustrojowa bazująca na wyrzeczeniu się chciwości i przemocy – zgodna z tym, czego nauczał zapomniany już duszpasterz i męczennik podziemnej Solidarności ks. Jerzy Popiełuszko. Solidaryzm był w swojej istocie propozycją oświeconego, opartego na duchowym wglądzie i religijnej narracji, komunizmu. Komunizmu z twarzą współczującej Matki Boskiej tkwiącej w klapie marynarki Wałęsy podpisującego porozumienia sierpniowe. Ale bardzo szybko ta rodząca się, prawdziwie religijna opcja ustrojowa została zdominowana przez pragmatyczny materializm i naiwną wiarę w niewidzialną rękę rynku. Uległa jej zarówno Solidarność, jak i Kościół. A także postkomunistyczna lewica, która wprawdzie zaczęła się gremialnie i ostentacyjnie modlić, lecz, podobnie jak pozostali rozmodleni aktorzy sceny politycznej, porzuciła swoją dziejową misję. Słowem, wszyscy oni, a wraz z nimi ogromna większość obywateli, wpadli w sidła hipokryzji i pseudoduchowego materializmu i konsumeryzmu. To kolejny historyczny dowód na to, że rozmodlenie to za mało, aby w stosunkach międzyludzkich, w praktyce społecznej i myśleniu politycznym przekraczać egoizm i chciwość. W rezultacie mamy dzisiaj rewolucję oszukanych i upokorzonych. Napędzaną, niestety, – jak wszystkie inne rewolucje – negatywnymi emocjami i pobudkami. Ale istnieją na szczęście przykłady pozytywne. Taką zasługującą na szacunek próbą realizacji nieegoistycznej utopii o licznych konsekwencjach społecznych i ustrojowych są ONZ i Karta Praw Człowieka. No i cud Unii Europejskiej – nieprawdopodobnie trudny projekt przekraczający złowrogie egoizmy narodowe w tej części świata. Także niepisany kodeks poprawności politycznej, który jest przecież światłą, bezcenną propozycją przekraczania egoizmów grupowych, rasowych, etnicznych oraz języka dyskryminacji, stygmatyzacji i nienawiści. Z kolei wszystkie inicjatywy w sprawie ochrony przyrody i humanitarnego traktowania zwierząt zaliczyć trzeba do strzegących świata przed ludzkim egoizmem gatunkowym i postulujących jego porzucenie. Znamienne jest, że wszystkie te pomysły i inicjatywy od ich zarania były powszechnie uznawane za utopijne i zwalczane. Choć jest tak nadal, to jednak wiele wskazuje na to, że powoli, ale zdecydowanie się one upowszechniają, stając się trwałą składową ludzkiej kultury i zbiorowej świadomości. A dzieje się tak dlatego, że tym razem przemiana wewnętrzna wyprzedza działania i zmiany zewnętrzne: obyczajowe, systemowe i ustrojowe. Można mieć nadzieję, że proces ten doprowadzi z czasem do nieodzownego zaniku wszelkich egoizmów.

 

Co się pojawi w ich miejsce?

Miłość, współczucie i radość.

 

Jak zmienia to sposób zamieszkiwania przez człowieka świata i jego odniesienie do rzeczy, zwierząt i innych ludzi?

Radykalnie [śmiech]! Rozwój duchowy pozwala dostrzec, że antropocentryzm jest absurdalną uzurpacją wobec innych stworzeń, świata i Boga. Dla umysłu wybudzonego z egoistycznego snu głęboka wiara w Chrystusa jest równoznaczna z dostrzeganiem Go w każdym stworzeniu – w drzewie, kwiecie, świni, deszczu i słońcu, a także w każdym człowieku. Niezależnie od tego, jaki ma kolor skóry, światopogląd, wiarę, status intelektualny czy materialny. Niezależnie też od tego, jak ten człowiek sam siebie definiuje.

 

Czy to oznacza, że sensem życia człowieka i sensem kultury jest zmiana natury ludzkiej, tych dziedziczonych kulturowo skłonności do gatunkowego i indywidualnego egoizmu?

Nie ma żadnej potrzeby zmiany naszej natury. Tak twierdzą i do tego namawiają prorocy i mistycy wszystkich religii. Dlatego Budda, Mojżesz, Chrystus i Mahomet, gdyby się spotkali, wpadliby sobie w ramiona. I zaprosiliby do kręgu także tych, którzy doświadczyli duchowego wglądu poza jakimkolwiek kontekstem religijnym. Wszyscy oni zgadzają się, że nasza prawdziwa natura – jak to określił Budda – jest doskonała, całkowita i dzielona ze wszystkimi istotami, tylko ludzkie umysły pogrążone w ignorancji nie potrafią tego dostrzec. Chrystus i Biblia mówią to samo, gdy przypominają ludziom, że Bóg stworzył człowieka na swój wzór i swoje podobieństwo. Tak więc sensem i misją ludzkiego życia jest zdemaskowanie kulturowo nabytej, wyuczonej, egoistycznej tożsamości ego i powrót do prawdziwej natury, do prawdziwego domu. Wszyscy nosimy głęboko w sercu to pragnienie. Z tego powodu tak nas wzrusza niewinne niemowlę, które nie nabyło jeszcze żadnej tożsamości, nie wie, że się jakoś nazywa, niczego nie posiada, do nikogo nie należy, nie ma swojego języka, narodowości ani rasy, niczego nie osiągnęło – a jest istotą całkowitą, doskonałą, radosną, kochającą, zachwyconą życiem. To widok takiego, pijącego mleko, niemowlęcia sprawił, że Aldous Huxley ujrzał w nim „Boga wlewającego Boga do Boga”. Dlatego niemowlę jest w wielu religiach symbolem wrodzonej boskości człowieka.

 

Co się zmienia, gdy pojawia się ego?

Antropocentryzm i egocentryzm występują w dużym stężeniu w powietrzu, którym oddychamy. Dziecko zaczyna się dostosowywać do warunków, w których żyje. Musi zatem określić swoją tożsamość, podobnie jak czynią to inni, i z czasem mylnie uznaje ją za swoją prawdziwą naturę. Dzieje się tak, bo ani rodzice, ani szkoła, ani Kościoły nie uczą nas tego, że tylko nazywamy się Dominika czy Wojtek, że jedynie posiadamy jakieś cechy czy właściwości, że nie należymy do nikogo, że słowa i nazwy nie są tym samym co ich desygnaty, a gdy patrzymy na innych, to widzimy siebie widzącą / widzącego siebie. Mistyczny przekaz nie funkcjonuje w kulturze. Jest rugowany i marginalizowany, często stygmatyzowany, co nie przeszkadza nam wynosić jego autorów na ołtarze. W zamian kultura i obyczajowość, w których przyszło się nam urodzić, przebiera nas w różnorakie postacie, w powierzchowne i przemijające, egoistyczne tożsamości, nie dbając o to, że w końcu nadzy, zawiedzeni, zrozpaczeni i bezbronni spojrzymy śmierci w oczy i nie rozpoznamy w nich siebie. Mimo to pozostajemy ślepo wierni tradycyjnej koncepcji rozwoju człowieka. Jej współczesną wersję przypisuje się Freudowi, który uznał, że człowiek osiąga dojrzałość, gdy w pełni dostosuje się do społeczności i kultury, w której żyje. Widać gołym okiem, że koncepcja ta proponuje zachowawczość i konformizm jako remedium na wszelkie ludzkie problemy. Natomiast jej krytycy tworzący żywy do dziś nurt antypsychiatrii twierdzili, że tak rozumiana socjalizacja blokuje wszelki postęp, zmianę i rewolucję, usypiając ludzkie umysły, i kastruje je z kreatywności i nonkonformistycznej odwagi. Trudno odmówić im racji, szczególnie gdy zważymy, że najtrudniejsza, fundamentalna rewolucja – rewolucja duchowa i porzucenie materialistyczno-dualistycznego paradygmatu – ciągle przed nami. Czas więc pozbyć się lęku przed nonkonformistami, buntownikami i mistykami i zacząć wsłuchiwać się w ich przekaz. Przecież Budda, Mojżesz, Chrystus i Mahomet też byli uznawani przez im współczesnych za buntowników, wichrzycieli i rewolucjonistów. Ale to dzięki ich bezkompromisowej odwadze dowiedzieliśmy się, że nie jesteśmy tym, czym myślimy, że jesteśmy, i że dopóki nie porzucimy naszej egoistycznej iluzji, to świat, który tworzymy, będzie generował konflikt, chaos i cierpienie.

 

Czy możliwe jest całkowite wyrzeczenie się przemocy?

Ktoś zapytał mojego nauczyciela zen, jak powinien postąpić w sytuacji wojny, gdy najeźdźca będzie burzył nasze domy, zabijał bliskich i zawłaszczał kraj. W odpowiedzi usłyszał coś niezwykle trudnego: „Daj się zabić, zanim kogokolwiek zabijesz”. W pierwszym odruchu propozycja ta budzi gniewny opór, uznajemy ją za poniżającą, absurdalną i niewykonalną. Przecież tego właśnie najbardziej życzyłby sobie wróg. A jednak dla ludzi, którzy wsłuchali się w przekaz proroków i świętych, a dzięki swojej duchowej praktyce w pewnym stopniu zbliżyli się do stanu umysłu Buddy czy Chrystusa, to oczywiste, że zabicie innego człowieka jest tożsame z zabiciem siebie i Boga.

Tak więc dla umysłu całkowicie zjednoczonego także przemoc w obronie własnego życia jest bezzasadna. Pokazał to sam Chrystus, pokazało to w różnych okolicznościach wielu świętych i męczenników wszystkich duchowych tradycji.

Ale jednocześnie nauczyciele i święci zachęcają nas i proszą, by ich naśladować, by droga, którą podążamy do celu, jakim jest osiągnięcie stanu ich ducha i umysłu, była z tym celem spójna, by mu nie zaprzeczała i go nie niweczyła. Apelują więc do specyficznie ludzkiej zdolności wyrzekania się egoistycznych nawyków i samokontroli. Pomagać nam w tym mają ich wskazania i przykazania.

 

W zachodniej filozofii istnieje silny nurt, jego reprezentantami są np. Thomas Hobbes lub Friedrich Nietzsche, którzy podkreślają, że siła i przemoc to fundament życia. Człowiek ma naturę wojownika. Natomiast kultura, chrześcijańska, ale także buddyjska, czyni z niego słabe zwierzę, które swoją słabość maskuje pacyfistyczną ideologią. Dlaczego życie bez przemocy miałoby być lepsze od życia z przemocą?

Chciwość, przemoc i lęk są naturą życia nieoświeconego. Stanowią nieskuteczną strategię radzenia sobie z lękiem przed śmiercią, na zasadzie: lekarstwo gorsze od choroby. Dlatego tylko egoistyczny umysł może pomylić wolność od lęku przed śmiercią ze słabością. Chociaż wszyscy przeczuwamy, że wyzbycie się tego właśnie lęku uczyni nas prawdziwie wolnymi. W buddyjskiej narracji znajdujemy na ten temat krótką, ale nader ważną opowieść: w jednym ze swoich poprzednich wcieleń Budda spotkał w dżungli tygrysicę z kociętami. Panowała susza i matka umierała z pragnienia, a kocięta wraz z nią. Budda, widząc to, ofiarował tygrysicy swoje ciało, aby mogła przeżyć i wykarmić młode.

 

Zwierzęta drapieżne zabijają. Dlaczego zatem człowiek miałby się całkowicie tego wyrzec?

Bo zadaniem i misją człowieka na tej ziemi jest urzeczywistnienie jego prawdziwej natury – równoznaczne z przekroczeniem egoizmu, przywiązania do ciała i lęku przed śmiercią. I wtedy nie jest to wyrzeczenie się agresji i chciwości, lecz radosne uwolnienie się od nich. Tylko ta dostępna każdemu człowiekowi zdolność i możliwość zasadniczo odróżnia nas od zwierząt, w pełni ujawnia nasz ludzki potencjał i rozstrzyga o tym, że naprawdę zostaliśmy stworzeni na wzór i podobieństwo Boga.

_

Wojciech Eichelberger  Trener, coach, psychoterapeuta. Twórca idei i programu Instytutu Psychoimmunologii IPSI , którego misją jest humanizowanie biznesu. Autor wielu bestsellerowych książek z pogranicza psychologii, antropologii i duchowości. W pracy z ludźmi odwołuje się do podejścia integralnego, które prócz psychiki bierze pod uwagę ciało, energię i duchowość. Od 40 lat jego duchową drogą jest buddyzm zen.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata