70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przyjemność ze zwiedzania

Wychowałem się, łażąc po górach na południu Polski. Tam idzie się na szczyt, na przełęcz, do schroniska. Na Mazowszu, gdzie mieszkam całe dorosłe życie, gór nie ma, ale są inne miejsca, równie ładne, ale ładne inaczej. Trzeba zrozumieć, że niziny napisane są zupełnie innym językiem.

13 maja 2019 r., Warszawa, Sady Żoliborskie, szóste piętro 10-piętrowego bloku

 

Czym dla Pana jest zwiedzanie najbliższej okolicy?

Zanim Pani odpowiem, proszę podejść ze mną do okna i się rozejrzeć. Ma Pani przed sobą utopione w zieleni osiedle Sady Żoliborskie. Powstało ono na terenie ogródków działkowych, tu i ówdzie zachowały się jeszcze owocowe drzewa, część sadów zamieniono na osiedlowy uroczy park, jest w nim ogródek jordanowski dla dzieci i mnóstwo ławeczek, na których o letniej porze przesiadują starsi mieszkańcy osiedla. Ten widok to po prostu sama radość. Osiedle jest świetnie pomyślane, było wizytówką ludowej władzy w czasach realnego socjalizmu. Pokazywano je cudzoziemcom.

Zaprojektowała je Halina Skibniewska. W nagrodę została wicemarszałkiem PRL-owskiego Sejmu. Ale te piękne czteropiętrowe bloki, wyglądające jak duże wille, są budynkami bez wind. Młodym lokatorom się podobały, ale gdy się zestarzeli, schody stały się dla nich katorgą. Moje mieszkanie, w którym Pani teraz gości, to już inna budowla, ma ciasną, ślepą kuchnię bez okna. To były pomysły decydentów partyjnych, chodziło o oszczędność. O oszczędność materiałów oczywiście, bo ludziom tej ciemnej katorgi codzienności już nie oszczędzono.

A tam dalej jest lotnisko, dziś sportowe, kiedyś wojskowe. Widziałem ze swojego balkonu, jak wieczorem lądował na nim konwój ogromnych samolotów transportowych. Rano samoloty odleciały, było ich a było. Wiele dni później uświadomiłem sobie, że to sowieckie wojsko leciało położyć kres rewolucji Praskiej Wiosny w ówczesnej Czechosłowacji…

Patrzy Pani na to osiedle jako turystka, a gdy już czegoś się Pani o nim dowiaduje, wtedy zaczyna Pani uprawiać krajoznawstwo. Odnajdujemy to krajoznawstwo nawet w najbliższej okolicy. Czasem warto zacząć od tego, co widzi się ze swojego okna.

Dlatego na Pani pytanie, czym dla mnie jest zwiedzanie najbliższej okolicy, odpowiem: koniecznością, bez tego żyć bym już nie mógł.

 

Skąd bierze się ta potrzeba?

A kto to wie? To jest jak miłość. Pojawia się i już jest. Swoje zainteresowanie tym, co wokoło, wyniosłem z domu rodzinnego. W rozwijaniu zamiłowania do wędrówki pomogli mi moi wspaniali nauczyciele licealni, towarzystwo, w które wsiąkłem później, czasem przypadek. Jak to w życiu…

Pamiętam rok 1957. W gronie sześciu kolegów licealnych pojechaliśmy w Bieszczady, to był drugi rok, kiedy w ogóle wolno było tam jeździć. Padał straszliwy deszcz. A my w tych strugach wędrowaliśmy przez kolejne wzgórza. Mieliśmy jeden namiot na sześciu, jeden garnek, żeby na ognisku coś podgrzać. I tak wędrując, dotarliśmy do Ustrzyk Dolnych, gdzie stał pusty barak po Wojskach Ochrony Pogranicza czy innej jednostce, która stłumiła dążności do niepodległości braci Słowian. Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze powiesiło na tym baraku tablicę, że to jest schronisko. Podeszliśmy, w progu stało kilku chłopaków, zapytaliśmy ich, gdzie możemy znaleźć kierownika. „Ha, ha, kierownik tydzień temu poszedł po baterie do latarki do Sanoka” – odpowiedzieli. Podłogi zerwane, nie było gdzie spać. Poszliśmy nad potok, narwaliśmy gałęzi. Na te gałęzie położyliśmy nasz jedyny, na szczęście suchy, namiot. Deszcz padał i padał, jak to w Bieszczadach na ogół bywa, nie wyglądało, że kiedykolwiek padać przestanie. I wtedy z zadeszczonego krajobrazu wyłoniło się dwóch nieprawdopodobnie przemokniętych 40-latków (wtedy myśleliśmy, że to starcy). I zapytali o to samo co my. Potem wzruszyli tylko ramionami i zaczęli wyżymać całą swoją odzież. Obok nich stanął mój kolega i powiedział: „Ja to panom nie zazdroszczę tak strasznie zmoknąć”. Wówczas jeden z nich odparł: „Młody człowieku, co Pan mówi, to najpiękniejsza przygoda!”. Pamiętam te słowa całe życie! Wielką były dla mnie lekcją!

Wtedy w tych Ustrzykach Dolnych było nas może kilkunastu i baca z wypasającymi owce juhasami z Podhala. To wszystko. Dziś w hotelu górskim PTTK w Ustrzykach Górnych na turystów czeka ponad pół setki pokoi, a tegoroczną wiosną na najwyższy bieszczadzki szczyt, Tarnicę, ustawiają się kolejki jak na Giewont.

 

Piesze wycieczki, zdobywanie szczytów to teraz zajęcie bardzo popularne.

Niekiedy nawet w przerażającym stopniu. Są miejsca tak popularne, że aby mieć przyjemność z ich odwiedzenia, trzeba tam dotrzeć o świcie, zanim pojawią się tłumy i ustawią się w kilometrowych kolejkach. Tak jest z wyprawą na Giewont w Tatrach lub Trzy Korony w Pieninach oraz – niestety – już także na bieszczadzką Tarnicę. Po co ludzie tam się drapią? A bo człowiek, proszę Pani, to stworzenie na ogół stadne.

Nie da się ukryć, najlepiej jest wtedy, gdy taki szlak, którym wędrujemy samotnie lub w niewielkim gronie rodzinnym, wiedzie wąskimi dróżkami i ścieżkami. Im dróżka węższa, tym lepiej. Wtedy człowiek może nawiązać bliższy kontakt z otaczającym go pejzażem. Gdy podczas wędrówki stajemy się częścią tego lasu, gałązki mijanych krzewów nas dotykają fizycznie, a zawieszone między nimi pajęczyny oplatają nasze twarze. Gdy możemy dotknąć kory mijanego drzewa, gdy słuchamy tylko śpiewu ptaków i własnego serca, nawiązujemy z lasem rozmowę. Chociaż może większość z nas nie zdaje sobie z tego sprawy. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter