70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Carlos Becerra/Anadolu Agency/Getty

Latynoamerykańskie przypływy i odpływy

Trwająca półtorej dekady dominacja lewicy na latynoamerykańskiej scenie politycznej dobiegła kresu. To niekoniecznie oznacza pełen przechył z lewa na prawo. Na naszych oczach wykuwa się Ameryka Łacińska znacząco inna od tej, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić.

Jeszcze na dobre nie zdążył opaść kurz po letnich igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro, gdy prezydent Dilma Rousseff została odwołana ze stanowiska przez brazylijski Senat. Jej były zastępca, późniejszy wróg numer jeden, a obecnie prezydent, Michel Temer, jest jednak równie niepopularny i tak samo jak ona może nie doczekać końca mandatu. W sąsiedniej Argentynie przed sądem może stanąć była prezydent Cristina Fernández de Kirchner, podejrzewana o udział w szeregu afer korupcyjnych. Nie jest już nietykalna, bo popierany przez nią kandydat przegrał ubiegłoroczne wybory o najwyższy urząd w państwie. Pod ścianą znalazł się również lewicowy rząd Wenezueli, osłabiony niskimi cenami ropy naftowej na światowych rynkach oraz utratą wcześniej bezwarunkowego poparcia rządów Brazylii i Argentyny. Kraj określany niekiedy mianem „karaibskiej Arabii Saudyjskiej” pogrąża się w coraz większym chaosie gospodarczym i społecznym. Nie zawsze zgodna, ale jednak zjednoczona opozycja odniosła przytłaczające zwycięstwo w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych. Od tamtej pory dwoi się i troi, aby drogą referendum odsunąć od władzy prezydenta Nicolasa Maduro, choć podlegające rządowi instytucje rzucają opozycji wszelkie możliwe kłody pod nogi.

Na tym nie koniec niespodzianek. Komunistyczna Kuba doświadczyła zaskakującej konwersji, odnawiając stosunki dyplomatyczne ze Stanami Zjednoczonymi. Do pełnej normalizacji jeszcze daleka droga, ale ogłoszona w grudniu 2014 r. odwilż ma niewątpliwie historyczne znaczenie. Tymczasem rządzący Boliwią Evo Morales – sojusznik braci Castro i naśladowca Hugo Chaveza – nieoczekiwanie przegrał referendum, w którym miał nadzieję uzyskać zgodę wyborców na ubieganie się o czwartą kadencję w wyborach prezydenckich 2019 r. Z kolei wybory w sąsiednim Peru wygrał 77-letni liberalny ekonomista i potomek polskich imigrantów Pedro Pablo Kuczynski, wyprzedzając córkę byłego autokraty Keiko Fujimori o ledwie ćwierć punktu procentowego. Jego zwycięstwo to obrona liberalnej demokracji, która jednak wisi w Peru na cienkim włosku. Gdyby tego wszystkiego było mało, kolumbijski rząd podpisał historyczne porozumienia pokojowe z narkopartyzantką FARC o komunistycznym rodowodzie, które wkrótce potem zostało minimalną różnicą głosów odrzucone w ogólnonarodowym referendum. Uhonorowany pokojowym Noblem prezydent Juan Manuel Santos szuka teraz wyjścia z coraz poważniejszego politycznego impasu.

To tylko najważniejsze z całej serii wydarzeń ostatnich kilkunastu miesięcy, świadczących o tym, że Ameryka Łacińska wkroczyła w nową fazę politycznego przesilenia. Trudno powiedzieć, czy to już koniec słynnej „latynoamerykańskiej gorączki”, o której dekadę temu pisał Artur Domosławski[1], czy może początek kolejnej, innego rodzaju. Na pewno podobny jest schemat zmiany zachodzącej w wielu miejscach naraz, tak typowy dla tego regionu. Zamachy stanu, dyktatury wojskowe, demokratyzacja – w przeszłości wszystkie te zjawiska nabierały w Ameryce Łacińskiej charakteru regionalnego, choć niekiedy wyglądało to tak, jakby poszczególne kraje zarażały się jeden od drugiego tajemniczym wirusem.

 

Odpływ lewicy

Tak też było w ostatniej dekadzie, gdy w wielu krajach regionu do władzy drogą demokratyczną dochodziły partie lewicowe, wcześniej przez długi czas trzymane na bezpieczny dystans od rządzenia z uwagi na zimnowojenną rywalizację. Zaczęło się od Wenezueli, gdzie w 1998 r. wybory prezydenckie wygrał charyzmatyczny płk Hugo Chávez. A potem „różowy przypływ” (jak w języku angielskim przezwano latynoamerykański zwrot na lewo) ruszył na całego. Progresywni kandydaci wygrali kolejne wybory prezydenckie w Brazylii, Argentynie, Boliwii, Nikaragui, Ekwadorze, Chile, Urugwaju, Paragwaju.

Gdzieniegdzie było to równoznaczne z przebiciem nie tyle szklanego, ile betonowego sufitu. Władzę w Boliwii i Ekwadorze obejmowali pierwsi w historii tych państw przywódcy o indiańskich korzeniach, w Brazylii były związkowiec, a w Urugwaju dawny partyzant i wieloletni więzień dyktatury. Znakiem rozpoznawczym lewicowych rządów dość szybko stały się ambitne programy socjalne, mające ograniczyć biedę i wykluczenie. Były one bez wątpienia potrzebne – w końcu Ameryka Łacińska to region, któremu pod względem nierówności społecznych dorównuje tylko kilka krajów południowej Afryki.

Zbieg okoliczności sprawił, że władza lewicy przypadła akurat na okres nadzwyczaj wysokich cen bogactw naturalnych na międzynarodowych rynkach. Baryłkę ropy naftowej wyceniano na ok. 20 dolarów w roku 1998, gdy władzę w Wenezueli obejmował Chávez, natomiast w 2008 jej cena przekroczyła 140 dolarów by spaść z powrotem poniżej 30 w 2016. Tymczasem paliwa odpowiadają za 97% wartości eksportu Wenezueli. W podobny sposób jak ceny ropy naftowej kształtowały się w minionej dekadzie ceny miedzi, która stanowi główny produkt eksportowy Chile i Peru; soi, w której eksporcie specjalizują się Argentyna, Brazylia i Paragwaj; gazu ziemnego, wydobywanego przez Boliwię; czy rud żelaza, które obok paliw i zbóż eksportuje Brazylia. Gdyby nie surowcowy boom oraz dostępność taniego kredytu, lewicowym rządom niesłychanie trudno byłoby znaleźć środki na realizację ambitnych programów społecznych. Jednocześnie bez wzrostu gospodarczego pobudzonego eksportem surowców skromniejsze byłyby ich sukcesy w zakresie redukcji biedy i rozwoju miejscowej klasy średniej.

Mniejsze byłoby też pole dla korupcji i niegospodarności, z czego latynoamerykańskie społeczeństwa zdają sobie sprawę dopiero teraz, gdy już skończyły się surowcowe tłuste lata, a na jaw zaczynają wychodzić korupcyjne skandale. Takie jak brazylijska afera lava jato, która dopiero co doprowadziła do upadku lewicowego rządu. Nieoficjalnie mówi się o tym, że z kasy firmy Petrobras w ciągu zaledwie dekady mogły „wyparować” 3 mld dolarów. Na tej karuzeli finansowej bogacili się zarówno szefowie firmy i jej podwykonawcy, jak czołowi politycy koalicji rządowej oraz opozycji. Niewielu Brazylijczyków ufa w to, że mogła o tym nie wiedzieć prezydent Rousseff, która przez wiele lat sprawowała funkcję przewodniczącej Rady Dyrektorów Petrobras.

Trudno zatem dziwić się, że od Caracas przez Sao Paulo aż po Buenos Aires poparcie dla lewicy znika na naszych oczach. Wielu wyborców rozczarowało się swoimi lewicowymi przedstawicielami, którzy w wielu przypadkach okazali się tak samo skorumpowani jak wcześniejsze rządy. Z całego panteonu latynoamerykańskiej lewicy XXI w. bez skazy pozostał właściwie tylko były prezydent Urugwaju José Mujica. Ale on przeszedł już na polityczną emeryturę, w ten sposób tylko utrudniając sytuację latynoamerykańskiej lewicy, której dodatkowym źródłem regresu jest właśnie deficyt politycznego przywództwa. Zmarły w 2013 r. Hugo Chávez pozostawił po sobie (obok zalążków obecnej katastrofy gospodarczej oraz ideologicznej polaryzacji) dojmującą polityczną pustkę, której nie jest w stanie zapełnić ani groteskowy Nicolas Maduro, ani żaden inny polityk rządu lub opozycji. Nad byłym i kultowym prezydentem Brazylii Lulą da Silvą wiszą ciemne chmury podejrzeń korupcyjnych. Żaden z pozostałych lewicowych przywódców (nawet bracia Castro) ani nie cieszy się w regionie aż tak dużym autorytetem, ani nie przejawia równie silnych ambicji do przywództwa w regionie.

 

Czekając na przypływ

Dlatego inicjatywa jest obecnie po stronie liderów centroprawicowych. Szczególnie nowy prezydent Argentyny Mauricio Macri znajduje się na wznoszącej fali. Zdążył już dokonać zwrotu o 180 stopni w polityce zagranicznej Argentyny, otwarcie krytykując za łamanie praw człowieka rząd Wenezueli, który jego poprzednicy zaliczali do grona najbliższych sojuszników. Podczas tegorocznej wizyty w Buenos Aires Barack Obama nieformalnie namaścił go na nowego regionalnego lidera, mającego inspirować zmiany polityczne w duchu demokratycznym i wolnorynkowym w pozostałych krajach Ameryki Łacińskiej. Może jednak okazać się, że koniunktura na Macriego ma krótką datę ważności, jeżeli czym prędzej nie poprawią się wskaźniki gospodarcze Argentyny.

Choćby dlatego jest jeszcze zbyt wcześnie, aby mówić o pełnowartościowym latynoamerykańskim zwrocie na prawo. Zwycięstwo Macriego w Argentynie i Kuczynskiego w Peru, objęcie władzy przez Michela Temera w Brazylii, a także wygrana zjednoczonej opozycji w wyborach parlamentarnych w Wenezueli – to wciąż za mało, aby mówić o regionalnym trendzie. Lewica zachowuje silne przyczółki w Chile, Urugwaju i Brazylii, wciąż znajduje się u władzy w Wenezueli, Boliwii, Ekwadorze, Nikaragui. Co więcej, jej znaczenie może w najbliższych latach wzrosnąć w Peru, Kolumbii czy Meksyku.

Można spodziewać się, że niektóre formacje lewicowe będą straszyć powrotem prawicy, aby skonsolidować słabnące poparcie wśród własnego elektoratu. „Duchy” konsensusu waszyngtońskiego oraz prawicowych dyktatur wojskowych nie zostały jeszcze przegnane, nadal silnie oddziałując na wyobraźnię lokalnych społeczeństw i łatwo poddając się upolitycznieniu. Także dlatego nowe prawicowe lub centroprawicowe rządy będą musiały szczególnie ostrożnie przejmować władzę. W ciągu ostatnich kilkunastu lat zaszły w Ameryce Łacińskiej daleko idące zmiany. Wzmocniła się klasa średnia, a wielu spośród wcześniej marginalizowanych członków społeczeństwa poczuło się jego pełnoprawnymi obywatelami.

Dlatego nie ma miejsca na powrót do elitarnej demokracji z lat 90. Zamiast tego należy mieć nadzieję, że rządzącym uda się połączyć rozsądną politykę gospodarczą z upowszechnionymi przez lewicę programami społecznymi. Tego rodzaju „zejście do środka” po trosze można już było zaobserwować w bardziej liberalnych gospodarkach regionu (Peru, Kolumbii, Chile) w reakcji na globalny kryzys 2008 r. Znamienne jest również to, że niedawni kandydaci centroprawicy w wyborach prezydenckich w Brazylii i Wenezueli nie kwestionowali sensowności kontynuowania lewicowych programów społecznych. To wszystko powinno zwiastować początek nie tyle prawicowej, ile przede wszystkim „pragmatycznej” ery w Ameryce Łacińskiej.

 

Demokracja do tablicy

Tym bardziej że – zgodnie z ogólnoświatowym zeitgeist – linia politycznego konfliktu w latynoamerykańskich społeczeństwach coraz częściej oddziela nie tyle lewicę od prawicy, ile przede wszystkim elity polityczne od zwykłych obywateli. Ludzie występują przeciw elitom, które – zgodnie z „żelaznym prawem oligarchii”, sformułowanym ponad 100 lat temu przez niemieckiego socjologa Roberta przygotować się na rosnące zniecierpliwienie społeczeństw, zwłaszcza wobec pogarszających się perspektyw gospodarczych. W Brazylii Michel Temer może podzielić losy Dilmy Rousseff, którą dopiero co udało mu się zastąpić. „Czarny charakter” miejscowej sceny politycznej, były przewodniczący Izby Deputowanych i inicjator odwołania socjalistki Eduardo Cunha, właśnie trafił do aresztu i teraz wszyscy jego przyjaciele i wrogowie drżą o to, czy przypadkiem nie zdradzi ich sekretów. Zarówno w Brazylii, jak i w sąsiedniej Wenezueli powszechne staje się zjawisko „ni-ni”, czyli wyborców, którzy mają dość zarówno rządzącej lewicy, jak i opozycyjnej starej gwardii.

Przykłady Argentyny, Brazylii, Wenezueli, a także Meksyku czy Boliwii wskazują na to, że społeczeństwa latynoamerykańskie stały się bardziej niż wcześniej wyczulone na kwestie korupcji i łamania standardów demokratycznych.

To cenny dowód na trwałość latynoamerykańskiej demokracji, która w większości krajów zakorzenia się dopiero od 30 lat. Mimo pogarszających się warunków gospodarczych oraz słabnącego poparcia dla wielu rządów niewielkie jest obecnie ryzyko wojskowych zamachów stanu, z których Ameryka Łacińska słynęła przez większą część XX w. W zasadzie jedyną regionalną demokracją, która stoi teraz przed takim niebezpieczeństwem, jest Wenezuela.

Wyzwaniem dla wielu krajów Ameryki Łacińskiej jest natomiast odbudowa autorytetu instytucji publicznych. W Brazylii to sędziowie i prokuratorzy (w tym „dobry szeryf ” sędzia Sergio Moro) pozycjonują się obecnie jako ostoja demokracji. Doprowadzają do osądzenia skorumpowanych przedstawicieli elity politycznej i biznesowej, ale zarazem balansują na niebezpiecznej granicy między wymierzaniem sprawiedliwości a uprawianiem polityki. Istnieje realne niebezpieczeństwo, że brazylijski impeachment stanie się negatywnym precedensem dla reszty regionu (np. dla rządu Wenezueli), zachęcając do naginania zasad konstytucyjnych do bieżącej rozgrywki politycznej. Formalne podstawy do odsunięcia Dilmy od władzy były mocno wątpliwe, podobnie jak czystość intencji wielu polityków, którzy głosowali za jej odwołaniem, choć sami znajdowali się pod lupą prokuratury. W tej kadencji podejrzenia korupcyjne ciążą na 60% parlamentarzystów obu izb brazylijskiego parlamentu.

 

O jeden ocean za daleko

Na naszych oczach nie tylko odpływa latynoamerykańska lewica, ale też – niestety – Ameryka Łacińska powoli znika z naszego pola widzenia. W dużej mierze to efekt głębokiego kryzysu w Brazylii, który ma wymiar polityczny, gospodarczy i instytucjonalny. Tarapaty regionalnego lidera zaczynają już przekładać się na negatywne postrzeganie całego kontynentu. Do tego dochodzi zakończenie boomu surowcowego i związane z tym wyhamowanie miejscowych gospodarek. Przez to nie są one postrzegane jako tak atrakcyjny partner handlowy i inwestycyjny, jak jeszcze do niedawna.

Inna sprawa, że boom surowcowy wyświadczył im prawdziwie niedźwiedzią przysługę. Co prawda, pozwolił przez chwilę na szeroko zakrojone inwestycje społeczne i infrastrukturalne. Zarazem jednak zachęcał do pójścia na łatwiznę. Zarabiając krocie na eksporcie surowców naturalnych, gospodarki latynoamerykańskie w dużej mierze zaniechały niezbędnych reform strukturalnych. W ten sposób dały się na dobre wyprzedzić wschodnim gospodarkom pod względem konkurencyjności. Ani praca nie jest tu teraz tańsza niż w Azji, ani jakość edukacji znacząco lepsza. Położenie u wrót Stanów Zjednoczonych mogą dyskontować jedynie Meksyk i inne kraje Ameryki Środkowej, ale już nie Argentyna ani Brazylia. Dlatego w najbliższych latach Ameryka Łacińska będzie musiała na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie, co takiego może dać światu.

Owszem, o tej części świata co i rusz przypomina nam papież Franciszek, który wyrósł na jedną z najbarwniejszych osobistości polityki międzynarodowej. Watykan odegrał ważną rolę w odwilży amerykańsko-kubańskiej, a obecnie próbuje pomóc w dialogu między wenezuelskim rządem i opozycją. Jednak poza Franciszkiem na horyzoncie brakuje oczywistych pretekstów do tego, by o Ameryce Łacińskiej nie zapomnieć. Olimpiada w Rio to ostatnia z serii wielkich imprez sportowych i kulturalnych organizowanych przez Brazylię. Dzięki nim oczy całego globu były, choć przez chwilę, zwrócone na region latynoamerykański. Teraz natomiast możemy spodziewać się, że będziemy o nim słyszeć głównie w kontekście zdarzeń negatywnych, takich jak polityczny chaos w Brazylii, niepokoje w Wenezueli czy impas w kolumbijskim procesie pokojowym. Albo jeszcze gorzej: nie będziemy o Ameryce Łacińskiej słyszeć wcale.

Prawdziwy paradoks polega na tym, że na naszych oczach udanie zdaje swój test latynoamerykańska demokracja liberalna, a to teoretycznie powinno sprzyjać rozwojowi relacji politycznych i ekonomicznych łączących ten region nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi, ale również z Europą.

O ile jednak Amerykanie umiejętnie wykorzystują szansę na odbudowę międzyamerykańskiego dialogu (o czym świadczy m.in. odwilż na linii Waszyngton–Hawana), o tyle Europejczycy są w tej chwili skupieni głównie na własnych, „egzystencjalnych” problemach. Hiszpania, która odgrywała zwykle rolę rzecznika latynoamerykańskich interesów na Starym Kontynencie, była przez ostatni rok zajęta budową własnego stabilnego rządu. Inna sprawa, że Europa, pogrążona w wielu kryzysach naraz, zaczyna być przez wielu Latynosów postrzegana jako mniej perspektywiczny partner od wschodzącej Azji. Kierują spojrzenie na Pacyfik, a nie na Atlantyk.

Możliwe też, że Ameryka Łacińska odpływa nam tym bardziej, im normalniejszym regionem się staje. Koniec na razie z romantycznymi marzeniami o lewicowej rewolucji. Ta „boliwariańska”, zainicjowana na przełomie wieków przez Chaveza, zmierza pewnie w kierunku przepaści. Ta komunistyczna, o którą mieli walczyć kolumbijscy partyzanci, już dawno stała się przykrywką dla narkobiznesu. Długo oczekiwane porozumienie pokojowe między rządem w Bogocie a FARC położy (miejmy nadzieję) kres trwającej pół wieku wojnie domowej, w której zginęło prawie 180 tys. cywilów. Z kolei rewolucja kubańska postrzegana jest jako piękna historia, należąca jednak do zamierzchłej przeszłości. Na Kubie czuć już przedsmak transformacji gospodarczej i politycznej, która – jeśli do niej dojdzie – pozwoli kubańskiemu archipelagowi „odzyskać właściwe proporcje polityczne”, jak dyplomatycznie stwierdza Jacek Hinz w wydanym niedawno zbiorze wspomnień z „perły Karaibów”[2].

Na swoje szczęście Ameryka Łacińska przestaje być poligonem doświadczalnym importowanych utopii, od komunizmu po konsensus waszyngtoński. Zamiast tego staje się regionem o mniej lub bardziej, ale jednak skonsolidowanych demokracjach, zmagających się z podobnym co Europa i Stany Zjednoczone problemem rosnącej przepaści między rządzącymi a obywatelami. Jest terenem niezwykle ciekawych, nowatorskich rozwiązań w polityce miejskiej i społecznej, urbanistyce i architekturze[3], które jednak nie są przez nas wystarczająco doceniane. Nader często przejawiamy tradycyjną kolonialną tendencję do traktowania Ameryki Łacińskiej z góry, jak gdyby była co najwyżej rynkiem eksportowym dla naszych wspaniałych pomysłów i wyrafinowanych produktów, nie zaś potencjalnym źródłem inspiracji. Wyzwaniem najbliższych lat będzie wykorzystanie sprzyjających warunków politycznych do dokonania transatlantyckiego zbliżenia, na które nigdy nie było dość czasu, pomysłu ani cierpliwości. Istnieje jednak poważne ryzyko, że zamiast tego Ameryka Łacińska znów nam odpłynie, stając się po raz kolejny „kontynentem zapomnianym”[4].

_

[1] A. Domosławski, Gorączka latynoamerykańska, Warszawa 2004.

[2] K.J. Hinz, Kuba. Syndrom wyspy, Warszawa 2016

[3] J. McGuirk, Radykalne miasta. Przez Amerykę Łacińską w poszukiwaniu nowej architektury, tłum. M. Wawrzyńczak, Warszawa 2015.

[4] M. Reid, Forgotten Continent. The Battle for Latin America’s Soul, New Haven 2007.

 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter