70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Bruna Barbey/Magnum/Forum

Kultura wojny w czasach pokoju

W społeczeństwach pokojowych przemoc, a nawet marzenie o niej są karane. Przemoc bezpośrednia, jej fizyczne przejawy, zakazane przez prawo, muszą przenieść się w rejon wyobrażeń. Gdy pokój nie syci, gdy wiążą się z nim codzienne frustracje i wspomnienie upokorzeń, napierają fantazje o bezkarnym gwałcie.

(…) nawet w przemocy zupełnie indywidualnej, gdy, powiedzmy, mąż zabija żonę albo kobieta zabija swego męża,

jest taki moment, który można nazwać momentem moralnym w dokonaniu morderstwa. (…)

Zatem akt mordu staje się moralnie konieczny. Jest [jednocześnie] aktem perwersji w takim sensie,

że ma utwierdzić czyjś system moralny albo poczucia „ja” przez niszczenie, przemoc, morderstwo innego.

Robert Jay Lifton

 

 

Kultura wojny składa się z obrazów. Obrazy mają wielką moc przenikania przez myślowe obrony, przez różne zdania płynące z neocortex; przez tryby warunkowe, przez różne: „może jednak” albo „no, nie żeby od razu”. Obrazy sięgają trzewi – serca, jelit, kości… Już przez to wyrażają swoją przynależność do kultury wojny, bo ta sięga zawsze trzewnego sposobu istnienia. Przypomina człowiekowi, ludziom, że ciało (wroga) można rozerwać. Kości pogruchotać. Serce – przebić. Jelita – rozwlec. Wargi – rozchylić. Przemocą. Bezkarnie.

*

Interesuje mnie kultura wojny rozwijająca się w czasach pokoju. Zasadnicze pytanie, które tym rozważaniom przyświeca, brzmi więc tak: dlaczego w czasach pokojowych pojawia się zapotrzebowanie na obrazy wojny?
Oczywiście kultura wojny w czasach pokoju przypomina o przemocy tylko pośrednio, metonimicznie; więc raczej zobaczymy w tych obrazach karabin, a nie pocisk rozszarpujący mięśnie i powięzi, raczej bagnet (na broń!), a nie rozcięty nim brzuch, raczej czołgi i rakiety toczące się na platformach po wielkich placach, a nie płonące dzielnice i rozbite domy. Dlatego obrazy rzeczywistej wojny, jak dziś te z Bliskiego (zbyt bliskiego) Wschodu, kulturze wojny nie sprzyjają. Podobnie „kultura” amerykańskiej inwazji na Wietnam została zniszczona przez zdjęcia z Wietnamu. Prawdziwi żołnierze zaś na frontach przywołują wizerunki pokoju: żon piekących ciasta, mężów idących drogą z dziećmi…

Mimo iż zwykle przemoc pokazują niebezpośrednio, w tle obrazów przywoływanych przez kulturę wojny tkwi fantazmatyczne pragnienie dręczenia wrogów, zdeptania ich, zmiażdżenia, wywarcia na nich zemsty. Jednak to pragnienie – jak to zwykle przy fantazmatach – nie jest w pełni świadome. Chowa się za wyobrażeniami własnego tryumfu.

Co bowiem widzimy na obrazach wojny w czasach pokoju? Jeśli karabin, to wznoszący się w rękach zwycięskiego żołnierza. Podobnie z bagnetem. Jeśli zaś relacje medialne, pokazujące nam jakieś olbrzymie wyrzutnie rakietowe czy niepowstrzymane czołgi, to zwykle w sposób mający obrazować naszą siłę. Naszą potęgę. Nasz tryumf. Pomnożone przez wymiary placów defilad, z wierzchołkami rakiet dumnie wzniesionymi w górę i w przód, symptomatycznie wyrażają męską potencję; siłę, której pragniemy. Obrazy wojny w czasach pokoju służą więc wzmacnianiu zbiorowego poczucia wartości, służą wznoszeniu się na skrzydłach poczucia siły i wiary we własną potęgę. Dokonując takiej, narcystycznej w istocie, operacji na poczuciu wartości własnej, żywią się jednocześnie ukrytymi, mściwymi impulsami.

Choć nie w pełni wypowiadane, to właśnie owe impulsy, pchające do niszczenia i mordu, nadają obrazom wojny potężną moc. Moc oddziaływania na świadomość zbiorową. To ich siła pozwala przełamywać wszystkie racjonalne mechanizmy obronne, lekceważyć zasadę rzeczywistości, doprowadzać duszę do stanu egzaltacji, zawstydzającej dla każdego obserwatora, który sam nie wpadł w pułapkę wojennej euforii. Mordercze impulsy, na co dzień nieme, w obrazach militarnego tryumfu i męskiej potęgi mogą dojść do głosu, nawet jeśli w formie zapośredniczonej.

Rana narcystyczna bowiem, ów uraz, który popycha do tryumfalistycznego fantazjowania, ma swoją specyfikę. Świadomość nie chce jej postrzegać. Właśnie dlatego wypełnia pustkę, w której winna znaleźć się pamięć upokorzenia, równoważącymi ją jak gdyby wyobrażeniami potęgi. Każdy tryumf musi mieć jednak tego, nad którym się tryumfuje, i samo tylko wyobrażenie własnej wielkości nie może istnieć bez cienia. Ma w tle wizerunki zdeptanych. Rzymianie rozumieli tę zasadę i pozwalali swoim zwycięskim wodzom wlec za rydwanami pojmanych wrogów.

 

*

 

W społeczeństwach pokojowych przemoc, a nawet marzenie o niej są karane. Przemoc bezpośrednia, jej fizyczne przejawy, zakazane przez prawo, muszą więc przenieść się w rejon wyobrażeń, ale nawet tam snucie ich opatrzone jest przekleństwem sumienia. A jednocześnie, co zauważył Walter Benjamin, w samym ustanowieniu prawa tkwi coś z przemocy. Dlatego obrazy wojny są tak atrakcyjne. Gdy pokój nie syci, gdy wiążą się z nim codzienne frustracje i wspomnienie upokorzeń, napierają fantazje o bezkarnym gwałcie.

Kultura wojny rozkwita więc w czasie smutnego pokoju. W tych niepewnych okresach, kiedy wojny nie ma, ale pokój nie zdołał wypełnić świata treścią. Problem w tym, że pokój taki właśnie jest. Codzienny trud, nieofiarujący niczego z góry, wymagający, często gorzki. Zaś wolność towarzysząca pokojowi to wielka przestrzeń, którą trzeba codziennie kształtować na nowo. Podejmować autonomiczną aktywność, tysiącem kroków przemierzać obszary, które inaczej zwijają się w duszną, opresyjną pustkę.

Ten stan pustki, gdy pokój jest, ale właściwie nie wiadomo po co, sprzyja kulturze wojny. Przykrywając powszedniość frustrującego trudu, kultura wojny udaje, że jest reakcją na klęskę, która wyryła się w pamięci. Klęskę przechowaną, doskwierającą jak ćmiący ząb, a jednocześnie swoją wzniosłością maskującą pustkę codzienności. Dając jednak coś, treść, rojenie o zemście. Zima naszej goryczy… jak pisał Szekspir.

Tak było w międzywojniu, gdy pokonana przez ententę armia Niemców zgrzytała zębami. Tak było, dla odmiany, we Francji 50 lat wcześniej, po klęsce zadanej przez Prusaków w 1870 r., gdy w pacyfistycznej III Republice rozwijała się bezwzględna fantazja o armii napoleonów odzyskującej Alzację… Obie Republiki – francuska III i Weimarska – obrosły obrazami wojny, która potem przyszła. Bo fantazje przywołują rzeczywiste wydarzenia.

 

*

 

Kultura wojny rozkwita bujnie w społeczeństwach gwałtownie rozwijającego się kapitalizmu. Szczególnie tam, gdzie hegemonia mieszczaństwa jest stosunkowo świeża. Na pierwszy rzut oka to dziwne – przecież mieszczanie lubią raczej pokojowo przetwarzać rzeczy i „czynić sobie ziemię poddaną”, a nie walczyć na śmierć i życie. A jednak… Niemcy po zwycięstwie nad Francuzami pod Sedanem, cudownie rozkwitające dzięki rewolucji przemysłowej i nowoczesnej cywilizacji, tonęli w dźwiękach pruskich werbli i fantazjach o germańskim wojowniku. Polska początku XXI w., peryferyjna, ale też rozpędzona w globalnym wyścigu, podnosi chwałę dzieci pozabijanych w rozbitym powstaniu. Już nie mówiąc o dawnych przewagach husarzy.

To zjawisko ma swoje wytłumaczenie.

Niepewni swej pozycji mieszczanie sięgają bowiem do repertuaru wzniosłych wizji, które podnoszą im samopoczucie. Czują się wtedy mniej samotni, mogą się zbratać z innymi. Najczęściej wizje te wywodzą się z dominującego jeszcze do niedawna imaginarium kultur agrarnych, w większości krajów Europy kultur w swym rdzeniu feudalnych, opartych na dominacji kast rycerskich. Pełnych więc obrazów rozbijania głów.

Wpisując swą niepewną codzienność w wojenne wyobrażenia zdetronizowanej szlachty, burżuazja dopuszcza do nich jednak również masy dawnych poddanych, którzy nigdy nie mogli sycić się tymi fantazjami. Pozwalają one poprawiać sobie samopoczucie tym wszystkim, których dyscyplina, trud i wyzysk nowoczesnej cywilizacji upokarzają. Odczłowieczają. Tak rodzi się nowożytna kultura wojny, oparta na masowym udziale w fantazjach o rycerskim tryumfie, dawniej przynależnym „pięciu procentom”.

Tak rodzi się możliwość Verdun.

Mieszczaństwo łatwo może jednak „przelicytować”. Chodzi mu bowiem zwykle tylko o poprawę nastroju, ale wizje tryumfu i karnie maszerujących tłumów usamodzielniają się, a ich dysponenci, już ponad głowami spokojnych burżujów, wiodą rozognionych młodzieńców do prawdziwych bitew. Rozpamiętywanie obrazów śmierci, rekonstruowanie rzezi i deportacji, wszystko to przestaje być udawane, zamienia się w pragnienie śmierci, a jeszcze bardziej – w pragnienie jej zadawania. Akurat Niemcy przećwiczyli to – jak zwykle – do granic, ale Polska lat 30. XX w. też tej dynamiki doświadczyła.

 

*

 

W Polsce współczesnej wiele z tych elementów stworzyło szczególny konglomerat. Umasowienie kultury wojny w czasach pokoju, którego doświadczamy, zaczyna się od zapoznania wielkiej epopei emancypacyjnej, jaką były losy chłopskiego ludu w okresie od I poł. XIX do końca XX w. W ciągu półtora wieku lud pokonał drogę od pozycji nieledwie niewolniczej do życia miejskiego; do udanego życia klasy średniej albo nieudanego – prekariatu. Atoli, w sposób bardzo charakterystyczny, lud nie chce pamiętać o nędzy i upodleniu sprzed trzech pokoleń. Nie chce widzieć swych ojców czapkujących ordynatom i matek całujących księżowskie dłonie. Zapomina więc całą tę historię i z ochotą fantazjuje na temat bicia wrogów.

A jest o czym fantazjować. Choć kiedyś rycerstwo polskie wygrywało (niektóre) bitwy, od dwustu kilkudziesięciu lat raczej je przegrywa. Przegapiwszy moment w XIX w., kiedy można było oprzeć siłę państwa na umasowieniu obywatelstwa, musiało ten proces nadganiać w wieku XX. W miejsce zapoznanej kultury ludu, kultury wielkiego sukcesu emancypacyjnego, rozkwita więc pełna rozpaczy i marzeń o zemście kultura polskich klas wyższych, w XIX i XX w. przekształcona w kulturę inteligencji. Moralnie uprawomocniona przez klęskę i krzywdę, buduje się na pielęgnowaniu ran. Przez długi okres zależności od sowieckiej Rosji zepchnięta do defensywy, ale bynajmniej niezniszczona, korzysta teraz z owoców masowej proletaryzacji i awansu, którego lud doświadczył w PRL-u.

Paradoksalnie, sprzyja tej kulturze gwałtowne wejście Polski w obręb globalnego kapitalizmu, które dokonało się po 1989 r. Zamieniając – na pokolenia – wielkoprzemysłowy proletariat w upokorzony niepewnością i bezrobociem prekariat, globalny kapitalizm odebrał polskiemu ludowi ową iluzję uznania, którą oferował jeszcze „realny socjalizm”. Upokorzony, a jednocześnie umasowiony i mobilny lud zaczął snuć marzenia o zemście. Czyli przyszłym tryumfie opartym na pamięci krzywdy.

To właśnie w tym klimacie Muzeum Powstania Warszawskiego stało się świątynią fantazmatycznego polskiego militaryzmu.

Fantazmatyczny militaryzm? Obrazy penetrują głęboko, zwalniają z myślenia o własnych winach. Dzieci z butelkami pełnymi benzyny w rękach. Fantazmat. Husarskie skrzydła, Kircholm i Wiedeń. Fantazmat. Wyklęci, terytorialna obrona i obchodzone rocznice pogromów. Fantazmat. Czołgi – wyprodukowane na rosyjskiej licencji albo po prostu w Niemczech – toczące się na paradach przez centra miast. Fantazmat.

Kultura wojny składa się z obrazów.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter