SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
Księga gości
Fundacja
|
 |
W szponach złej polityki
Ireneusz Krzemiński |
1. Problem społeczny - problemem politycznym
Pytania postawione przez redakcję "Znaku" podejmowane są od czasu do czasu czy to w publicystyce, czy w życiu codziennym. Jednak refleksja z nimi związana i odpowiedzi na nie mają w Polsce charakter niezwykle doraźny, a ponadto od początku uwikłane są w kontekst bieżących sporów politycznych. Dotyczy to nawet, mniej lub bardziej, socjologii i politologii akademickiej, w których ideowe i zgoła partyjne sympatie prześwitują przez analizy społeczne. Socjologowie zaś obiektywizują swe wypowiedzi przez ucieczkę w komentowanie kolejnych sondaży. A więc i tutaj mielibyśmy objaw swoistego kryzysu. Konieczny jest szerszy oddech i spojrzenie na dziesięciolecie naszej demokracji z perspektywy wcześniejszych zjawisk i procesów, wolne od uwikłania w sympatie i partyjne interesy.
Przywołanie "Solidarności" w zestawie redakcyjnych pytań wydaje mi się niezwykle ważne. W istocie PRL upadła w roku 1981 i takie przekonanie obecne jest w potocznej świadomości, co potwierdzają badania empiryczne1 . Aby więc odpowiedzieć na pytanie o brak zaufania przeciętnych Polaków do demokratycznej polityki i demokratycznego państwa, trzeba się cofnąć do ruchu społecznego "Solidarność". Ale równie konieczne jest zastanowienie się nad tym, jakie skutki miało ponure dziesięciolecie stanu wojennego dla wyobrażeń o polityce, państwie i poczuciu obywatelskim. Utopienie refleksji nad skutkami owego dłużącego się niemiłosiernie stanu wojennego w dywagacjach na temat "rozliczania", a raczej "nierozliczania" oddających władzę sekretarzy-generałów bardzo utrudnia sprawę. Nie można jednak nie podjąć i tego wątku.
Teza mojego artykułu jest efektem odwołania się do tych dwóch doświadczeń społecznych. Twierdzę mianowicie, że swoisty i obecny od samych narodzin Rzeczypospolitej brak aktywnego poparcia demokratycznych struktur i chęci obywatelskiego w nich uczestnictwa (choćby przez udział w wyborach2 ) ze strony znacznej części polskiego społeczeństwa jest efektem nałożenia się dwóch tendencji. Jedną z nich nazwać można "idealizującym", a drugą "cynicznym" podejściem do polityki, polityków i państwa. Jedna z tych tendencji wywodzi się z ideału demokracji, formującego się w "Solidarności" w latach 1980-1981, druga - z doświadczenia zgniecenia związkowego ruchu reform i sposobu władania Polską przez ostatnią, generalską ekipę PRL. Być może należałoby do tego dodać jeszcze szczególne zjawiska wywołane przez działanie polityczne Kościoła na początku lat 90. Wzmacniało ono negatywne, antyobywatelskie elementy wspomnianych tendencji3 .
2. "Solidarność" i "idealizująca" wizja polityki
Większość socjologów uznaje, że wielki ruch związkowy "Solidarności" był epizodem znaczącym, ale równocześnie niczym więcej jak ogromnym świętem społecznym, celebrującym solidarne poparcie Polaków dla wspólnych wartości, przeciwstawionych narzuconemu przez komunizm reżimowi. Zestaw wspólnych wartości nie był zresztą zbyt szeroki i opierał się na ogólnikowych deklaracjach personalistycznych, narodowych i nade wszystko socjalistycznych, choć przeciwstawionych "realnemu socjalizmowi". W szczególności socjalistyczna miałaby być filozofia godności człowieka pracy (nawet ta formułowana przez Jana Pawła II). Oczywiście, był to inny socjalizm niż ten doświadczany na co dzień. Mieszaninę haseł liberalno-konserwatywno-socjalistycznych dało się utrzymać dzięki temu, że najważniejsze były wspólny wróg i wola odzyskania wpływu na swój los przez społeczeństwo-naród. Przeciwstawienie się komunizmowi i komunistom zacierało różnice, a także dawało siłę utopijnym wyobrażeniom o demokracji i wolnym rynku jako ustroju, w którym każdemu żyje się dobrze i w miarę dostatnio. Nic dziwnego, twierdzą moi uczeni koledzy, że niespodziewane spełnienie się demokracji i wolnego rynku spowodowało negatywne skutki, gdy zniknął bowiem wspólny wróg - rozpłynęła się rzekoma wspólnota wartości, a wszyscy zaczęli się kierować interesami. Te okazały się rozbieżne, a socjalistyczny aspekt "solidarnościowego" myślenia dał o sobie znać w protestach robotników przeciwko skutkom reform rynkowych (rzekomo przez nich akceptowanych) i w niezgodnych z regułami rynku żądaniach interwencji państwa. A przecież - przypomina większość socjologów - nie da się zbudować nowej gospodarki bez kosztów społecznych. Niesłuszne żądania zwalnianych masowo z pracy robotników wskazują więc na to, że reguły nowoczesnej demokracji były przez nich znane i akceptowane tylko pozornie. Stąd też bierze się brak zaufania do państwa i polityki demokratycznej, w tym do partii politycznych, i przywiązanie do związków zawodowych, które anachronicznie bronią robotników, utrudniając likwidację (resztek) równie anachronicznego państwa opiekuńczego.
Obraz ten wydaje mi się bardzo nieprawdziwy, ale w istocie do niego da się sprowadzić koncepcje wyjaśniające polską "transformację", jak to się mówi w socjologicznym żargonie. Przeciwstawić chciałem mu zupełnie inną wizję "Solidarności" i jej skutków w zakresie mentalności społecznej i potocznej świadomości.
"Solidarność" ukonstytuował protest, ale to nie protest był motorem wielomilionowego ruchu społecznego. Znaczenie organizacji związkowej "Solidarności" notorycznie się lekceważy. Nie traktuje się również tego doświadczenia jako lekcji praktycznego udziału wielu milionów Polaków w demokratycznym porządku i stosowania się do jego reguł. Tymczasem organizacja związkowa była potężnym tworem, który stopniowo wytworzył szczególny typ demokratycznych relacji. To, co praktykowano - mniej czy bardziej skutecznie - w NSZZ "Solidarność", było zarazem projektem nowego ładu społecznego, ideałem dla nowego państwa, które miałoby powstać po PRL.
Niektórzy działacze związkowi byli zresztą świadomi tego faktu. Można tu cytować choćby Zbigniewa Bujaka, któremu wyobraźnia społeczna pozwalała już w 1981 roku mówić, że związkowcy nie dowierzają demokracji przedstawicielskiej. I istotnie tak było, gdyż na projekt "nowej demokracji" składały się nie tylko podstawowe, klasyczne "zachodnie" reguły. Zawierał on korektę, którą zresztą dość szybko dostrzeżono w refleksji zachodnich, zwłaszcza amerykańskich i brytyjskich, badaczy "Solidarności" (ale nie u nas...). W rozważaniach socjologiczno-politologicznych pojawił się termin "demokracji uczestniczącej", w dużym stopniu inspirowany polskim doświadczeniem (choć nie tylko, bo mówi się przecież o kryzysie wysoce zinstytucjonalizowanych i spetryfikowanych systemów demokratycznych; wspominają o tym także redakcyjne pytania).
Projekt demokracji, jaki rozwijała i w dużym stopniu praktykowała w swej organizacji związkowej "Solidarność", zawierał zinstytucjonalizowaną formę szerokiego uczestnictwa "zwykłych ludzi" - związkowców lub obywateli - w procesie definiowania sytuacji społecznej i wyznaczania kierunku działań. Nawet więcej - drogą dyskusji i starcia różnych punktów widzenia dążono do ustalenia reguł i strategii działania. Tą zinstytucjonalizowaną formą była powszechna debata społeczna, oczywiście otwarta i przebiegająca publicznie. Zresztą tuż po wprowadzeniu stanu wojennego samokrytyka Związku często dotyczyła tej zbyt jawnej, publicznej formuły podejmowania strategicznych decyzji, do których wykonania obligowano związkowy aparat.
Debata w "Solidarności" (często inspirowana przez związkową prasę) toczyła się nieustannie - nawet jesienią 1981, w końcowej fazie działania Związku - i mimo nastrojów zniechęcenia była niezmiernie ożywiona, a uczestnictwo "zwykłych ludzi" w dość regularnych zebraniach organizacji zakładowych, regionalnych i wszelkich innych, z centralą związkową w Gdańsku włącznie, było bardzo wysokie. Z całą pewnością związkowcy - robotnicy czy raczej przeciętni pracownicy - nie mieli wielkiego zaufania do swych reprezentantów-decydentów i stworzyli formę ich instytucjonalnej kontroli.
Ale zarazem stworzyli nową jakość w demokratycznych regułach: rozszerzenie uczestnictwa zwykłych członków w wyznaczaniu kierunku działania i podejmowaniu najistotniejszych decyzji. Stało za tym długie doświadczenie zdrady ze strony tych, których wybierano i którym wierzono. W dużej części wyjaśnia to fale antyinteligenckiej retoryki, pojawiające się co jakiś czas w "Solidarności".
Jeśli potraktować to jako element ideału - projektu demokratycznego państwa - to trzeba zauważyć, że towarzyszyło temu szczególne zdefiniowanie roli polityka, właśnie jako reprezentanta woli i głosu tych, którzy go wybrali. Definicja roli polityka zawierała więc społeczne oczekiwanie, że podejmując działanie, będzie on zaczynał od dyskusji - przynajmniej z tymi, których najbardziej dotyczyć mogą skutki podejmowanych decyzji. Polityczny proces rządzenia zakładał jako element konieczny odwołanie się do opinii publicznej, rzec można: zasięgnięcie opinii ludu. Tego oczekiwano po polityku demokratycznym, przeciwstawionym politykom reżimowym. Wszak poczucie obywatelskie tworzyło się wokół świadomości współodpowiedzialności nie tylko za siebie i swych bliskich, ale za cały kraj, za wspólny los. Prawo i możliwość zabrania głosu w dyskusji o ważnych dla społeczności sprawach były niemal antycznym rysem poczucia godności człowieka jako obywatela.
Oczekiwania wiązane z tym uczestniczącym modelem demokracji ożyły wraz z niespodziewaną zmianą ustroju. Niosły nadzieję na odtworzenie publicznej debaty nad reformami zwłaszcza wśród tej części społeczeństwa, która - mniej lub bardziej czynnie - związana była z "podziemiem" oraz z różnorodnymi działaniami społecznymi Kościoła. Nie chodzi mi tu o rzeczywistych działaczy "podziemia", bo ich liczba malała pod koniec lat 80. w szybkim tempie. Jednak nieporównanie szersza była kategoria ludzi, którzy odmawiali jakiegokolwiek poparcia panującej władzy. Pierwszą instytucjonalną formą ich aktywności - oprócz odbudowywanych legalnie organizacji związkowych - stały się Komitety Obywatelskie. Zwłaszcza na prowincji powstawały one bardzo szybko, często przyczyniając się do odtworzenia rozbitych struktur związkowych "Solidarności". Wraz z powtórnym zarejestrowaniem Związku powoli zaczynał się odradzać szeroki ruch dyskusji.
Jednakże działania elity reformatorów, nade wszystko Lecha Wałęsy (już w trakcie przygotowań do wyborów czerwcowych), a potem także rządu Tadeusza Mazowieckiego przeciwdziałały odrodzeniu się tak szerokiego ruchu społecznego, jakim była "Solidarność" przed stanem wojennym. Manipulacje Komitetami Obywatelskimi uniemożliwiły przekształcenie ich w instytucję, która byłaby swoistym inkubatorem odrodzonego życia obywatelskiego, jak również - w późniejszym czasie - spontanicznego powstawania partii politycznych.
Debata publiczna, rzetelna dyskusja nad tym, jak przekształcić państwo, jak budować demokratyczne i rynkowe instytucje, była bowiem ostatnią rzeczą, do jakiej chciała dopuścić demokratyczna - o paradoksie! - władza, rzekomo reprezentująca społeczne ideały i wspólne interesy. Raczej odwrotnie: tej władzy chodziło o to, aby korzystając z entuzjastycznego przyzwolenia społecznego, możliwie szybko przeprowadzić reformy makrospołeczne i makroekonomiczne. Zakładano z góry, że przyjęty wariant wprowadzania ich w życie musi przynieść niezadowolenie wielkiej części społeczeństwa.
Założenie to uzasadniało dobrze nową jakość w działaniu elity wyłonionej z wielkiego ruchu demokratycznych reform: jej coraz silniejszy elitaryzm. Przekonanie o konieczności dokonania niezbędnych reform ponad głowami ludzi, bez uruchamiania dyskusji społecznej, wzmocnione było wiarą opartą na dogmatycznie traktowanej filozofii liberalnej, zakładającą, że ponieważ zachowania rynkowe leżą w naturze człowieka, to stworzenie makroekonomicznych warunków dla gospodarki rynkowej niejako automatycznie uruchomi indywidualne i zbiorowe reakcje przystosowawcze. Dzięki temu sytuacja tych, których reformy dotkną na początku, szybko zmieni się na lepsze, acz wszystko miało zależeć od ich osobistej inicjatywy.
Jestem skłonny uznać to za jeden z dwóch "grzechów pierworodnych" nowo narodzonej demokracji i suwerennej Rzeczypospolitej. Zawiedzione nadzieje na uczestnictwo to jedna z najważniejszych przyczyn goryczy i rozczarowania wobec instytucji demokratycznego państwa, ujawnianych w badaniach socjologicznych. Pisała o tym Mirosława Grabowska4 , podobny wynik uzyskaliśmy z Pawłem Śpiewakiem we wspomnianym badaniu: mieszkańcy dwóch małych miast deklarowali powszechne poczucie braku uczestnictwa w procesie reform i budowania nowoczesnego państwa, a także przekonanie, że "ludzie władzy", również lokalnej, nie liczą się należycie z ich zdaniem. Niewiele pozostało z poczucia, tak silnego w czasie "pierwszej" "Solidarności", że ogół obywateli, zwykli ludzie wraz ze swymi wybrańcami wspólnie tworzyć mogą i powinni politykę i zasady działania państwa. Co więcej, konfrontacja tego projektu uczestnictwa w demokracji - jak to nazwałem: idealizującej wizji demokracji i polityki - z rzeczywistym kształtem i funkcjonowaniem nowej elity politycznej nie tylko prowadziła bardzo szybko do rozczarowania, ale stała się podstawą coraz bardziej negatywnej definicji polityki i polityków. Na dłuższą metę musiało to odstręczać od chęci uczestnictwa i upowszechniać postawę wycofania z życia publicznego.
3. PRL, stan wojenny i "cyniczna" wizja polityki
Niespełnienie oczekiwań wywołanych idealizującą interpretacją wzmocnione zostało drugą tendencją, ukształtowaną przez doświadczenie zniszczenia siłą legalnej "Solidarności". Idealizująca interpretacja "Solidarności" zakładała, że ten masowy ruch społeczny był wydarzeniem o charakterze duchowym, wnosił coś istotnego do kultury i wznosił codzienne doświadczenie jednostek na wyższy poziom moralny. A zatem zwycięstwo zmilitaryzowanej PZPR nad pokojowym ruchem reform musiało przynieść również skutki duchowe, aczkolwiek negatywne. W kategoriach społeczno-psychologicznych można w nich widzieć przede wszystkim upadek koncepcji polityki jako demokratycznej reprezentacji i powszechnej debaty, polityki jako procesu pokojowych negocjacji, w którym uczestnictwo dopełniało indywidualną godność człowieka, jego wolność, ale też odpowiedzialność za własne i wspólne życie. Cała ta szlachetna koncepcja musiała wydać się wielu ludziom mrzonką, która rozprysła się jak mydlana bańka na lufach zmilitaryzowanej władzy PRL.
Zapewne jakaś społeczna mniejszość zajmowała podobną postawę już w owym "odświętnym czasie" socjologów. Wówczas jednak ten punkt widzenia ujawniano niezbyt otwarcie. Z chwilą zwycięstwa generałów postawa ta nabrała siły i rozpowszechniała się. Mimo codziennego oporu przeciwko rządom opartym na przemocy doświadczenie lat 80. niosło narastające poczucie beznadziei i konieczności jakiegoś przystosowania się do władzy. Efektem tego, swoistym podsumowaniem długiego okresu stanu wojennego5, była nowa, cyniczna koncepcja polityki.
Cyniczna wersja polityki była pewną ogólniejszą wizją władzy w społeczeństwie. Jej formuła była nader prosta: ma się władzę, gdy ma się siłę. Władza oznacza dominację i możliwość nakazywania, rozkazywania, narzucania swej woli innym. Przemoc jest więc nieodłączna od władzy. Nieodłączne są też pieniądze: przemoc jest kosztowna i wymaga niekiedy zdobycia - kupienia - poparcia. Można nawet powiedzieć, że pieniądze i siła są ze sobą powiązane.
Zarazem jednak ta nowa filozofia władzy i polityki zakładała konieczność i możliwość gry z dysponentem przemocy, choćby dla uniknięcia jej użycia lub osłabienia ciosu. Pieniądze zatem, będące atrybutem władzy, mogły też być pomocne w wywieraniu na nią wpływu. Zresztą władza oparta na przemocy nieodmiennie skłonna jest do korupcji, do omijania własnych surowych zasad w celu osiągania bieżących korzyści, koniecznych do uzyskania sprawnego działania różnych sfer życia6 . Wraz z upływem czasu nasilał się i rozszerzał zakres społecznej "gry z systemem", koncentrującej się przede wszystkim na szukaniu możliwości zachowania poziomu życia, osiągniętego w "tłustych" latach gierkowskich, a teraz zagrożonego pogłębiającą się stagnacją i nasileniem negatywnych zjawisk społeczno-gospodarczych (choćby rosnących obaw przed zanieczyszczeniem środowiska, dramatycznie wzmocnionych po wybuchu reaktora w Czarnobylu). "Kombinowanie" stało się podstawą egzystencji i oznaczało przystanie na postawę dwuznaczną moralnie: przy generalnej nieakceptacji władzy i nieuznawaniu jej prawomocności - zarazem podporządkowywanie się i obłudne okazywanie jej szacunku celem uzyskania drobnych, indywidualnych przywilejów.
Lata 80. to przede wszystkim okres aktywizacji więzi rodzinnych dla uzyskiwania rozmaitych dóbr życiowych i bardziej perspektywicznych profitów. To lata "porządku kolejkowego" i zagranicznej "turystyki handlowej", czego pamiątką są nie tylko studia socjologiczne opublikowane przez Jacka Kurczewskiego, ale też przejmujące wypowiedzi artystyczne (choćby piosenki, w tym wybitne utwory literacko-kabaretowe). Dokumentowały one proces wycofania się ludzi w życie rodzinne, w prywatność, przeciwstawioną jakimkolwiek formom uspołecznienia, może jedynie z wyjątkiem uczestnictwa w życiu Kościoła (ale i tutaj tylko mniejszość przyjmowała postawę aktywną).
Było to zatem doświadczenie niszczące myślenie o polityce jako sferze samorealizacji jednostki, dopełnienia egzystencji dorosłej i odpowiedzialnej osoby - człowieka jako członka wspólnoty. Polityka poczęła oznaczać wolę władania innymi i umiejętność stosowania przemocy, ale zarazem - unikania jej skutków i wykorzystywania podporządkowania się władzy do realizacji własnych celów. Polityka - tym samym - stawała się sferą walki bądź gry o swobodną realizację egoistycznych, partykularnych celów, władza zaś - źródłem oczywistego, niekwestionowanego prawa do przywilejów. Warto tu przypomnieć, jakże symboliczną dla tego doświadczenia i dla tej filozofii władzy, wypowiedź Jerzego Urbana o rządzie, który się zawsze wyżywi...
Wynikała z tego zupełnie inna niż poprzednio scharakteryzowana wizja polityka: raczej jako człowieka bezwzględnego, potrafiącego wykorzystać każdą sprzyjającą sytuację na rzecz realizacji swych celów, motywowanego chęcią zdobycia życiowych przywilejów i wolą władania innymi - wizja osamotnionego gracza o dwuznacznym moralnie obliczu. "Zwykły człowiek" lepiej więc zrobi, nie wtrącając się do polityki, chyba że chce się włączyć w tę szczególną konkurencję, z założenia bezwzględną i niemoralną. Należy raczej opracować mniej lub bardziej obłudną strategię przystosowania się do narzuconych reguł, aby znaleźć odpowiednią dla siebie niszę, pozwalającą na optymalnie dobre życie i realizację swych prywatnych interesów. Sfera publiczna stała się areną niepewności i nieufności, również wobec sojuszników, a nawet wspólników. Pewnie można się czuć tylko wśród swoich: rodziny, przyjaciół, sprawdzonych znajomych.
Z tą gorzką filozofią polityki i władzy związana była - i jest - dwuznaczna postawa wobec ustalonych, instytucjonalnych reguł społecznych, z zasadami prawa i grupową lojalnością na czele. Prywatna gra z władzą polegała wszak na tym, aby umiejętnie wykorzystać słabości systemu - szczególnie wszelkie luki i niejasności prawne. Dobrą więc strategią było omijanie prawa, używanie go do realizacji doraźnych celów i w zależności od sytuacji. Wszak gorzkie doświadczenie społeczne pouczało, że władza w PRL - a więc polityczna elita - niejako dysponuje ustalonymi regułami, łamiąc i naginając ustanowione przez siebie prawo do bieżących potrzeb. I to nawet takie prawne zasady, jakie sama uznawała za szczególnie ważne. Do tego dodać jeszcze trzeba przekonanie o znaczeniu pieniądza, który łatwo potrafi uczynić luki w jednolitym, wydawałoby się, systemie...
Stosunek do prawa i reguł instytucjonalnych był więc - u końca "epoki Peerelu" - swoiście dwuznaczny: z jednej strony nie uznawało się "złego prawa" rządów komunistycznych i postulowało sprawiedliwe prawo demokratyczne, ale z drugiej strony - korzystało się z omijania go lub łamania. I z tym dziedzictwem wkroczyło nasze społeczeństwo w czas przemian.
4. Wielka przemiana i grzechy pierworodne odrodzonej Rzeczypospolitej
Siłą rzeczy, niespodziewany upadek PRL - w wyniku podzielenia się władzą niezdolnej do rządzenia zmilitaryzowanej PZPR z "podziemną" "Solidarnością" jako reprezentacją społeczeństwa - musiał w pierwszej chwili znacznie wzmocnić pierwszą tendencję: idealizującą wizję społeczeństwa i państwa. Tym bardziej że polski przypadek niezwykle szybko pociągnął za sobą globalne konsekwencje. Rzecz jasna, władze PRL sądziły, że są w stanie zachować dominację w nowym układzie. Kiedy bowiem mówię o niezdolności rządzenia, mam na myśli interpretację lat stanu wojennego odwołującą się do rozważań Ortegi y Gasseta o znaczeniu opinii publicznej w każdym skutecznym władaniu. Opinia publiczna w Polsce - nawet wtedy gdy obłudnie schlebiała władzy - nie była po stronie generała Jaruzelskiego. A przecież, mówi Ortega, cytując Taylleyranda, nie można rządzić, siedząc na bagnetach, czyli nie mając poparcia lojalnej opinii publicznej. Władza generałów była całkowicie negatywna, nie mogąc zdobyć poparcia dla najsłuszniejszej nawet sprawy: efektywne było tylko zabranianie i tropienie topniejącej rzeszy opozycjonistów z "podziemia".
Zwycięstwo upragnionej demokracji dało komunistom - jak dzisiaj widać - niezwykłe sukcesy i apanaże. Przede wszystkim stało się tak za sprawą braku rozliczenia komunizmu i rządów PRL oraz braku moralnego symbolu nowej Polski. To drugi z "grzechów pierworodnych" odrodzonej Rzeczypospolitej. Skoro po 1989 okazało się, że nie bardzo wypada potępiać reżim Polski Ludowej, a już szczególnie działania poszczególnych partyjnych dygnitarzy, z twórcą stanu wojennego generałem Jaruzelskim na czele, to cyniczna wizja polityki znalazła głębokie uzasadnienie.
"Odgórne" ustanowienie demokracji i przypisanie elitom podstawowego znaczenia w realizacji reform ustrojowych prowadziło do narastającej frustracji i niezadowolenia szerokich kręgów społecznych, i to nie tylko tracących pracę robotników. Oczekiwanie na odtworzenie w jakiejś formie masowego udziału zwykłych obywateli w procesie przebudowy państwa i stosunków społecznych okazało się całkowicie nierealne. Stąd jedyną drogą uczestnictwa stały się manifestacje uliczne i inne protesty, coś w rodzaju happeningów politycznych, z głodówkami włącznie. Amerykańscy badacze (choć będący Polakami), interpretujący "Solidarność" w duchu naszego ujęcia obywatelskiego, przekonują, że na fale protestów, jakie wystąpiły od początku lat 90., można spojrzeć jako na formę udziału robotników - czy szerzej: pracowników - w demokratycznej debacie i demokratycznym stanowieniu ładu. Innej drogi - zwłaszcza tej, której się spodziewali - nie było7.
A nie było, gdyż szybko formujący się system partyjny nie stał się do dziś rzeczywistym systemem politycznej reprezentacji interesów i poglądów zwykłych obywateli. Pozostał dziełem elitarnym. Wbrew opinii większości socjologów zajmujących się zagadnieniem przemiany ustrojowej nie wydaje się to skutkiem braku wiedzy społeczeństwa na temat zasad demokracji. Podstawowe zasady demokratycznego ładu, z pluralizmem i znaczeniem instytucji przedstawicielskich na czele, były powszechnie znane i akceptowane, o czym mogą świadczyć badania jeszcze z czasów PRL8 . Ale już wtedy, a jeszcze bardziej teraz, ideał demokracji, podzielany przez Polaków, najwyraźniej nie doceniał roli partii jako głównego organizatora i wyraziciela interesów oraz wartości społecznych.
We wspomnianym badaniu w Mławie i Szczecinku zadaliśmy pytanie zbliżone do pytania Stefana Nowaka o wyznawany ideał dobrego ustroju państwowego. Okazało się, że polityczne poglądy odpowiadających miały wpływ na bardziej autorytarny bądź bardziej otwarty, uczestniczący model demokracji (prawie nie było antydemokratów). Bez względu jednak na to, że podstawowe reguły nowoczesnej demokracji, na czele z prawem głosu dla przeciwników panującego ustroju i hasłem "państwa prawa", wymieniane były przez niemal wszystkich badanych (ponad 90%), to w odpowiedziach pojawiała się charakterystyczna luka: brak jednoznacznego poparcia dla systemu wielopartyjnego. Tylko 44% mieszkańców Mławy i 38% Szczecinka uznało system wielopartyjny za pożądaną cechę dobrego ustroju. Okazało się również, że przynależność do związków zawodowych - bez względu na ich rodzaj - raczej pozytywnie wpływa na stosunek do partii, chociaż najbardziej propartyjni okazali się związkowcy z OPZZ9.
Przytoczone wyniki badań są bardzo wyraziste i doskonale wzmacniają wcześniej formułowaną tezę Mirosławy Grabowskiej o niechęci Polaków do partii politycznych. Wyjaśnienie tego nie jest rzeczą łatwą, aczkolwiek sądzę, że przedstawiona wyżej cyniczna wizja polityki może być jednym z bardzo ważnych czynników decydujących o owej niechęci. Wizja ta stała się bardziej przekonująca, gdy rzekomo "nasi" reprezentanci, przedstawiciele "społeczeństwa" przeciwstawionego "partii-państwu", zaczęli ignorować opinię publiczną, nie mówiąc już o tym, że wcale nie zamierzali postępować zgodnie z tym obrazem dobrego polityka, jaki powstał w świadomości społecznej w latach 1980-1981.
Wysoce aspołeczne nastawienie większości Polaków, i to również tych dobrze wykształconych, tłumaczy się w rozprawach socjologów tym, że nasze społeczeństwo jest kolektywistyczne i stąd ma nadmierne roszczenia. Jeżeli jednak spojrzeć na protesty społeczne raczej jako na drogę wyrażania interesów i walki o nie, a zarazem zwrócić uwagę na niechęć do włączania się lub tworzenia instytucji, które w trwały sposób mogłyby dbać o te interesy na co dzień, to trudno zgodzić się z tezą o kolektywizmie Polaków. Musiałby on oznaczać pragnienie występowania wspólnego i zorganizowanego. Tymczasem jeżeli dochodzi do współdziałania, to jest ono krótkotrwałe, ma charakter jednorazowej akcji - jak strajk czy blokada drogi - i wcale nie towarzyszy temu chęć przemiany doraźnej więzi w trwalszą strukturę. Jedynie protest - i to raczej na krótko - uspołecznia niezależne jednostki.
Polskie społeczeństwo przenika raczej duch indywidualizmu, który rezygnuje ze swej osobności i jednostkowości tylko w chwili negatywnej mobilizacji: dla obrony zagrożonych interesów, nade wszystko indywidualnych. Ten brak uspołecznienia doskonale współgra z wizją świata, którą określiłem jako cyniczną.
5. Kościół i społeczeństwo obywatelskie
Wspomniałem na wstępie, że również Kościół, zwłaszcza w pierwszych latach transformacji, przyczynił się do osłabienia demokratycznego ducha obywatelskiego. Otóż obywatelska postawa zakłada coś bardzo ważnego i tak dobitnie akcentowanego w Kościele lat oporu: osobisty, podmiotowy i odpowiedzialny sposób postępowania jednostek. Będąc członkiem wspólnoty, mam prawo zgodnie ze swoim rozumieniem sytuacji oraz ze swoim sumieniem zabierać głos i występować na jej forum. Ukrytym założeniem jest przekonanie, że obywatele są odpowiedzialni moralnie, kierują się swoim rozeznaniem dobra i zła i mają do tego prawo. Również jako szczerze wierzący musimy na co dzień kierować się swym rozeznaniem moralnym, konfrontując je, dyskutując i uzgadniając z innymi członkami wspólnoty. Wszak debata w Kościele płynie z inspiracji Ducha Świętego, o czym tak wspaniale przypominają dokumenty Soboru Watykańskiego II.
Jednak Kościół na początku lat 90. głęboko zaprzeczył takiej wizji ludu Bożego i poszukującej prawdy oraz dobra wspólnoty wiernych. Wzmógł się - i to dość szybko - podział na księży-specjalistów od wiary i jedynie słusznych rozstrzygnięć moralnych oraz lud wiernych, powołany nade wszystko do słuchania tych pierwszych. Zapanował autorytaryzm i tryumfalizm, roszczący sobie pretensje do zarządzania indywidualnym i zbiorowym sumieniem, a także sferą polityki. Szczególnie znacząca była - również w swych ogólnospołecznych skutkach - walka o zmianę ustawy o dopuszczalności usuwania ciąży. Nie kwestionuję prawa Kościoła do zajmowania zdecydowanego stanowiska i postulowania całkowitego zakazu aborcji, natomiast ważna i znacząca dla przyszłości okazała się forma tej walki. Wstrzymałem się tu od użycia słowa "debata", chociaż taka zaczęła się w Polsce toczyć, przygnieciona jednak została agresywnym atakiem, zgoła deprecjonującym wszelki pogląd odmienny od radykalnego projektu, promowanego przez Episkopat. Sądzę, że styl tej pierwszej, dotyczącej doniosłej sprawy politycznej rozgrywki, miał ogromne znaczenie dla ukształtowania się fatalnego stylu publicznej dyskusji w Polsce. Większość opinii publicznej, raczej życzliwa wobec inicjatywy Kościoła, znacznie mniej radykalnie stawiała sprawę dopuszczalnych granic zakazu przerywania ciąży. Zresztą większość ludzi miała poczucie, że wyraża opinie zgodne ze swym katolickim credo i że w demokratycznej debacie ma do tego prawo, a do zmiany poglądów powinna być przekonywana, a nie przymuszana. Tymczasem argumenty zamieniono na inwektywy, a doświadczenie to było dla Polaków poglądową lekcją, że ich głos w państwie się nie liczy. W dodatku towarzyszyły temu butne wypowiedzi części polityków katolickich i przedstawicieli Kościoła, którzy wyrażali poglądy jawnie antydemokratyczne; wojna z liberalizmem, czyli z wolnością jako zasadą ustrojową, stała się główną siła napędzającą katolickie myślenie w Polsce.
W tym sensie działanie Kościoła na początku lat 90. można potraktować jako czynnik wpływający zarówno na dewaluację "solidarnościowego", idealizującego obrazu polityki, jak i na wzmocnienie cynicznego obrazu świata społecznego i państwa. Ślady tego istnieją do dziś, choć zarazem chciałbym zwrócić uwagę, że w ciągu kilku ostatnich lat w wielu regionach kraju Kościół i jego liczne organizacje przyczyniać się poczęły do budowania i umacniania społeczeństwa obywatelskiego, przede wszystkim na poziomie lokalnym, poziomie samorządnych społeczności. Mam tu na myśli liczne inicjatywy obywatelskie z ducha, rozwijane przez zakony (zwłaszcza jezuitów czy dominikanów), oraz udział wielu parafii w rozwijaniu lokalnych mediów i inicjatyw społecznych. Wielkim i także obywatelskim osiągnięciem Kościoła jest rozwój instytucji charytatywnych, z Caritasem na czele.
6. Smutna konkluzja
Zastanawiając się nad przyczynami "ucieczki" Polaków w sferę życia prywatnego, skupiłem się na analizie polityczno-społecznych uwarunkowań owej niechęci do uczestnictwa i obywatelskiej aktywności. Zapewne nie jest to obraz pełny, ale wybierając taką perspektywę analizy, kierowałem się przekonaniem, że właśnie sfera szeroko rozumianej polityki, łącznie z wyobrażeniami i oczekiwaniami społecznymi dotyczącymi tego, jak świat społeczny oraz państwo powinny być urządzone, to klucz do zrozumienia interesującego nas zjawiska. Na zakończenie warto jednak zwrócić uwagę na inny czynnik, związany z nierozliczeniem komunizmu. Miało ono istotny wpływ na sposób, w jaki tworzyły się i w jaki funkcjonują nowe, demokratyczne instytucje. Zgoła dramatyczne tego konsekwencje znaleźć możemy w działaniu instytucji szczególnie ważnej z punktu widzenia demokracji: systemu edukacji.
Już kilka lat temu badacze z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego zadali sobie pytanie, czy i w jakim stopniu szkoła kształtuje postawy obywatelskie i uczy zachowań demokratycznych10 . Wynik był dość jednoznaczny i przygnębiający, przynajmniej jeśli chodzi o przygotowanie uczniów do roli obywatela. Analiza Antoniego Sułka pokazywała, że w większości szkół uczniowie nie mają szans na nabycie jakichkolwiek demokratycznych zachowań, chociaż - zgodnie z prawem - w każdej szkole powinien działać uczniowski samorząd, właśnie pierwsza forma demokratycznego uczestnictwa.
Tylko w mniejszości szkół samorządy działają, a jeśli nawet istnieją, to rzadko traktowane są przez dyrekcję i nauczycieli tak, jak na to zasługują: jako rzeczywista, zinstytucjonalizowana reprezentacja uczniów, a przy tym - szkoła demokratycznych zachowań, służąca m.in. do wyrobienia poczucia obywatelskiej odpowiedzialności. Dalej, badanie moich kolegów pokazało, że wcale nie tak wielu nauczycieli jest przekonanych, iż jednym z zadań wychowawczych szkoły jest przygotowanie uczniów do samodzielnego, obywatelskiego życia, że powinno się kształtować postawy prodemokratyczne. Pokolenie młodzieży, wychowywane przez szkołę III Rzeczypospolitej nijak nie przypomina tej ofiarnej, patriotycznej - w najlepszym sensie - i wyraźnie prodemokratycznie nastawionej młodzieży, jaką wychowała II Rzeczpospolita, wszak mająca sama ciągłe kłopoty z systemem demokratycznym! Zamęt co do ideałów wychowawczych i brak zainteresowania szkoły kształtowaniem uczniów na świadomych obywateli w dużym stopniu przypisałbym ciągłości między PRL a Rzecząpospolitą.
Ale zapewne nie jest to wyjaśnienie jedyne. Wychowanie domowe - co potwierdzają także nowsze badania - również nie formuje młodych obywateli11 . Analizy Mirosławy Grabowskiej i Tadeusza Szawiela pokazują, że o ile ideały rynkowe - i stosowne zachowania - są znane i akceptowane, o tyle tylko w szczególnej kategorii rodzin kształtuje się pozytywne postawy wobec demokracji. Dotyczy to naprawdę znikomego odsetka polskich rodzin, w których oboje rodzice posiadają wyższe wykształcenie.
Ten fakt wiązałbym właśnie ze zwycięstwem cynicznej filozofii polityki. Jest to obraz świata bardzo wpływowy, ma on zdecydowany wpływ na praktyki wychowawcze i w domu, i w szkole. Kształtuje postawy zdecydowanie egoistyczne, konkurencyjne i - w najlepszym razie - aspołeczne. I chociaż nasza młodzież jest aktywna, pełna rozsądku, zdecydowanie tolerancyjnie nastawiona wobec inności i różnorodności, to nie widzi potrzeby współpracy z innymi, nie potrafi tego, a tym bardziej nie czuje wewnętrznej potrzeby działania na rzecz innych. Co więcej, przywoływane badanie dowodzi, że większość młodych ludzi wychowuje się w rodzinach kochających i dbających o nich rodziców, ma dobry z nimi kontakt (choć o wiele lepszy z matkami niż z ojcami) i nie czuje najmniejszej potrzeby buntu. Zainteresowana jest swoją karierą i - co może przełamuje ten egoistyczny wzorzec - bardzo nacelowana na towarzyskie kontakty, na życie w interesującej grupie przyjaciół. Ci natomiast, którzy wykazują zainteresowanie sprawami społecznymi, którzy włączają się w różne rodzaje pracy dla innych, to osoby mające wyraźny deficyt rodzinnego ciepła i bliskości z rodzicami. Postawy i działania prospołeczne młodych ludzi wydają się więc w dużym stopniu szukaniem rekompensaty za niedostatek domowego ciepła. W domach, gdzie mamy dominującą rolę kochających matek, wzrasta pokolenie miłych na ogół ludzi, dla których wszelkie formy życia obywatelskiego, a choćby obywatelska świadomość, to coś raczej obcego.
Są, oczywiście, wyjątki od tego obrazu, koniec końców każda ważniejsza partia polityczna w Polsce ma swoją "młodzieżówkę". Ale dla ich członków przynależność oznacza wybór kariery życiowej, a nie efekt młodzieńczego zaangażowania w walkę o jakieś społeczne ideały. Ci młodzi to zawodowcy polityki. Siła oddziaływania cynicznej wizji świata społecznego jest doprawdy imponująca. A brakowi elementu obywatelskiego w wychowaniu wyraźnie sprzyja fakt, iż to matki są główną instancją pedagogiczną. Brak ojców tutaj też się uwidacznia. Nic więc dziwnego, że nazwałem ten ostatni paragraf "smutną konkluzją"...
IRENEUSZ KRZEMIŃSKI, ur. 1949, prof. dr hab., wykładowca socjologii UW.
Przypisy:
1 Doskonałego potwierdzenia tej tezy dostarczyły zrealizowane w 1997 roku badania w Mławie i Szczecinku. Por. Ireneusz Krzemiński, Paweł Śpiewak, Druga rewolucja w małym mieście, Oficyna Naukowa, Warszawa 2001.
2 Trzeba zwrócić uwagę, że odsetek uczestniczących w wyborach - szczególnie samorządowych - jest w Polsce niezwykle niski, niższy niż w takich krajach jak Czechy czy Węgry.
3 "Antyobywatelskie" w sensie zminimalizowania uczestnictwa w nowym ładzie państwowym i braku poczucia odpowiedzialności zań. W dokładniejszym i szerszym ujęciu spraw "obywatelstwa" i "obywatelskości" trudno nie uznać zasług Kościoła.
4 Mirosława Grabowska, Demokracja - teorie i społeczne nastawienia, "Civitas" 1998, nr 2. Por. również Mirosława Grabowska, Tadeusz Szawiel, Budowanie demokracji, PWN, Warszawa 2001.
5 Mianem "stanu wojennego" określam całe lata 80. aż po "okrągły stół", bo lata te stanowiły właściwie jeden okres. Chociaż formalnie stan wojenny zniesiono stosunkowo szybko, zniknęła godzina policyjna i komunikat w telefonie o podsłuchiwaniu rozmowy, nikt nie wątpił, że rozmowy podsłuchuje się nadal, a poruszanie się nocą oznaczało pewne spotkanie z patrolem wojskowo-milicyjnym. Zresztą sam mechanizm władzy nie uległ w tym okresie zmianie.
6 Świetnie zilustrował tę tezę Jan Gross w książce o Generalnej Guberni w latach okupacji, Polish Society under German Occupation. The Generalgovernment 1939-1944, Princeton Univ., Princeton 1979. Przy okazji warto zwrócić uwagę, że z książki tej wyłania się nieco inny obraz polskiego społeczeństwa niż z pracy o Jedwabnem.
7 Por. Grzegorz Ekiert, Jan Kubik, Rebellious Civil Society. Popular Protest and Democratic Consolidation in Poland, 1989-1993; University of Michigan 1999.
8 Można się tu odwołać przede wszystkim do badań Stefana Nowaka, zrealizowanych przez OBOP w 1965 roku, Przemiany społecznej struktury w świadomości społecznej oraz późniejsze badania warszawsko-kieleckie Ciągłość i zmiana tradycji kulturowej, pod red. S. Nowaka, PWN, Warszawa 1989.
9 Por. Ireneusz Krzemiński, Dobry ustrój a tworzący się ład społeczny, w: Druga rewolucja w małym mieście, op. cit.
10 Młodzież szkolna o rynku i demokracji, pod red. Krzysztofa Koseły, Wydawnictwo Oficyna Naukowa, Warszawa 1998.
11 O innych badaniach na temat nieobywatelskiego nastawienia młodego pokolenia pisał Paweł Śpiewak. Por.: Pokolenie bez obywateli, "Tygodnik Powszechny", nr 44/2001.
|