70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kruchość

Poczucie kruchości jest dla mnie czymś szczególnie europejskim. Jesteśmy kontynentem małych narodów. Wojny i tragedie nauczyły nas, że konieczne są kompromis i szukanie porozumienia w świecie podzielonych racji.

Michał Jędrzejek: Jak dzień po referendum z 23 czerwca przyjął Pan informację, iż Brytyjczycy zdecydowali się opuścić Unię Europejską?

Aleksander Smolar: Z głębokim smutkiem, ale bez zaskoczenia. Od pewnego momentu byłem przekonany, że taki będzie rezultat głosowania. Mimo iż większość Brytyjczyków nie jest w istocie przeciwna Unii, to – jak to zazwyczaj bywa w referendach – ich decyzja była wynikiem protestu wobec różnych zjawisk, często odległych od pytania, które zostało zadane.

 

Przeciwko czemu zaprotestowali mieszkańcy Wielkiej Brytanii?

Po pierwsze, przeciwko polityce zaciskania pasa prowadzonej przez konserwatywny rząd Davida Camerona. Za wyjściem głosowały w większości regiony i grupy społeczne, które tradycyjnie popierały Partię Pracy i które zostały najbardziej dotknięte kryzysem gospodarczym. Mimo coraz lepszych wyników brytyjskiej gospodarki część klasy robotniczej i niższej klasy średniej odpowiedziała w ten sposób na brak odczuwalnej poprawy swojej sytuacji.

Po drugie, niewątpliwie zaprotestowano przeciwko migracji. Nie chodziło jednak o migrantów z Bliskiego Wschodu ani z Azji, którzy z powodów tradycji imperialnych są w Wielkiej Brytanii od dawna obecni, a ich liczba jest kontrolowana przez państwo. Sprzeciw wywołała niekontrolowana imigracja z Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza z Polski. Ma ona rzeczywiście bezpośredni związek z Unią Europejską, ponieważ jest konsekwencją unijnej zasady wolnego przepływu osób. W nadchodzących negocjacjach dotyczących zasad wyjścia z Unii rząd brytyjski będzie chciał zachować przywileje i zyski płynące z wolności przepływu kapitału, dóbr i usług, lecz ograniczyć napływ ludzi.

Niechęć do migrantów, która miała istotny wpływ na wynik referendum, ma dwa wymiary: kulturowy i ekonomiczny. Wiele interesujących świadectw pokazuje kulturowe poczucie obcości wśród mieszkańców małych angielskich miasteczek, którzy w dawniej odwiedzanych pubach nie słyszą już prawie rodzimego języka.

Jednocześnie część pracowników oskarża przyjezdną siłę roboczą o doprowadzenie do obniżenia płac. Wymiar ekonomiczny imigracji pozostaje często zmistyfikowany – a w kampanii przed referendum pojawiło się na ten temat wiele fałszywych informacji – ponieważ w rzeczywistości przybysze podejmują się prac, których Brytyjczycy nie chcą sami wykonywać. Strach przed migrantami pojawia się również tam, gdzie nie stanowią oni dużej grupy, więc ma on często charakter zapożyczony i uogólniony.

Po trzecie, pewną rolę odegrało poczucie brytyjskiej odrębności i suwerenności. Wielka Brytania nie podzieliła doświadczenia większości państw Europy kontynentalnej z czasów II wojny światowej – poczucia klęski, kolaboracji z okupantem, traumy Holokaustu. W związku z tym uczestnictwo w projekcie europejskim dla Brytyjczyków nie było – jak np. dla Francuzów i Niemców – związane z wartością przezwyciężania wojennych podziałów, lecz wynikało z oczekiwania ekonomicznych korzyści. Gdy Wielka Brytania przyłączyła się w 1973 r. do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG), przeżywała okres upadku, a kraje kontynentalne były sferą dynamicznego rozwoju. Dziś te korzyści z członkostwa w Unii mogą wydawać się wątpliwe.

 

Jak – kilka miesięcy po referendum – ocenia Pan jego polityczne konsekwencje?

Nie wiemy dziś wiele więcej niż bezpośrednio po ogłoszeniu wyników. Zdumiewający jest fakt zupełnego nieprzygotowania brytyjskiej klasy politycznej – zwłaszcza zwolenników wyjścia z UE – do zaproponowania dalszych działań. Odejście jednego z największych i najpotężniejszych państw z całą pewnością oznacza osłabienie i przyspieszenie prowincjonalizacji czy „szwajcaryzacji” Europy w międzynarodowych rozgrywkach. Wielką Brytanię – oprócz potencjału ekonomicznego – wyróżnia siła militarna. Obok Francji to jedyny kraj unijny, który myśli w kategoriach globalnych i jest zdolny do działań wykraczających poza obszar swojego bezpośredniego sąsiedztwa. Zwróciłbym też uwagę na jeszcze jeden aspekt: Wielka Brytania reprezentuje najdłuższą i najbogatszą na świecie tradycję demokracji liberalnej oraz gospodarki wolnorynkowej (choć nierezygnującej z istotnej roli państwa). Jej odejście może doprowadzić do zachwiania unijnej równowagi na korzyść modelu etatystycznego oraz – być może – mniej rygorystycznego podejścia do państwa prawa. Brexit jest więc również poważnym zmartwieniem dla sympatyków politycznego i ekonomicznego liberalizmu na kontynencie.

 

A czy dostrzega Pan na horyzoncie kolejne państwa, które mogą podążyć śladem Brytyjczyków?

Niekiedy wymienia się w tym kontekście Szwecję czy Danię, które są bardzo zamożne, nie należały do grona założycieli UE i mają dość silne związki z Wielką Brytanią. Referendum w sprawie wyjścia proponują też skrajnie prawicowi politycy w innych krajach Europy: Norbert Hofer w Austrii i Marine Le Pen we Francji. Pod tym względem konsekwencje Brexitu wydają się ambiwalentne. Z jednej strony, Wielka Brytania wykonała krok, który w większości państw nie był dotąd nawet poważnie rozważany, a teraz stał się realną alternatywą polityczną. Jeśli uda się jej wynegocjować dobre warunki rozstania z Unią, a prognozy o stratach gospodarczych i politycznej samoizolacji okażą się nieprawdziwe, inne państwa mogą wziąć z niej przykład. Czarne przepowiednie – których nie podzielam – mówią, że w Unii zostaną wyłącznie Niemcy i opierające się na nich słabsze państwa. Z drugiej strony jednak, niektóre badania opinii publicznej pokazują, że po Brexicie wzrosła identyfikacja europejskich społeczeństw z Unią. W warunkach niepewności na powrót uświadomiono sobie wartość bycia razem. Choć może się okazać, że jest to tylko zjawisko przejściowe.

Niewątpliwie nastąpiła poważna zmiana w myśleniu o integracji europejskiej. Wspólna Europa długo jawiła się jako projekt optymistyczny, który ma przed sobą dobrą przyszłość polegającą na pogłębianiu wewnętrznej jedności i przyjmowaniu nowych członków. Choć wciąż wiele państw chciałoby do Unii dołączyć – Ukraina, kraje bałkańskie, Turcja – to jednak po Brexicie dominującą emocją jest obawa przed powolnym kurczeniem się Unii.

 

Pesymizm płynie również z faktu, że Brexit jest tylko jednym punktem na mapie europejskich kryzysów – obok kryzysu migracyjnego, problemów strefy euro, brutalnych aktów terroryzmu i wojny na Ukrainie. Kiedy właściwie słowo „kryzys” zrobiło taką karierę w dyskusjach o Unii? Zaproponowałbym hipotezę, że cezurą są lata 2004–2005, gdy doszło zarówno do ostatniego spektakularnego sukcesu, czyli przyjęcia dziesięciu nowych członków (co stało się też źródłem istotnych problemów), jak i do poważnej porażki – odrzucenia w referendach tzw. Konstytucji dla Europy i zablokowania dalszej politycznej integracji.

Z Unią jest podobnie jak z demokracją, czyli o kryzysie pisze się właściwie od samych jej początków. Już w latach 80. na okładce „The Economist” pojawił się nagrobek wspólnot europejskich. Dominowało wówczas poczucie dekadencji i braku perspektyw. Zmieniło się to jednak, gdy przewodniczącym Komisji został Jacques Delors, który zaproponował nowe integracyjne pomysły, a rok 1989 przyniósł falę optymizmu i poczucie, iż w historycznej rywalizacji ze Związkiem Radzieckim to Zachód odniósł wspaniały sukces. Rzeczywiście, pewną cezurę dla dzisiejszych kryzysów stanowią wspomniane przez Pana wydarzenia. Dodałbym do nich rozpoczętą w 2003 r. wojnę w Iraku, która mocno podzieliła europejskie stolice.

Wielkie rozszerzenie dało nowym członkom szansę na przyspieszenie i awans cywilizacyjny, jednakże w niektórych krajach starej Unii wzbudziło, niezauważony u nas, niepokój. Istotną przesłanką odrzucenia konstytucji europejskiej w referendum w Holandii było swoiste poczucie wydziedziczenia. Holandia, od samych początków będąca częścią wspólnoty europejskiej, nagle zaczęła mieć mniejsze znaczenie niż np. Polska, na której rozwój – paradoksalnie – musi łożyć duże środki. Rozszerzenie i decyzja o otwarciu brytyjskiego rynku pracy dla Polaków już w 2004 r. stały się też jedną z przyczyn Brexitu.

Rezygnacja z projektu konstytucji, mimo iż traktat lizboński przejął jej podstawowe zapisy, była momentem załamania politycznej integracji w jej dotychczasowym kształcie. Przygotowując tekst konstytucji, Valéry Giscard d’Estaing jako ostatni ważny polityk europejski poważnie proponował powołanie Stanów Zjednoczonych Europy. Choć nie można wykluczyć w przyszłości federalnej integracji niektórych państw dzisiejszej Unii, to sam taki postulat w zdecydowanej większości państw członkowskich zostałby obecnie odebrany jako prowokacja.

 

Na jakie aspekty warto zwrócić uwagę w analizie aktualnych wyzwań dla Unii Europejskiej?

Jest to gąszcz rozmaitych i złożonych procesów, a wymienione przez Pana kryzysy tworzą coś, co Anglosasi nazywają perfect storm – sytuację, w której w jednym czasie zbiegają się wszystkie możliwe zagrożenia. Z każdym z tych kryzysów oddzielnie Unia mogłaby sobie poradzić, ich współwystępowanie budzi jednak uzasadniony niepokój.

Chciałbym, żeby nasza klasa polityczna i intelektualna potrafiła częściej dokonywać analizy problemów Europy w kontekście procesu globalizacji – stale rosnących współzależności ekonomicznych i społecznych między Europą i innymi częściami świata. W tej perspektywie można dostrzec, że europejska stagnacja gospodarcza wywołująca wzrost sił populistycznych wiąże się z przepływem kapitału i przesunięciem miejsc pracy do Azji, kryzys migracyjny jest częścią masowych przemieszczeń ludności, w którym Europa uczestniczy tylko w niewielkim stopniu, zagrożenie zaś ze strony Rosji, wyrażone w agresji na Ukrainę, ma istotny wymiar globalny: wynika z próby przeciwstawienia się sile USA oraz rosnącej potędze Chin.

Związek globalizacji z doświadczeniem kryzysu i sukcesami sił skrajnej prawicy dobrze widać we Francji. Front Narodowy zyskuje na znaczeniu dzięki poczuciu – w dużym stopniu uzasadnionemu – powolnej degradacji Paryża. Ma ona wiele przyczyn. Po pierwsze, jest wynikiem przesunięć geopolitycznych po 1989 r. Francja w planie globalnym skutecznie wygrywała do tego czasu napięcia między USA i ZSRR, a w planie europejskim, wobec politycznej słabości Niemiec, kierowała w istocie procesami integracji. Po upadku Związku Radzieckiego i zjednoczeniu Niemiec pole manewru Paryża uległo dramatycznemu skurczeniu. Po drugie, z powodu swojej tradycyjnej, opartej na państwie, polityce gospodarczej, Francja z coraz większym trudem radziła sobie w warunkach globalnego rynku. Również w Unii Europejskiej – zbudowanej przecież na francuskiej kulturze biurokratycznej – maleją dziś wpływy Paryża. Prawica zręcznie odwołuje się do urażonej narodowej dumy i wskazuje na Unię jako istotne źródło swoich porażek. UE zamiast ochraniać Europę przed skutkami globalizacji – zarzut często powtarzany we Francji – stała się w istocie narzędziem pogłębiania globalizacji i jej negatywnych skutków.

 

Czy odnoszące sukcesy w wyborach lokalnych i europejskich, Front Narodowy, Partia Niepodległości i Alternatywa dla Niemiec, a także partie Viktora Orbána i Jarosława Kaczyńskiego, które zdołały utworzyć większościowe rządy, mają jakiś wspólny rdzeń? A może łączenie tych rozmaitych zjawisk jest daleko idącym uproszczeniem?

Wszystkim wymienionym partiom, najczęściej bliskim mniej lub bardziej skrajnej prawicy, można zasadnie przypisać populizm, podobnie jak hiszpańskiemu Podemos czy greckiej Syrizie, kojarzonym z lewicą. Populizm nie oznacza w tych przypadkach odrzucenia demokracji, lecz walkę z liberalną demokracją w imię bardziej bezpośredniej władzy ludu.

Tak rozumiana demokracja ludowa podważa dorobek myśli liberalnej, czyli ograniczanie politycznej arbitralności rządów większości w celu ochrony praw mniejszości i jednostek. W imię poszerzania pola decyzji politycznych dąży się do pomniejszenia znaczenia instytucji stojących na straży tych ograniczeń: przede wszystkim sądu konstytucyjnego (u nas Trybunału) i banku centralnego. Najlepiej widać to na Węgrzech i w Polsce. Wszędzie też można dostrzec – motywowane ideałem demokracji bezpośredniej – coraz częstsze sięganie po referenda. Dziś w 8 krajach europejskich współrządzą już populiści, a Europejczyków czeka w najbliższym czasie ponad 30 referendów (właśnie odbyło się referendum w kwestii przyjmowania uchodźców na Węgrzech). Jest to wyraz dążenia do osłabienia parlamentaryzmu i kontrolnej funkcji sądownictwa. Parlament służy reprezentacji obywateli, ale ma też za zadanie ograniczyć wpływ emocji, aby kierować się interesami całości, biorąc pod uwagę wielorakie ograniczenia, wewnętrzne i zewnętrzne, które trudno jest dostrzec zwykłym obywatelom. Referenda bywają zatrutym ziarnem demokratycznej ekspresji. I nie jest sprawą przypadku, że zostały one zakazane w powojennej Republice Federalnej ze względu na obawę przed użyciem ich przez demagogów do legitymizacji autorytarnych rządów.

Istnieją w Europie siły skrajnej prawicy i – znacznie słabsze – siły skrajnej lewicy. Reagują one na negatywne aspekty procesów globalizacyjnych, a w Polsce i na Węgrzech na społeczne koszty transformacji, będącej naszym kawałkiem globalizacyjnego tortu. Odrzucam jednak porównania dzisiejszej Europy do Starego Kontynentu z lat 30. Wówczas dominowały ekspansjonistyczne ruchy antydemokratyczne głoszące totalitarne ideologie. Dzisiejsze ugrupowania populistyczne charakteryzuje zaś wątły wymiar ideowy oraz duża komponenta pragmatyzmu i izolacjonizmu.

 

Źródłem sukcesów populistów jest również głośno wyrażany sprzeciw wobec dotychczasowych elit. Dlaczego znajduje on tak silny odzew w wielu społeczeństwach?

Od elit politycznych oczekujemy zazwyczaj dwóch rzeczy: zapewnienia bezpieczeństwa oraz urzeczywistnienia sprawiedliwości. Dzisiaj z powodów strukturalnych i przyspieszenia przemian ekonomicznych i społecznych rządzący nie są w stanie spełnić tych oczekiwań. Nawet w zamożnych społeczeństwach – na fali dyskusji o globalnych nierównościach wywołanej m.in. przez Kapitał w XXI wieku Thomasa Piketty’ego – rośnie poczucie głębokiej niesprawiedliwości w podziale wspólnie wypracowywanych dochodów.

Współczesne elity można porównać więc do arystokracji, której kondycję u kresu epoki monarchii absolutnych analizował Alexis de Tocqueville w Dawnym ustroju i rewolucji. Na skutek polityki królewskiej arystokracja została zmuszona do życia na dworze, porzucając wcześniej pełnione wobec poddanych funkcje: troskę o bezpieczeństwo i sprawiedliwość wedle uznawanych wówczas norm. Spędzając czas wyłącznie na zabawach na dworze królewskim, arystokracja jawiła się reszcie społeczeństwa jako grupa bogatych, szkodliwych trutni eksploatujących lud. Obawiam się, że podobnie oceniane są dzisiejsze elity. Wzmacniają i wykorzystują to populiści – mimo iż sami są niekiedy zamożnymi członkami elity – stylizując się na pełnoprawnych reprezentantów grup wykluczonych.

 

Ma Pan nadzieję na pojawienie się wybitnych przywódców, którzy przedstawią śmiałą i przekonującą wizję przyszłości Europy?

Nie. Owszem, czuję nostalgię za wielkimi powojennymi mężami stanu – Winstonem Churchillem, Charles’em de Gaullem, Konradem Adenauerem, czy Alcide de Gasperim – i politycznymi wizjonerami takimi jak Jean Monnet. Potrafili oni połączyć konkretne projekty integracji zachodniej części kontynentu z głęboką wrażliwością moralną na zło, którego Europa doznała przez dziesięciolecia wojen i z powodu doświadczenia totalitaryzmów.

Ich wizja opierała się na czynnikach, które dziś są nieobecne, i dlatego trudno wyobrazić sobie powstanie projektów o podobnym rozmachu. Głównym z tych czynników był strach: przed ponowną wojną, przed powrotem totalitaryzmu, przed radykalnymi nacjonalizmami znanymi z lat 30.; przed Związkiem Radzieckim, ale i przed odbudowującymi się Niemcami. Dziś Europejczycy nie boją się ani wojny (wydaje się ona możliwa co najwyżej na jej peryferiach), ani nacjonalizmów – choć mamy do czynienia z ich powrotem, to w formie stosunkowo łagodnej i defensywnej.

Paradoksalnie, spełnienie marzenia o pokoju i o braku zewnętrznego zagrożenia osłabiło proces integracji. Nie chciałbym jednak, aby pogłębiał się on poprzez konfrontację z nowym wrogiem – np. z Rosją. Liczę raczej na to, że w długiej perspektywie Rosja, m.in. przez wzgląd na wspólne dziedzictwo europejskiej kultury, będzie zbliżać się do Unii.

Nie tylko zniknął więc dziś mobilizujący strach, ale brakuje również innych motorów, które służyły zacieśnianiu więzi. Unia nie przyciąga już ani swoim gospodarczym dynamizmem (wydaje się wręcz wchodzić w okres długotrwałej stagnacji w stylu Japonii), ani postępami politycznej integracji.

 

Jakie są zatem – mimo wszystkich kryzysów – czynniki, które wciąż spajają europejską wspólnotę?

Bodźce skłaniające do dalszej integracji są dziś słabe. Po pierwsze, Unię podtrzymuje z pewnością samo jej istnienie i to, że nasze społeczeństwa są przyzwyczajone, by żyć razem i korzystać z możliwości studiowania, podróżowania i pracy w innych częściach Europy. Po drugie, czynnikami wzmacniającymi wzajemne więzi są kapitał i międzynarodowe firmy działające na terenie wielu krajów europejskich. To jednak słaby bodziec, można sobie bowiem wyobrazić, że wielkie korporacje będą sprawnie funkcjonować nawet przy postępującym rozpadzie politycznych struktur Unii. Po trzecie, do pogłębionej integracji powinny skłaniać nas globalne wyzwania. Dziś nawet największe państwa europejskie są małymi graczami wobec USA, Chin czy Indii. Poważne problemy – takie jak kryzys migracyjny – wymagają solidarnego współdziałania całej Unii. Niestety, jest to wciąż bardziej kwestia naszych oczekiwań niż rzeczywistości.

Oczywiście w szerszym planie Europę łączy znacznie więcej: wspólna kultura, tradycja, filozofia państwa i prawa. Dla mnie czymś szczególnym jest też europejskie poczucie kruchości. Jesteśmy kontynentem małych narodów, bo nawet duże europejskie państwa w skali świata są niewielkie. Ta kruchość to również dzieje nieustannych wojen, konfliktów i tragedii, które – przynajmniej po II wojnie światowej – nauczyły nas, że konieczne są kompromis i szukanie porozumienia w świecie wielorakich interesów, odmiennych historii i tożsamości, podzielonych racji. Niestety, nie widać tego w Polsce i w tym sensie nasza kultura polityczna jest mało europejska. Świadomość wagi pojedynczego ludzkiego życia oraz naszych indywidualnych wyborów widoczna jest zwłaszcza w tradycji liberalnej skupiającej się na ochronie jednostki. Jej oddziaływanie widać w Europie niemal na każdym kroku.

Dlatego też szokują mnie wypowiedzi wielu ludzi prawicy w Polsce, którzy z takim lekceważeniem, ironią, a nawet pogardą mówią dzisiaj o Zachodzie. W naszym kraju istniały mniejszościowe nurty antyokcydentalistyczne, ale przez wieki punktem odniesienia i źródłem marzeń była Europa Zachodnia. Język, który dziś słyszę na polskiej prawicy, coraz bardziej przypomina mi ton XIX-wiecznych rosyjskich słowianofili i ich współczesnych kontynuatorów. Poczucie wyższości i oskarżenia o głoszenie ideologii multi-kulti, o dekadencję i o relatywizm stanowią dziś toposy Putinowskiej krytyki zachodniej kultury. Nie twierdzę, że polska prawica jest proputinowska – w większości bowiem sprzeciwia się polityce Putina – dzieli z nim jednak wspólny języki i podobne spojrzenie na „dekadencję” Europy Zachodniej. To jest główne źródło sympatii okazywanej współczesnej Rosji przez populistyczną prawicę w Europie i w USA.

Jestem przekonany, że Europa to miejsce, w którym dokonuje się autentyczny postęp tolerancji i otwartości, choć dla wielu ludzi zaakceptowanie tych zmian ze względów obyczajowych i kulturowych może być trudne. Owszem, północno-zachodnia Europa różni się od innych części świata – w tym od Polski – pod względem religijności. Myślę jednak, że gdyby religijność mierzyć stosunkiem do drugiego człowieka, a nie do idei Boga, to Polska miałaby wciąż sporo do nauczenia się od wielu zsekularyzowanych państw Europy Zachodniej. Podróżując wciąż między Polską a Francją, odczuwam to dotkliwie w życiu codziennym.

 

W wyniku wydarzeń marcowych wyemigrował Pan z Polski na początku lat 70. i przez blisko 20 lat przebywał na emigracji, głównie we Francji. Jak wtedy postrzegał Pan kontrast między Polską i Europą Zachodnią? Jak podchodził Pan do idei integracji europejskiej?

Emigracja jest chorobą i większość emigrantów z trudem znosi oderwanie od swojego kraju – mimo dostępu do polskich książek i czasopism czy telefonicznych rozmów z przyjaciółmi. Choć może lepiej powiedzieć, że jest to nie choroba, lecz kryzys. Bardzo lubię amerykańskie powiedzenie, które można by zastosować również do dzisiejszej sytuacji w Europie: kryzys jest rzeczą zbyt cenną, by go zmarnować.

W moim przypadku emigracja była również wyjątkową szansą. Po okresie przejściowym we Włoszech zamieszkałem we Francji, w której znalazłem się w bardzo twórczym, konserwatywno-liberalnym centrum intelektualnym skupionym wokół Raymonda Arona – wielkiego filozofa i socjologa, specjalisty do spraw międzynarodowych. Poznałem przedstawicieli wielu innych środowisk. Przez 20 lat byłem członkiem redakcji znakomitego personalistycznego miesięcznika „Esprit”. Pamiętam też, jak mieszkając przez parę lat w Aix-en-Provence, uczestniczyłem w spotkaniach dyskusyjnych tamtejszych młodych jezuitów, którzy szokowali mnie swoją lewicowością.

Od początku byłem emigrantem politycznym, w tym sensie, że żyłem sprawami polskimi. Razem z rodziną i przyjaciółmi stworzyliśmy i przez wiele lat prowadziliśmy kwartalnik intelektualny i wydawnictwo Aneks, publikując teksty wybitnych polskich i zachodnich autorów (archiwum dostępne na stronie „Kultury Liberalnej”). Zadziwiało mnie zawsze, że ludzie przyjeżdżający do nas z Polski chętnie mówili o kraju, a bardzo rzadko zadawali pytania dotyczące Francji czy stosunków międzynarodowych. Nauczyłem się wtedy – i mam nadzieję, że zachowałem tę zdolność do dzisiaj – patrzeć na Polskę z wewnątrz i z zewnątrz. Moich przyjaciół niekiedy wręcz ranił mój sposób analizowania polskich spraw; Adam Michnik zarzucił mi kiedyś, że mam zimne spojrzenie ichtiologa. Nie był to dystans emocjonalny, lecz raczej próba dostrzeżenia złożoności naszej sytuacji. Na Polskę chciałem patrzeć z zachodniej perspektywy, na Zachód zaś z polskiej, co także sprawiało trudności przez konieczność konfrontowania się z rozmaitymi drażniącymi stereotypami.

Być może jednym ze źródeł moich proeuropejskich pasji była żydowska część mojej tożsamości. W pewnym wywiadzie Leszek Kołakowski wspomina, że zapytał kiedyś swojego belgijskiego przyjaciela, czy w Belgii oprócz Walonów i Flamandów są jeszcze jacyś Belgowie. Ten zaś odpowiedział, że jest trochę polskich Żydów, więc oni pewnie czują się Belgami. Kiedyś Tomasz Masaryk, ojciec niepodległej, należącej już do przeszłości Czechosłowacji, mówił podobnie: jedynymi Czechosłowakami są miejscowi Żydzi. Te żartobliwe świadectwa mówią coś o naturalnym utożsamianiu się mniejszości etnicznych z krajem jako całością – albo w przeszłości z imperium – i z ideałem zintegrowanej Europy. Zapewne jednym ze źródeł jest tu obawa przed nacjonalizmem.

Z pewnością jednak nie było to ani jedynym, ani najważniejszym źródłem mojego pragnienia, by Polska stała się bardziej otwarta na zachodnią Europę. Zachód ciągle ma nam wiele do zaoferowania. Nie tylko bezpieczeństwo i zamożność, ale również sposób życia, jakość instytucji oraz kulturowe i duchowe bogactwo.

Dlatego dzisiejsze próby, nawet częściowego, odwracania Polski od Europy wydają mi się kaleczeniem Polski i ograniczaniem jej szans.

 

Nie wierzy Pan zatem, że liczne kryzysy doprowadzą do wieszczonego wciąż końca Europy, a przynajmniej końca Europy, jaką znamy?

Oczywiście kolejna europejska tragedia może być wynikiem nieświadomego procesu – podobnie jak I wojna światowa – złej komunikacji, przypadku, splotu nieszczęśliwych okoliczności. Koniec może też – trochę jak w pięknym wierszu Piosenka o końcu świata Czesława Miłosza – następować niemal niezauważalnie, krok po kroku, choćby przez powolne odwracanie się kolejnych państw od Unii. Brexit już pokazał, że wspólne więzy i struktury, które wydają się bardzo stabilne, bywają zaskakująco łatwe do zerwania. Również na Unię powinniśmy patrzeć przez pryzmat tego europejskiego poczucia kruchości.

Osobiście jestem jednak przekonany, że Unia w najbliższym czasie nie zniknie. Być może podzieli się na mocniej zintegrowany rdzeń, w którym pozostanie część państw, oraz na okalający je krąg wolnego rynku, w którym znajdą się Brytyjczycy, a może również Ukraińcy i Turcy. Ten rdzeń będzie wówczas podejmował decyzje mające bezpośredni wpływ na kraje sąsiednie. Jest w interesie Polski i Polaków, abyśmy byli jego częścią. A to zależy od wyborów, których dokonujemy codziennie, i od wyborów, których dokonują ludzie rządzący naszym krajem.

_

Aleksander Smolar – Politolog, publicysta, prezes zarządu Fundacji im. Stefana Batorego.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata