70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il.: Klawe Rzeczy / fot.: archiwum prywatne

Kronika olsztyńska tłumacza

Pedałuję, próbując przekładać z pamięci – to przyspieszając, to zwalniając. Myślę, że w przekładzie widać, w których miejscach pędziłem, a w których zwalniałem tempo.

Tłumacz (mea maxima culpa) napisał dwa listy, i to wystarczyło, by znaleźć się w Leśniczówce Pranie, jedynym obecnie muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Pierwszy list – do mojego polskiego kolegi po fachu Adama Pomorskiego, a drugi do dyrektora muzeum (i poety) Wojciecha Kassa. Dalej wszystko jakby potoczyło się samo. I za to właśnie „samo” najserdeczniej dziękuję! A dalej dziękować będę już tylko Gałczyńskiemu.

Miejsce słynne, bez dwóch zdań. Miejsce, w którym genialny poeta znalazł bezpieczną przystań na trudne czasy i spędzał letnie miesiące przez cztery ostatnie lata życia. Miejsce, w którym pisało mu się fantastycznie – kilka „szczytów” polskiej poezji wyrosło właśnie tutaj. Tłumacz zatem również żywił nadzieję, że niechybnie znajdzie tu swoją strefę promieniowania natchnienia – i zakończy pracę nad tomem z przekładami Gałczyńskiego na białoruski.

 

Jak należy podróżować na Mazury

Droga z Mińska nad mazurskie jeziora to dopiero wielopoziomowa gra terenowa! Aby przeszła niezauważenie, najlepiej zacząć przekładać już w autobusach, konwertując kilometry na wersy. Powiedzmy, z Mińska do Wilna równo osiem strof. (Albo jeden list – List do dziewczyn z drukarni. Mam nadzieję, że kilka ślicznotek z wydawnictwa i księgarni Łohwinau weźmie coś z tego do siebie i nie poskąpi przyszłej książce serca i pieszczoty).

A tymczasem z Wilna do Olsztyna – tylko pięć wersów. Strofy jadą (czy idą?) z większym trudem. Może dlatego, że poeta sprawdza, czy do twarzy mu ze śmiercią (w swoim nadzwyczajnym wierszu Liryka). Na Walcu Piętnastym Brahmsa zaczęły się przemysłowe dzielnice Olsztyna. W pół do czwartej nad ranem. Pociąg do Rucianego-Nidy dopiero o świcie, a do świtu trzeba doczekać. Świecący pustkami dworzec autobusowy, na którym po prostu nie przewidziano miejsc siedzących. Bo i po co, skoro człowiek i tak pójdzie na stację benzynową? Tam znajdzie kawę, Wi-Fi i ostatnie strofy Liryki.

 

Jeśli chcesz coś napisać o śmierci (albo przetłumaczyć czy po prostu porządnie przemyśleć temat), posiedź jedną noc na stacji benzynowej.

 

No, bardzo samotna pompa

Sześć kilometrów od muzeum wychodzą mi na spotkanie szanowny dyrektor i jego przemiła żona Jagienka, a już w samym muzeum – „ona” we własnej osobie, Samotna Pompa. Myślę, że ta właśnie, z ul. Chryzopompa. Ta, która powracała w snach poety i nie pozwoliła oszaleć w niemieckim obozie zaplątana między wierszami jednej z dwóch książek, jakie miał w swoim dobytku, antologii Lewisa Carrolla. Gałczyński zawsze nosił ją w plecaku. Carrolla uważał za „największego poetę” i przyrzekł, że napisze balladę o pompie. Jeśli przeżyje. Przeżył. Obietnicy dotrzymał.

Dzisiaj pompa stoi koło letniej kuchni (w której mieszkam przez cztery dni). Pomalowana na ulubiony kolor poety, zielony. Oczywiście niczego już nie pompuje. Zdaje się, że z tego właśnie powodu – co zbiegło się z moim przyjazdem – w muzeum zabrakło wody. I nie zjawiła się ani kropelka, dopóki nie wpadłem na to, żeby dwukrotnie przeczytać pompie balladę. W oryginale i po białorusku. Woda popłynęła, a wraz z nią prąd, kiedy doszedłem do „szczeniąt i kociąt” (których zresztą nie ma w oryginale). Najwyraźniej ją to rozczuliło. Pompy w ogóle bardzo pozytywnie reagują na małe kotki.

 

Materializacja duchów

Muzeum zdumiewa przede wszystkim niezwykłą zdolnością materializacji poetyckich idei. Nie chodzi nawet o tłumek zielonych gęsi na podwórku, o które potykasz się w ciemności, czując się jak Nils. Nie, sprawa jest znacznie poważniejsza. Już pierwszy pracownik, którego poznaję, krążąc po salach, nazywa się Bączyński. Tak jak profesor angelologii z Teatrzyku Zielona Gęś. „Profesor” prosi, by nie zwracać się do niego po nazwisku, a ja z prawie sadystyczną radością nazywam go po prostu „Panem Tadeuszem”. Po paru godzinach „Pan Tadeusz” nie wytrzymuje i przechodzi na ty.

Inne przeżycie związane jest ze statkiem „K.I. Gałczyński”. Latem namęczyłem się (jeśli można tak nazwać radość tłumaczenia) z wierszem Pochwalone niech będą ptaki…, a szczególnie z jego ostatnią, najciekawszą strofą o „okrętach Rzeczpospolitej”. Strofą, za którą poetę za życia kopali wszyscy posiadacze nóg. Jedni zarzucali mu, że za dużo w niej socjalistycznego serwilizmu. Inni wręcz przeciwnie – że autor drwi sobie z nowej rzeczywistości. Kopali, kopali, ale po śmierci poety zwodowali statek nazwany na jego cześć. Zasłużył… Pstrykam sobie fotkę zdjęcia tego statku, patrzę, co wyszło, a tam – coś takiego! Na zdjęciu odbił się eksponat stojący naprzeciwko. Kopia głowy Niobe, o której Gałczyński napisał genialny poemat – taki, który rozgrzesza go z całej socjalistycznej pisaniny. Co, ściśle biorąc, dobrze widać na zdjęciu – fotografujesz statek, a i tak widać Niobe.

Deszcz wygnał mnie pod dach (Samotna Pompa zrobiła się nad wyraz hojna). Nie znajduję bardziej oryginalnego zajęcia niż tłumaczenie w leśniczówce wiersza W leśniczówce. Przynajmniej ogrzeję się i wysuszę. A przy odrobinie szczęścia uda mi się nie zepsuć fantastycznego wiersza. Ocena efektów nie należy już do mnie, ale rzeczywistość znów podryfowała w stronę fantazji. Stawiam kropkę, wyglądam na dwór. Podczas gdy ślęczałem nad notatnikiem i netbookiem, niepostrzeżenie nastała noc. Deszcz ustał, chmury zniknęły, a na ich miejsce gwiazdy zbiegły się „w taką kapelę dużą”, jaka właśnie przed momentem znalazła się w moim przekładzie. Nic, tylko nucić z radości razem z nimi.

 

Bad company

Kilka kilometrów od leśniczówki znajduje się przystań „Pod Dębem”, z której na całe Jezioro Nidzkie wyruszają jachty pod eleganckimi białymi żaglami (a jeden strojniś nawet cały w pąsach!). Pytam gospodynię o drogę. „Najpierw – tłumaczy mi – jedziesz po asfalcie, potem zaczyna się piaszczysta droga, a stamtąd już niedaleko…”. „Aha – odpowiadam – to jak w życiu: na początku asfalt, a potem piasek i przystań »pod dębem«”. Gospodyni śmieje się, ale jakoś niepewnie. Wygląda na to, że zostawię tu po sobie wspomnienie ekscentrycznego typa.

„Pod Dębem” znajduję wypożyczalnię. Chłopak na początku zachęca mnie do wynajęcia jachtu. Potem przygląda mi się uważniej i radzi jednak motorówkę. Lustruje mnie jeszcze dokładniej i proponuje katamaran. Zaczynam rozumieć, o co mu chodzi. Przypomina mi się wiersz mojego ulubieńca Kajak i kretyn – i proszę o kajak. Pruję przez fale, dopływam do muzeum i wracam pijany ze szczęścia jak bohater wiersza.

 

Ciepłe rzeczy
Najpiękniejsze zachody słońca nad Jeziorem Nidzkim można zobaczyć w miejscu nazywanym Bindugą Bobrową. Pędzę rowerem i trafiam akurat na ostatnie minuty spektaklu. Jest tak zachwycający, że sam omal nie płaczę jak bóbr; nawet nie wiem kiedy, zanurzam się w jeziorze i płynę, cały w różu jak wystrojona dziewczynka. Kiedy rozum wraca, trudno już coś zmienić: nie mam ani ręcznika, ani alkoholu, ani najmniejszych szans na powrót przed zmrokiem. Z ciepłych rzeczy – tylko rower. Plus nadzieja, że uda mi się przełączyć mózg na pozytywne myślenie. Na przykład na wiersz o Bożym Narodzeniu (temperatura w sam raz). Pedałuję, próbując przekładać z pamięci – to przyspieszając, to zwalniając. Myślę, że w przekładzie widać, w których miejscach pędziłem, a w których zwalniałem tempo.

 

Shaw must go on
Jedną z ciekawostek Leśniczówki Pranie była stojąca w okolicy potężna sosna, pod którą Gałczyński spędzał sporo czasu. Nazwał ją Bernard Shaw – z powodu długowieczności. Sosna przeżyła go o 30 lat, a potem ją ścięto. Został pomnik, pamiątkowy kamień. Półżartem mówię gospodarzom, że warto by było posadzić na jej miejscu inną. I nazwać imieniem innego pisarza. Na przykład, Irwina Shawa. Shaw must go on…

 

Leśniczówka Pranie

Tłumaczyła Joanna Bernatowicz


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter