70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Krok za krokiem

Zew włóczęgi to jedna z książek, które musiały zostać napisane. Wędrówka jest przecież w naszej kulturze wszechobecna, a scalająca rozmaite wątki i znaczenia opowieść o niej była potrzebna od dawna.

W tym podręczniku historii włóczęgi Rebecca Solnit przedstawia narodziny idei wędrowania i rozmaite sensy jej praktykowania aż po dziś dzień. Ukazał się on wprawdzie w 2001 r., ale nie zmienił się problem, który skłonił autorkę do podsumowania 200 lat „zewu włóczęgi” i postawienia pytania o jej przyszłość. Amerykańskiej publicystki nie interesuje bowiem wielki topos życia jako wędrówki czy obecność mitu drogi w naszej kulturze, ale praktyka wędrowania, która ani nie jest wieczna, ani uniwersalna. Należy ona do dziedzictwa europejskiego romantyzmu, zagrażają jej natomiast przemiany cywilizacyjne, przede wszystkim ekspansja transportu samochodowego i nowe media. Zwłaszcza jednak samochody – tu trzeba przyznać, że choć także w Europie stanowią one znaczny problem, w Stanach Zjednoczonych możliwość chodzenia na piechotę po mieście niemalże przestaje istnieć.

Chodzenie może być subwersywne nie tylko ze względu na przestrzeń, ale i na czas, który podczas samego chodzenia, bez choćby walkmena czy telefonu, wydaje się po prostu zmarnowany – podczas gdy zgodnie z romantyczną wizją chodzenia właśnie na pograniczu tego szczególnego przebywania w rzeczywistości, jednocześnie monotonnej i nieprzewidywalnej, rodzi się autentyczna myśl, siła kreatywna. Wędrowanie pozwala bowiem spokojnie zatonąć w przemyśleniach, skupić się niejako mimochodem, bez przymusu. Doskonale to rozumiem, ponieważ sama nie potrafię po prostu siedzieć i myśleć. Tak jakby było coś nienaturalnego, niemożliwego w wyłączeniu w tym procesie ciała – coś, co zamiast myśli sprowadza tylko niepotrzebny niepokój. Chodzenie jest więc tą czynnością dodatkową, która zaspokaja ciało tak, by mogło swobodnie oddawać się rozważaniom i fantazjom. Solnit nie wnika głębiej w naturę tej praktyki – opowiedzieć mogą zresztą o niej tylko literatura i sztuka. W Zewie włóczęgi zaś, mimo pewnych autobiograficznych dygresji, autorka trzyma się historycznych i publicystycznych ram gatunkowych.

Książką tą zatem Solnit upomina się o pewien etos i styl życia: o wolność doświadczeń cielesnych i duchowych, o możliwość eksploracji i błądzenia, działania bez planu i pośpiechu. Bierze w obronę romantyczną, a potem kontrkulturową ideę włóczęgi, choć oprócz samotnego przemierzania mniej uczęszczanych traktów żywo interesuje się także marszem jako działalnością polityczną. Sama wspominała zresztą nieraz w wywiadach, że w swoich tekstach bada pogranicza życia prywatnego i politycznego. Wędrowanie na różne sposoby pozwala pokazać obecność konkretnego pojedynczego ciała w przestrzeni publicznej; a zatem opisać możliwość jego ekspresji w sieci społecznych i kulturowych znaczeń, zakres swobody wyboru i prawa do poruszania się, wreszcie zaś – związek percepcji z ciałem, duszy z ruchem. Dla Solnit wędrowanie to nie tylko medytacja, ale i sposób, by poczuć własną siłę, moc ciała, a tym samym: indywidualną niezależność, poczucie sprawczości.

Opowieść zaczyna się od archeologicznych i antropologicznych spekulacji na temat roli chodzenia w ustanowieniu człowieka oraz od przypomnienia znaczenia pielgrzymki. Interesujący Solnit rodzaj wędrówki stał się popularny w Europie (a później w Stanach Zjednoczonych) dopiero dzięki twórczości Jana Jakuba Rousseau i Williama Wordswortha. Zwłaszcza temu drugiemu Solnit poświęca wiele uwagi. Nie po to, by szczegółowo analizować jego poezję – biorąc na warsztat teksty literackie, zwraca uwagę raczej na rzeczywiste wędrówki i siłę ich kulturowych oddziaływań niż samą poetykę tekstu literackiego (z tego też powodu przemilcza te, w których chodzenie zdaje się raczej figuralne, np. twórczość Samuela Becketta). Wordsworth jest wynalazcą idei włóczęgi, to od niego zaczyna się symboliczna historia romantycznego bycia „w drodze” i przechadzki jako poetyckiego warsztatu pracy. Włóczęga stanowiła istotny aspekt otwarcia poezji na rzeczywistość, sam poeta tymczasem nie uznawał granic własności ziemskiej, żądał możliwości przemieszczania tam, gdzie poniosły go nogi. Co istotne – spacerował z siostrą Dorothy, a możliwość samodzielnego poruszania się kobiet stanowi jeden z najważniejszych problemów zajmujących Solnit (nie poświęca natomiast znaczącego miejsca osobom niepełnosprawnym ruchowo).

XIX w. okazał się później nie tylko epoką poetyckich włóczęg, lecz także wypraw w coraz dziksze rejony, zwłaszcza w góry. To na ich przykładzie najlepiej widać, jak dążenie do pewnego duchowego i cielesnego przeżycia zamienia się w rywalizację, wyprawy po rekord, którym autorka pozostaje niechętna – są bowiem zaprzeczeniem refleksyjnego błądzenia. Pojawiły się wówczas także organizacje piechurskie, tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w Niemczech, gdzie np. grupa Wandervogel praktykowała włóczęgę w dość ambiwalentnej aurze politycznej. Solnit przyznaje zresztą, że najczystsze, najbardziej liberalne i popularne praktyki wędrowania zachowały się w Wielkiej Brytanii (znajdowały się w niej także najbardziej zanieczyszczone miasta, z których chętnie uciekano w dni wolne od pracy).

Chodzenie to jednak nie tylko kontakt z naturą – przechadzka po mieście jest jednym z najważniejszych wątków nowoczesnej poezji, w tej zaś kategorii największą sławą cieszyły się Nowy Jork i Paryż. Solnit szczegółowo opisuje rozmaitych amerykańskich kontestatorów, zarówno tych uciekających od nowoczesnego miasta, jak Gary Snyder czy Jack Kerouac, i tych w nim zakochanych, jak Frank O’Hara. Tradycja poetyckiego spacerowania po mieście zaczęła się jednak w Paryżu, wraz z opisaną przez Baudelaire’a, a potem Waltera Benjamina figurą flâneura, ważną także dla surrealistów i sytuacjonistów (a to przecież Guy Debord pozostał najważniejszym powojennym teoretykiem spacerowania – miejskiego dryfu). Solnit zajmują też artyści wizualni, zwłaszcza Marina Abramović, która przeszła wraz z Ulayem Chiński Mur – szli jednak osobno, z dwóch przeciwnych końców, aż do spotkania. Wędrówka ta wpisana była w cykl performace‚ów dotyczących relacji, ale ten okazał się ostatni, gdyż podczas spotkania na Murze rozstali się. Zdaje się zresztą, że ze względu na coraz mniejszą dostępność realnych miast i coraz większą władzę mediów społecznościowych to właśnie artyści będą musieli wynajdywać nowe sposoby, by utrzymać ciało w ruchu. W ruchu rodzą się wszak niezależność umysłu i hart ducha.

Solnit pisze, że: „Chodzenie, w wersji idealnej, jest stanem, w którym umysł, ciało i świat spotykają się z sobą, jak gdyby były trzema prowadzącymi rozmowę postaciami, trzema dźwiękami niespodziewanie łączącymi się w akord”. I rzeczywiście – to stan idealny, podczas gdy zwykle obserwujemy jedynie wzajemne przenikania i spotkania tych trzech postaci (na tym zresztą, nie na jedności, polega rozmowa). Lecz marzenie, by zrobić krok w całkowitej jednoczesności „ja”, by zgodzić ze sobą wszystkie trzy języki, powinno pozostać żywe, by sprawiać, że będziemy szli dalej – nie w metaforze drogi, ale na własnych nogach, po chodniku, po ziemi.

_

Rebecca Solnit

Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne

tłum. Anna Dzierzgowska, Sławomir Królak,

Wydawnictwo Karakter, Kraków 2018, s. 432


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter