SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
-
styczeń, nr 536
-
luty, nr 537
-
marzec, nr 538
-
kwiecień, nr 539
-
maj, nr 540
-
czerwiec, nr 541
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
Obok uniwersalnego znaczenia Holokaustu jest też sens specyficznie polski. Powinniśmy bronić i strzec jako podstawy naszego politycznego porządku, "źrenicy naszej wolności", zasady, że III Rzeczpospolita nie różnicuje swych obywateli według ich narodowości, że mają oni równe prawa i równe obowiązki oraz że o byciu Polakiem nie stanowi pochodzenie etniczne. Taka jest zresztą nasza tradycja - tradycja I Rzeczypospolitej. Ta republikańska tradycja może być jednym z najważniejszych wkładów Polski do nowej Europy.
PRZYWRACANIE PAMIĘCI
LIST Z TEL AWIWU
Zdzisław Krasnodębski
|
Dzisiaj w Polsce, poszukując nowego ujęcia naszej tożsamości, staramy się krytycznie przyjrzeć się swojej historii, mówić także o czasach i czynach , z których nie możemy być dumni, mówić o naszych zobowiązaniach płynących także z zaniedbań, błędów czy nawet zbrodni przedstawicieli poprzednich generacji. Jest to proces trudny, dla niektórych, przyzwyczajonych do laurkowej wizji historii, bardzo bolesny, wręcz nie do zniesienia. Nic dziwnego, że budzi wiele emocji Ale jest to, jak sądzę, proces niezbędny. Po latach przemilczeń, niedomówień, historii zafałszowanej, upiększanej w pewnych aspektach, a przeczernianej w innych, musimy ją sami sobie wyjaśnić, aby wiedzieć, kim jesteśmy i kim chcemy być. Jeden z najtrudniejszych problemów to kwestia zachowania się Polaków wobec dokonanego wśród nas przez Niemców ludobójstwa na Żydach. W demokratycznej Polsce wreszcie możliwa jest dyskusja na ten temat i chociaż ten proces refleksji i przypomnienia jest bardzo spóźniony, stanowi on również nasz obowiązek wobec ofiar zbrodni. Musimy przywrócić Polsce pamięć o nich i uświadomić sobie naszą odpowiedzialność, nasze zaniedbania
i winy.
Ten proces jest trudny także z innego powodu. Otóż często okazuje się, że przywrócenie pamięci może być rozumiane jako przejęcie już gotowego obrazu tej tragedii, który tymczasem stał się obowiązujący w Europie Zachodniej i w Ameryce. Kiedy jednak zaczynamy się zapoznawać z tym dominującym w kolektywnej świadomości oświeconej opinii publicznej Zachodu obrazem Holokaustu i innych zbrodni hitlerowskich, okazuje się, że pamięć o nich jest bardzo selektywna, że staje się coraz bardziej schematyczna. W miarę jak odchodzą bezpośredni świadkowie, coraz głębiej zapadają w niepamięć niektóre ważne aspekty hitlerowskiego ludobójstwa. Także o niektórych kategoriach ofiar niemal już się nie wspomina. Do tych zapomnianych należą przede wszystkim ci, których głos nie był do tej pory słyszany, a którzy przy tym nie należą do kategorii prześladowanych - a obecnie modnych - mniejszości. Narody Europy Wschodniej i Środkowowschodniej, w tym także Polacy, znajdują się właśnie w tej sytuacji. Owo zapomnienie sprawia, że zmienia się także ogólny sens tego, co się stało, bo nie sposób zrozumieć Holokaustu, nie znając kontekstu, w którym się on wydarzył. Powoduje ono również, że zmienia się sens odpowiedzialności Polaków. Można odnieść wrażenie, że w tej uproszczonej wersji Polakom przypisana zostaje rola główna, czasami wręcz jedyna, a przynajmniej rola skwapliwego pomocnika kata. Zapomina się również o tym, że Holokaust rozegrał się w polu starcia dwóch totalitaryzmów. Niechęć do zrozumienia komunizmu, ciągle charakterystyczna dla środowisk lewicowych, zniekształca także obraz zbrodni narodowego socjalizmu. Skandal związany ze słynną wystawą o zbrodniach Wehrmachtu, na której zdjęcia pokazujące ofiary zbrodni sowieckiej zostały przedstawione jako ilustracje zbrodni hitleryzmu, jest tylko jednym z wielu tego przykładów. Nie jest rzeczą przypadku, że to dopiero polski historyk musiał skorygować ten błąd. Nieznana jest także tragedia pierwszych lat powojennych w Polsce, mimo że i one wpisywane są w historię Holokaustu jako jego epilog. Nazbyt często okazuje się przy tym, że ofiary narodowego socjalizmu gotowe są usprawiedliwiać zbrodnie komunizmu. Znane też są liczne przypadki, że ofiary same stawały się sprawcami lub milczącymi świadkami zbrodni komunizmu. Niewątpliwie zatem zadanie rzetelnego rozliczenia się z przeszłością nie stoi tylko przed Polakami.
Impulsem do refleksji na te tematy stały się dla mnie nie tylko lektury, nie tylko liczne rozmowy i dyskusje w Polsce, Niemczech i Ameryce, lecz także podróż do Izraela, państwa, którego podwaliny budowali także nasi współobywatele. Zdaję sobie sprawę, że niektóre stwierdzenia zawarte w tym, mającym formę listu, tekście mogą spotkać się z niezrozumieniem, a nawet nieprzyjazną reakcją. Ale mimo wszystko postanowiłem podzielić się swymi uwagami z czytelnikami, bo jestem przekonany, że tylko uczciwe spojrzenie wstecz daje nadzieję na przyszłość wolną od ponurych cieni przeszłości.
O Tel Awiwie słyszałem, że jest to miasto zachodnie, nowoczesna metropolia, prawie Nowy Jork, wyspa nowoczesności na Bliskim Wschodzie. Ponieważ jednak podobne rzeczy słyszałem również o Moskwie, nastawiony byłem do owych opinii dość sceptycznie. Ale, rzeczywiście, nie brak w Tel Awiwie wysp czy całych rozległych archipelagów Zachodu, i to przede wszystkim w typie amerykańskim - niektóre shoping malls czy hotele są w istocie imponujące. Nie to jednak stanowi o wyjątkowości tego miasta, tylko fakt, że ta skopiowana amerykańska nowoczesność bezpośrednio styka się z Bliskim Wschodem - oraz z Europą Wschodnią. Bliski Wschód jest tuż za rogiem, wystarczy zapuścić się w boczne uliczki, wybucha zaś w postaci wielkiego, położonego niedaleko centrum bazaru. Wiele fragmentów i elementów miasta, choćby krawężniki i ogólna swobodna niedbałość, przypomina miasta europejskiego Wschodu tym natrętniej, że pełno tu rosyjskich napisów. Chodząc jego ulicami, nie sposób nie myśleć o tych, którzy tutaj kiedyś przybyli z polskich miasteczek. Czy rzeczywiście mogli się czuć tutaj bardziej u siebie? I w jakim sensie?
Oczywiście, w Jerozolimie zderzenie cywilizacji widać jeszcze wyraźniej i nigdzie jaskrawiej nie objawia się fałsz twierdzeń niektórych intelektualistów, że świat współczesny jest światem bez religii i Boga. Naocznie można się jeszcze raz przekonać, że jest to diagnoza o prowincjonalnym zasięgu, trafna tylko w odniesieniu do niektórych regionów Europy Północnej. W tym miejscu widać wspólne źródła judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, ale nie sposób także nie dostrzec ich głębokiego, a nawet, zdawałoby się, nieusuwalnego i nieuniknionego konfliktu. Patrząc na modlących się przy Ścianie Płaczu i w meczecie Al-Aksa, na zamurowaną Złotą Bramę i nagrobki na Górze Oliwnej, można dojść do przekonania, że właśnie tylko ateizacja, tylko ostudzenie uczuć religijnych, tylko "śmierć Boga" mogłyby sprawić, żeby znikły napięcie i wrogość, żeby zapanował duch wzajemnej tolerancji, obojętności. Ale wystarczy sobie przypomnieć miliony ofiar całkiem świeckiego totalitaryzmu, by wiedzieć, że jest to złudzenie, za które drogo przyszło zapłacić. Wydaje się, że konflikt judaizmu z islamem, konflikt żydowsko-arabski, sprawia, iż coraz bardziej zaciera się w pamięci Izraelczyków i Arabów dawny spór z chrześcijaństwem. Antychrześcijański uraz i resentyment żywią się głównie pamięcią, dostrzegłem to w muzeach, lecz nie zauważyłem w kontaktach z ludźmi. Na różnice religijne nakładają się różnice cywilizacyjne, strona arabska i żydowska żyją w innym czasie. Gdy z arabskim taksówkarzem, który miał mnie zawieźć do Betlejem, szukałem w Jerozolimie automatu bankowego, okazało się, że istnieją one tylko po stronie żydowskiej. Ale przecież i po tej stronie jest dzielnica ludzi żyjących ściśle według wskazań swej religii, odrzucających cywilizację współczesną - najczęściej jest to jednak świadomy wybór. Tak więc religijna prenowoczesność, sceptyczna nowoczesność i żarliwie religijna ponowoczesność przenikają się tutaj i mieszają. W nocy po szabacie centrum Jerozolimy zaroiło się ogromnym tłumem młodych Izraelczyków oraz Amerykanów. Niezwykły tłum, uderzający swoją młodością - tym bardziej wtedy, gdy przyjeżdża się z Bremy, gdzie średnia wieku mieszkańców sięga prawie 40 lat (a i to tylko dzięki temu, że mieszka w niej trochę cudzoziemców, młodszych od Niemców i mających więcej dzieci, a raczej w ogóle mających dzieci) - łączy globalną kulturę młodzieżową w najnowszym wydaniu z religijnością, jarmułkę z dżinsami, przywiązanie do narodu z kosmopolityzmem, obycie w świecie z obyciem z własną tradycją. Duża część kongresu socjologów, w którym uczestniczyłem, poświęcona była problemom Izraela i społeczności żydowskiej, co było bardzo pouczające, choć jeszcze ciekawsze niż referaty były spacery i "wagary" w muzeach, na przykład w Muzeum Diaspory. Centralną postacią był Shmul Eisenstadt, wielki izraelski socjolog urodzony w Warszawie. Jego książki powinny zostać wreszcie zauważone przez polskich wydawców.
Sesja, w której wziąłem udział, dotyczyła znaczenia Holokaustu dla Żydów. Jak zwykle okazało się, że brak właściwego języka, żeby mówić o Shoah, przypominać cierpienia i ofiary, a jednocześnie nie popadać w fałszywy ton. Mówić o zbrodni, nie mówiąc o sobie, potępiać bierność świadków, współudział kolaborantów, nie upraszczając i nie uderzając w tony wygodnego moralizatorstwa kogoś, kto korzysta z "łaski późniejszego urodzenia" i kto sam nie został poddany próbie. Najciekawszy referat został wygłoszony przez prof. Gulie Ne-eman-Arad z uniwersytetu w Beer Sheva i dotyczył stosunku Amerykanów do Holokaustu. Jak wiadomo, jeszcze w późnych latach 60. i 70. nikt w Stanach Zjednoczonych tym się nie interesował. Inny z referatów analizował filmy Hollywoodu, pokazując, jak długo pomijano w nich milczeniem wszelkie odniesienia do żydowskiej tożsamości i losu, chociaż znaczna część producentów, reżyserów i nawet aktorów była pochodzenia żydowskiego. Po prostu nie było to wtedy ani interesujące, ani wskazane. Zmiana nastąpiła dopiero całkiem niedawno, czego przykładem może być Lista Schindlera. Dzisiaj więcej też ukazuje się publikacji poświęconych Holokaustowi niż w pierwszych latach po wojnie, kiedy odkryto tę zbrodnię. Jak zauważył niedawno recenzent "The Economist", omawiając ostatnio wydane książki na ten temat: "W latach dziewięćdziesiątych nazistowska próba destrukcji narodu żydowskiego stała się głównym przedmiotem zainteresowania nie tylko Żydów amerykańskich, ale i Amerykanów w ogóle". Dla społeczności żydowskiej w Ameryce, wtapiającej się już w amerykańskie społeczeństwo, pamięć Holokaustu stała się najważniejszym elementem integrującym ją jako odrębną wspólnotę, wzmacniającym słabnącą tożsamość. Natomiast Amerykanie mogą się wreszcie utożsamiać z rolą ofiary. A z drugiej strony potwierdzają mit Ameryki, przygarniającej wszystkich cierpiących i prześladowanych. Holokaust stał się częścią amerykańskiej tradycji, wręcz częścią amerykańskiej historii, a lekcja, jaka z niego płynie, jest dość oczywista: "God bless America".
Oczywiście, nikt postronny nie mógłby mówić z taką ironią o amerykanizacji Shoah, jak prof. Ne-eman-Arad. Pokazywała ona, jak bieżące interesy polityczne wpłynęły na decyzję zbudowania Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Przytaczała zabawne cytaty, między innymi Spielberga, który porównał swój ciężki los w Hollywood do losu ofiar nazistowskich prześladowań. Zastanawiała się nad funkcjami, jakie dzisiaj spełniają rytuały pamięci.
Trzeba przy tym dodać, że także w Izraelu długo nie mówiono o Holokauście. Teraz stał się - jak wiadomo - jednym z podstawowych elementów państwowej ideologii. W świetnej książce Siódmy milion. Izraelczycy i Holokaust Tom Segev analizował zawiłe i trudne dzieje stosunku Izraela do żydowskiej kultury w Europie oraz do Holokaustu. Opowiadając się stanowczo za utrzymaniem pamięci o Holokauście, stwierdził też, że pamięć ta ma i może mieć skutki negatywne. Wszystko zależy od wniosków, jakie się wyciąga: "Rzeczywiście ťdziedzictwo HolokaustuŤ, w tej formie, w jakiej uczy się o nim w szkołach i w jakiej przypominane jest w czasie rocznicowych uroczystości narodowych, ma wątpliwe konsekwencje. Z jednej strony wspiera ciasny szowinizm, a z drugiej poczucie, że eksterminacja Żydów przez nazistów usprawiedliwia każdy akt, który wydaje się zwiększać bezpieczeństwo Izraela - także ucisk ludności na okupowanych terenach"1 . Jeśli tak jest, to trudno się dziwić, że edukowana w tym duchu młodzież izraelska ma bardzo zideologizowany i jednostronny obraz tej tragedii, że rzadko zainteresowana jest dialogiem i że jej nastawienie do Polski jest bardzo niechętne. Niedawno na jednym z moich seminariów wystąpił z interesującym referatem student z Bielefeldu, dzieląc się uwagami na temat międzynarodowego spotkania uczniów polskich, niemieckich i izraelskich, które zorganizował. Jedna część tego spotkania odbyła się w Polsce, druga w Izraelu. Pod koniec pobytu w Polsce był
u kresu sił i bliski załamania nerwowego z powodu trudności porozumienia się między uczniami izraelskimi a polskimi, wynikających - jak twierdził - głównie z niechętnego czy wręcz wrogiego stosunku młodzieży izraelskiej do Polaków. Młodzież izraelska wychowana pod hasłem "nigdy więcej nie stać się ofiarą" chciała jedynie odwiedzić miejsce męczeństwa Żydów, a nie wdawać się w dywagacje historyczne czy etyczne lub poznawać odmienny punkt widzenia, szukać porozumienia. To, że Polacy ponoszą współodpowiedzialność za eksterminację, było dla nich oczywiste. Z drugiej strony stosunki między młodzieżą izraelską i niemiecką ułożyły się w czasie tego spotkania bardzo dobrze. Młodych ludzi łączyła nie tylko wspólna zachodnia, "globalna" kultura młodzieżowa, ale i fakt, że młodzi Niemcy na ogół bez żadnych zastrzeżeń uznają winę swych dziadków, podczas gdy młodzi Polacy także czują się spadkobiercami ofiar i prześladowanych oraz najczęściej odrzucają sugestie współwiny czy utożsamiania odpowiedzialności Niemców i Polaków. Paradoks polegał również na tym, że - jak opowiadał ów student - izraelscy uczestnicy spotkania pochodzili z rodzin osiadłych przedtem w krajach Maghrebu, ich rodziny, w przeciwieństwie do rodzin niektórych polskich uczestników spotkania, bezpośrednio nie ucierpiały więc w czasie wojny. Wielokrotnie mogłem obserwować podobne sytuacje w trialogu polsko-niemiecko-żydowskim, w którym niemieccy rozmówcy pełnili rolę pełnego dobrej woli arbitra, kogoś, kto już swoje winy odpokutował i stał się nowym człowiekiem, a teraz nakłania innych do wyznania win, natomiast polscy dyskutanci nagle znajdowali się w roli zatwardziałego podsądnego, który wbrew oczywistym faktom upiera się przy swojej niewinności lub wylicza okoliczności łagodzące, nikczemnie wykręcając się od odpowiedzialności. Można nawet rzec, że istnieje w umysłach dziwna zależność: im bardziej "odpuszczone" czy "okupione" są winy Niemców, tym bardziej winni stają się Polacy (a także Litwini, Białorusini, Ukraińcy). W ogóle z perspektywy dzisiejszej bardziej logiczne i łatwiejsze do zrozumienia byłoby, gdyby właściwymi sprawcami okazali się ci wschodni, niecywilizowani, biedni, antysemiccy, katoliccy i nacjonalistyczni Polacy niż zachodni, zamożni, cywilizowani, liberalni, zsekularyzowani i proeuropejscy Niemcy. Fakt, że było inaczej, zdaje się - szczególnie młodym ludziom - jakimś ponurym żartem historii, niezrozumiałym zbiegiem okoliczności.
Nieufność co do intencji powoduje, że każde wskazanie na kontekst tragedii, wszelkie krytyczne argumenty przeciwko obiegowym poglądom traktowane są jako próby relatywizacji i pomniejszania tragedii. Sam kiedyś tego doświadczyłem, gdy w czasie kolacji w Ameryce w związku ze sprawą Kazimierza Świtonia pojawił się temat Oświęcimia. Wspomniałem w tej rozmowie, korygując gospodarza, o nowych ustaleniach w kwestii liczby ofiar zamordowanych w tym obozie. Natychmiast spojrzał on na mnie surowo i stwierdził podejrzliwie: "Nigdy nie słyszałem o tak niskich liczbach". Nie wiedział, że w Muzeum Holokaustu oczywiście podane są liczby zgodne z najnowszymi ustaleniami.
Oczywiście trudności porozumienia z Izraelczykami czy w ogóle z Żydami mają swoje głębokie przyczyny także po polskiej stronie. Nie chodzi tylko o to, co się kłębi w podświadomości znacznego odłamu polskiego społeczeństwa, ulegającego dawnym obsesjom i kompleksom, lecz o to, czego brak w świadomości zbiorowej. Hanna Świda-Ziemba słusznie pisała przed dwoma laty w "Gazecie Wyborczej" o "hańbie obojętności", o tym, że "większość Polaków do dziś nie przyswoiła w swej świadomości istoty Holokaustu" i że "zjawisko to nie stało się traumatycznym wstrząsem skłaniającym do refleksji, kształtującym postawy i zachowania"2 . Oczywiście wiele możemy nauczyć się od Niemców w kwestii "przezwyciężania przeszłości" - choć nikt nie może się zgodzić, że chodzi tu o tę samą przeszłość, o podobną odpowiedzialność. Trzeba także podkreślić, że różnica między Niemcami a Polską nie polega na tym, że w Niemczech nie ma antysemityzmu, a w Polsce szerzy się jak zaraza (przeczą temu poglądowi wyniki badań socjologicznych), lecz na tym, że w Niemczech w sferze publicznej są potępiane i de facto zakazane wszelkie wypowiedzi mogące obrażać pamięć ofiar czy relatywizować zbrodnię i że pamięć o Holokauście stała się częścią tradycji państwowej. Różnica między Polską a Niemcami jest także różnicą między krajem od dawna demokratycznym i liberalnym, w którym można było swobodnie dyskutować, a krajem, w którym dyskusje takie stały się możliwe dopiero od niedawna. Porównywać trzeba by zatem Trzecią Rzeczpospolitą nie z obecną Republiką Federalną, lecz z Republiką Federalną w dziesięć lat po jej ustanowieniu. Choć jestem pełen uznania dla tego, co Niemcy uczynili w kwestii "przezwyciężania przeszłości", wcale nie mam pewności, czy porównanie to wypadłoby na niekorzyść Polski, gdyby nie udział aliantów.
A przy tym przypadek niemiecki jest w pewnym sensie łatwiejszy - wina niewątpliwego sprawcy łatwiejsza jest do zaakceptowania niż wina świadka zbrodni. O tym, że w Polsce wiele się zmienia, świadczy choćby ostatnia dyskusja wokół książki Jana Tomasza Grossa - w zasadzie dalszy ciąg dyskusji niekończącej się od czasu artykułu Jana Błońskiego w "Tygodniku Powszechnym" z 1986 roku. Po latach przemilczenia dyskusje siłą rzeczy muszą być czasem gwałtowne i bolesne. Im więcej i konkretniej się mówi, tym lepiej. Przypomnienie o tych, którzy żyli i zostali zamordowani pośród nas, często zostawiając swoje domy i inne mienie, skwapliwie potem zajęte, przejęte i - co tu dużo mówić - rozkradzione przez miejscową ludność, a potem komunistyczne władze, powinno odbywać się także na poziomie regionów i miast. I odbywa się, o czym świadczy przykład Płońska. Nie sądzę jednak, aby problemem moralnym byli dla nas Polacy, którzy - jak ci, opisani w pamiętniku dr. Klukowskiego, cytowanym przez Jana Tomasza Grossa w Upiornej dekadzie - wzięli czynny udział w mordowaniu Żydów lub wydawali ich Niemcom. W ich potępieniu jesteśmy zgodni wszyscy. Jedyny moralny problem, jaki możemy mieć w odniesieniu do tych uczynków, wynika stąd, że niestety nie wszystkich - że zbyt niewielu z nich - dosięgły wyroki śmierci wydawane przez polskie państwo podziemne.
Ale jest jeszcze druga strona problemu pamięci o Holokauście. Brak pamięci w Polsce może być rozumiany jako brak owego elementu globalnej kultury masowej, owej zrytualizowanej pamięci, tego niemal mechanicznego aktu ekspiacji, współczucia, ujętego w ramy historycznej interpretacji, która może wydawać się dostatecznie szczegółowa i wiarygodna Teksańczykowi, ale nie komuś urodzonemu i wychowanemu w Europie Środkowej, jako brak wersji zestandaryzowanej, "zmacdonaldyzowanej", hollywoodzkiej, a także zestandaryzowanej reakcji moralnej i uczuciowej, czegoś, co dziennikarka Cora Stefan nazwała "Betroffenheitskult".
A przecież nawet jeśli się stanie to, co postuluje Hanna Świda--Ziemba, polska pamięć o Holokauście musi być i będzie inna niż owa wersja hollywoodzka. Nie tylko dlatego, że nie możemy wpisać Holokaustu po prostu w ciąg prześladowań Żydów przez chrześcijan lub widzieć w nim kulminację etnicznych i politycznych konfliktów II Rzeczypospolitej, lecz także dlatego, że pamiętając o jednych zamordowanych, nie możemy i przecież nie powinniśmy zapomnieć o innych, którzy z punktu widzenia dzisiejszych potrzeb politycznych na Zachodzie zmieniają się w ofiary drugiej kategorii, mniej ważne, mniej niewinne. Stąd na przykład często zadawane pełne zdziwienia pytanie, czy rzeczywiście w Oświęcimiu ginęli jacyś Polacy. Obecnie można czasami odnieść wrażenie, że II wojna światowa rozpoczęła się dopiero w roku 1941 (przynajmniej wojna totalna i ludobójcza, ta "prawdziwa"), a kampania 1939 to tylko jeden z wielu konfliktów polsko-niemieckich, zawiniony zresztą przez Polaków uciskających mniejszości narodowe. W ogóle istnieje coraz wyraźniejsza tendencja, aby niemieckie poczynania wobec Polaków wpisywać już nie w historię totalitaryzmu, rasizmu i ludobójstwa, lecz w historię narodowych, nacjonalistycznych konfliktów, godnych pożałowania, ale w jakimś sensie "normalnych". Niemcy popełniali wprawdzie zbrodnie wobec Polaków, ale także i Polacy mają wiele na sumieniu, najpierw sprawiali wiele problemów, a potem, wypędzając Niemców z ziem zachodnich, w dużej mierze wyrównali rachunki. (Hrabia Lambsdorf, twierdząc, że nie ma potrzeby płacić odszkodowań polskim przymusowym robotnikom rolnym, bo przecież Polacy zawsze pracowali na roli w Niemczech, zastosował tę rozpowszechnioną, choć rzadko wypowiadaną interpretację do konkretnego przypadku. Stosując tę samą linię argumentacji, można by też na przykład twierdzić, że nie ma żadnego powodu organizować nauki polskiego dla dzieci niemieckiej Polonii, skoro tradycyjnie Polacy w Niemczech zawsze uczyli się w szkole tylko niemieckiego. Może udałoby się też powołać na inne tradycje, na przykład "Ansiedlungkommission" czy na rugi pruskie. Wydawało się, że Niemcy nie chcieli już nigdy do tych tradycji nawiązywać).
Oczywiście wojna była przez różne grupy przeżywana odmiennie. Jak pokazują badania biograficzne przeprowadzone przez socjologa z Uniwersytetu Łódzkiego Kaję Kaźmierską i przedstawione na konferencji w Berlinie na temat biografii w podzielonej Europie, Polakom na Kresach wydawało się, że Wehrmacht przynosi im wybawienie. Z drugiej strony dla części ludności Kresów, zwłaszcza mniejszości, wojna rozpoczęła się dopiero w 1941. Potwierdził to na wspomnianej konferencji, opierając się na swoich odczuciach i przeżyciach, urodzony w Brzeżanach historyk izraelski Szimon Redlich, który prowadzi niezmiernie interesujące i poruszające badania porównujące doświadczenia Polaków, Żydów i Ukraińców. Dla różnych grup, narodów i społeczności wojna także skończyła się w innym momencie. Jak wiadomo, dla Polaków skończyła się na dobrą sprawę dopiero w roku1989. Ten fakt z trudem przebija się do świadomości zachodnioeuropejskiej, zwłaszcza niemieckiej. Ostatnie lata wojny i pierwsze lata powojenne toną w mrokach europejskiej niepamięci. Dlatego uderzają wyjątki. Jeden z tych wyjątków ma ogromne znaczenie dla stosunków polsko-żydowskich i w ogóle obrazu Polski w świecie: pogrom w Kielcach. Został on wpisany w historię Holokaustu. Jest przedstawiany - na przykład w Muzeum w Waszyngtonie - jako końcowy akt tej tragedii, kropka nad "i", ostatni zbrodniczy czyn, zamykający historię Żydów w Polsce, w ogóle w Europie - potem zaczyna się historia Izraela. Jest to interpretacja, z którą trudno się pogodzić nie tylko dlatego, że historia się oczywiście nie skończyła, o czym świadczy nie tylko fakt, że w Niemczech powstaje na nowo wspólnota żydowska i że odradza się ona także w Polsce, ale dlatego, że trudno jest uznać, aby Kielce były dalszym ciągiem Holokaustu, aby "Polacy kończyli dzieło Hitlera".
Zupełnie nie mieści się w wersji hollywoodzkiej fakt, że Holokaust zdarzył się w sytuacji dramatycznego i morderczego konfliktu dwóch totalitaryzmów (a także ich współpracy do 1941 roku) oraz że Polska po 1944 roku była krajem okupowanym. Z punktu widzenia tej uproszczonej wersji sowiecki totalitaryzm w ogóle znika z pola widzenia. Można zrozumieć, że Armia Czerwona była dla większości ocalałych Żydów armią wyzwoleńczą. Dziwne jest jednak, że dla wielu taką pozostała. W Muzeum Diaspory w Tel Awiwie widziałem wystawę zdjęć fotografa rejestrującego drogę Armii Czerwonej do Berlina, w zasadzie bez komentarza, co oznaczał marsz tej armii dla narodów Europy Środkowowschodniej.
Ale zdarzają się też komentarze poruszające do głębi, pełne resentymentu, jednostronne aż do granic zaślepienia. Jedną z najbardziej wstrząsających książek, jakie ostatnio przeczytałem, jest książka Yaffy Eliach There Once Was a World. Książka ta była finalistką National Award w 1998 roku, można ją kupić wszędzie, nawet na lotniskach, była przedstawiana w programach radiowych etc. Yaffa Eliach jest znaną osobą, profesorem Brooklyn College, założycielką pierwszego w USA Centrum Dokumentacji i Badań nad Holokaustem, członkiem komisji do spraw upamiętnienia Holokaustu powołanej przez prezydenta Cartera, jest też twórczynią "the Tower of Life" w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, stałej ekspozycji zdjęciowej ukazującej życie wspólnoty żydowskiej w Ejszyszkach. W swej książce przedstawia z pieczołowitością i miłością życie tej wspólnoty na przestrzeni wieku. Ostatnia część książki poświęcona jest okresowi wojennemu. W 1996 autorka opublikowała na łamach "New York Times" artykuł (przedrukowany potem w "Gazecie Wyborczej"), w którym opisywała mord popełniony przez żołnierzy AK na jej matce i bracie niemowlęciu; ona sama, jej ojciec i drugi, starszy brat ocaleli tylko dzięki temu, że nie odkryto ich kryjówki. Polemizowali wówczas z tym artykułem Adam Michnik, a także Jarosław Wołkonowski, który badał dzieje Okręgu Wileńskiego AK ("GW" 8 VIII 1996). Wskazano, że w akcji AK chodziło o walkę z NKWD, a rodzina prof. Eliach ucierpiała przypadkowo, gdyż mieszkał w ich domu radziecki kapitan, którego pojmanie było celem akcji. W "Zeszytach Literackich" w 1997 ukazały się też wspomnienia mieszkańca Ejszyszek, który opisuje zdarzenia zupełnie inaczej.
Być może to autorka, a nie jej polscy polemiści, ma rację, i żołnierze AK popełnili czyn, który im przypisuje. Ale nawet w tym wypadku trudno zrozumieć, jak ktoś, kto jest profesorem w Nowym Jorku, może pisać o NKWD jako o organizacji niosącej sprawiedliwość, używać określenia "biali Polacy", twierdzić, że AK walczyła przede wszystkim o "Polskę bez Żydów". Yaffa Eliach jest bowiem przekonana, że "mimo lojalności wielu Żydów w stosunku do Polski, to oni - a nie Niemcy czy Rosjanie - stali się głównym przedmiotem ataków AK jako wrogowie Polski"3 ; tak też właśnie opisuje w swej książce jej akcje: AK zajmowała się głównie mordowaniem ukrywających się Żydów.
Eliach przedstawia w swej książce straszne cierpienia Żydów z Ejszyszek. Opisuje też zemstę na Niemcach oraz - przede wszystkim - na AK. To, co stało się po wkroczeniu armii radzieckiej, mogłoby potwierdzać najgorsze uprzedzenia. Autorka pisze: "Żydzi zabijali Białych Polaków, gdy ich złapali". Przedstawia nie bez satysfakcji efekty akcji oczyszczania okolicy, w której bierze udział jej ojciec, według wspomnień opublikowanych w "Zeszytach Historycznych" starszy lejtnant NKWD4 .
"Martwe ciała akowców, większość z nich ubranych w co najmniej jeden lub dwa strzępki dawnych polskich mundurów, były wystawione na widok publiczny na rynku. Rzędy zamarzniętych ciał pozostawały tam przez tygodnie, rosnąc w miarę, jak dodawano nowe ładunki ciał przywiezionych ciężarówkami. Wkrótce szeregi rozciągały się aż do ulicy Raduńskiej i Wileńskiej" (s. 672). Autorka zaczyna krytycznie oceniać NKWD i sowiecką sprawiedliwość dopiero wtedy, gdy jej ojciec zostaje aresztowany za rabunek, a następnie skazany na syberyjski obóz. Dopiero gdy polityka władz radzieckich zaczyna się zmieniać i staje się mniej przychylna żydowskiej społeczności, Eliach zaczyna pisać o stalinizmie: "Na wiosnę 1945 Żydzi stali się nieistotni dla ogólnej strategii Rosjan", "miejscowi Żydzi zostali wyeliminowani z ich centralnych pozycji w NKWD" (s. 673). Proces jej ojca był "pokazowy", ale nie był pokazowy proces akowców, w którym czterech z nich zostało skazanych na karę śmierci. Autorce trudno jest tylko wyjaśnić, dlaczego w ramach repatriacji, gdy pojawiła się możliwość wyboru, 200 tys. Żydów (w tym wielu współpracowników nowej władzy) opuściło Wilno i udało się do Polski, skoro nic dobrego ich nigdy od Polaków nie spotkało, a od Związku Radzieckiego zaznali tyle dobra. Podkreśla, że chodziło tylko o stację pośrednią w drodze do Izraela.
Pracownicy Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, z którymi rozmawiałem na temat tej książki, dystansowali się od autorki. Wspomnieli, że także jej starszy brat inaczej przypomina sobie rodzinną tragedię. Mimo to książka jest czytana przez tysiące czytelników, a autorka pracuje obecnie nad filmem o Ejszyszkach. Jej sugestywnie przedstawiona wizja historii jest zapewne szeroko podzielana.
Inny - choć oczywiście nie tak drastyczny - przykład stanowi autobiografia Marcela Reich-Ranickiego, niemiecki bestseller ubiegłego roku. Jak refren powtarza się w tej książce, że autor nigdy nie czuł się związany z Polską, w której się urodził i w której mieszkał po wojnie do 1958 roku, lecz z Niemcami. Miłość do literatury niemieckiej i gest Willy Brandta sprawiły, że mimo przeżyć w getcie warszawskim i śmierci rodziny w obozach zagłady więź ta nie została przerwana; nic jednak - jak się zdaje - nie osłabiło niechętnego stosunku Autora do Polski. Do partii wstąpił w 1945 dlatego, że - jak pisze - zawdzięczał swe życie Armii Czerwonej. Wspomina o swojej działalności w komunistycznej cenzurze i tajnych służbach (także w roli konsula w Londynie, zajmującego się inwigilacją środowisk emigracyjnych), ale zupełnie ją bagatelizuje. Fakt, że wielu oficerów, którzy powrócili do Polski, znalazło się na ławach oskarżonych, umknął chyba jego uwagi. W ogóle, czytając opis życia w Polsce lat 40. i 50., można dowiedzieć się o osobistych kłopotach Reicha-Ranickiego, a nie o terrorze stalinowskim, o tym, że długo trwała wojna domowa, że ginęli ludzie, że odbywały się procesy. Dla niego wojsko, do którego wstąpił, to po prostu polskie wojsko (i składało się prawie z samych analfabetów, z wyjątkiem Stanisława Jerzego Leca i samego Marcelego Reicha), nowe państwo to nowa, lepsza Polska. Opis swojej emigracji opatruje następującym komentarzem: "Wszyscy wiązali z komunizmem wielkie nadzieje. Po przezwyciężeniu wielu początkowych trudności może powstanie w Polsce sprawiedliwe państwo, społeczeństwo, w którym byłoby miejsce również dla Żydów. O tym byli przekonani. Ale gorzko się rozczarowali. W pierwszych latach powojennych potrzebowano ich gwałtownie. Ale teraz nie byli już potrzebni, cieszono się, że opuszczają Polskę. Jeszcze ich nie wypędzano - to dopiero nastąpiło później, w 1968 roku, gdy Żydzi, wśród nich wielu członków partii i także starzy komuniści, uchodzili za wrogów nowej Polski i byli napiętnowani jako ťsyjoniściŤ. Mieli szczęście, że istniało na ziemi państwo, które zawsze gotowe było ich przyjąć - Izrael"5 . Jest to opis sytuacji odzwierciedlający raczej osobiste losy i postawę autora niż całej zbiorowości, do której odnoszą się jego słowa. Uderza, że Reich-Ranicki, który udał się nie do Izraela, lecz do Niemiec, sam nigdy nie czuje się w żadnej mierze odpowiedzialny za swój udział w tym, co nazywa "pokonywaniem początkowych trudności". I nawet nie przyjdzie mu do głowy, że ktoś mógłby go oceniać inaczej. W licznych omówieniach i komentarzach tej książki nikt nawet się nie zająknął o polskim okresie działalności "papieża niemieckiej krytyki literackiej", jak nazywa się w Niemczech Reicha-Ranickiego. Autor jest powszechnie chwalony i niedawno otrzymał prestiżową nagrodę. Być może niedługo stanie się autorytetem moralnym.
Problem nie sprowadza się do przemilczeń ludzi takich jak Reich-Ranicki czy resentymentu osób myślących podobnie jak Yaffa Eliach. Krystyna Kersten pisała w swoich fascynujących i pełnych mądrości esejach (niestety, o ile mi wiadomo, nie przełożonych na niemiecki czy angielski):
Polscy i żydowscy historycy, nie wyzwoliwszy się w pełni z ciążenia wciąż żywotnych szablonów myślenia i reagowania, nastawieni obronnie, nie potrafili dogłębnie wyjaśnić owego splotu przyczyn, które sprawiły, że w polskim społeczeństwie antysemityzm przetrwał zagładę Żydów, a niemała część żydowskiej społeczności tak bezrefleksyjnie, rzec można by, opowiedziała się za władzą komunistów, jakby jej własny dramat uczynił ją ślepą na to, że nowy porządek jest wprowadzany przy użyciu przemocy, z pogwałceniem wolności i suwerenności Polski, wbrew polskiemu społeczeństwu6 .
Wydaje się, że dopiero uznanie tych dwóch faktów - przetrwania antysemityzmu oraz owej ślepoty - pomogłoby pokonać barierę niezrozumienia i uprzedzeń.
Krystyna Kersten pisała też, że wzajemne stosunki Polaków i Żydów zostały po wojnie zdominowane przez fantomy żydokomuny i reakcji. Te fantomy w jakiejś innej formie ciągle nas nawiedzają, nazwy się zmieniły, obsesje pozostały. To one - oraz obawa przed nimi - sprawiają, że tak trudno jest otwarcie i uczciwie mówić o tamtych czasach.
Potępienie stalinizmu i komunizmu nie ma i nie może mieć nic wspólnego z odgrzewaniem dawnych etnicznych konfliktów. Ale też przeżycia wojenne, fakt, że ktoś był ofiarą hitleryzmu, nie może być usprawiedliwieniem jego działań w czasach stalinowskich. Naturalnie można zrozumieć, dlaczego ktoś, kto nie czuł się dobrze w II Rzeczypospolitej, skłonny był przyłączyć się do tych, którzy ustanawiali nowy ustrój, oraz że tych, którzy przeżyli Holokaust, zwłaszcza jeśli zaznali zła od Polaków, ból i rozgoryczenie mogły pchnąć w ręce Sowietów. Ale to, co robił ojciec Yaffy Eliach, nie jest niczym innym jak uczestnictwem w zbrodniach; także działalność Marcela Reich-Ranickiego w UB podlegać musi jednoznacznej ocenie.
Jedno jest też przy tym pewne: autentyczna pamięć Holokaustu jest możliwa, jeśli w ogóle nie zatracimy pamięci zbiorowej. Dzieje Izraela przekonują nas właśnie o wielkiej sile i potrzebie pamięci. Czasami jednak spotyka się w Polsce dążenie - do złudzenia przypominającą postawę lewicy niemieckiej przed zjednoczeniem - aby z jednej strony całkowicie oderwać się od przeszłości i oddać ją w ręce historyków - co znaczy w tym wypadku "sprywatyzować", zamknąć w archiwach, pozbawić politycznego znaczenia - z drugiej zaś - wyrobić w Polakach poczucie odpowiedzialności za złe czyny i zaniechania. Ale bez poczucia ciągłości narodowej nie można mówić o poczuciu odpowiedzialności za to, co robiło i wyrządziło poprzednie pokolenie. Nie można też postulować, aby pamięć ta dotyczyła tylko jakichś odcinków historii, jakichś wydarzeń, natomiast milczeć o innych, nie narażając się na zarzut dowolności czy wręcz manipulacji. Nie chodzi także - moim zdaniem - o dekonstrukcję "mitów narodowych", lecz o lepsze ich rozumienie, o osadzanie w kontekście, a także o poszerzenie naszego kanonu. Dziś nie musimy bowiem przeciwstawiać bohaterów getta bohaterom powstania warszawskiego. Do naszej tradycji należą i jedni, i drudzy.
Obok uniwersalnego znaczenia Holokaustu jest też sens specyficznie polski. II Rzeczpospolita poniosła moralną i polityczną porażkę, gdyż nie udało się stworzyć więzi narodowej i lojalności państwowej ponad podziałami etnicznymi i religijnymi. Polscy Żydzi nie stali się w swej większości Polakami, tak jak Żydzi amerykańscy stali się Amerykanami. Być może nie było wtedy na to szans, dzisiaj zdaje się, że jest za późno. Nie sposób nie myśleć o tym, chodząc po ulicach Tel Awiwu. Nie sposób nie myśleć, że losy Izraela, tego odległego kraju, są powiązane z naszymi losami. Z tego powiązania można uczynić podstawę porozumienia, a z tamtej naszej obojętności (bo nie ulega wątpliwości, że uczyniliśmy zbyt mało) powinniśmy wyciągnąć konsekwencje dla Rzeczypospolitej - jak Niemcy w Republice wyciągnęli konsekwencje ze zbrodni III Rzeszy - mianowicie powinniśmy bronić i strzec jako podstawy naszego politycznego porządku, "źrenicy naszej wolności", zasady, że III Rzeczpospolita nie różnicuje swych obywateli według ich narodowości, że mają oni równe prawa i równe obowiązki oraz że o byciu Polakiem nie stanowi pochodzenie etniczne. Taka jest zresztą nasza tradycja - tradycja I Rzeczypospolitej. Ta republikańska tradycja stanowi o naszej - jednej z nielicznych - wyższości nad naszymi niemieckimi sąsiadami. Może być ona jednym z najważniejszych wkładów Polski do nowej Europy.
ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI, ur. 1953, prof. dr hab., socjolog i filozof, wykładowca socjologii oraz historii kultury Europy Wschodniej i Środkowowschodniej na uniwersytecie w Bremie. Wydał m.in.: Rozumienie ludzkiego zachowania (1986), Upadek idei postępu (1991), Postmodernistyczne rozterki kultury (1996), Max Weber (w druku).
Przypisy:
1 Cytuję z przekładu niemieckiego: Tom Segev, Die siebte Million. Der Holokaust und Israels Politik der Erinnerung, Reibek 1995, s. 673.
2 Hanna Świda-Ziemba, Hańba obojętności, "Gazeta Wyborcza", 17 VIII 1998.
3 Yaffa Eliach, There Once Was a World, Boston/New York/London 1998, s. 612.
4 Witold Andruszkiewicz, Holokaust w Ejszyszkach, "Zeszyty Historyczne" 120 (1997), s. 83-96.
5 Marcel Reich-Ranicki, Mein Leben, Stuttgart 1999, s. 381.
6 Krystyna Kersten, Polacy Żydzi, komunizm. Anatomia półprawd 1939-68, Warszawa 1992, s. 112.
|