70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Patrycja Podkościelny

Koniec świata

Wyobrażam go sobie. Wyobrażam sobie, jak zwiedza każdą z 45 sal na piętrze Galerii Uffizi we Florencji. Leonardo da Vinci, Rafael, Sandro Botticelli, Caravaggio, Rubens.

Później idzie do kościoła Santa Croce (Świętego Krzyża), do kaplicy Medyceuszów z płaskorzeźbą Donatella, zachwyca się freskami Giotta w kaplicy Peruzzich i Bardich. Patrzy na drewniany krucyfiks Donatella, wzruszony staje przed grobem Dantego. Kiedy w Galerii Akademii widzi ponadpięciometrowy posąg Dawida dłuta Michała Anioła pojawiają się zawroty głowy i „gwałtowne kołatanie serca”.

Marie-Henri Beyle miał tamtej jesieni (we wrześniu 1811 r.) 28 lat. Kolejne kilka dni spędził z gorączką w łóżku. Opisał wszystko sześć lat później w książce Neapol i Florencja: podróż z Mediolanu do Reggio, użył pseudonimu Stendhal.

Przeczytałam, że „syndrom Stendhala” zdiagno­zowano w 1982 r. Jako pierwsza tej nazwy użyła trzy lata wcześniej włoska psychiatra Graziella Magherini, sugerowała nawet, by szczególnie niebezpieczne dzieła opatrzyć karteczką: „groźne dla zdrowia!”. W swojej książce La sindrome di Stendhal opisała przykład 25-letniej kobiety, która po obejrzeniu obrazów Fra Angelico, po powrocie do hotelu długo stała w jednym miejscu, „milcząca, bez kontaktu”. Wylicza się też inne objawy choroby: utrata kontroli nad sobą i niszczenie dzieł sztuki.

Przykładów jest wiele.

I tak:

W roku 1956 podczas wystawy w Montauban oblano kwasem Mona Lisę.

Szesnaście lat później (1972 r.) w Bazylice św. Piotra, austra­lijski geolog Laszlo Toth uderzył kilkadziesiąt razy młotkiem Pietę Michała Anioła, krzycząc: „Ja jestem Jezusem Chrystusem”. Uszko­dził prawe ramię Madonny, nos oraz twarz. Gdyby nie odnaleziona w poznańskim kościele Matki Boskiej Bolesnej najwierniejsza kopia tej rzeźby, być może nigdy nie udałoby jej się odtworzyć.

Rok 2008. Ponad 30-letnia kobieta pocałowała obraz Cya Twombly’ego, zostawiając na nim ślad szminki.

Kilka tygodni później jakiś mężczyzna wtargnął do Muzeum Orsay i zrobił 10-centymetrową dziurę w płótnie Claude’a Moneta Most w Argenteuil.

W 2009 r. profesor matematyki rzucił się na posąg Seneki z młotkiem. W Luwrze turystka z Rosji cisnęła glinianą doniczką kupioną w skle­pie z pamiątkami w Mona Lisę.

A Plaża w Pourville Moneta? I sprawca, któremu „głowa napuchła pożądaniem”, jak przeczytał, że ten obraz wisi w Poznaniu. Tłumaczył się potem, że ukradł go „nie dla zysku, ale z miłości”.

Przypomniało mi się to wszystko na początku maja 2016 r.

Wtedy go zobaczyłam.

Zobaczyłam, jak siedział na ławce niedaleko Rijksmuseum. W ręce trzymał otwarty album. Patrzył na młodą kobietę, która przelewa mleko z dzbanka do fajansowej misy. Na stole leżał luźno udrapowany błękitny obrus, na nim kosz pełen chleba, kufel na piwo, może wino. Pewnie była jesień lub zima, kiedy Vermeer malował ten obraz, okna w izbie są zamknięte, a za dziewczyną stoi żeliwny grzejnik do stóp. Z tyłu na ścianie pokoju rozświe­tlonego plamą słońca (był przecież Vermeer „malarzem ciszy i światła. Światło zostało w jego obrazach. Reszta jest milcze­niem” [Zbigniew Herbert]) dostrzec można mały gwoździk, wzru­szający detal.

Siedział na ławce i płakał, nie krył się z tym wcale. Patrzyłam na niego przez chwilę. Odwrócił się, uśmiechnął, jeszcze bardziej skulił w sobie. Szybko się dowiedziałam, że do Amsterdamu przyjechał z Polski, z Kutna. Najpierw pociągiem do Warszawy, potem samolotem.

Miał bilet na wystawę. Ale nie mógł, nie potrafił tam wejść. Kołatanie serca, zawroty głowy, przyspieszony oddech. Ale to nic, to nie szkodzi, powiedział, bo „Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum / w namalowanej ciszy i skupieniu / mleko z dzbanka do miski / dzień po dniu przelewa, nie zasługuje Świat / na koniec świata” (Wisława Szymborska).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata