70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Krzysztof Wójcik / FORUM

Nic nie ginie, wszystko jest niezniszczalne

Wszystko, co Kołakowski przeżył w czasie wojny, skłaniało go, żeby szukać w Piśmie Świętym argumentów przeciwko mądrości i sprawiedliwości Boga. Skoro Bóg nas sądzi i rozlicza, to my możemy sądzić i rozliczać Boga. Z czasem Kołakowski zaczął jednak pojmować, że o Bogu – tak jak o śmierci – wiemy znacznie mniej, niż nam się wydaje.

Obawiał się Pan pierwszego spotkania z Leszkiem Kołakowskim?

Oczywiście. Kontakt z człowiekiem wybitnym – a takim był w mojej opinii Leszek Kołakowski – zawsze jest trochę stresujący.

Bardziej jednak obawiałem się pierwszej rozmowy telefonicznej niż kontaktu osobistego.

Kiedy to było?

To był bodajże rok 1987 albo 1988. Przygotowywałem dla emigracyjnej oficyny Puls wydanie Pochwały niekonsekwencji – trzech tomów pism rozproszonych Kołakowskiego sprzed 1968 r. Lata 80. to ponura dekada agonii komunizmu na ziemiach polskich, kiedy wszystko stanowiło problem. Niełatwo było zadzwonić do Oksfordu. Po pierwsze, z racji podsłuchów, a po drugie, z powodu kosztów zagranicznej rozmowy telefonicznej, na którą nie bardzo mogłem sobie pozwolić. W końcu zadzwoniłem z Polskiego Związku Wędkarskiego, gdzie pracował mój kolega. I rozmowa jakoś się udała.

A kiedy spotkał się Pan z Kołakowskim osobiście?

Niedługo później widzieliśmy się w Londynie. I ten pierwszy kontakt osobisty był dobry, a nawet bardzo dobry. Kołakowski, w przeciwieństwie do wielu wybitnych osób, nie miał w sobie chłodnej uprzejmości. Bardzo szybko skracał dystans. Pamiętam, że po pewnym czasie zaproponował mówienie sobie na „ty”, co mi jednak przychodziło z trudem. Potem już nie obawiałem się tych spotkań, odczuwając dużą serdeczność z jego strony, która z czasem, jak sobie pochlebiam, zamieniła się wręcz w przyjaźń.

Alain Besançon pisał o „wykwintności fizycznej” Kołakowskiego. „Był długi i wiotki, wyraźnie w polskim typie, z jasną cerą i jasnymi włosami, o bladoniebieskich oczach”.

Wykwintność, a nawet rodzaj ekstrawagancji w sposobie ubierania się i sposobie bycia to było coś, co rzucało się w oczy ludziom, którzy w Warszawie w poł. lat 60. poznawali Kołakowskiego – chodzili na jego wykłady i seminaria.

Kołakowski miał swój styl, który był zaraźliwy. Mówiło się więc i pisało Kołakowskim. Na Kołakowskiego się snobowano. Polegało to np. na posługiwaniu się kunsztownym stylem z inwersjami i częstym wtrącaniem archaicznych słów w rodzaju „atoli” bądź „iżby”.

Albo na paleniu extra mocnych bez filtra i wypowiadaniu w kłębach dymu jakiegoś łacińskiego zwrotu w rodzaju: „abyssus abyssum invocat”. Było to wszystko trochę śmieszne. Oczywiście Kołakowski jako autor tekstu Pochwała snobizmu doceniał snobizm, jeśli ten „ulepszał duszę”. Nie zawsze jednak z takim pozytywnym snobizmem mieliśmy do czynienia.

Pan był za młody, by móc uczestniczyć w tej studenckiej modzie. Gdy Kołakowski wyjechał z Polski, był Pan dopiero w liceum.

Usłyszałem o nim po raz pierwszy z Radia Wolna Europa właśnie w 1968 r. Mój ojciec lubił audycję Fakty, wydarzenia, opinie – czasami słuchałem jej razem z nim. Któregoś dnia dowiedziałem się, że był w Warszawie filozof, który miał rząd dusz, a w końcu został obłożony klątwą przez władze partyjne, z Gomułką na czele, i wyemigrował.

Nie jestem zwolennikiem mnożenia pokoleń bez potrzeby, ale tych, co tak jak ja rozpoczynali studia już w latach 70., dzieliła pokoleniowa przepaść od kolegów starszych o kilka lat, którzy przeżyli wydarzenia marcowe, będąc na uniwersytecie.

Ich doświadczenie i losy musiały Pana zafascynować. W przedmowie do Pochwały niekonsekwencji zapisuje Pan: „Można sobie wyobrazić frapującą powieść o pamiętnym niespokojnym roku 1968; jej bohaterami byliby trzej młodzi ludzie, którzy spotykali się w Warszawie na seminarium Kołakowskiego, a pewnego dnia spotkali się w areszcie śledczym, podejrzani o »działalność wywrotową wobec państwa«, i musieli wyjaśniać, jak właściwie rozumieją nauki swojego Mistrza”.

To był pomysł na powieść, ale ja nie chciałem i nie mogłem jej napisać. Nie przeszedłem przez areszt, więzienie, śledztwo; nie miałem takich, ważnych przecież, doświadczeń.

Na Uniwersytecie Warszawskim Kołakowski był – jak żartował Karol Modzelewski – z jednej strony mędrcem, a z drugiej strony chuliganem. Był chuliganem co najmniej od 1966 r., gdy w słynnym przemówieniu w 10. rocznicę Października dokonał surowego bilansu stanu, w jakim jest polskie państwo, odcinając w ten sposób pępowinę łączącą go jeszcze z systemem. Został za to wyrzucony z partii. Dla wielu profesorów było to właśnie „chuligaństwo”, zachowanie zbyt śmiałe, niepotrzebnie jątrzące, narażające interesy uczelni. Być może myśleli tak też niektórzy jego uczniowie. Do tego dochodziła gra ambicji i zawiści tej tzw. bananowej młodzieży, wśród której byli akolici Kołakowskiego, uczestnicy jego seminariów. Chciałbym, żeby powstała powieść, która by te wątki objęła.

Kiedy przeczytał Pan pierwszy tekst Kołakowskiego?

Na pierwszym roku studiów, w dość zabawnych okolicznościach. Na warszawskiej polonistyce, stojąc z kolegą przed tablicą ogłoszeń, zobaczyłem, że przewidziane mamy zajęcia z filozofii i że prowadzić je będzie Kołakowski. Okazało się ostatecznie, że to nie Leszek, ale Andrzej Kołakowski (zbieżność nazwisk przypadkowa). Mimo iż był on członkiem partii, nic nie robił sobie z zapisu cenzorskiego, jakim był objęty autor Kultury i fetyszów, i już na pierwszych ćwiczeniach polecił nam lekturę eseju swojego sławnego imiennika Etyka bez kodeksu. Dobrze pamiętam wrażenie, jakie na mnie zrobił. Esej zaczyna się od uwagi, że istnieją czynności, które można wykonać częściowo, i takie, które można wykonać wyłącznie całkowicie. Można częściowo spłacić dług albo wypalić papierosa, ale nie można ani częściowo wyskoczyć z pędzącego pociągu, ani częściowo się ożenić. Afirmacja świata też jest czynnością, której nie można wykonać częściowo: można albo zaakceptować świat w całości, albo go odrzucić, popełniając samobójstwo. Ten tekst był dla mnie w zasadzie pierwszą w życiu zachętą sokratejską, zaproszeniem do myślenia.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter