Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
lipiec, nr 566
sierpień, nr 567
wrzesień, nr 568
październik, nr 569
listopad, nr 570
grudzień, nr 571
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 12/2002 (571)
  Paszport

Piotr Kłodkowski



   Do krajów Orientu najlepiej podróżować zimą. W Europie wtedy mróz, śnieg albo deszczowa plucha, w Azji natomiast pogoda jakby wiosenna, jeśli mierzyć ją według naszych kryteriów meteorologicznych. Nie jest to naturalnie najlepszy czas na plażowanie, raczej na pełną przygód podróż do miejsc nieznanych, gdzie można spacerować do woli i cieszyć się spotkaniami z ludźmi, których wcześniej nigdy nie widzieliśmy w naszym życiu. Temperatura nie odbiera nam wtedy zdolności myślenia i nie zniechęca do zawierania przyjaźni. W zimie, z dala od chłodnej Europy, wszystko wydaje się jakby radośniejsze.
   Było nas cztery osoby. Zgodnie z naszymi planami mieliśmy wylądować w Delhi, a stamtąd pociągiem, wynajętym jeepem i wreszcie autobusem dotrzeć do Kathmandu. Po kilku dniach pobytu w Dolinie Świętych Miast chcieliśmy pojechać do Pokhary, a później wyruszyć na dziesięciodniowy trekking w Himalaje, do nieczynnej już bazy wypadowej na Annapurnę. Szlak nie jest zbyt trudny, to znaczy mogą go łatwo pokonać osoby nie mające wielkich umiejętności alpinistycznych.
   Lecieliśmy rumuńskimi liniami Tarom. To bez wątpienia linie konkurencyjne cenowo w porównaniu chociażby z Lufthansą, British Airways czy nawet LOT-em. Standard jest przyzwoity, nic więc dziwnego, że kilka lat temu Tarom przyciągał wielu niezamożnych klientów z całego niemal świata.
   Na Okęciu śnieg już nie padał. Płyta lotniska została dokładnie oczyszczona, nie było więc problemów ze startem. Przelot Warszawa-Bukareszt miał trwać krótko, jednak po wylądowaniu w Rumunii należało czekać kilka godzin na nocne połączenie do Delhi. Lecieliśmy spokojnie, bez turbulencji. Podano posiłek, mogliśmy więc zająć się czymś pożytecznym. Po około czterdziestu minutach pilot oznajmił, że samolot nie otrzymał zezwolenia na lądowanie w Bukareszcie. Od dłuższego czasu szalała tam śnieżyca, dlatego musiano wstrzymać niemal cały ruch lotniczy. Oczywiście taka wiadomość zawsze komplikuje misterne plany podróży, tyle że brak jakiejkolwiek alternatywy zmusza z kolei do zaakceptowania tego, co może się niespodziewanie zdarzyć. Zamiast w Bukareszcie wylądowaliśmy więc w Timisoarze.
   Tutejszy port lotniczy okazał się dość obskurnym barakiem. Na miejscu nie było żadnego bufetu, wewnątrz panowała ogromna duchota. Przybywało coraz więcej pasażerów, którzy podobnie jak i my, musieli przymusowo lądować w Timişoarze. Pilnowali nas miejscowi żołnierze, chyba bardzo znudzeni swoimi obowiązkami. Na szczęście nuda zaraz minęła, bo za chwilę radośnie pili alkohol z Austriakami, pragnącymi jakoś wesoło spędzić czas. W kilkusetosobowej grupie osób zobaczyłem Indusów. Trzymali fason, podobnie jak i Europejczycy. Śmiali się i - jak mi się wówczas wydawało - wcale nie popsuła im humorów dość niespodziewana zmiana rozkładu lotów. Podszedłem do nich i przedstawiłem moich przyjaciół. Oczywiście powiedziałem, że lecimy do Indii, tak więc rozmowa potoczyła się od razu w bardzo autobiograficznym kierunku. Jedni przylecieli z Londynu, inni z Paryża, Zurychu bądź Amsterdamu. Robili tam interesy, pracowali, uczyli się jako stypendyści na renomowanych uniwersytetach bądź odwiedzali swoich krewnych, już osiadłych w Europie na stałe. Teraz wracali do domu. Mieli przy sobie mnóstwo prezentów dla niemal każdego członka swojej rodziny. Prawie wszyscy pochodzili z północnych Indii. Z Radżasthanu, Pendżabu, Bengalu, Harijany. Każdy bardzo zachwalał swoje rodzinne strony i gorąco namawiał do odwiedzin.
   Nie wiem dlaczego, ale od razu szczególną sympatią obdarzyłem wysokiego, jakoś tak wewnętrznie radosnego Indusa. Nazywał się Mohan. Pochodził z Delhi i właśnie skończył studia w Wielkiej Brytanii, w Manchesterze. W domu oczekiwali na niego już swaci, był więc straszliwie ciekaw narzeczonej, wybranej dla niego przez rodziców. Znał ją tylko ze zdjęć i z opisów w listach. Z pewnością pochodziła, jak i on, z szanowanej i zamożnej rodziny. Mohan obiecał, że przedstawi mi swoją przyszłą żonę i zabierze do ulubionej restauracji w Delhi, aby pożegnać wreszcie kawalerski stan. Pogroziłem, że będę trzymał go za słowo, ale Mohan z uporem twierdził, że raz danej obietnicy nie cofnie.
   Czekaliśmy już pięć albo sześć godzin. I chociaż czas nam się wcale nie dłużył, to jednak wypadało czegoś dowiedzieć się o dalszym przebiegu podróży. W tłumie pasażerów krążyły różne wersje. Według pierwszej mieliśmy odbyć podróż pociągiem do Ploeszti, a stamtąd, nie wiadomo jeszcze czym, bezpośrednio do Bukaresztu. Inna wersja była bez wątpienia bardziej atrakcyjna, mianowicie że zaraz odlecimy, ponieważ w Bukareszcie ustała gwałtowna śnieżyca.
   Po niemal siedmiu godzinach ktoś z władz Taromu podjął decyzję, która do pewnego stopnia podważała pierwszą i drugą wersję. Zawieziono nas wszystkich do centrum Timişoary, do hotelu. Hotel okazał się bardzo luksusowy, tyle że na murach budynku widać było jeszcze ślady po kulach, znaku krwawej rewolucji przeciw Ceauşescu. Mohan zauważył to od razu, tak więc dalsza część rozmowy - tyle że już w barze hotelowym - zeszła na pamiętną wiosnę ludów w 1989 roku.
   Następnego ranka wszyscy byli pełni optymizmu. Zaraz po śniadaniu zawieziono nas na lotnisko. Prognoza pogody okazała się wreszcie pomyślna i zaledwie po dwóch godzinach wylądowaliśmy w Bukareszcie. Oczywiście samolot do Delhi już był odleciał, musieliśmy więc czekać na inne sensowne połączenie. Na szczęście wkrótce oznajmiono, że pasażerowie mający bilety do Delhi udadzą się najpierw do Rzymu, a nazajutrz polecą indyjskimi liniami już bezpośrednio na subkontynent. Zgodnie z regulaminem IATA, którego członkiem jest Tarom, dalsza część podróży miała odbywać się wyłącznie na koszt przewoźnika. Dla nas i Mohana była to dobra wiadomość. Zafundowano nam niespodziewaną wycieczkę do Wiecznego Miasta. Mohan nigdy nie był we Włoszech i cieszył się, że trafiła się mu okazja zobaczenia kolejnego kawałka pięknej Europy.
   W Rzymie nie przewidywano żadnych zamieci śnieżnych, dlatego też wylądowaliśmy zgodnie z rozkładem. Na lotnisku czekał na nas miejscowy urzędnik, który poinformował, że Tarom faktycznie pokrył wszystkim pasażerom koszty hotelu i wyżywienia. Oczywiście najpierw trzeba było przejść przez kontrolę graniczną oraz odebrać swoje bagaże. W gigantycznym tłumie lotniskowym straciłem z oczu świeżo poznanych indyjskich znajomych, ale miałem nadzieję, że spotkamy się w hotelu.
    Dojechaliśmy specjalnie podstawionym autobusem na miejsce. W lobby hotelowym zobaczyłem jedynie znanych mi już z widzenia europejskich współpasażerów. Indusów nie było. Zwróciłem jedynie uwagę na postawnego Sikha w czerwonym turbanie, który meldował się przede mną na recepcji. Miał brytyjski paszport. Na wszelki wypadek zapytałem o Mohana recepcjonistę. Ten jednak pokręcił tylko głową. Nic nie wiedział. Któraś z osób wtrąciła, słysząc zapewne moje pytanie, że Indusi musieli pojechać zapewne do innego hotelu, a jeszcze inna była niemal pewna, że widziała ich wsiadających do hotelowego autobusu. Nie miałem siły dalej myśleć. Zresztą wszyscy odczuwali zmęczenie, tak więc po kolacji poszliśmy od razu do swoich pokojów.
   Po nocy przespanej w eleganckim hotelu i obfitym śniadaniu nasze samopoczucie było dużo lepsze aniżeli poprzedniego dnia. Mieliśmy sporo czasu na spacer po Rzymie, ponieważ samolot do Delhi odlatywał dopiero w nocy. W naszej grupie każdy chciał wybrać się do innego miejsca, dlatego też potraktowaliśmy plan zwiedzania bardzo indywidualnie. Po prostu umówiliśmy się wieczorem w hotelu na kolację. Osiem godzin przyjemnej włóczęgi zupełnie wystarczyło. Na początku siąpił drobny deszcz, potem wyjrzało słońce, i chociaż było dość chłodno, to i tak czułem się niezwykle zrelaksowany, siedząc na Piazza Campidoglio. Wieczorem po gorącym prysznicu i solidnej porcji spaghetti pojechaliśmy na lotnisko. Byliśmy zadowoleni. Niespodziewana wycieczka po Rzymie wszystkim się ogromnie spodobała. Szybko przeszliśmy odprawę celno-paszportową i weszliśmy do hali odlotów. Do startu pozostało jeszcze dwie godziny. Bardziej z przyzwyczajenia aniżeli chęci kupienia czegokolwiek błąkaliśmy się po sklepach wolnocłowych.
   Wtedy zobaczyłem Mohana. Siedział na ławce. Podszedłem do niego i przyjaźnie zagadałem. Mohan popatrzył mi prosto w oczy i zapytał: no jak tam, dobrze wypocząłeś? Byłeś w Watykanie? Widzę, że jesteś w świetnej formie, dodał wyraźnie bez życzliwości. Najpierw chciałem spontanicznie odpowiedzieć, że wszystko się jak najbardziej udało, ale ton jego ostatniej uwagi mnie powstrzymał. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że Mohan wygląda jakoś inaczej. Był zgaszony. Poczułem, że wyparowała z niego radość, która tak bardzo uderzyła mnie podczas pierwszego spotkania. Moje wczorajsze podejrzenia, do tej pory jakoś podświadomie odpychane, paskudnie się sprawdziły. Zaraz obok nas, na ławkach i fotelach siedzieli lub leżeli Indusi. Wszyscy wyglądali na zmęczonych, byli jacyś zmięci, nieruchawi. Nikt ze sobą nie rozmawiał. Nawet troje dzieci indyjskich, które jeszcze wczoraj tak mocno dokazywały i przekomarzały się ze swoimi rodzicami, teraz siedziało apatycznie wpatrzonych w ścianę.
   - Ale dlaczego? - zapytałem Mohana. - Przecież słyszałem, że Tarom zapłacił za wszystkich pasażerów lecących do Delhi. - Bo my jesteśmy gorsi, odpowiedział Mohan. - Ja, te dzieci tutaj, my wszyscy jesteśmy od was, Europejczyków, gorsi. - Niespodziewanie wyciągnął swój paszport z napisem "Republika Indii" i podstawił mi go tuż pod nos. - Bo nasze paszporty są gorsze od waszych. Nam nie wolno, ot, tak sobie, przejść granicy w Europie. Jesteśmy przecież tylko obywatelami Indii, zwykłymi Indusami. Nam nie wolno. - Mohan patrzył cały czas na mnie. Nie ukrywał już niechęci, sarkazmu i irytacji. Przez moment poczułem się niemal uosobieniem całej oskarżanej Europy, jej zwyczajów, podejrzeń, przepisów prawnych i imigracyjnych, a może nawet całej historii. Ale mowa oskarżycielska nie trwała długo. Mohan, zrezygnowany i zmęczony, usiadł na ławce i obrócił głowę. Dopiero wtedy zrozumiałem, że widzę przed sobą dwa światy, istniejące tuż obok siebie na lotnisku w Rzymie. Pierwszy to oczywiście Europejczycy i ci szczęściarze, którzy posiadali już europejskie obywatelstwo, pozwalające zobaczyć ów "kawałek pięknej Europy". Drugi - to Indusi ze swoimi paszportami, z którymi zamiast do opłaconego hotelu, mogli się udać co najwyżej do lotniskowej poczekalni, na ławki. Europejczycy wypoczęci, wyspani, najedzeni i uśmiechnięci; Indusi zmęczeni 30-godzinnym wyczekiwaniem, spoceni, wymięci i smutni. Jedni i drudzy mieli lecieć do Indii - pierwsi z wizytą, drudzy do siebie, do domu.
   Nie było już o czym gadać. Początkowo nawet chciałem Mohanowi opowiedzieć o tym, że jeszcze kilka lat temu w podobnej sytuacji byli Polacy. Peerelowski paszport też był "gorszy" i dopiero teraz mogłem swobodnie przekraczać europejskie granice. Ale ten argument zaraz wydał mi się całkowicie bez sensu. Przecież Indusi, mimo iż nazywają swoje państwo dumnie "największą demokracją świata", nie zlikwidują jeszcze długo ciążącego na nich innego określenia: "Trzeci Świat". Nie będzie tam żadnej wiosny ludów, która mogłaby ich zbliżyć do Unii Europejskiej. Człowieka z paszportem indyjskim służby imigracyjne Zachodu będą podejrzewały o chęć podjęcia pracy na czarno, nielegalnej imigracji, przemytu czy mnóstwa jeszcze innych rzeczy. To się chyba nigdy nie zmieni. Zawsze będą paszporty lepsze i gorsze. Te pierwsze ze świata Zachodu, ewentualnie z Japonii czy Korei, te drugie z Afryki, Ameryki Południowej i większości krajów Azji.
   W Delhi na Mohana czekała bardzo liczna rodzina. Na lotnisku ściskano go niezwykle serdecznie. Musiał być bardzo szczęśliwy. Kto wie, może wśród oczekujących była jego przyszła małżonka. We czwórkę obserwowaliśmy w milczeniu pełną radości scenę powitania. Po kilkunastu minutach Mohan podszedł do nas i uścisnął nam dłonie. Nie ponowił swojego zaproszenia do rodzinnego domu, ale też wcale tego nie oczekiwałem. Człowiek tracący publicznie kawałek swojej godności nie chce bowiem pamiętać o mimowolnych świadkach, którzy tego nie zaznali.
   Pamiętam, że nic wówczas nie myślałem, tylko patrzyłem, jak Mohan i cała jego rodzina wsiadają do kilku taksówek i odjeżdżają. Jeszcze przez chwilę staliśmy razem bez ruchu, potem wynajęliśmy niewielki samochód i pojechaliśmy do dzielnicy Pahar Gandź. Mohana już nigdy więcej nie widziałem.

PIOTR KŁODKOWSKI, ur. 1964, dr orientalistyki. Wydał: Homo mysticus hinduizmu i islamu (1998), Jak się modlą hindusi (red. i oprac., 2000), Wojna światów. O iluzji wartości uniwersalnych (2002). Publikował we "W drodze", "Ateneum Kapłańskim", "Znaku". Organizuje i prowadzi wyprawy kulturowe do krajów azjatyckich.

   2002 SIW Znak, Piotr Poniedziałek