Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
- styczeń, nr 536
- luty, nr 537
- marzec, nr 538
- kwiecień, nr 539
- maj, nr 540
- czerwiec, nr 541
- lipiec, nr 542
- sierpień, nr 543
- wrzesień, nr 544

 Fundacja


Gdzie byliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd idziemy?

Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
EWANGELIA W SZKOLE

Marek Kita



Święty Paweł, prowadząc działalność misyjną w Efezie, przez dwa lata nauczał codziennie "w szkole niejakiego Tyrannosa" (Dz 19, 9). Jest to być może dobry pretekst, aby zaproponować szkolnym katechetom uznanie Apostoła Narodów za patrona, zwłaszcza że w wielu wypadkach doświadczenie wyniesione z sal lekcyjnych pozwala podpisać się z głębokim przekonaniem pod jego słowami o głoszeniu "świadectwa Bożego w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem" (por. 1 Kor 2, 3). Z drugiej strony należałoby się gorąco modlić i usilnie starać, aby nauczanie religii w szkole niezależnie od trudności było zawsze, na podobieństwo przepowiadania Pawła, "ukazywaniem Ducha i mocy" (1 Kor 2, 4), nie zaś beznadziejną szamotaniną nauczyciela drugiej kategorii. Pośród licznych apostolskich cnót gwałtownika z Tarsu, których naśladowanie warto katechetom gorąco polecić, na specjalne podkreślenie wydaje się zasługiwać umiejętność dostosowania form przekazu Dobrej Nowiny do mentalności jej konkretnych adresatów oraz uwarunkowań, jakim podlegają.
W duchu początkowych rozdziałów Pierwszego Listu do Koryntian wypada w tym kontekście sformułować ważną przestrogę przed hołdowaniem mądrości wyłącznie ludzkiej. Poszukiwanie właściwego modelu nauczania religii w warunkach szkolnych nie może się na przykład wiązać z ograniczaniem jego roli do samego informowania o historii i doktrynie chrześcijaństwa. Katecheza musi pozostać ukierunkowana na religijne wtajemniczenie, "by nie zniweczyć Chrystusowego krzyża" (1 Kor 1, 17). Parafrazując słowa Chrystusa na temat obecności Jego uczniów w świecie, można by powiedzieć, że funkcjonując "w szkole", katecheza jednocześnie nie jest "ze szkoły". Posiadając w niej prawo obywatelstwa jako element całościowej edukacji tych, którzy tego pragną, zachowuje z konieczności status szczególny - co nie usprawiedliwia, rzecz jasna, wytwarzania sztucznego dystansu lub domagania się jakichś specjalnych przywilejów.


Święta ekstrawagancja

Lekcja religii zdecydowanie powinna być niezwykła. Unikanie belferskiej rutyny ma ogromne znaczenie nie tylko ze względu na wymogi współczesnej pedagogiki, ale także z uwagi na specyficzny cel katechezy. Jeżeli ma ona za zadanie wdrożenie młodych ludzi do wypełniania w mocy Ducha Świętego "doskonałego Prawa wolności" (Jk 1, 25), to styl prowadzenia zajęć nie może przywodzić na myśl przygotowań do egzaminu na prawo jazdy. Fakt, iż na przykład wielu osobom sakrament bierzmowania kojarzy się przede wszystkim z koniecznością mechanicznego wbicia do głowy kilkuset pytań i odpowiedzi, należy uznać za skandal. Formowanie przyjaciół Chrystusa różni się zresztą także, przy wszelkich możliwych podobieństwach, od wychowywania "porządnych ludzi". Choć życie według Ośmiu Błogosławieństw jest z założenia "ciche i spokojne" (1 Tm 2, 2), to jednak pewne przejawy jego wewnętrznego dynamizmu potrafią zaszokować nawet otoczenie zasadniczo akceptujące chrześcijański światopogląd - jak w przypadku radykalnego świadectwa św. Franciszka, burzącego spokój ducha zadowolonych z siebie mieszczan. W związku z tym katecheza, będąc systematycznym wprowadzeniem w doktrynę i życie chrześcijańskie, powinna zawierać w sobie również profetyczny element pobożnego szaleństwa. Nawiasem mówiąc, wydaje się, że to głównie jego brak powoduje postrzeganie przez młodzież "religii" jako przedmiotu niezbyt interesującego i mało ważnego. Zwietrzała sól nadaje się wyłącznie na śmietnik (por. Mt 5, 13).
Sytuacja, w której to nie uczniowie prowokują od czasu do czasu katechetę do obrony nauki głoszonej przez Kościół, lecz on sam sieje w klasie duchowy ferment, wydaje się z punktu widzenia Ewangelii znacznie bardziej normalna. Natomiast wobec nieuniknionej konfrontacji z poglądami przeciwnymi ortodoksji nie wolno zapomnieć o charakterystyce głosiciela słowa Bożego zawartej w Drugim Liście do Tymoteusza: "sługa Pana nie powinien się wdawać w kłótnie, ale ma być łagodny względem wszystkich, skory do nauczania, zrównoważony. Powinien z łagodnością pouczać wrogo usposobionych, bo może Bóg da im kiedyś nawrócenie..." (2 Tm 2, 24-25). Prawdopodobnie częstokroć lepiej byłoby powtórzyć pod adresem zadziornych oponentów przekorne pytanie, jakim zaskoczył pewnego niedowiarka Cadyk z Berdyczowa: "A może to jednak prawda?", niż nerwowo starać się uzyskać przewagę w wymianie zdań. Również apologię chrześcijańskiej moralności warto może uprawiać raczej za pomocą zdroworozsądkowych uwag i szczypty dobrodusznej ironii niż przy użyciu wzniosłych zaklęć i gorzkich biadań.
Głoszenie nawrócenia nie ma sensu bez jego praktykowania. Wewnętrzna przemiana i "odnowienie umysłu" (Rz 12, 2) pozwalają nie tylko zdobyć się wobec innych na cierpliwość podobną do tej, jakiej się samemu doświadcza ze strony Boga (Ef 4, 32), ale także spojrzeć na lekcje religii jak na wspólne wędrowanie. Chrześcijaństwo w istocie jest przecież "drogą" (Dz 9, 2), zaś każdy, kto jej naucza, prowadzi tylko po bratersku do właściwego Nauczyciela (Mt 23, 8). Przy tym otwartość na Boże niespodzianki, zdolność do zdziwienia i radość z nowych odkryć przemawiają prędzej niż słowa, natomiast umiejętność szczerego przyznania się, gdy trzeba, do niewiedzy lub błędu wbrew pozorom wzmacnia wiarygodność i podbudowuje autorytet. W przypadku świadka Prawdy jakiekolwiek udawanie musiałoby sprawiać wrażenie wyjątkowo żałosne. Odnosi się to zresztą również do form osobistej ekspresji. Jeżeli katecheta faktycznie potrafi utożsamić się ze swymi uczniami do tego stopnia, by dzielić ich wrażliwość i mówić ich językiem, z pewnością może zdziałać wiele dobrego. Jeśli jednak tego nie umie, wystarczy gdy, pozostając sobą, będzie wyrozumiałym partnerem w dialogu.
Warto przy tej okazji zauważyć, że wyjątkowy charakter nawiązywanych z młodzieżą kontaktów sprawia, iż katecheta wydaje się niejako z natury predysponowany do bycia - obok takich postaci jak szkolny psycholog - jej powiernikiem i rzecznikiem. Jest to być może powód, dla którego należałoby odradzać łączenie nauczania religii z pełnieniem funkcji wychowawcy jednej konkretnej klasy.


Roztropny budowniczy

Porównując proces chrześcijańskiej formacji do wznoszenia budowli, św. Paweł przypomina o roli Chrystusa jako fundamentu (por. 1 Kor 3, 10-11). W świetle tej wypowiedzi wypada uznać za konieczne zorientowanie się na początku spotkań z daną grupą, czy aby na pewno pora już na katechezę w sensie ścisłym, o której zgodnie ze starożytną tradycją Jan Paweł II pisze następująco: "W całym procesie ewangelizacji katecheza ma być etapem wprowadzania i dojrzewania, to znaczy czasem, w którym chrześcijanin, przyjąwszy przez wiarę Jezusa Chrystusa, jako jedynego Pana i przylgnąwszy do Niego całkowicie przez szczere nawrócenie serca, stara się lepiej poznać tego Jezusa, któremu się powierzył, poznać mianowicie Jego ťtajemnicęŤ, Królestwo Boże, które On zapowiada, wymagania i obietnice, zawarte w Jego ewangelicznym orędziu, drogi, które wyznaczył dla wszystkich tych, którzy zechcą pójść za Nim" (Catechesi tradendae, 20). Systematyczny wykład doktryny i zasad moralnych oraz przygotowanie do poszczególnych sakramentów tracą zatem sens i mogą nawet odnieść skutek odwrotny do zamierzonego w sytuacji, w której pominięte zostało pierwsze przepowiadanie (kerygma), prowadzące do osobistej decyzji wiary. W obecnej sytuacji nie można, niestety, założyć, że do owej decyzji oraz świadomego przylgnięcia sercem do Chrystusa doprowadziło już młodego człowieka doświadczenie życia w katolickiej rodzinie.
Poczucie odpowiedzialności przed żywym Bogiem za żywych ludzi musi przeważyć nad gorliwością w realizacji programu nauczania. Być może trzeba będzie na jakiś czas odłożyć przygotowane materiały i rozpocząć od podstawowego pytania: "Czego szukacie?" (J 1, 38). Niewykluczone, że w przypadku niektórych jego postawienie ujawni niepokojący fakt, iż jak na razie nie szukają w życiu w ogóle niczego. Inni otworzą szeroko zdziwione oczy, słysząc sugestię, że oferowana przez Jezusa "woda żywa" (J 4, 10) może mieć jakiś związek z tym wszystkim, co bywa przedmiotem ich pragnień. Z pewnością też, podobnie jak dwa tysiące lat temu, okaże się, że odpowiedź na pytanie: "Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?" (Mt 16, 13) jest o wiele łatwiejsza niż refleksja nad własnym stosunkiem do Nazarejczyka...
Zdecydowanie warto i należy czytać z młodzieżą Ewangelię, lecz koniecznie trzeba dobrze przemyśleć sposób, w jaki się do tego zabierzemy. Pomysły, aby tak po prostu zadawać lekturę i urządzać kartkówki z kolejnych rozdziałów, budzą niepokój, a powinny być może budzić przerażenie. Nie chodzi przecież o to, by uczniowie "przerobili" (a przy okazji, nie daj Boże, znienawidzili) kolejną książkę! Systematyczne zapoznanie się z biblijną narracją jest z pewnością bardzo istotne, jednak pierwszeństwo powinno przysługiwać nauce odczytywania Pisma Świętego jako słowa Bożego. Na dobry początek można by zaproponować pochylenie się nad niewielkimi, kluczowymi fragmentami, mówiącymi o spotkaniach konkretnych osób z Jezusem. Należałoby przygotować krótki komentarz i parę pytań zachęcających do refleksji, przy czym jedno i drugie powinno stanowić owoc osobistej medytacji katechety nad danym urywkiem Pisma w kontekście tego wszystkiego, czego zdążył się on już dowiedzieć - z obserwacji i dialogu - na temat wrażliwości, zainteresowań i problemów danej grupy. Komentarz musi być prosty i na tyle powściągliwy, by wyjaśniając to, co konieczne, pozostawiał miejsce dla samodzielnych rozważań. Wręczona zaś uczniowi w trakcie zajęć kartka zawierająca zarówno tekst z komentarzem i pytaniami, jak propozycję krótkiej modlitwy, umożliwi powracanie do danego fragmentu Ewangelii również w domu, aż do następnej katechezy. W ten sposób można spróbować pokazać młodym ludziom, że poszukując punktów odniesienia we własnym codziennym życiu, warto brać pod uwagę osobę Jezusa jako autorytet, zaś spisane przez Ewangelistów świadectwo o Nim - jako źródło inspiracji.
Prezentacja Dobrej Nowiny podczas lekcji przypomina trochę nawoływanie biblijnej Mądrości na drogach i rozstajach (por. Prz 8, 1-3). Sąsiedztwo innych zajęć, świadomość czekających jeszcze na swą kolej szkolnych obowiązków oraz ogólna atmosfera zaaferowania i rozproszenia, przeszkadzają w pełni zakosztować "wszystkich skarbów" Chrystusa (por. Kol 2, 3). Dlatego obok jakiejś formy pogłębionej katechezy w parafii ważne byłoby zapewnienie młodzieży co pewien czas specjalnej możliwości wyciszenia. Trudno się go spodziewać w trakcie organizowanych zwyczajowo rekolekcji, w których uczestniczą całe szkoły. Przydałoby się raczej upatrzone miejsce za miastem, zaprzyjaźniony ksiądz i dwu-trzydniowe (może w weekend, żeby nie nadwerężać cierpliwości dyrekcji?) wyjazdy z poszczególnymi klasami.


Młodsi bracia Psalmisty

Niezależnie od tego, czy warunki sprzyjają skupieniu, nie można rezygnować z chwili wspólnej modlitwy podczas katechezy. Powstaje tylko pytanie, jaką postać ma ona przybierać, aby pozostać autentycznym zwróceniem się do Boga i rzeczywiście uświęcać dane spotkanie. Warunki te niekoniecznie spełnia odmówienie na zasadzie odruchu wyuczonej formułki na początku i na końcu lekcji. Dla uniknięcia automatyzmu dobrze byłoby może nie wiązać modlitwy na stałe z określonym momentem zajęć, a do formuł tradycyjnych dołączać improwizowane wezwania, odnoszące się do omawianych problemów oraz aktualnych spraw - również takich jak czekająca uczniów za godzinę klasówka.
Nie sposób przecenić znaczenia, jakie dla kształtowania chrześcijańskiej modlitwy ma Księga Psalmów. Dzielenie się z młodzieżą zawartym w niej bogactwem wymaga na wstępie pewnych niezbędnych wyjaśnień, jednak wydaje się, że historyczny koloryt biblijnych pieśni nie stanowi w gruncie rzeczy zbyt wielkiej przeszkody dla odkrywania przez sięgających dziś po psalmy duchowej wspólnoty z ich ludzkimi autorami. Doświadczenie to okazuje się udziałem nawet osób pozbawionych religijnej formacji, o czym przekonał się założyciel skupiającej byłych więźniów, alkoholików i narkomanów wspólnoty "Berdine": "Modlitwa to dla nas zwykle recytacja psalmów. Jest czymś nie do wiary, jak psalmy pasują do kogoś, kto nic nie zna. Ileż razy jakiś typ przychodzi do nas i mówi: ťPrzyznajcie się, to dla mnie wybraliście ten psalmŤ. ťNie, dlaczego?Ť ťBo to o mnie była tam mowa, zobacz, cała moja historia, dokładnieŤ". Pozwalając odnajdywać się wobec Boga w rozmaitych życiowych sytuacjach, modlitwa psalmami jest również swoistą katechezą, "nauczaniem i napominaniem siebie" (Kol 3, 16). Modlący się rozważa w dialogu z Bogiem dokonane przez Niego dzieła oraz różne aspekty życia w łączności z Nim. Na temat składającej się głównie z psalmów Liturgii Godzin tak oto wypowiedział się kiedyś Brat Roger z Taizé: "Odmawiając kilkakrotnie w ciągu dnia modlitwę liturgiczną, tę odwieczną modlitwę Kościoła, przyswajamy sobie wielkie tematy wiary i przenika nas teologia".
Psalmy uczą przekształcać w modlitwę nawet budzące się w sercu zastrzeżenia wobec niepojętych wyroków Stwórcy. Recytując tchnące absolutną szczerością lamentacje, poznajemy, że bojaźń Boża rzeczywiście nie ma nic wspólnego z niewolniczym lękiem. Kiedy więc w trakcie katechezy pojawiają się trudne pytania związane z doświadczeniem zła w świecie, teksty niektórych psalmów mogą stać się ich przedłużeniem, dzięki czemu nie dochodzi ani do przerwania rozmów z Bogiem, ani do retuszowania obrazu rzeczywistości przez jakąś nadgorliwą teodyceę w stylu przyjaciół Hioba.


Którędy do parafii?

Odkrywanie przez wiarę żywego Chrystusa powinno się wiązać z odkrywaniem również prawdziwego charakteru powołanej przez Niego do istnienia wspólnoty. Katecheza ma za zadanie wprowadzenie człowieka w życie Kościoła jako communio z Bogiem i w Bogu, wcześniej zaś trzeba pomóc młodym ludziom przekonać się, że w istocie jest on czymś więcej niż pewnego typu religijną instytucją. Rozsądna i uczciwa wydaje się przy tym rezygnacja z upartej obrony nieskazitelnego wizerunku Kościoła przed stawianymi przez młodzież zarzutami. Owszem, należy spokojnie podważać niektóre funkcjonujące często w potocznej świadomości mity (dotyczące zwłaszcza duchownych), niemniej warto pamiętać, że apostołowie przekazali nam jako trwały element depozytu wiary opowieść o zdradzie pierwszego spośród nich. Niezwykle istotne jest wytłumaczenie katechizowanym, o co chodzi w Credo, kiedy mowa o świętym Kościele. Najbardziej chyba sensowne byłoby odwołanie się do pełnej blasków i cieni historii narodu wybranego (por. 1 Kor 10, 11), o której meandrach świadczą liczne fragmenty wspominanego powyżej Psałterza.
Podobnie jednak jak o Chrystusie nie wystarczy młodzieży tylko opowiadać, lecz trzeba zachęcać do otwierania się na Jego obecność przez modlitwę i przyjmowanie sakramentów, tak w przypadku Kościoła konieczne będzie wskazanie uczniom możliwości kontaktu z konkretną wspólnotą, w której uobecnia się rzeczywistość mistycznego Ciała. Pewnego rodzaju praktyczną naukę bycia Kościołem stanowić może doświadczenie gromadzenia się wokół słowa Bożego, czy to w klasie, czy podczas dnia skupienia, czy też w ramach jakichś dodatkowych zajęć poza szkołą. "Źródłem i szczytem" życia Kościoła jest jednak, jak wiadomo, Liturgia Eucharystii. Chciałoby się ją widzieć starannie przygotowaną i odprawianą bez pośpiechu.
Pragnienie zapraszania młodzieży do miejsca, gdzie Służbę Bożą celebruje się w sposób piękny, naprawdę nie musi oznaczać hołdowania płytkiej, jedynie emocjonalnej religijności. Fakt, iż chrześcijaństwo jest religią Wcielenia, każe poważnie traktować widzialne znaki łaski. Św. Augustyn pod koniec życia wspominał w Wyznaniach wrażenie, jakie wywierała na nim w trakcie katechumenatu modlitwa zgromadzenia liturgicznego: "Ileż razy płakałem, słuchając hymnów Twoich i kantyków, wstrząśnięty błogim śpiewem Twego Kościoła". Katecheta zatroskany o chwałę Bożą i duchowy pożytek swoich uczniów z mieszanymi uczuciami poprowadzi tych ostatnich na nabożeństwo, na którym będą mieli ochotę zapłakać raczej z rozpaczy...
Mądre powiązanie szkolnej katechezy z rozmaitymi formami wtajemniczenia i w ogóle życia chrześcijańskiego, których naturalnym centrum pozostaje parafia, wydaje się obecnie stanowić wyzwanie szczególnie aktualne. Jest z tym niemały kłopot w sytuacji szkół ponadpodstawowych w większych miastach, których uczniowie niekoniecznie należą do parafii, na terenie której się uczą. Ponadto w stylu duszpasterstwa parafialnego częstokroć przejawia się pewnego rodzaju rutyna, której obecność sprawia, że o wiele bardziej atrakcyjne bywają dla młodzieży specjalistyczne ośrodki przy niektórych klasztorach. Z pewnością nie należy w związku z tym wytaczać armat przeciwko wspomnianym ośrodkom, które rzekomo "wyciągają młodzież z parafii", jednak warto poszukiwać (poprzez wymianę doświadczeń?) sposobów, aby parafia stała się rzeczywiście "domem rodzinnym, braterskim i gościnnym, w którym ochrzczeni i bierzmowani uświadamiają sobie, że są Ludem Bożym" (Catechesi tradendae, 67).


MAREK KITA, ur. 1965, absolwent filozofii UJ i teologii PAT, doktorant w Zakładzie Studiów Europejskich UJ. Publikował w "Znaku" i "Slavia Orientalis", współpracował przy wydaniu tomu Mistrzowie teologii (1998). Pracuje jako katecheta w jednym z krakowskich liceów.

   1998-2000 Verbanet s.c.