fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Waruj, siostro, waruj!

Łańcucka i Mueller wydobywają sedno polityki feministycznej: rezygnują z modnych (i wygodnych) opowieści o empatii czy etyce troski na rzecz emancypacji przez solidarność.

POLYMESTOR
W psa zmienisz się o oczach płomiennych, w straszydło.
HEKABE
Hej! któż ci to obwieścił tę moją przemianę?
POLYMESTOR
Dionizos, wieszcz tracki, wróżby jego znane. (…)

HEKABE
Czy umrę, czy żyć będę, gdy się w głąb zanurzę?

POLYMESTOR
Nie! Umrzesz! Według ciebie nazwą grobu wzgórze — —

HEKABE
Po mojej tej przemianie? Czy jak się wydarzy?

POLYMESTOR
Mogiłą czelnej suki — przestrogą żeglarzy!

Eurypides, Hekabe (w tłumaczeniu Jana Kasprowicza)

 

Waruj, poemiks Joanny Łańcuckiej i Joanny Mueller, jest dla mnie sporym wyzwaniem. Być może dlatego, że łącząc słowo i obraz we wspólnym działaniu, autorki zmuszają do przekierowania odbioru na odmienne obszary percepcji zmysłowej. Być może również dlatego, że po poezję Joanny Mueller sięgam po dłuższej przerwie, mając w pamięci Wylinki (2010), czyli książkę opowiadającą o trudnym procesie rodzenia siebie i świata, o przybieraniu i zarazem nadawaniu kształtów i form nowemu światu, oraz Intima thule (2016), rzadko spotykaną w poezji kobiet opowieść o konieczności wytyczania granic własnego świata dla otwarcia się na bycie w ciągłych relacjach i reakcjach. I nagle Waruj! Książka niezwykła właśnie dlatego, że jest efektem artystycznych realizacji dwóch głosów, dwóch niepowtarzalności i dwóch wizji rzeczywistości. Przede wszystkim następuje tu zerwanie z prymatem słowa: nie wszystko musi tu zostać wypowiedziane, jak na kozetce psychoanalityka. Znacznie więcej dzieje się na obrzeżach słowa, w warstwie rytmicznej i brzmieniowej wiersza, ale też między dźwiękiem a światłem, między prędkością i intensywnością przekazu wiersza a obrazu. Obraz bynajmniej nie funkcjonuje tu jako komentarz dla wiersza; przeciwnie, komunikuje się z wierszem za pomocą tego, co dzieje się przed i poza słowem: rytmu, tonacji i intensywności przekazu. Dlatego Waruj to książka, która nie tylko stawia opór przed wejściem w zamknięte struktury kodu językowego, ale też go rozsadza. Autorki wykorzystują do tego w głównej mierze teksty i konteksty dobrze znane w zachodnim kręgu kulturowym, choć często poza ów krąg wykraczają. Chcą w ten sposób opowiedzieć historię kobiecych traum i krzywd po swojemu, nie wykorzeniając swoich narracji z materialnego kontekstu, w jakim powstawały. Waruj będzie więc zapisem procesu odzyskiwania przez kobiety głosu.

Łańcucka i Mueller ukazują świat przez pryzmat ostatnich wydarzeń, które w przeważającej mierze dotyczą walk odbywających się w sferze tzw. reprodukcji życia społecznego. Znajdziemy tu echa dyskusji o parytetach czy o mowie nienawiści, aluzje do Czarnych Protestów, afer pedofilskich czy #metoo, których osią spajającą jest walka kobiet i mniejszości o słyszalność i widzialność: „Żeby zniknąć, / najpierw musimy się pojawić (drobiny, z których nas wymazano, / tężeją w odłam wizji), abyście nas postrzegali: wyostrzone, jak kwarc zwarte, dogłębnie niepodzielne” (Gdzie nas nie ma w wyobrażeniu góry lodowej). Stawką tych walk staje się prawo głosu, które rozumieć należy nie tyle jako wolność słowa w sferze szeroko rozumianych swobód i praw, ile jako możliwość samoprzedstawienia, czyli mówienia z miejsca własnego usytuowania. Ten materialno-semiotyczny korpus Waruj jest więc wyrazem strategii, którą Luce Irigaray określiła mianem parler femme, czyli próbą pogodzenia praktyk dyskursywnych z cielesnymi sposobami istnienia. Mój głos w sprawie Waruj i tym razem będzie więc – a jakże! – głosem aprobatywnym.

*

W dwugłosie Łańcuckiej i Mueller wiersz i obraz tworzą nierozerwalną całość: raz współgrają, innym razem ścierają się w dwóch różnych tonacjach. Tam gdzie ilustracje Łańcuckiej wydają się bardziej mroczne, wiersze Mueller stają się zagęszczone językowo. Tam gdzie Mueller zmusza nas do błądzenia w gąszczu paleonimii, Łańcucka rozprasza obraz. Nie oznacza to, że w przypadku poezji Mueller następuje całkowite zerwanie łączności z jej wcześniejszą twórczością. Nic bardziej mylnego. Dostrzegam w Waruj konsekwentną realizację poprzedniej – ktoś powiedział: „kołysankowej”, co ma ogromne znaczenie w przypadku tego tomiku – dykcji Mueller. Efekt wcześniejszych poszukiwań poetki osiąga tu dojrzałą realizację właśnie dlatego, że rezonuje z artystyczną ekspresją Łańcuckiej. Tu nadal trwa walka o wybicie się na podmiotowość, wciąż toczy się wojna na słowa i o słowa, ale tym razem głos podmiotki – do tej pory rozdartej między pokojem własnym a wspólnym, między prywatnym a publicznym, między sobą a innymi – ulega proliferacji. Waruj wydobywa głosy wielości, staje się ekspresją kolektywu: „moja pojedynczość to pakiet współdzielony / moja prywatność to proliferacja” (brzuchy (rewia trzewiowa)), ale też „feminocentrycznym protestem”, zapowiadającym „bogactwo wyzwoleń / dzieci, zwierząt, mężczyzn z obrzeży // i całego ay yay innych kobiet” (zgranie bez tłumika (głos współdzielony, Czarna Ludka)).

Łańcucka i Mueller wydobywają sedno polityki feministycznej: rezygnują z modnych (i wygodnych) opowieści o empatii czy etyce troski na rzecz emancypacji przez solidarność, i jest to jeden z największych walorów tej książki. Dlaczego? Ponieważ w świecie, w którym troska zostaje wprzęgnięta w rynek usług tzw. czasu wolnego i stanowi obszar największego wyzysku kobiet, a nierówności – również między kobietami – pogłębiane są do tego stopnia, że empatia jest po prostu niemożliwa, trudno tak lekko podpisywać się pod (i tak już wszechobecnie panującą) narracją o potrzebie troski czy o (w gruncie rzeczy niemożliwych) empatycznych światach. Za logiką tą skrywa się najczęściej protekcjonalizm, narcystyczne zawłaszczenie cierpienia innych, usprawiedliwienie bierności lub zatuszowanie własnej, uprzywilejowanej pozycji względem tej, którą zajmują inne i inni. Dlatego też troska i empatia, być może właśnie z racji swej niemożliwości, domagają się gruntownego przemyślenia: „żeby jedna z nas miała własny pokój na czmychach / real drugiej siostry musi być radikal” (asie-niteczki).

 

*

Autorki na rozmaite sposoby przełamują konwencję troski i empatii, najczęściej przez uwypuklenie radykalnie odmiennych doświadczeń. Takich historii odnajdziemy w Waruj całe mnóstwo. Szczególnie ważną staje się ta, która rozprawia się z prymatem ciężaru macierzyństwa, kierując uwagę ku marginalizowanym ciężarom poronień: „która z was odważy się wyrzec / tej miskę soczewicy / za łaskę pierworództwa / szeroką łychą / z mojego / brzucha / do twojego / siostro” (II. bracha). Solidarność przybiera tu zupełnie inną postać: polegać będzie na stwarzaniu sobie i innym przestrzeni do wyrażenia własnych doświadczeń (niewątpliwie jest to efekt pracy obu autorek we Wspólnym Pokoju). Opowiada o tym chociażby wiersz silence is violence (true emanace), który poświęcony jest m.in. historii zgwałconej i zamordowanej dziewięciolatki: „bit muzo zapodaj nowy tren przetrwaniowy / do kręgów elegijnych spraszajmy obrzękłe pastwy / nieopieśnionym odszywajmy wargi // przez włam jawnego w skryte / trzymajmy nad sobą wartę”.

W tym punkcie książki następuje radykalna zmiana tonacji: głos staje się donośny, linia wyrazistsza. Co istotne, silence is violence to wiersz nawiązujący do Trojanek Eurypidesa, z których zaczerpnięte zostało również motto książki. Odnosi się do sceny, w której lament kobiet trojańskich, zgwałconych, pojmanych i skazanych na niewolę w służbie oprawcom osiąga swój punkt kulminacyjny. Francuska hellenistka Nicole Loraux zauważyła, że głos trojańskiej królowej Hekabe symbolizuje lament nad lamentami (rozpaczliwe „ajaj” pojawia się w tekście tragedii aż 12 razy). Hekabe opłakuje nie tylko swoje dzieci i swój los, lecz również syna innej kobiety, Andromachy, a także los wszystkich pokrzywdzonych kobiet i ich dzieci. Staje się symboliczną matką wszystkich matek, swoistą „klaczą trojańską”, o której opowiadają Łańcucka i Mueller: „Ciężarna zgwałconymi, narowista jak orkan, gna przez epoki wyparcia: jak erka, jak arka. Wiatr w grzywie, drżące chrapy, cwał bez dosiadu. Rży za tamte – i żaden nie kiełzna jej kryg” (Klacz trojańska).

Lament Hekabe ma ogromne znaczenie w kontekście polityki żałoby, jaka obowiązywała w starożytnej Grecji, kiedy to po reformach Solona nałożono na greckie kobiety zakaz publicznego okazywania żałoby. Jedną z przyczyn owego zakazu był lęk przed wzniecaniem niepokoju wśród obywateli polis, gdyż ich obowiązkiem była służba wojenna, a także wśród kobiet, które – mimo że pozbawione obywatelstwa – zobowiązane były do rodzenia i wychowywania kolejnych żołnierzy. Płacz matek stanowił więc, jak pisze Loraux w Mothers in Mourning, zagrożenie dla porządku panującego w polis i nawoływał do zemsty: „Od momentu kiedy to matkom dla zrekompensowania ich utraty pozwala się spojrzeć na ciało swojego dziecka, żałoba, która już przeradza się w gniew, stanie się zemstą w działaniu. I matka zabija”.

 

*

Waruj to książka, w której taka zmiana tonacji następuje: najpierw obserwujemy mutyzm głównej bohaterki, następnie jej bełkotliwy lament, który powoli przeradza się w gniew, gniew z kolei staje się impulsem do działania. Nie bez powodu wiersz Mueller zacznie się od słów „o jej mi o jej! o czym mam milczeć”, by następnie skowyt „Lirycznej Amstafki” przekształcić w warczenie „wściekłej dobermanki”. Ta ostatnia przywodzi na myśl inną tragedię Eurypidesa, której akcja toczy się równolegle do akcji Trojanek. Chodzi mianowicie o Hekabe, której tytułowa bohaterka – najpierw sparaliżowana przez niewypowiedzianą żałobę – mści się za zbrodnie dokonane na jej dzieciach przy pomocy grupy kobiet (określanych mianem philóteknon génos, czyli „rasy, która kocha swoje dzieci”), zjednoczonych w walce przeciwko rodzajowi mężczyzn. Walczą one w służbie swojej matce. Karę, jaką przyjdzie ponieść Hekabe za popełnione zbrodnie, będzie więc przemiana we wściekłą sukę – postrach żeglarzy. Loraux pisze, że w konwencji greckiej tragedii suka to automêtōr (αὐτομήτωρ), czyli ucieleśnienie macierzyństwa. Taką rolę odgrywa również „wściekła dobermanka”, przy czym nie należy zapominać o tym, że matczyność w poezji Mueller zawsze wykracza poza funkcje macierzyńskie. Podobnie jest i w tym przypadku, gdyż odnosi się ona nade wszystko do więzi z innymi kobietami. Więź ta zostaje przez Łańcucką i Mueller przedstawiona inaczej: matczyną troskę przekują one we wspólną walkę. Ilustracją tej przemiany jest zarówno dobermanka na okładce książki, na rysunkach Łańcuckiej, jak i wiersz dla właściwej postawy. Dobrze ułożona dobermanka „karnie / skamle” do czasu; gdy już „wypowie / posłuch”, to „skacze do gardła”.

W zestawieniu z ilustracjami Łańcuckiej owo kołysankowe „ajaj” Mueller zyskuje inny efekt brzmieniowy: nawołuje do czujności, zapowiada zmianę warty. Następuje tu więc wyrazista zmiana w sposobie definiowania feministycznej sprawczości. Waruj jest wyrazem kolektywnych walk „kolabo-koleżanek”, których zasięg wykracza poza tradycyjnie rozumianą sferę reprezentacji. Głos kobiecego kolektywu nie tylko będzie erupcją tłumionego pragnienia, ale też głosem w działaniu: „Czy słyszysz? Ja też. / Nadchodzą korne furie. Drą się, które dygały. (…) / To tętno tłuczonych stłumień. Co grzęzło w gardle, / wychodzi na jaw” (Myto). Dlatego też projekt Łańcuckiej i Mueller nie ogranicza się jedynie do tworzenia kobiecych herstorii; przeciwnie, przekłada się na konkretne formy działania przeciwko wywłaszczającej sile ekonomii patriarchalnych. To wyraz sprzeciwu wobec redukcji do reprodukcji; przestroga dla kobiet przed postępującą alienacją; protest przeciwko niszczeniu kobiecych genealogii; ale też krytyka reprezentatywnej polityki feministycznej, zamkniętej w manifowych „szczekaczkach” i na bankietowych salach: „Dla złamania oporu podrzucono konia – pojemnik na awans, na sławę, na żołd” (Klacz trojańska). Siły kobiet upatrują autorki gdzie indziej, bo właśnie w oddolnie organizowanych działaniach wspólnotowych.

Waruj przybiera więc formułę manifestu. Nawołuje inne „kolabo-koleżanki”, by dołączyły do wspólnej walki: „do dzieł, koleżanki z vic-teamu, wypacamy patos (…) // będziemy pisać wiersze z mamy tego dosyć / a kiedy wtargniemy w kurzawę – zostawimy znaki / po nich się odnajdziemy w strukturach oporu” (o party rety! (głos z dominantą Lirycznej Amstafki)). To zarazem słynne Irigariańskie nawołanie do „mówienia-jako-kobiety”, zwrócenie się do kobiet i mówienie między kobietami. Tłumione dotychczas głosy przypominają zarazem o swej uporczywej obecności: sieją spustoszenie w dominującej narracji; nawołują do zemsty za przemoc wykluczenia; prześladują sferę wyparcia w dominującym dyskursie; kwestionują „męskie” panowanie; nawiedzają oficjalny dyskurs historyczny, niczym duchy zgwałconych służek, o których opowiada Margaret Atwood w Penelopiadzie: „Potrafimy przejrzeć każde twoje przebranie. Na ścieżkach dnia, na ścieżkach mroku, na wszystkich ścieżkach – jesteśmy tuż-tuż, podążamy za tobą niczym smuga dymu, niczym długi tren, tren utkany z kobiet, ciężki jak pamięć, lekki jak powietrze”.

Chciałoby się zatem odpowiedzieć: warujmy, siostry, warujmy!

_

Joanna Łańcucka, Joanna Mueller

Waruj

Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2019, s. 88

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter