70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. CAF/PAP

Czapski i wiara

Kluczowym składnikiem religijności Józefa Czapskiego jest to, co można by nazwać wcieleniem, solidarnością z konkretną cielesnością świata. Pobudzał go nie tyle zachwyt, ile współczucie.

Pisać o Józefie Czapskim – tym wielkim malarzu i wielkim pisarzu, o niewiarygodnej intensywności życia i twórczości, ale też bliskim człowieku – wydaje mi się zadaniem ponad siły. Cóż dopiero pisać o jego religijności, o stronie religijnej jego dzieła. Czapski nienawidził wszelkiego kłamstwa i wszelkiej nieautentyczności – jego myśl krążyła zawsze wokół osobistego przeżycia, osobistego przeżywania konkretnej rzeczywistości. Tą konkretna rzeczywistością dla Czapskiego malarza były przede wszystkim fragmenty świata, które go uderzały i które obdarzał czujną i czułą uwagą. Ale bodaj pierwotnym i najgłębszym żywiołem były dla niego spotkania z ludźmi, których odbywał oszałamiająco dużo.

W gruncie rzeczy każde spotkanie było dla niego niepowtarzalnym wydarzeniem – kto go znał, ten wie, że Czapski był w spotkaniu cały, że obdarzał człowieka maksymalną uwagą i entuzjazmem.

Miał naprawdę dar spotkania – tego, co filozofia dialogu określa jako podstawową kategorię ludzkiego życia i źródło myślenia. Dlatego dla Czapskiego spotkaniami były także książki – opowiadał np., jakim wydarzeniem było dla niego znalezienie w poczekalni u dentysty Legendy Młodej Polski Stanisława Brzozowskiego. Czapski był pożeraczem książek, znał wspaniale literaturę: poezję, prozę, eseistykę, a może przede wszystkim dzienniki intymne – zasadniczo nieprzeznaczone do druku – w których odsłania się niepowtarzalne „ja” autora, „dzieje duszy” z całym jej pozornym chaosem, samoświadomością słabości, pragnień i nieuchronnych klęsk. Lecz nie wolno zapomnieć, że terenem spotkań była także i przede wszystkim niedawna historia Polski, w której Czapski aktywnie uczestniczył i która określiła w ogromnej mierze jego widzenie rzeczywistości, widzenie tragiczne, choć przecież podszyte nadzieją.

Te spotkania u Czapskiego bywają czasem trwałe, to znaczy powtarzają się. Czapski był wierny ludziom i książkom – miał nie tylko wielkie grono przyjaciół, z którymi utrzymywał zażyły kontakt, ale także stałe lektury, którymi się karmił. Co rusz pojawia się w jego tekstach Norwid – chciałoby się powiedzieć, że jest to jego najważniejszy mistrz wewnętrzny; ale obok niego są Brzozowski, Dostojewski, Tołstoj, Remizow, Rozanow, Proust, Mauriac, Hofmannsthal, Maine de Biran i wielu innych, w końcu i przede wszystkim Simone Weil. Wybór tych pisarzy nie jest przypadkowy – odpowiada na najgłębsze przeżycia duchowe Czapskiego, jego drogę, którą można by wstępnie i patetycznie określić jako drogę poszukiwania prawdy i piękna. Trzeba jednak od razu powiedzieć, że droga ta ma od początku także charakter metafizyczny i de facto religijny. W rozmowie z Piotrem Kłoczowskim powiedział: „zagadnienia metafizyczne pasjonowały mnie zawsze, zawsze…”. Pasja metafizyczna szła w parze nie tylko z koncentracją na konkrecie, ale przede wszystkim z odnajdywaniem metafizyki w malarskim motywie, który w całej swej zgrzebności – i właśnie w niej – pozwala przeświecić niewyrażalnej rzeczywistości absolutnie Innego. Będzie jeszcze o tym mowa.

Europa w rodzinie

Jak wiadomo, Czapski pochodził z „Europy w rodzinie”, czyli arystokracji polskiej, ale powiązanej szeroko z arystokracją czesko-austriacko-rosyjską. Sytuacja ta dawała „na wejściu” nie tylko wstęp do patriotyzmu nienacjonalistycznego, szerokiego, rzec można: jagiellońskiego, ale także do chrześcijaństwa, które z konieczności nie ograniczało się do ciasnej, katolicko-narodowej parafiańszczyzny. Rodzice Józefa: Jerzy Czapski i Józefa Thunówna, byli twardymi katolikami, ale już jego babka, z domu Meyendorff pochodziła z protestanckich baronów kurlandzko-rosyjskich, związanych z prawosławiem. W tej polifonii chrześcijańskiej trafiały się także momenty niedowiarstwa. Druga żona ojca, Rosjanka, która przeżyła swojego męża i umarła w katolickich Laskach pod Warszawą, nie umiała znaleźć lekarstwa na rozpacz w idei nieśmiertelności, w którą nie wierzyła. Wuj Aleksander Meyendorff był, jak się zdaje, sceptykiem. Czapski został wychowany po katolicku, pisał: „moja matka była takim wzorem dobroci, że to nam zostało jako wzór katolicyzmu”. Jednocześnie bony, Niemka i Francuzka, przekazywały pobożność, od której, jak mówił, „można było znienawidzić religię”. Z tego tradycyjnego katolicyzmu Czapski wprędce wychodzi poprzez lektury, przede wszystkim Tołstoja i Dostojewskiego. Tołstoj naucza braterstwa międzyludzkiego i radykalnego pacyfizmu, Dostojewski stawia pytania metafizyczne o istnienie Boga i o zło – zło „biesów”, ale także totalizmu, który może się wcielić w instytucję Kościoła inkwizytorów.

Czapski został zapisany do elitarnego carskiego Korpusu Paziów w Petersburgu, ale nadeszła rewolucja, najpierw lutowa, następnie październikowa, a wraz z nimi szansa na niepodległość Polski. Czapski pod wpływem Tołstoja zadeklarował, wraz z paroma innymi Polakami – przede wszystkim swoimi siostrami, a także Antonim Marylskim – radykalny pacyfizm; wstąpił, a następnie wystąpił z wojska polskiego, godząc się na piętno dezertera. Przechodził różne burzliwe przygody i zarazem ważne spotkania i rozmowy: ze sceptycznym wujem Meyendorffem, następnie z filozofem Dymitrem Mereżkowskim, namiętnie zainteresowanym zagadnieniami chrześcijaństwa i religii, wreszcie z Dymitrem Fiłosofowem, osobliwym myślicielem, który zamieszkał później w Polsce i który marzył o reformie prawosławia, analogicznie jak moderniści katoliccy marzyli o reformie katolicyzmu. Mereżkowski rozbił w puch skrajny pacyfizm Czapskiego, pokazując mu, że kiedy trzeba, zostawia się na boku czystość swoich poglądów, by zabrudzić się, pomagając bliźniemu – a w tym wypadku Polsce. Czapski ruszył zatem na wojnę, podczas której sprawował się bohatersko, walczył czynnie, pod kulami ratował życie swojego brata itp. Po wojnie polsko-bolszewickiej zaczął studia malarskie w Krakowie, gdzie związał się przede wszystkim z Józefem Pankiewiczem i wpisał zdecydowanie w grupę kapistów, z którymi wyjechał do Paryża. Tam namiętnie rysował, przedzierając się z trudem do swoich wizji malarskich. Żył z siostrą w wielkiej biedzie. Miał chwile załamania; odwiedził wtedy Jacques’a Maritaina, znakomitego filozofa tomistę, ale także duchowego opiekuna niespokojnych umysłów z głodem religijnym, i wyznał mu, że chciałby pójść do klasztoru. Trzeźwy Maritain odpowiedział: „Bóg jest łaskaw i dał ci taką chwilę, żebyś uwierzył, że On jest. Ale to nie ma nic wspólnego z prawdziwym powołaniem”. Powrócił więc do malarstwa. Odwiedził także François Mauriaca, którego cenił jako pisarza, ale któremu oznajmił dość beztrosko à propos jego powieści pt. Destins (Losy): „Jeżeli coś oddaliło mnie od katolicyzmu najbardziej, to właśnie ta Pańska książka”. Przeżywał później zawód w stosunku do Maritaina i Mauriaca, którzy pozostawali głusi na jego apel o upomnienie się o los zamordowanych przez bolszewików w Katyniu. Czapski, jak wiadomo, odegrał wielką rolę w dziejach Polaków w Rosji w czasie II wojny światowej. Więzień Starobielska, z niewiadomych do końca powodów oszczędzony, stał się prawą ręką Andersa, emisariuszem ds. wykrywania losów zaginionych oficerów i szefem ds. propagandy armii, z którą odbywał drogę przez Bliski Wschód. Swoje przygody w Rosji opisał w słynnej książce Na nieludzkiej ziemi. Jego życie religijne ulegało wahaniom. Mówił jednak: „Gdy w złych okresach byłem złamany, wracałem do Kościoła”.

Co to jest wiara?
Jak więc jest z tą wiarą u Czapskiego? może najpierw zapytajmy: co to jest wiara? Podstawowe rozróżnienia i odrobina pedanterii wydają mi się niezbędne.

1.  W najbardziej oczywistym znaczeniu wiara – wiara religijna – to „wiara w coś”, to akt akceptujący jako prawdziwe pewne treści religijne. Im bardziej treści te tworzą rodzaj systemu, tym bardziej wiara stanowi „wierzenie”, czyli pewien trwały ekwipunek intelektualny. Tak rozumiana wiara jest zazwyczaj dziedziczona, jest tłem, w którym się poruszamy, pewną kulturową, ale także światopoglądową oczywistością. Czapski został, jak była mowa, wychowany po katolicku, a raczej po chrześcijańsku, gdyż dzięki swojej rodzinie i jej różnorakim kontaktom poruszał się także w kręgu protestantyzmu i prawosławia.

2. Wiara jako wierzenie domaga się jednak de iure wewnętrznej akceptacji, żywego stosunku, który w chrześcijaństwie jest stosunkiem do Chrystusa, a więc Osoby. To tutaj pojawia się wiara jako modlitwa i jako myślenie: „tylko modlitwa kontemplacyjna jakoś cię wyzwala”, pisał Czapski.

Ta autentyczna wiara bynajmniej nie musi być „ortodoksyjna”, ponieważ sam Chrystus nie jest „ortodoksyjny”.

Co więcej, dopuszcza ona wątpienie i sceptycyzm, odchodzenie i powroty. Jest to przede wszystkim żywy, nie zawsze w pełni wyraźny, stosunek do Osoby, żywy, a więc dopuszczający odpływy i przypływy. Zakłada możliwość krytycznego ruchu myśli i emocji – wierzącymi w tym sensie byli np. moderniści katoliccy, którzy rozumieli, że nie da się katolicyzmu pomieścić w ramach niezmiennego doktrynalnego systemu, dostrzegali rolę dziejowości. Modernizm był potężnym, ale zduszonym w zarodku prądem odnowy, do którego było blisko francuskim myślicielom, jak Maurice Blondel czy Lucien Laberthonnière, a także naszym: Brzozowskiemu i Marianowi Zdziechowskiemu. Czapski mówi o sobie: „Byłem zawsze nieuczciwy: katolik? Nie bardzo. Niedowiarek? Nie bardzo. Interesowali mnie zawsze moderniści. Liczyliśmy, że to będzie poszerzenie katolicyzmu”. Dlatego mówił, że odrodzenie katolickie w duchu ortodoksyjnego tomizmu – z jakim zetknął się w Laskach dzięki przyjaźni z Antonim Marylskim – go nie interesowało.

Treścią wiary Czapskiego były nie tyle teologiczne próby modernizmu, ile wiara w Miłość oraz najczystsza i najautentyczniej przeżyta chrześcijańska nadzieja, jaką wyraził najpiękniej w liście do cierpiącego malarza i przyjaciela Jeana Colina, za którego wyszła za mąż siostrzenica Czapskiego Elżbieta Plater. Colin pisał do Czapskiego: „pragnę ze wszystkich sił spotkać Boga, jak spotykam ptaka czy drzewo. I żeby – jak z drzewem czy ptakiem – było to spotkanie tak intensywne i niewymuszone, bym został zawojowany i wzięty przez Niego w posiadanie i abym Go kochał”. Czapski odpowiadał: „I całą nadzieję widzę w tym poddaniu się Jego woli, w poddaniu całkowitym, które daje radość najwyższą. Czego mogę Ci życzyć z głębi całego mojego jestestwa: abyś spotkał Boga bez lęku, cudownie, nie jak drzewo, czy ptaka, ale jak Elżbietę? Abyś go tam poczuł przy sobie jeszcze bardziej Cię kochającego, niż Cię kocha Elżbieta. Z trudem ośmielamy się to powiedzieć, bo nie jesteśmy godni, ale czyż nasza wiara nie jest tą właśnie pewnością bycia umiłowanym?”. To chyba oczywiste świadectwo najgłębiej zakorzenionego chrześcijaństwa. Z analogicznym – choć mniej osobistym – przejęciem opisuje Czapski ostatnie chwile Stanisława Brzozowskiego we Florencji i świadectwo jego świętości wypowiedziane przez księdza po jego spowiedzi. Czapski był chrześcijaninem – ale chrześcijaninem, który odchodził i powracał. Mówił o modlitwie kontemplacyjnej, która „jakoś cię wyzwala”, ale która jest udziałem niewielu ludzi. Mówił: „miewałem takie okresy, ale teraz bardzo od tego wszystkiego odszedłem”. A jednak się modlił, choć dodawał: „modlę się tak źle i – może jedyną aktywnością, która mnie do tego zbliża, jest moja praca…”.

3. Żywa wiara, zwłaszcza wiara chrześcijańska, może prowadzić do „rozsadzania”, by tak rzec, intelektualnych formuł wierzenia, w stopniu, w jakim prowadzi do uniwersalizmu. Może więc nie ograniczać się do wierzenia mniej lub bardziej określonego, choć z tegoż wierzenia czerpie soki. Światopogląd Tołstoja z jego namiętnym poczuciem międzyludzkiego braterstwa oraz pacyfizmem, był niewątpliwie także jakąś postacią wiary i wyrastał z chrześcijaństwa. Czapski, jak wiadomo, był pod silnym wpływem Tołstoja i do pewnego stopnia w jego duchu pojmował chrześcijaństwo. Do końca nie rozumiał, jak chrześcijanin może zgodzić się w jakikolwiek uprawniony sposób na zabijanie. Wiara Tołstoja była wiarą ponadkonfesyjną, w gruncie rzeczy nawet ponadreligijną, wiarą utopijno-humanistyczną, inspirowaną jednak chrześcijaństwem.

4. Lecz i na tym nie koniec. We wierze, w każdym razie tej wierze, którą odnosimy do religii, chodzi ostatecznie o samego Boga, jakkolwiek by rozumianego. Na zapytanie Piotra Kłoczowskiego, jak możliwa była próba pójścia do klasztoru, Czapski mówił: „Głód Boga. Ale Boga nie obrazowego, nienazwanego. Przekreślenie siebie. Ale pamiętaj, że w tej dziedzinie trzeba bardzo uważać, bo tu bywa bardzo dużo złudzeń. Zauważ, że cała towiańszczyzna to wielka lekcja złudzeń. (…) Z całą pewnością są jakieś potrzeby wewnętrzne, złudne albo i nie”. Bóg nienazwany… to coś więcej (i mniej) niż Ojciec. To, co najważniejsze, wcale nie zawsze da się wypowiedzieć – wiedział o tym Platon z VII Listu– ale nie wyklucza to pozawerbalnej komunikacji. Czapski mówił: „Wiesz, dobra rozmowa jest, kiedy człowiek nie umie się wypowiedzieć, ale właśnie w tym »niezrozumiałym« komunikuje się wzajemnie. Spotkanie tej niebywałości przeżycia, jego niewypowiadalności, to jest wielki skarb i wielka rzadkość”. W tym punkcie pokazuje się cała przenikliwość Czapskiego, jego wrażliwość na możliwe złudzenia. Warto w tym miejscu zacytować dłuższy ustęp z rozmów z Piotrem Kłoczowskim: „Jest takie powiedzenie rosyjskie: niedalot – pierelot. Ty nie dociągasz, a potem przeskakujesz za daleko, gdzie ciebie jeszcze nie ma. Masz nagłe objawienie czegoś o wiele wyższego i już myślisz, że tam jesteś. Nieprawda, ty tylko przeskoczyłeś, ale ciebie tam jeszcze nie ma. I całe twoje życie tak wygląda. Pierelot jest równie niebezpieczny co niedolot. Najgorsi są ludzie, którzy nie dolecieli, a powiedzieli: »teraz jestem tu i tu zostanę«. A ta gra między linią, która cię przewyższa, a tobą samym jest zasadnicza. I jeżeli jak pijany do płotu wracam do Simone Weil, to dlatego, że w niej jest ten przelot utrzymany. Ze strasznymi ofiarami. Ja u niej widzę heroizm przelotu i zostania”. Gdzie indziej mówił Czapski, że: „Każdy z nas ma w sobie element pascalowski, który go nie opuszcza. Ale nie może w nim oddychać, bo nie ma jeszcze organów duchowych wyrobionych, żeby nimi oddychać”.

5. To także jeszcze nie wszystko. Kluczowym składnikiem religijności Czapskiego jako człowieka i malarza jest to, co można by nazwać wcieleniem, solidarnością z konkretną cielesnością świata, z jego rzeczywistością. Wspaniale opisuje momenty fascynacji jakimś fragmentem rzeczywistości, które musi „zapisać”, przetworzyć w malarski motyw.

Tym, co go pobudza, jest nie tyle zachwyt, ile współczucie.

Pisał o starej żebraczce w łachmanach, którą malował; ale znany jest też jego wzruszający obraz małego pieska. „Jeżeli chodzi o tę kobietę, to jest skrajne współczucie (…). Jeżeli chodzi o mnie, to jest wieczna tęsknota za wyrażeniem tego współczucia, które jest we mnie, współczucia wobec grozy życia. Przyjrzyj się światu. Jest kulą ziemską nieoddychalną. A jednocześnie takie dziwne rzeczy, że wielki ból… Czego?… Istnienia? Życia? Ból wzrasta i odkrywa pewne warstwy w człowieku, o których on nie wie, że są. To jest nowe odkrycie świata. Zawsze jedyne. Nie ma reguły”. „Moją pasją jest zrobić piękno z brzydoty. Ta stara żebraczka w łachmanach może być klasycznym obrazem”.

Bracia, bądźcie wierni ziemi

Czapski miał „świadomość tragiczną”, odczucie tragiczności, biedy, grozy. Poruszała go do żywego sytuacja uciekinierów z Rosji dołączających do armii Andersa, sytuacja Polski i Polaków, Katynia. A także sytuacja Żydów. Związał się jeszcze przed wojną, na pewien czas, z Ludwikiem Heringiem, który „mieszkał w wielkiej nędzy w dzielnicach żydowskich i widział, jak ci ludzie żyją. On miał na mnie gorzki wpływ, otworzył mnie na grozę życia… Jemu zawdzięczam wiele. Środowiskowo żyłem dostatnio, ułatwionym życiem, a on mi dostarczył to najokrutniejsze”.

Ale Czapski kochał ziemię. „Cała moja sztuka była związana z miłością ziemi. Brüder, bleibt der Erde treu – bracia, bądźcie wierni ziemi. A Mereżkowscy buntowali się przeciwko ascezie i szukali religii, która by włączyła zmysły. »I już nie możemy nie pić świętego, ziemskiego wina«”. Wydaje się, że tylko kochając konkret, można zrozumieć, co to w ogóle jest miłość. Dlatego Czapski czuje, że w pragnieniu tego, co „ponad”, jest jakaś ciągłość między tym, co ziemskie, a tym, co boskie, ciągłość erosa: „Bo w tym zakochaniu, w miłości do kobiety czy do chłopca, wszystko jedno, jest też jakaś nieziemska rzecz (…). Ale dziwne rzeczy dzieją się w człowieku. Można je brutalnie w sobie zadeptać i potem już nie wracają. Jakiś czas dużo czytałem św. Teresę, św. Jana od Krzyża, ale od czterdziestu lat nie biorę ich pism do ręki”. U niego jest „ciągle miłość ziemi, ludzi”. Pięknie pisze o tym Emmanuel Dufour-Kowalski w nawiązaniu do dramatycznych perypetii Czapskiego w czasie wojny, które „pozwoliły mu rozwinąć, poprzez doświadczenie cierpienia, niezłomną wiarę w życie i głęboką świadomość wartości każdej istoty i każdej rzeczy”.

Ale jak może być inaczej u malarza? „Wizja? Boję się nadużycia szumnych słów, nie mam jednak czym tego słowa zastąpić. Chodzi o to, że zwykle patrzę na świat jak na mapę geograficzną, wszystko równie ważne, prędzej wszystko równie nieważne, i naraz widzę taką czy inną kombinację form i barw, poprzez które nagle odkrywam skrawek świata otaczającego, więc przedmiot najobojętniejszy: łydki fioletowe, płaszcz czerwony, brudną chustkę na stole, niebieską szmatę do wycierania farb (…) czy nagle tak samo, jakby przez przypadek, człowieka, który istnieć dla mnie zaczyna jakby całą swą istotą, poprzez zauważoną zmarszczkę, asymetrię twarzy czy kolor krawata”. To jest jakby manifestacja dziwności istnienia: „Zdaje mi się, że to wzmożenie, to potworne zagęszczenie przeżycia wobec nawet (czy właśnie) najobojętniejszego zjawiska, to odkrycie, że ono jest – więcej – że malarz odkrywa je jak jakieś ens realissimum – to jest właśnie istotą malarstwa i jego sensem”. Chwała istnienia i ból istnienia, zachwyt i współczucie.

Jednakże „jest wielkie zagadnienie sumienia, że natchnienie – znowu wielkie słowo, którego my nie wypowiadamy – od ciebie nie zależy. To na ciebie spada. Twoją robotą jest przygotować paletę, przygotować w sobie grunt, że możesz głębię przeżycia jakąś formą, jakimś kolorem dla siebie wyrazić. To jest rzadkie. Są miliony godzin harówki i jest to nagłe światło, które przychodzi na końcu. Przynajmniej u mnie. U innych inaczej…”. „Na-pięcie i od-pięcie”.

Kiedy Czapski odpowiadał na przysłane mu pytanie: do czego służy nam malarstwo?, odpowiadał przede wszystkim indywidualnie: do czego mnie służy malarstwo? Do utrwalenia konkretnego, niepowtarzalnego przeżycia, tej „konieczności, tego musu wewnętrznego przekazu”, czegoś momentalnego, pewnego wydarzenia, malarskiego spotkania. Nie ma to jednak nic wspólnego z malarstwem „człowieka współczesnego”. I dodawał: „Nie wiedząc, czym jest człowiek współczesny, wiem, czym jest człowiek wieczny, którego oblicze przeziera w sztuce. Dlaczego rzeźba egipska daje mi coś więcej niż zachwyt, dlaczego rysunek konika w grocie sprzed piętnastu tysięcy lat jest mi równie bliski jak najlepszy rysunek z ostatniej epoki Degasa”. Pisał, że „ich wszystkich, tych z każdej epoki najlepszych, mógłbym razem zaprosić na herbatę. Piliby ją w zgodzie i z przyjemnością rozmawiali jak sobie współcześni (…). Przecie to, co by ich łączyło, to, co jest poza czasem, to coś znaczy. Więc może tu dochodzimy do sedna problemu”.

Nie wiadomo, co będzie ze sztuką: „Czy pójdzie sztuka drogami, którym w muzyce wychodzi naprzeciw Penderecki, (który, jak pisze Kisielewski, »zawiera przymierze z życiem, sprzyja czynowi i życiu«). Wtedy odpowiedź na pytanie, do czego służą muzyka, malarstwo, poezja – otrzymujemy jasną. A może odwrotnie? Stanie się ona coraz bardziej lakoniczna, aluzyjna, tajna, stanie się sztuką dla garstki wtajemniczonych? Może drogą do autentycznej religijnej kontemplacji? Wtedy również mamy odpowiedź, czemu nam służy sztuka. Tyle że będzie ona bliższa katakumb i klasztorów”.

Ale walka o wiarę i zaufanie Bogu jest na innym poziomie i ponad tym wszystkim. Jedne z ostatnich zapisanych przez Czapskiego słów brzmią tak: „Nie mam prawa de vivre dans l’angoisse [żyć w trwodze – w tekście po francusku, przyp. KT]. Przed Nim upadam na twarz, bo jest Bogiem”.

 

Zapis wykładu wygłoszonego podczas kolokwium na temat twórczości Józefa Czapskiego  19 września 2015 r. w Kurozwękach

 

Korzystałem z:

– J. Czapski, Świat w moich oczach. Rozmowy przeprowadził Piotr Kłoczowski, Paryż 2001

Czapski–Colin. Myślę, że wiem najważniejsze. Wybór listów, tłum. A.S. Sawicki, Kraków 1990

– E. Dufour-Kowalski, Joseph Czapski, un destin polonais,  Lozanna 1997

– J. Czapski, Patrząc, Kraków 1983


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter