70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kapitalizm i (nie)odpowiedzialność

Co się dzieje, gdy nieliczna uprzywilejowana elita, czyli słynny już 1%, przerzuca cały ciężar negatywnych konsekwencji rosnącego rozwarstwienia na barki pozostałych grup społecznych? A wszystko to w myśl jak najbardziej wolnorynkowych haseł, których wcielenie rzekomo wciąż czyni możliwym spełnienie choćby mitu kariery „od pucybuta do milionera”.

Coraz mocniej unaocznia się kryzys rzeczywistości społeczno-gospodarczej zbudowanej na prymacie i pod dyktando wielkiego kapitału. Świat, w którym bogaci są jeszcze bogatsi, a biedni coraz biedniejsi, nie był jedynie PRL-owską propagandową kalką. Współczesny kapitalizm, w którym stopniowo rozmontowano wiele mechanizmów kontroli społecznej i politycznej nad krezusami kapitału, przybiera niebezpieczne antyspołeczne formy. Czego w takiej sytuacji należałoby oczekiwać od społecznie zaangażowanych intelektualistów? Choćby zdolności połączenia wnikliwej diagnozy z wizją naprawy sytuacji, stworzenia w opisie popularnonaukowym mapy strukturalnych i systemowych problemów współczesności. To znaczne wyzwanie, nieliczni mogą się go podjąć i mu sprostać. Na szczęście mamy po swojej stronie Josepha E. Stiglitza, ekonomistę, laureata Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii, wykładowcę makroekonomii na Columbia University.

 

Panekonomiczna logika

Cena nierówności to gorzka opowieść o współczesnych realiach Stanów Zjednoczonych. Autor wspomina swoje spotkania z uboższymi studentami w Waszyngtonie, którzy skarżyli mu się, że najprawdopodobniej w przyszłości nie dadzą rady spłacać kredytów studenckich: „byli przerażeni wielkością swoich obecnych długów, ponieważ wiedzieli, że ich umorzenie będzie praktycznie niemożliwe, nawet gdyby znaleźli się w beznadziejnej sytuacji materialnej”. Na marginesie: jeszcze gorsza jest sytuacja osób młodych (między 25. a 34. rokiem życia), które ukończyły w USA tylko szkołę średnią. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza ich dochody spadły o ponad jedną czwartą.

Kredyty studenckie w Stanach Zjednoczonych stanowią newralgiczny element nie tyle wąsko rozumianego systemu edukacji, ile szerzej – awansu społecznego i kariery zawodowej młodego pokolenia. Ten sposób finansowania edukacji bieżącej i nieledwie własnej bliższej i dalszej przyszłości determinuje realne perspektywy życiowe młodych Amerykanów, dlatego Stiglitz rozpoczyna od tego wątku. Co ważne, od opisu subiektywnych odczuć swoich rozmówców z miejsca przechodzi do twardej statystyki.

Jak podaje, w latach 2005–2010 czesne i opłaty za naukę w amerykańskich wyższych szkołach publicznych i na uniwersytetach wzrosły średnio o jedną szóstą. W mniej więcej tym samym czasie mediana majątku średniozamożnych obywateli USA spadła o 40%. Ale na tym nie koniec złych wieści (poniekąd także dla świata): tylko od 2010 do 2011 r. realna płaca mężczyzn obniżyła się w USA o 1%, a kobiet aż o 3%.

Praca północnoamerykańskiego ekonomisty przynosi wnikliwe teoretyczne opracowanie tematów, które niedawno, w formie reportażowej i publicystycznej, pojawiły się w polu widzenia także polskich czytelników. Mówię o książkach tej miary co Detroit. Sekcja zwłok Ameryki Charliego LeDuffa i Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny George’a Packera. We wszystkich trzech przypadkach clou problemu jest to samo: amerykański sen zamienia się w amerykański senny koszmar, coraz większa liczba ludzi, którzy niegdyś zasilali klasę średnią, spada w dół drabiny społecznej, a wzrost nierówności majątkowych i kulturowych nie tylko wycieńcza amerykańską klasę średnią, ale niszczy, i tak dość kruche, oddolne, społeczne, demokratyczne mechanizmy kontroli nad polityką i biznesem. Panekonomiczna logika, oparta już nie tyle na prymacie, ile dyktacie rynku nad innymi sferami ludzkiego życia, uprzywilejowuje coraz mniej licznych kosztem „wykluczenia z dobrobytu” coraz większego grona obywateli, pracowników, konsumentów.

Noblista nie pozostawia żadnych złudzeń swoim czytelnikom, zauważając, że na początku XXI w., w czasie największego rozkwitu „niczym nieskrępowanego kapitalizmu”, nierówności pogłębiane wzrostem bogactwa najbogatszych osiągnęły rozmiary nieznane dotąd badaczom historii gospodarczej.

Na tym nie koniec problemów: „nie dość, że pieniądze spływające do najbogatszych nie są przeznaczane na tworzenie nowych miejsc pracy i innowacje, to jeszcze części z nich używa się do psucia polityki”. W jaki sposób? Choćby za sprawą niekontrolowanych wydatków w ramach lobbingu politycznego i instytucjonalnego. Amerykańska polityka ściśle przenika się z legislacją: kupuje się „całe prawa, za pomocą datków na kampanie wyborcze i lobbing. (…) W stanach, gdzie są wybierani sędziowie, pieniądz nawiązuje ściślejsze związki ze »sprawiedliwością«. Bogaci używają dotacji na kampanie jako narzędzia wybierania sędziów rozumiejących potrzeby grup interesów”. Słabsi i biedniejsi w takiej sytuacji głosu nie mają – ich wpływ na rzeczywistość nazywaną demokratyczną okazuje się więcej niż iluzoryczny.

 

Utrudniony awans pucybuta

A może należy pogodzić się z rzeczywistością urządzoną wedle reguł narzuconych przez krezusów? Może rosnące bogacenie się najbogatszych i stopniowa pauperyzacja biedniejszych to proces naturalny? Zdaniem Stiglitza nie istnieją żadne obiektywne racje, które usprawiedliwiałyby taki pogląd czy wręcz sankcjonowałyby go. Równocześnie problemem nie są w ścisłym sensie mechanizmy rynkowe, które należałoby odrzucić w całości np. w imię skrajnego etatystycznego centralizmu. (Wspominam o tym, ponieważ w rodzimej debacie publicznej krytyka patologii tzw. realnego liberalizmu i promocja nawet umiarkowanego etatyzmu spotyka się z kontrargumentem w rodzaju: „PRL się nie sprawdził”. Tak jakby można było przyjąć kurs tylko na Scyllę lub Charybdę). Prawdziwym wyzwaniem jest nowy konsensus wokół spraw społeczno-gospodarczych, którego potrzeba z przyczyn zarówno etycznych (owszem, polityka i ekonomia nie istnieją „poza dobrem i złem”), jak i pragmatycznych. Nie może prawidłowo funkcjonować społeczeństwo i gospodarka w kraju, jaki „nie zapewnia znacznej części populacji wykształcenia, które pozwoliłoby jej zarobić na godne życie”, w jakim pracodawcy nie płacą pracownikom godziwych pensji.

Etyczna krytyka panekonomizmu sprzyjającego najbogatszym wiąże się z refleksją nad stopniowym zamieraniem dobrego państwa. Amerykańska szkoła zna uświęcony obyczajem rytuał, wedle którego na początku każdego szkolnego dnia uczniowie ślubują wierność fladze Stanów Zjednoczonych, symbolizującej republikę. Przypomnijmy część tej formuły: „jeden naród, nad nim Bóg, naród niepodzielny, zapewniający wszystkim wolność i sprawiedliwość”. Co się jednak dzieje, gdy praktyczne rozwiązania przyjmowane w ramach ogólnopaństwowych struktur instytucjonalno-rynkowych przestają służyć dobru publicznemu? Co się dzieje, gdy nieliczna uprzywilejowana elita, czyli słynny już 1%, przerzuca cały ciężar negatywnych konsekwencji rosnącego rozwarstwienia na barki pozostałych grup społecznych? A wszystko to w myśl jak najbardziej wolnorynkowych haseł, których wcielenie rzekomo wciąż czyni możliwym spełnienie choćby mitu kariery „od pucybuta do milionera”.

Poważny kryzys deklarowanej w przysiędze „sprawiedliwości dla wszystkich” znacznie utrudnia pucybutowi awans społeczny. Najpewniej na zawsze pozostanie pucybutem, więcej nawet – w obecnych amerykańskich realiach pucybutem czy wręcz bezdomnym bankrutem ma spore szanse zostać choćby robotnik z dolnych warstw klasy średniej. Dysfunkcjonalna i szkodliwa dla ogółu filozofia polityczna i gospodarcza współczesnych Stanów Zjednoczonych bierze się z nadmiernej uległości polityków względem lobby biznesowego. Na kartach Ceny nierówności czytamy: „poglądy decydentów są na tyle podatne na wpływy, że grupy nacisku mogą łatwo im wmówić, że to, czego one się domagają, leży w interesie publicznym, podczas gdy w rzeczywistości postulaty te służą tylko interesom tych grup”.

Taki stan rzeczy dobrze ukazują przynajmniej dwa strukturalne elementy amerykańskich realiów: złe kredyty typu subprime i prawo upadłościowe. Nieuczciwe i udzielane nader lekkomyślnie przez banki kredyty na nieruchomości to pierwsze upadające klocki domina w czasie kryzysu na rynku mieszkaniowym w USA w 2007 r. Społeczna nieodpowiedzialność amerykańskiego biznesu woła o pomstę do nieba. Instytucje finansowe żerowały na najgorzej wykształconych i kompletnie niezorientowanych w kwestiach współczesnych mechanizmów rynkowych ubogich Amerykanach, sprzedając im drogie kredyty hipoteczne. Do myślenia dają zdania w tym właśnie kontekście zapisane przez Stiglitza: „powiedzenie caveat emptor (»niech kupujący się strzeże«) może byłoby odpowiednie w prostszym świecie, ale nie w dzisiejszej skomplikowanej rzeczywistości. Potrzebujemy instytucji nadzorującej produkty finansowe, która zapobiegałaby nie tylko oszustwom, ale także tworzeniu nielegalnych, zdradliwych i nieodpowiednich produktów”. I znów: tego typu pogląd może brzmieć dla kogoś „nadto socjalistycznie”. A przecież słychać w nim echa Weberowskiego przekonania, że biurokracja stanowi najwyższą formę organizacji struktur, a sprawne instytucje państwowe / publiczne dają prawidłowy rozwój rynkowi. Szkoda, że w Polsce Max Weber czytany jest nader wycinkowo, niemal wyłącznie jako autor hipotezy o protestanckich źródłach etyki kapitalizmu, gdy w rzeczywistości wiązał on pomyślny rozwój kapitalizmu z dobrze urządzonymi prawami i instytucjami państwowymi.

Kolejny element amerykańskiej mozaiki społeczno-gospodarczej stanowi prawo upadłościowe, tak samo ważne dla bankierów i biedaków. Zgodnie z duchem praw, jest ono równoznaczne z szansą na rozpoczęcie życia na nowo. Jego tradycje sięgają głęboko nie tylko w świeckie dzieje, ale również w historię zbawienia: „uznanie, że w pewnych warunkach powinno się darować długi, ma długą tradycję sięgającą co najmniej Księgi Kapłańskiej, gdzie opisano, jak zaległości zostały darowane w roku jubileuszowym”. Ale szczytna idea i jej wypełnienie to jedno – amerykański kapitalizm to zupełnie co innego. W 2005 r., wraz z boomem na kredyty hipoteczne, Kongres przyjął prawo upadłościowe w większym niż wcześniej stopniu sprzyjające wierzycielom i negujące interesy dłużników w potencjalnie złej sytuacji. Oba wymienione czynniki połączyły się w piorunującą mieszankę, która wysadziła w powietrze byt znacznej liczby amerykańskich uboższych gospodarstw domowych.

 

Inny scenariusz?

Warto wyjść na moment poza treść samej książki. jak dojmująca jest niesprawiedliwość społeczno-gospodarcza, szczególnie dla młodszych pokoleń Amerykanów, świadczy nie tylko potężna fala protestów znanych jako ruch Occupy Wall Street. W styczniu 2016 r. platforma YouGov przeprowadziła badania opinii publicznej w USA, z których wynika, że respondenci poniżej 30. roku życia, zapytani o opinię na temat kapitalizmu i socjalizmu, wskazali socjalizm jako „bardziej pożądany”. W północnoamerykańskich realiach to zaskakujący wynik (nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, że Stany mają własne robotnicze / lewicowe tradycje społeczno-polityczne). Tym bardziej zadziwiający, że aż 42% respondentów opowiedziało „za socjalizmem”, a tylko 32% „za kapitalizmem”. Pół roku wcześniej podobne badanie przeprowadziła platforma Gallup. W tym przypadku największą wolę głosowania na socjalistę wykazali ludzie między 18. a 29. rokiem życia. Aż 69% badanych z tej grupy wiekowej zadeklarowało możliwość oddania głosu na kandydata socjalistę. Sytuacji bacznie przyglądają się amerykańskie środki przekazu. „The Washington Post” komentował, że Amerykanie urodzeni od wczesnych lat 90. do 2000 r., czyli millenialsi, „wolą Berniego Sandersa od Hillary Clinton wcale nie dlatego, że Bernie odpowiada im, gdy przymkną oko na jego socjalizm – otóż ten socjalizm się im podoba. To nie wada, to cecha”.

Joseph E. Stiglitz nie poprzestaje na krytycznym opisie sytuacji. W ostatnim rozdziale książki, zatytułowanym Pomyślny scenariusz. Inny świat jest możliwy, promuje politykę efektywności gospodarczej i sprawiedliwości. By mogła ona zaistnieć, potrzebne są większe inwestycje w edukację, technologię, infrastrukturę, a także ukrócenie nadużyć sektora finansowego, poprawienie zasad nadzoru ładu korporacyjnego, kompleksowa reforma prawa upadłościowego, likwidacja przywilejów oferowanych przez państwo biznesowi. To ważne wskazania, zawarte w książce, która nie jest wyłącznie prostą, zmierzającą choćby w stronę demagogii krytyką rzeczywistości. Stiglitz to naukowiec społecznie odpowiedzialny – i do tego także zachęca swych czytelników.

_

Joseph E. Stiglitz

Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości?

tłum. Robert Mitoraj, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, s. 512

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata