70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Mak Remissa/EPA/PAP

Kambodża: w długim cieniu Hun Sena

Kambodża kojarzona jest głównie przez pryzmat Czerwonych Khmerów. To ich zbrodnie rodzą zainteresowanie tym państwem – od naukowego po turystyczne. Tymczasem, patrząc z perspektywy czasu, to raczej konsekwencje obalenia ich reżimu są politycznie ważniejsze dla dzisiejszej Kambodży. Kraj pozostaje w cieniu Hun Sena, ich następcy. Jednego z najdłużej rządzących i najmniej znanych dyktatorów świata.

Kambodża dla świata to głównie Czerwoni Khmerzy i ich „autoludobójstwo”[1]. Oglądanie czerwonokhmerskich miejsc zbrodni jest drugim po Angkorze najważniejszym punktem programu większości wycieczek po tym kraju. O Czerwonych Khmerach powiedziano i napisano już tak wiele, również w języku polskim, że zamiast powtarzania znanych tez warto omówić konsekwencje, jakie wyniknęły z obalenia ich rządów. Bo trwają one nadal.

O Kambodży mówi się, że to „polska Azja”[2]. Najpierw chwała i wielkość Angkoru, ongiś największego imperium w Azji Południowo-Wschodniej. Następnie upadek i podział przez dwoje silniejszych sąsiadów: Wietnam i Tajlandię. Wreszcie odrodzenie się po latach niewoli i zaborów, w tym wypadku kolonializmu. Jednakże odzyskanie niepodległości w mocno okrojonych granicach upodabnia Kambodżę bardziej do posttrianońskich Węgier, z podobnymi resentymentami i przekonaniem o dziejowej niesprawiedliwości. Podzielali je również Czerwoni Khmerzy, marzący o odbiciu Dolnej Kambodży, skolonizowanej przed wiekami przez Wietnam. Przyspieszyli tym swój koniec: czerwonokhmerskie rajdy na terytorium wietnamskie, w tym nawet na przedmieścia Sajgonu, dały Wietnamowi pretekst do interwencji w styczniu 1979 r. Zakończyła ona rządy Czerwonych Khmerów w większej części kraju i uratowała naród khmerski od całkowitej zagłady. Była to prawdopodobnie najbardziej błogosławiona inwazja w najnowszych dziejach świata.

Niestety, Wietnamczycy, niczym Sowieci w innych okolicznościach miejsca i czasu, szybko zamienili się z wyzwolicieli w okupantów. Uczynili z Kambodży protektorat i zainstalowali satelickie władze złożone z czerwonokhmerskich dywersantów. Ludowa Republika Kampuczy była biedna, zacofana, nieuznana międzynarodowo (legalnym rządem Kambodży, z woli Amerykanów spowodowanej zimnowojenną kalkulacją geopolityczną, pozostawali Czerwoni Khmerzy), okupowana przez wojska wietnamskie i dławiona ciągłą wojną domową z kontrolującymi zachód kraju i mającymi (wciąż!) poparcie wśród części ludności Czerwonymi Khmerami. To wszystko sprawiało, że wietnamska okupacja okazała się, rzecz jasna, lepsza niż autounicestwienie z rąk Czerwonych Khmerów.

Prowietnamskie władze khmerskie głosiły jednak – w zasadzie prawdziwie – że „bywało gorzej”, co w jakimś stopniu legitymizowało ich reżim. Logika ta rządzi Kambodżą długo. Nawet do dziś.

Silny człowiek Kambodży przy okazji inwazji wietnamskiej po raz pierwszy pojawia się na scenieHun Sen, główny bohater tej opowieści. „Złożony człowiek pełen sprzeczności, którego życie, lub życia, były nadzwyczajne pod względem zakresu i różnorodności”[3] – piszą autorzy nazbyt chyba przychylnej biografii Hun Sena. Pod jednym względem mają jednak rację. Jego starczyłoby na kilka postaci i nadaje się na dobry film, choć bardziej na mroczny dramat polityczny niż hollywoodzką story z happy endem. „Od dziecka z kompongu [tradycyjnej wsi khmerskiej – M.L.], przez chłopca w pagodzie, czerwonokhmerskiego żołnierza, bohatera romantycznego, wyzwoliciela, dyplomaty po twórcę królów, silnego przywódcę i patriarchę nowego pokolenia swej rodziny”[4]. To oczywiście wersja oficjalna. Upiększona. Nie ma w niej kilku szczegółów i najważniejszej pointy: władzy niemal absolutnej. A także prowadzących do niej środków, godnych orientalnej wersji Machiavellego.

Urodzony jako Hun Nal w 1952 r. w rodzinie zubożałych właścicieli ziemskich chińskiego pochodzenia Hun Sen nie miał łatwego dzieciństwa. Uczył się w szkole monastycznej, gdy w 1970 r. gen. Lon Nol, za namową Amerykanów, obalił księcia Sihanouka i przejął władzę. Przyniosło to Kambodży same nieszczęścia: Sihanouk może i nie był wybitnym przywódcą, ale sprawnym na tyle, by utrzymać niezależność Kambodży i tak lawirować, by nie wplątać się w wojnę wietnamską. Zamach stanu Lon Nola, wspieranego przez USA, doprowadził zaś do rozprzestrzenienia się wojny na teren Kambodży (m.in. z powodu jego zgody na sekretne bombardowania amerykańskie terenów Kambodży, które przyczyniły się do poparcia ludności dla ugrupowania Pol Pota) i w konsekwencji przejęcia władzy w państwie przez Czerwonych Khmerów. Wśród nich był już Hun, który – jak wielu – na wieść o zamachu porzucił dotychczasowe życie i przystąpił do Czerwonych Khmerów. Zmienił imię na Sen i walczył o świetlaną przyszłość Kambodży. Poznał żonę, stracił oko i zdobył Phnom Penh. A potem zaprowadzał w kraju władzę czerwonokhmerską. Jak? W dzisiejszej Kambodży lepiej o to nie pytać.

W nagrodę za swe zasługi Hun został dowódcą batalionu we wschodnim regionie kraju. Lecz w 1977 r. karta się odwróciła. Czystki partyjne rozlały się po kraju, nikt nie znał dnia ani godziny, szczególnie wyższe kadry. Hun wolał nie ryzykować: razem ze swoim batalionem uciekł do Wietnamu. Ta decyzja otworzyła mu drzwi politycznej kariery. Gdy dwa lata później wrócił na wietnamskich bagnetach, nie był już czerwonokhmerskim oprawcą, lecz narodowym wyzwolicielem. W 1979 r., mając 27 lat, został ministrem spraw zagranicznych, a w grudniu 1984 r. – premierem. Wdrapanie się na najważniejsze stanowisko w satelickiej Ludowej Republice Kampuczy umożliwiła mu nagła i nieoczekiwana śmierć poprzednika – Chan Si. Zaledwie 50-letni, niezwykle popularny premier zmarł nagle w Moskwie, według uporczywych plotek – otruty przez Hun Sena przy zgodzie wietnamskich patronów[5]. Choć do dziś nikomu niczego nie udowodniono, to właśnie Hun Sen zyskał na śmierci Chan Si najwięcej.

Hun Sen wyciągnął z historii poprzednika nauki i nie próbował zbytnio uniezależniać się od Wietnamu. Na ich patronażu politycznym i militarnym opierały się jego władza i przetrwanie. Reformował za to kraj tam, gdzie Wietnamczycy pozwalali, czyli w gospodarce. Wyczuł nowe nastroje związane z pieriestrojką i tylnymi drzwiami zaczął wprowadzać elementy wolnorynkowe. W ten sposób powstała kambodżańska wersja „uwłaszczenia nomenklatury”[6]. Gospodarcze otwarcie kraju pomogło jednak w jego odrodzeniu się w sensie fizycznym, poprawiło nieco los umęczonego narodu i przyczyniło się do pierwszego boomu demograficznego od dwóch dekad. Ten ostatni czynnik, choć korzystny, miał również, paradoksalnie, i swoje strukturalnie negatywne następstwa. W myśleniu Khmerów, podobnie jak innych Azjatów, dzieci są pewnym zabezpieczeniem dla rodziny – Khmerowie rodzili i rodzą dużo potomków, żeby więcej osób mogło pracować na dom. Stąd też dzieci często zamiast do szkoły (której wielokrotnie po prostu nie było, bo Czerwoni Khmerzy zniszczyli edukację) szły do pracy. Dziecięca robota w Kambodży to niekoniecznie praca w polu czy dorywcze zajęcia fizyczne. W miastach, szczególnie Phnom Penh, to również, a może nawet przede wszystkim, żebranina i prostytucja. Takim sposobem myślenie kategoriami posiadania sporej ilości dzieci w warunkach postczerwonokhmerskiej Kambodży przyczyniło się do wielu istniejących do dziś społecznych problemów kraju – od analfabetyzmu począwszy, na prostytucji, seksturystyce i sprzedawaniu dzieci skończywszy.

 

W świecie pozorów

Tektoniczne zmiany na arenie międzynarodowej z przełomu lat 80. i 90. XX w. miały swoje następstwa i dla Kambodży. Osłabiony dogorywaniem radzieckiego patrona Wietnam nie miał sił utrzymywać Kambodży, zgodził się więc na wycofanie swoich wojsk i oenzetowski nadzór nad procesem pokojowym. Pod naciskiem świata najważniejsi przywódcy khmerscy wypracowali kompromis. Kambodża miała zostać objęta tymczasową administracją ONZ do czasu wyłonienia nowych władz i ostatecznego zakończenia wojny domowej. Hun Sen porozumienia podpisał, ale władzy zrzekać się nie zamierzał. Jego administracja bynajmniej nie przekazała swoich uprawnień oenzetowcom: jak gdyby nigdy nic nadal sprawowała swoje funkcje[7]. Oenzetowskim decydentom zależało na powodzeniu pierwszej postzimnowojennej misji, której zwieńczeniem miały być wolne wybory, patrzyli więc na to wszystko przez palce: „odbywało się teatrum politicum – pisał jeden z uczestników oenzetowskiej misji – ugrupowania khmerskie zbierały się, udawały, że dochodzą do porozumienia, a przedstawiciele ONZ udawali, że w to wierzą. Tylko pieniądze płynęły ogromne: koszt misji przekroczył wszystkie limity”[8]. W samej Kambodży oenzetowców zapamiętano jeszcze z innych powodów: „ich obecność sprzyjała rozrastaniu się korupcji i przestępczości”[9], w bezpośredni sposób spowodowała również zwiększenie się liczby kambodżańskich prostytutek w kraju o 400%[10].

Wybory powszechne z 1993 r. rzeczywiście przebiegły spokojnie i uczciwie, co pozwoliło społeczności międzynarodowej odtrąbić sukces. Jednak gdy partia Hun Sena je przegrała, on odmówił oddania władzy. Groził nawet secesją wschodnich rejonów Kambodży, co byłoby klęską wizerunkową całego procesu. Cóż było robić, przy pomocy króla Sihanouka i z cichym poparciem świata wypracowano kuriozalny kompromis. Hun Sen pozostał na stanowisku współpremiera, łączonym z wyborczym zwycięzcą, synem Sihanouka księciem Ranariddhem[11]. Tak egzotyczna kohabitacja nie powiodłaby się nawet w krajach o głębszych od Kambodży tradycjach demokratycznych, tu zakończyła się dość typowo. W 1997 r. Hun Sen przeprowadził zamach stanu, zmuszając Ranariddha do emigracji. To spotkało się z potępieniem świata i chwilowym wstrzymaniem niezbędnej dla Kambodży pomocy rozwojowej (sankcje bardzo uderzyły nie w rząd, bo ten się sam wyżywił, lecz w zwykłych ludzi). Hun Sen zmiarkował się więc: pozwolił Ranariddhowi wrócić, przeprowadził i wygrał nowe wybory w 1998 r. (najpewniej je fałszując )[12]. Został tym samym całkowicie legalnym i uznanym przez zagranicę przywódcą Kambodży. Zrozumiał lekcję płynącą z tej historii: w świecie wspólnoty międzynarodowej, czyli „zorganizowanej hipokryzji”[13], można sobie na wiele pozwolić, lecz o pozory dbać trzeba. Nie wolno przesadzać. Zamach stanu to nie, ale już delikatna podtasowka wyborów jak najbardziej.

Zachodowi opłacało się patrzeć przez palce na działania Huna z kilku powodów. Po pierwsze, nikt nie chciał przyznać, że „inżynieria polityczna ONZ”, czyli odgórna próba narzucenia Kambodży jedynego słusznego ustroju demokratycznego, nie powiodła się[14]. Zbyt wielu ważnych aktorów międzynarodowych (USA, Japonia, Europa Zachodnia, ONZ) zainwestowało w Kambodży wizerunkowo – i nie tylko wizerunkowo – by teraz przyznać się do porażki. Po drugie, kraj po otwarciu się na kapitał zachodni stał się minieldorado dla wielkich koncernów, przede wszystkim tekstylnych. Odkryły tu one znakomite warunki do funkcjonowania: niskie, niemal niewolnicze koszty pracy, gwarantowane małymi wymaganiami Khmerów (dla nich był to awans społeczny) oraz patronażem rządu, uniemożliwiającym jakąkolwiek skuteczną walkę o prawa pracownicze. Obecność zachodnich i wschodnioazjatyckich koncernów po dzień dzisiejszy jest czynnikiem hamującym naciski na Huna Sena w kwestii praw człowieka – przez te koncerny nikomu nie opłaca się wstawiać za ludźmi, krytykować Hun Sena i angażować się w politykę. Po trzecie, może i Hun Sen prześladował przeciwników politycznych (okazyjnie nawet ich mordował)[15] i kazał rzucać granatami w antyrządowych demonstrantów[16], ale w porównaniu do Czerwonych Khmerów i tak jego działania rozumiano jako postęp. Tym bardziej że partyzantka towarzyszy broni Pol Pota jeszcze pod koniec lat 90. stanowiła zagrożenie dla państwa. Ostateczne pokonanie Czerwonych Khmerów, po części poprzez ich przekupienie, pozostaje niekwestionowaną zasługą Hun Sena. Wreszcie po czwarte, Hun Sen nie był pozbawionym jakiejkolwiek legitymizacji tyranem. Miał pewne przyzwolenie, a nawet poparcie, sporej części Khmerów. W myśleniu ludzi, którzy przeszli tak dużo i byli wyczerpani ciągłymi konfliktami, był on – jakkolwiek ułomnym – gwarantem względnej stabilności. Wymęczenie Kambodżan dużo mu pomogło w utrzymaniu władzy.

Społeczny fatalizm i niepisany modus vivendi z Zachodem pozwoliły Hun Senowi pokonać nie tylko Czerwonych Khmerów. Politycznie Hun unieszkodliwił wszystkich przeciwników. Przede wszystkim króla Sihanouka – najsłynniejszego polityka XX-wiecznej Kambodży. O Sihanouku mówiono „Kambodża to Sihanouk” i „państwo to on”[17], on sam zaś lekceważył Hun Sena, pogardliwie nazywając go „jednookim lokajem Wietnamczyków”[18]. Niesłusznie. Hun Sen, znając słabości Sihanouka („uwielbiał być królem i uwielbiał być uwielbiany”)[19], oddawał mu wszystkie hołdy, lecz od realnej władzy skutecznie go odciął, zamykając go w złotej klatce pałacu królewskiego. Bezsilny Sihanouk w końcu się poddał, abdykując w roku 2004[20]. Jeszcze łatwiej poszło Hun Senowi z synem Sihanouka księciem Ranariddhem. Niegdysiejszy współpremier przegrał walkę o władzę w 1997 r. i musiał uciekać z kraju. Pod naciskiem Zachodu Hun Sen pozwolił mu wrócić i przekupił go stanowiskiem przewodniczącego parlamentu. Ranariddh pogodził się z rzeczywistością. Przestał występować przeciwko Hun Senowi i zawiązał z nim koalicję, co kosztowało go utratę znaczenia, popularności i stanowiska (w 2006 r.). Został skutecznie zmarginalizowany. Podobny los spotkał Sama Rainsiego, ostatniego z liczących się przeciwników Hun Sena. Ten najbardziej zamerykanizowany z khmerskich polityków był ministrem finansów w mieszanym rządzie Hun Sena i Ranariddha. Wypłynął jako orędownik walki z korupcją, co dało mu spore poparcie społeczne i jeszcze większą nienawiść establishmentu. Usunięty ze stanowiska, założył populistyczną partię swego imienia, lecz nie zagroził Hun Senowi. Przez ostatnich 20 lat był bądź to „bezzębną” opozycją, niemającą szans na zwycięstwo w wyborach (wszystkie wybory wygrywa Hun Sen, bo to jego administracja liczy głosy), bądź to politycznym emigrantem – naprzemiennie ucieka i wraca do kraju, w zależności od politycznego klimatu. Ostatnio, od listopada 2015 r., znów jest za granicą, obawiając się aresztu. Szukając inspiracji dla swojej walki, odwiedził m.in. legendarną birmańską opozycjonistkę Aung San Suu Kyi, która właśnie wygrała wybory powszechne. Ale Kambodża to nie Birma, a Sam Rainy nie ma charyzmy i rozpoznawalności Suu Kyi i co najważniejsze, w przeciwieństwie do niej, nie jest potomkiem założyciela armii i państwa.

 

„Miękka dyktatura”

Pokonanie przeciwników sprawiło, że Hun Sen jest obecnie jednym z najdłużej rządzących przywódców na świecie i ma spore szanse na pobicie globalnego rekordu. Sam tego wyraźnie chce: oświadczył, że zamierza wygrać wybory jeszcze trzykrotnie, czyli będzie u władzy do osiągnięcia 74 lat, jeszcze 11 lat. Na wszelki wypadek przygotowuje też sukcesję.

Bez wątpienia Hun Sen to ambiwalentna postać. Na pewno nie jest wybitnym przywódcą. Z jednej strony Kambodżą rządzi trochę jak własnym folwarkiem, brak mu wizji, a jego pomysł na kraj zamyka się w podążaniu klasyczną drogą peryferyjnego rozwoju. Z drugiej strony nie można mu odmówić poprawy sytuacji w kraju – szczególnie biorąc pod uwagę punkt, z którego startował (co nie znaczy, że sytuacja jest dobra). Z pewnością zgubne jest sprawiane przezeń publicznie wrażenie przeciętności. Cokolwiek by mówić o Hun Senie, trzeba mu oddać jedno: w swojej drodze na szczyt nie miał łatwo. Musiał przeżyć Czerwonych Khmerów, wyzwolić się od Wietnamczyków, dać sobie radę z ONZ, królem Sihanoukiem, demokracją parlamentarną i przywódcami związkowymi. Ale poradził sobie. Obok kluczowej w miejscowych warunkach zdolności kontroli nomenklatury za pomocą systemu patronażu, umiejętności międzynarodowego balansowania (Kambodża jest w stanie uzyskiwać zewsząd pożyczki, od USA począwszy, przez ASEAN, a na Chinach skończywszy) oraz skuteczności w unieszkodliwianiu konkurencji źródłem sukcesu Hun Sena jest – by to ująć eufemistycznie – brak ostentacji. Chociaż jest dyktatorem, dba o pozory – w kraju regularnie odbywają się wybory, istnieją opozycja i prawie wolne media. Udaje się dość aktywnie działać międzynarodowym organizacjom pozarządowym (Hun Sen, jak przystało na dyktatora, NGO-sów nie znosi i chciał je kiedyś wszystkie pozamykać, ale przekalkulował, że mu się nie opłaca). Dochodzi do demonstracji, które – jeśli nie uderzają bezpośrednio w interesy reżimu i powiązanych z nim zachodnich korporacji – nawet nie są tłumione (ale jak tylko zagrożą tymże interesom, jak protesty o płacę minimalną w ciągu ostatnich lat, to tłumione są – i to krwawo). Czasem rząd przychyli się do głosów społecznych, np. przyłączając się – choć nie zawsze skutecznie – do prowadzonej przez NGO-sy walki z seksturystyką: prostytucją wśród nieletnich, i walki z pedofilią. A przede wszystkim wie, że „kapka wolności” dana społeczeństwu nie zagraża podstawom systemu. Wręcz przeciwnie, tylko służy skutecznej dyktaturze. To powoduje stabilizację systemu: wszyscy aktorzy wiedzą, że muszą się ograniczać i nie mogą sobie pozwolić na wszystko. Z czasem te granice wolności się przesuwają, jednak wciąż nie sięga to władzy Hun Sena. Ta względna wolność pozwoliła mu też na wykreowanie nie najgorszego wizerunku społecznego, mimo złej przeszłości. W końcu nie tylko Khmerzy mają krótką pamięć historyczną…

Status quo pasuje wielu. Na pewno Hun Senowi i podporządkowanej mu nomenklaturze państwowej, zbijającej fortuny z „urzędowania”. Ale nie tylko im. Wspólnota międzynarodowa ma spokój z Kambodżą, bo Hun Sen gwarantuje stabilność. Korporacje zachodnie i wschodnioazjatyckie skutecznie i bezkarnie wyzyskują khmerskich robotników. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że ten stan rzeczy pasuje nawet większości Khmerów. Starsi pamiętają Pol Pota i wojny domowe, a młodzi nie znają innej rzeczywistości – wymęczeni ciągłymi konfliktami Kambodżanie przy Hun Senie zaznają pewnego rodzaju spokoju, i to im pasuje. Kraj, mimo pasożytniczej elity, jednak się rozwija gospodarczo i odbudowuje po latach konfliktów. Dlatego „miękka dyktatura” Hun Sena odpowiada wielu. W końcu bywało gorzej.

 

 Autor składa podziękowania Magdalenie Chodownik za konsultację merytoryczną.

 

_

[1] L.M. Nijakowski, Rozkosz zemsty. Socjologia historyczna mobilizacji ludobójczej, Warszawa 2013, s. 167– 175; innym trafnym terminem na zbrodnie czerwonokhmerskie jest „polityczne ludobójstwo”, Manus I. Mydlarsky, Ludobójstwo XX wieku, tłum. B. Wojciechowski, Warszawa 2010, s. 271–283.

[2] Miał tak powiedzieć Sihanouk, cyt. za: T. Detyna, Kambodża, Kampucza, Kampuczea…, czyli polskie dylematy związane z nazewnictwem tego kraju i państwa na jego obszarze w ciągu ostatniego półwiecza, w: Polska–Kambodża. Łączy nas bolesna przeszłość, zbliży nas przyszłość, Toruń 2007, s. 9; porównania Polski z Kambodżą użył w swojej autobiografii Sam Rainsy, główny opozycjonista khmerski, Witness to Cambodia’s birth pangs, Kherization blog 2008, http://khmerization.blogspot.com/2008/09/witness-tocambodias-birth-pangs.html (dostęp: 29 grudnia 2015).

[3] H.C. Mehta, J.B. Mehta, Hun Sen: Strongman of Cambodia, Singapur 1999, s. 10.

[4] Tamże.

[5] A.W. Jelonek, Kambodża. Historia państw świata w XX wieku, Warszawa 2008, s. 204–205.

[6] „Gospodarka zaczęła się prywatyzować na specyficzny mafino-korupcyjny sposób”, J. Bayer, Kambodża –ONZ w godzinie udanej próby, w: Polska–Kambodża, dz. cyt., s. 315, „nomenklaturowa oligarchia stopniowo przekształciła się w grupę faktycznie rządzącą” – K.A. Duchowski, Królestwo Kambodży, w: Polska–Kambodża, dz. cyt., s. 25.

[7] A.W. Jelonek, Kambodża, dz. cyt., s. 241.

[8] „Operacja miała kosztować ponad 2 mld USD, choć według nieoficjalnych danych wyniosła ok. 3,5 mld USD, J. Bayer, Kambodża – ONZ w godzinie udanej próby, w: Polska–Kambodża, dz. cyt., s. 309.

[9] Tamże, s. 315.

[10] Konkretnie z ok. 6 tys. do ponad 25 tys. „w szczycie misji”, dane za: S. Whitworth, Men, Militarism, and UN Peacekeeping: A Gendered Analysis, Londyn 2004, s. 68.

[11] „Powstał jeden z największych rządów na świecie, mający 25 ministerstw, 2 sekretariaty, zatrudniające dwóch premierów, 7 wicepremierów, 15 starszych ministrów, 28 ministrów, 135 sekretarzy stanu, 146 podsekretarzy stanu”, K.A. Duchowski, Królestwo Kambodży, dz. cyt., s. 26.

[12] A.W. Jelonek, Kambodża, dz. cyt., s. 256–257.

[13] Termin za: S.D. Krasner, Sovereignty: Organized Hypocrisy, New Jersey 1999, s. 1–9.

[14] Por. A.W. Jelonek, Dynamika transformacji kambodżańskiej sceny politycznej, w: Polska–Kambodża, dz. cyt, s. 93; tenże, W stronę nieliberalnej demokracji. Szkice z antropologii politycznej Azji Południowo-Wschodniej, Warszawa 2002, s. 162–193.

[15] Najsłynniejszą ofiarą Hun Sena pozostaje Chea Vichea, khmerski działacz związkowy, którego historię opowiada dokument Who Killed Chea Vichea, nazwany w polskiej wersji językowej Kto zabił Wałęsę z Phnom Penh (USA, Tajlandia 2009, reż. Bradley Cox, Warszawa: Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Społeczny Instytut Filmowy, 2010).

[16] A.W. Jelonek, Kambodża, dz. cyt., s. 248.

[17] Cyt. za: tenże, Dynamika transformacji kambodżańskiej sceny politycznej, dz. cyt., s. 53.

[18] Joyous Sihanouk Returns to Cambodia From Exile, „The New York Times”, 15 listopada 1991, http://www.nytimes.com/1991/11/15/world/joyous-sihanouk-returns-to-cambodia-from-exile.html?pagewanted=2 (dostęp: 29 grudnia 2015).

[19] M. Chodownik, N. Sihanouk (1922–2012) – Król po raz ostatni wrócił z Pekinu, Centrum Studiów Polska–Azja, http://www.polska-azja.pl/2012/10/18/m-chodownik-n-sihanouk-1922-2012-krol-po-raz-ostatni-wrocil-zpekinu/ (dostęp: 29 grudnia 2015).

[20] Miejsce Sihanouka zajął jego syn Norodom Sihamouni, postać tak bezbarwna, iż chyba celowo wybrana na marionetkę (nowy król wyróżnia się tylko tym, że był dawniej tancerzem baletu i nie ma żony, zdaniem wielu – nieprzypadkowo).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter