70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Thomas Lohnes/AP/East News

Bez innych ludzi jesteśmy pozbawieni świata

Martwi mnie, że odczuwamy moralny obowiązek wobec bliźniego tylko, jeśli się z nim identyfikujemy. Trudniej wypełnić go, gdy czujemy się przez kogoś skrzywdzeni, boimy się drugiego lub uważamy go za zupełnie innego. Dlatego uważam, że zobowiązania etyczne nie powinny opierać się na poczuciu identyfikacji. Muszą być respektowane niezależnie od naszych emocji, bo świat jest wspólny nam wszystkim bez wyjątku.

Wypowiedź – słowa, śpiew, zapis – „my, lud” zawsze wiąże się z nieobecnością jakiejś grupy, którą ma reprezentować

Judith Butler, Zapiski o performatywnej teorii zgromadzeń

 

Zapiskach o performatywnej teorii zgromadzeń nazywa Pani masowe demonstracje, wspominając np. te spod znaku Occupy i Black Lives Matter, rodzajem cielesnej performatywności. Jak należy to rozumieć?

Do problemu masowych demonstracji można oczywiście podejść na wiele sposobów. Ja analizuję je poprzez kategorie pojęciowe wykorzystywane wcześniej do badań nad gender, ponieważ jestem przekonana, że zarówno zgromadzenia, jak i płeć kulturową zaliczyć można do form ucieleśnionej performatywności, których stawką jest polityczna ekspresja. Nasze poglądy polityczne ujawniamy przecież nie tylko w mowie i piśmie, ale także poprzez obrazy i dźwięki, na których opierają się demonstracje. Dlatego właśnie sztuka performatywna jest praktyką artystyczną, niosącą istotne konsekwencje polityczne. I nie chodzi tylko o to, że z powodzeniem wykorzystuje się ją podczas demonstracji, lecz przede wszystkim o fakt, że same demonstracje są aktem performatywnym – polityczne żądania wyrażane są na nich z pominięciem lub niewielkim udziałem słów.

Krytykując politykę tożsamości, wskazuje Pani, że jest ona „niezdolna do dostarczenia nam ogólnej koncepcji wspólnego życia w sensie politycznym – życia razem pomimo różnic, czasem w bliskości niepochodzącej z wyboru, a zwłaszcza wtedy, kiedy wspólne życie, niezależnie od tego, jak byłoby trudne, pozostaje nakazem etycznym i politycznym”[1]. Zastanawiam się, czy to właśnie ograniczenia polityki tożsamości oraz rozdźwięk pomiędzy dyskursem i praktyką nie odpowiadają za szok, z jakim przyjęliśmy zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich.

To faktycznie niezwykle ciekawa kwestia. Niewątpliwie ksenofobia ze strony administracji Trumpa jest znakiem, że z uchodźcami i nielegalnymi imigrantami nie chce mieć ona nic wspólnego, a jej poparcie dla supremacji białych stanowi atak na wielorasową i wieloetniczną kohabitację. Musimy zadać sobie pytanie, w jaki sposób poparcie dla budowy muru na granicy z Meksykiem, dyskryminacja narodów muzułmańskich czy plany deportacji nielegalnych imigrantów wiążą się z prekarnością i eksplozją rasizmu. Może być tak, że wielu wyborców Trumpa nie ujawniało swojej mizoginii i rasizmu, gdyż nie są one akceptowane w publicznym dyskursie, a zarazem upajało się jego nienawistną retoryką. Wreszcie mogli oswobodzić się z opresyjnych dla nich dyskursów feminizmu i antyrasizmu! Musimy zatem głębiej zastanowić się, w jaki sposób poczucie wstydu wiąże się z aktami nienawiści i jakie są ich polityczne przejawy. Potrzebujemy również nowego lewicowego projektu, nieograniczającego się jedynie do wyliczenia tożsamości, których prawa wymagają ochrony. Naszym punktem wyjścia powinna być refleksja nad tym, co łączy nas z tymi, dla których głos oddany na Trumpa był aktem protestu. Wielu z nich nie miało przecież świadomości, za czym się opowiadają. Musimy zrozumieć, kim jesteśmy jako wspólnota polityczna – na czym opiera się nasza przynależność i jakie mamy wobec siebie zobowiązania.

Definiuje Pani prekarność jako „wytworzoną politycznie kondycję, w której pewne grupy cierpią bardziej niż inne z powodu złego funkcjonowania społecznych i gospodarczych sieci wsparcia i są szczególnie narażone na zranienie, przemoc i śmierć”[2]. Podkreśla Pani, że termin ten charakteryzuje życie grup i wspólnot, a nie jednostek. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na instytucje religijne sprawiające zawód tym, za których bezpieczeństwo są szczególnie odpowiedzialne: kobietom, kolorowym, mniejszościom seksualnym, uchodźcom i wysiedlonym. Nie wstawiając się za nimi, jedynie pogłębiły niestabilność ich kondycji. W jaki sposób mogłyby naprawić swoje błędy?

Wydaje mi się istotne, że papież Franciszek w wielu swoich publicznych wystąpieniach zwraca uwagę na problem biedy. Nie jestem natomiast pewna, czy przekłada się to na wsparcie dla programów walki z ubóstwem, w których instytucje religijne powinny odgrywać wiodącą rolę. Równocześnie ubolewam, że papież kontynuuje demonizację kategorii gender oraz ważnych ruchów feministycznych i LGBTQ, które na tym pojęciu opierają swoje wizje sprawiedliwości społecznej.

Za najważniejszą sprawę uważam dziś jednak przywrócenie szacunku islamowi i włączenie go w sieć kontaktów z innymi wyznaniami.

W każdej religii znaleźć można nurty fundamentalistyczne, ale mniejszości religijne, takie jak muzułmanie w Stanach Zjednoczonych, muszą być chronione przed demonizacją, zaś wolność religijna nie może służyć za zasadę usprawiedliwiającą dyskryminację warstw nieuprzywilejowanych, np. mniejszości seksualnych. Obawiam się, że zbyt często utożsamiamy „zachodnie wartości” z wartościami judeochrześcijańskimi, a tym samym – wykluczamy inne religie ze społeczności Zachodu. Tak nie powinno być. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter