70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Chris Williamson/Getty

Jordan B. Peterson, czyli jak zarobić na kontrrewolucji

Peterson dość cynicznie znalazł sobie lukratywną niszę biznesową jako jeden ze współczesnych sofistów czy zideologizowanych trenerów rozwoju osobistego. Grzechem pierworodnym zdobytej przez niego sławy jest jednak nierzetelność.

Jordan Bernt Peterson – w skrócie JBP – to kanadyjski psycholog kliniczny, który naukowo specjalizuje się w tematyce psychologii zaburzeń oraz rozwoju osobowości. Z czasem swoje zainteresowania rozszerzył na psychologię religii i ideologii, wkraczając z impetem do filozofii kultury, historii religii i filologii. W ciągu ostatnich lat, a właściwie ostatnich miesięcy, zyskał sławę czołowego intelektualisty światowej prawicy.

Jest wreszcie odkrytą nemezis dla Slavoja Žižka, intelektualnej gwiazdy lewicy, i zarazem jego całkowitym przeciwieństwem: przystojny, szczupły, dobrze ubrany i ze świetną dykcją (głos żaby Kermita z Muppetów, o którym mówią złośliwcy, przydaje mu nawet pewnego uroku).

Nie znosi Marksa. Stanowczo broni nierówności społecznych i wrażliwego męskiego ego. Podobnie jak Žižek, krytykuje współczesność, ale czyni to w duchu konserwatywnej rewolucji. Choć także czerpie z klasycznych źródeł, to używa ich, by bronić kapitalizmu. Jest zaskakująco emocjonalny wobec aktualnej polityki i osób publicznych (kanadyjskiego premiera Justina Trudeau obgaduje jak gimnazjalista). Bardzo łatwo się irytuje, co przybiera postać wybuchów ojcowskiej złości, kiedy to dla zachowania pozoru opanowania cedzi słowa przez zęby. Do tego niemal zawsze jest śmiertelnie poważny – a już w szczególności na swój własny temat. I, inaczej niż Žižek, zdecydowanie nie potrafi opowiadać dowcipów.

Zamiast czepiać się kompromitujących detali czy wpadek, odniosę się do tych kontrowersyjnych wątków myśli JBP, które uznałbym za trwałe skłonności. Omówię niektóre tematy przewodnie z jego czołowych prac filozoficznych: Maps Of Meaning: The Architecture of Belief (Mapy znaczenia: architektura wiary) z 1999 r. oraz 12 życiowych zasad z 2018 r. (nie będę się odnosił do jego artykułów naukowych, głównie dlatego, że ich tematyka nie jest jakoś wyraźnie powiązana z publicznie propagowaną filozofią autora). Sięgnę też obficie do rozproszonych po Internecie wypowiedzi publicznych: dyskusji, wywiadów i wykładów. Peterson jest bowiem myślicielem na miarę naszych czasów – silnie zakotwiczonym w świecie YouTube’a. Zaliczany jest nawet – razem z Samem Harrisem (Koniec wiary) czy Jonathanem Haidtem (Prawy umysł) – do grupy niepoprawnych politycznie intelektualistów obecnych w nowych mediach, czyli do tzw. intelektualnej czarnej sieci (nazwa ta nie ma być pejoratywna; ktoś, kto ją wymyślił, chyba nie był świadom, że laikom kojarzy się raczej z nielegalną pornografią w Internecie).

Filozoficzny coach alt-prawicy?

Kiedy piszę o filozofii JBP, mam na myśli nie tyle filozofię w rozumieniu akademickim, ile raczej pewien „zbiór mądrości życiowych” (jeden z internautów napisał nawet: „Naukowy background zacny, a efekt à la Paulo Coelho”). Niestety, tego rodzaju filozofia – bliższa literaturze pięknej niż naukowej – jest wybitnie podatna na najprzeróżniejsze interpretacje i polityczne instrumentalizacje: bardziej sugestywna niż precyzyjna; pobudza raczej żywe emocje niż chłodny osąd racjonalności. I tak jak stało się z lubianym przez JBP Fryderykiem Nietzschem (który także z wykształcenia nie był filozofem, lecz filologiem klasycznym) zinstrumentalizowanym w pewnym momencie przez nazistów, tak i filozofia Petersona łatwo daje się wpasować w różnego rodzaju ekstremalne przekonania, choćby były sprzeczne z wyrażanymi kilka akapitów dalej intencjami.Faktem jest, że niektóre jego argumenty i przemyślenia rezonują ze światopoglądem skrajnej prawicy. Jest tak dlatego, że wiele tez Petersona daje się interpretować jako potencjalne przykłady tzw. polityki psiego gwizdka – są kodem dla laika brzmiącym całkiem niewinnie, ale dla wtajemniczonych oznaczają bardzo konkretne kategorie (termin nawiązuje do tego, że ultradźwiękowe gwizdki słyszane są tylko przez psy).

Używane przez JBP pojęcie marksizmu kulturowego funkcjonowało (zamiennie z kulturowym bolszewizmem) na gruncie nazistowskiej propagandy i występuje dalej w dyskursie zachodniej skrajnej prawicy w podobny sposób jak w Polsce termin „żydokomuna”. Dla radykałów jest ono wyraźnym sygnałem: mrugnięciem oka, potwierdzeniem wspólnej platformy. Jest nim, nawet mimo że sam JBP publiczne zaprzecza takim skojarzeniom i tłumaczy się z literalnego znaczenia używanego terminu. Ale i to wyjaśnienie tylko potwierdza ich interpretację. Wszak wiarygodne zaprzeczanie jest istotą strategii psiego gwizdka.

Jakub Majmurek, odnosząc się na stronie „Krytyki Politycznej” do różnych kontrowersyjnych wypowiedzi Petersona, nazwał go „wielkim coachem alt-prawicy”. Amerykańska alt-prawica to niejednorodna grupa sceptyczna wobec politycznego mainstreamu, w tym wobec Partii Republikańskiej, w której skład wchodzą m.in. środowiska otwarcie rasistowskie (tzw. identarianie). Natomiast JBP istotnie ma skłonność do relacjonowania niektórych faktów w sposób insynuujący – niemalże propagujący – jakieś regresywne postulaty polityczne. Na przykład wypowiedzi o istniejącej w naszej kulturze „wymuszanej monogamii” jako historycznym remedium na męską przemoc natychmiast zinterpretowano jako postulat przymusowej „redystrybucji” kobiet między samotnych, sfrustrowanych facetów. I trudno się dziwić, skoro poruszył ten temat w kontekście masowych morderstw w wykonaniu tzw. inceli – mężczyzn żyjących w „niedobrowolnym celibacie” (involuntary celibate), którzy, czując się odrzuconymi przez współczesne kobiety, winią za swój los feminizm i kultywują w sobie agresywną mizoginię. Gdy wytyka mu się radykalny charakter tych insynuacji, ubolewa z powodu paranoi dziennikarzy i nieuczciwego traktowania przez media. Ewidentnie jednak jego wypowiedzi miło pobrzmiewają alt-prawicowcom lub mogą posłużyć im jako intelektualna amunicja. Myślę, że w tym sensie JBP mógłby być uznany za „coacha alt-prawicy z przypadku” – nie jest jednak ideologiem czy nawet zwolennikiem tego ruchu.

Tutaj właśnie – w zaliczaniu go do alt-prawicy – pojawia się problem z tym, „dlaczego ludzie nie mogą usłyszeć tego, co Peterson mówi”. Oczywiście jest tak – jak pisze w „The Atlantic” w tekście pod takim właśnie tytułem Conor Friedersdorf – że media sprofilowane są współcześnie na polaryzację dla rozrywki. Przykładem jest feralny wywiad przeprowadzony przez Cathy Newman, w którym dziennikarka zdaje się przeformułowywać wypowiedzi kanadyjskiego psychologa w sposób nieżyczliwy i na zasadzie redukcji do skrajności (dla kontekstu: Žižek w dokładnie tej samej sytuacji poradził sobie bez irytacji). Warto jednak zauważyć, że sam JBP wcale nie pomaga. Nie jest bowiem ani szczególnie precyzyjny w swoich wypowiedziach, ani też nie unika zaczepek czy robienia z przeciwnika chochoła. Przykładowo, regularnie używa terminu „postmodernistyczny neomarksizm” na określenie lewicowej polityki gospodarczej, polityki tożsamości, lewicowej akademii, a nawet PR-owej poprawności politycznej transnarodowych korporacji. Rzuca tym skrótowcem jak inwektywą – nagminnie budząc irytację swoich oponentów ideowych, dla których jest to arbitralna zbitka terminów ze sobą fundamentalnie sprzecznych. Można by go bronić, wskazując, że współczesna lewicowość jest właśnie taką paradoksalną, oksymoroniczną syntezą postmodernizmu i marksizmu. Jednak uznanie perspektywy JBP za kompetentną uniemożliwia fakt, że sam przyznaje się do bazowania na wybitnie nierzetelnym publicystycznym bryku pt. Zrozumieć postmodernizm. Sceptycyzm i socjalizm od Rousseau do Foucaulta autorstwa Stephena Hicksa. Na pewno nie pomaga też udzielanie się dla „Uniwersytetu” Pragera, czyli internetowej platformy konserwatystów, na której Peterson wyzywa profesorów akademii od „gangu nihilistów” oraz domaga się odebrania funduszy na nauki społeczne i humanistykę. Nie wspominając już o porównywaniu dążenia do równości płac między płciami do teorii… wyższości rasowej – jako „markera posunięcia się za daleko w swojej ideologii” (jego zdaniem tak jak dla prawicy rasizm jest jasnym kryterium wykluczenia z życia publicznego, tak dla lewicy powinien nim być postulat równości efektów)

Z jednej strony dostrzegam, że ta nieznośna u JBP maniera wyostrzania sporu, prowokowania i obrażania przeciwnika jest w zasadzie rolą filozofów-tricksterów problematyzujących rzekome oczywistości (kolejne podobieństwo do Žižka). Taka postawa byłaby jeszcze do usprawiedliwienia. Z drugiej jednak strony ewidentne jest, że Peterson dość cynicznie znalazł sobie lukratywną niszę biznesową jako jeden ze współczesnych sofistów czy zideologizowanych trenerów rozwoju osobistego.

Sam przyznał się żartobliwie, że opanował „metodę monetyzacji wojowników o sprawiedliwość społeczną” (mianem social justice warriors prawica określa sympatyków feminizmu, multikulturalizmu i polityki tożsamości). JBP zauważył, że te jego filmy na YouTube, które zawierają krytykę ekscesów poprawności politycznej (nawet marginalnych czy sztucznie wyolbrzymionych), zbierają dużo klików i przynoszą większe zyski. Do ich popularności przyczyniają się też w jego opinii protesty owych lewicowych „wojowników”. To nie jest jedyny przykład dopasowania treści do stadnych algorytmów mediów społecznościowych. We wstępie do swoich 12 życiowych zasad wyjaśnia nawet, że ich lista wytypowana została na podstawie „głosów za” w ramach porad, których udzielał na serwisie Quora. W efekcie stał się bożyszczem alt-prawicowych mediów, które nawet organizowały zbiórkę na finansowanie jego badań.

Zaliczając Petersona do „okolic” alt-prawicy, warto pamiętać jego wyraźne potępienie współczesnych objawów nacjonalizmu i rasizmu. Z tego względu takie zaszufladkowanie mogłoby mieć sens tylko jako odwzajemnienie złośliwości za „postmodernistyczny neomarksizm”. Peterson jest dość klasycznym liberalnym konserwatystą. Zaskakujące może być, że sam reprezentuje postawy, rzec by można, nieprzystające do konserwatywnego wzorca męskości: chwali się czasem spędzonym na wychowaniu dzieci, w publicznych wypowiedziach jest bardzo emocjonalny i nie boi się płakać, a w bezpośrednim kontakcie z osobami transpłciowymi bez wahania używa wobec nich preferowanych przez nie zaimków. Niestety, co chyba umyka jego biznesowo-filozoficznej strategii, zarabiając na alt-prawicy, igra z ogniem, podobnie jak w latach 30. Martin Heidegger czy Carl Schmitt.

Szczypta płomiennego dyletanctwa

O ile Mapy znaczenia są dość konwencjonalną „filozoficzną” cegłą, o tyle 12 życiowych zasad – stanowiące niejako ekstrakt pierwszej – było dla mnie dość męczącą lekturą, głównie ze względu na gorączkową, frenetyczną strukturę. Chyba najostrzejszą merytorycznie krytykę tej książki zamieszczono na stronach Catholic News Agency, gdzie filozof i publicysta Sam Rocha napisał: „Reguła szósta: »Zanim zaczniesz krytykować świat – zaprowadź porządek we własnym domu«, jest spektakularnie ironiczna, jak na książkę tak zdezorganizowaną w swojej argumentacji”. Mam wrażenie, że w tym przypadku dezorganizacja jest celowa i ma służyć celom perswazyjno-„terapeutycznym”. JBP przeplata swoje argumenty i teorie filozoficzne z pozornie słabo powiązanymi anegdotami czy historiami, raz to o wyrzuceniu z pracy, raz o podróży do KL Dachau, innym razem o problemach zdrowotnych jego córki. Efektem jest emocjonalny rollercoaster, który służyć ma przygotowaniu podatnego czytelnika do bezkrytycznego przyjęcia stawianych tez o wyraźnie politycznym charakterze.

Specyfika twórczości JBP wystawia go na zarzut bełkotliwości i śmieszności. Nawiązania do mitologicznej metaforyki razem z ezoterycznym językiem zaczerpniętym z psychoanalizy Carla Gustava Junga sprawiają, że dla nieżyczliwego czytelnika jego teksty to kompletne androny. Na podstawie analizy prastarych mitów pisze, że porządek, kultura, to-co-znane są archetypicznie męskie; podczas gdy chaos, natura, nienazwane i nieznane są archetypicznie kobiece. W Mapach znaczenia wyjaśnia: „Nieznane jest zwykle konceptualizowane lub symbolicznie reprezentowane jako Kobieta. Głównie dlatego, że kobiece genitalia – ukryte, prywatne, nieodkryte, produktywne – służą jako portal do boskiego nieznanego świata lub źródła stworzenia”. Taki dyskurs miesza z wynikami najnowszych badań naukowych, tworząc wybitnie eklektyczny miszmasz. Nie pomaga w tym dość frywolne odnoszenie się do dowodów naukowych, którymi jako akademik powinien posługiwać się bardziej ostrożnie. Wbrew budowanej wokół JBP aury eksperckości jego tezy są często dość chaotycznie i słabo podbudowane dowodami empirycznymi.

Wątpliwości budzą jego analizy historyczne, którymi dzieli się podczas wykładów. Na przykład w jednym z nich z emfazą twierdził, że Hitler chciał wyłącznie maksymalnego pandemonium. „Zakładamy, że Hitler chciał wygrać wojnę. Ale to nie jest zbyt inteligentne [sic!] założenie. Dlaczego zakładasz coś takiego? Nie był on specjalnie dobrym człowiekiem. Dlaczego więc zakładamy, że zmierzał do dobra, które sam promował…” Według JBP, gdyby Hitler rzeczywiście chciał wygrać, to na pewno nie zorganizowałby wielkim kosztem –  gdy już przegrywał wojnę – eksterminacji niepożądanej ludności, tylko raczej zmusił ją do niewolniczej pracy na rzecz wygranej. Problem w tym, że Hitler dokładnie to robił. Wprost do komór gazowych kierowano ludzi uznanych za niezdatnych do pracy. Reszta była natychmiast wysyłana do katorżniczej roboty (dowiedzieć się tego można z dowolnej literatury obozowej albo choćby jednej wizyty w losowym KL-u). Przykładowo, zakłady I.G. Farbenwerk Auschwitz produkowały syntetyczną benzynę i kauczuk dla wojska, a za „użyczoną” im siłę roboczą płaciły SS gigantyczne kwoty. Przeznaczanie znacznych zasobów na eksterminację „nieprzydatnych” osób było także rezultatem bezdusznie racjonalnej kalkulacji: chodziło o zmniejszenie puli ludzi, których trzeba było wyżywić, ogrzać, ubrać i – co istotne – upilnować w realiach odciętej od importu gospodarki wojennej. Peterson, mieniąc się specjalistą od psychologii totalitaryzmów, pomija istotne fakty i dopasowuje całą tragedię Holokaustu do swojej psychopatologicznej koncepcji źródeł zła.

Takich przykładów jest więcej. W zasadzie nierzetelność jest grzechem pierworodnym sławy, którą JBP zyskał na świecie. A zyskał ją dzięki protestowi przeciw kanadyjskiemu prawu mającemu chronić przed dyskryminacją osoby transpłciowe. Prawo określane mianem C-16 w prasie opisywano wedle tego, co mówił Peterson: ten, kto np. osobę czującą się kobietą lekceważąco nazwie mężczyzną, miałby w świetle nowego zapisu dopuszczać się wykroczenia. Niestety, wielu komentatorów i dziennikarzy dało się nabrać na autorytatywny ton i tytuł naukowy JBP, nie weryfikując jego twierdzeń. A szkoda, bo po bliższej analizie okazuje się, że podniesiony przez Petersona alarm był fałszywy. Jak wyjaśniała sprawę Kanadyjska Izba Adwokacka, ustawa C-16 niczego takiego jak regulowanie słownictwa nie wprowadzała. Rozszerzała tylko już istniejące zasady chroniące mniejszości rasowe czy religijne na mniejszości seksualne, np. w kwestii ochrony przed dyskryminacją przy poszukiwaniu mieszkania bądź zatrudnienia. Jedyne ograniczania wolności słowa, jakie wprowadza, dotyczą wyraźnego, publicznego nawoływania do ludobójstwa i szerzenia nienawiści wobec tej grupy. Ustawa weszła w życie w czerwcu 2017 r. i jak się okazuje, nikt za „lekceważące słownictwo” nie został ukarany.

Za okoliczność łagodzącą dla samego JBP uznać można to, że niektórzy nie najlepiej poinformowani administratorzy uczelni straszyli go takimi właśnie konsekwencjami nowej legislacji. Podobnie, za pomocą C-16, strofowana była przez urzędnika uczelnianego Biura Różnorodności i Równości Lindsay Shepherd, asystentka na uniwersytecie w kanadyjskim Ontario, tylko za to, że na zajęciach wyemitowała studentom na potrzeby dyskusji nagranie telewizyjnej wypowiedzi JBP. Jak widać, popularność Petersona wynika w znacznej mierze ze skandalicznych zachowań niektórych – nielicznych, ale głośnych – przedstawicieli lewicy na uniwersytetach, którzy, korzystając z posiadanej władzy, nadużywają jej do nadgorliwego i paraliżującego wolność słowa tropienia patologii. Nie rozgrzesza to jednak samego Petersona z brnięcia w te kłamstwa i fabrykowania oburzenia, które daje mu wygodnego do krytyki chochoła: „totalitarną ustawę C-16”. W tym miejscu warto odnotować, że w wywiadzie z Jimem Jefferiesem JBP przyznał, że w swoim oporze wobec analogicznych regulacji domagających się niedyskryminacji w obsłudze klientów innej rasy „mógł być w błędzie”.

Duch zimnej wojny i amerykański self-made man

JBP jest w pewnym sensie pogrobowcem klimatu epoki, która zrodziła ruch neokonserwatywny. Teksty i wykłady Petersona nie są rezultatem kompleksowej refleksji nad kondycją współczesnego społeczeństwa A.D. 2018 czy nawet A.D. 1999.

Zwraca on uwagę na pewne problemy współczesne, jak rosnąca skala depresji u młodzieży, ale tylko wtedy gdy pasują mu do tezy przewodniej. Koncepcje JBP są natomiast – do czego autor wyraźnie się przyznaje na początku Map znaczenia – rezultatem obsesji na temat zimnej wojny i jej ideologicznego wymiaru. I rzeczywiście, ostrze krytyki JBP nie jest zwrócone przeciw milenialsom (roczniki od ok. 1983) – za brak sensu, za flirt z marksizmem czy nieodpowiedzialność. Jest to krytyka skierowana głównie przeciw pokoleniu północnoamerykańskich baby boomers z klasy średniej – do którego końcówki sam się zalicza (rocznik 1962) – jako zbiorowości wychowanej jednocześnie w ideologicznym fermencie zimnej wojny, jak i w dobie bezprecedensowego dobrobytu i pokoju. Krytyka Petersona dotyczy szczególnie tego pokolenia boomersów czy wczesnej generacji X (roczników od ok. 1965), które nie potrafiło odpowiedzialnie wychować swoich dzieci – szczególnie milenialsów. Tym ostatnim właśnie współczuje i próbuje pomagać. To temu boomersowemu rodzicielstwu – jednocześnie leniwemu i nadopiekuńczemu, zaborczemu i permisywnemu – poświęca znaczną część swoich 12 życiowych zasad. Podkreśla wielokrotnie, że trzymanie dzieci pod kloszem skutkuje brakiem odporności na wyzwania i większą podatnością na depresję. Krytykuje więc głównie swoje pokolenie, które samo było rozpieszczone i stało się w efekcie egoistycznym, zatomizowanym i anomicznym, pozbawionym poczucia wspólnoty i solidarności, a zarazem szalenie emocjonalnym i stawiającym swoje intuicje ponad faktami. JBP jest krytykiem swoich rówieśników, gardzących porządkiem i dobrobytem wywalczonym przez własnych rodziców, którzy zmierzyli się z wielkim kryzysem, zbudowali państwo dobrobytu i walczyli z dwoma totalitaryzmami podczas II wojny światowej i wojny w Korei.

Jest jeszcze jeden ciekawy wątek w myśli JBP, który tym lepiej sytuuje go na tle historii myśli zachodniej. Peterson zdaje się bliski transcendentalizmowi XIX-wiecznego amerykańskiego myśliciela Ralpha Waldo Emersona. Emerson słynie z filozofii dokładnie tego rodzaju, jaką gdzieniegdzie uprawia JBP. To zbiór poczciwych, luźnych, zdawkowych przemyśleń i inspirujących bon motów w stylu: „człowiek nie po to jest syty, aby był syty, lecz aby mógł pracować”, albo: „nie zaznamy znużenia, póki wzrok nasz sięga dostatecznie daleko”. Z myśli tej – obok poważniejszych tradycji intelektualnych – wywodzi się zjawisko poradnictwa psychologiczno-filozoficznego, które tak silnie wpisuje się w amerykańską ideologię self-made mana. Generuje ona całe tabuny poradników w podobnej manierze, krótkich list porad dla przyszłych ludzi sukcesu, jak: 7 nawyków skutecznego działania Stephena Coveya, Życie świadome celu Ricka Warrena (z katalogiem 5 boskich celów życia) czy 6 filarów poczucia własnej wartości Nathaniela Brandena. Co ciekawe, ten ostatni swego czasu również prowadził poradnictwo filozoficzne razem z… Ayn Rand, słynną rzeczniczką leseferystycznego kapitalizmu.

Duch transcendentalizmu, ufundowanego na nim libertarianizmu i coachyzmu wyraźnie widać w konkluzji Petersonowskich Map znaczenia. Dla JBP kulminacją rozwoju cywilizacji zachodniej jest deifikacja jednostki i kult osobistej odpowiedzialności (współtworzenie przez jednostkę świata razem z Bogiem). Wszelkie negowanie osobistej odpowiedzialności stanowi dla niego kłamstwo i krok na drodze do totalitaryzmu. W Mapach znaczenia pisze: „Jeśli jestem zdeterminowany, by pomijać mój własny udział w porażce, by rozwiązywać moje własne frustracje; jeśli jestem w stanie znajdować kozła ofiarnego dla moich problemów, wtedy jestem tylko o rzut kamieniem od mentalności, która odpowiadała za nazistowskie ostateczne rozwiązanie, za hiszpańską inkwizycję lub Leninowskie czystki kulturowe”. Tego rodzaju katapulty logiczne są u Petersona nagminne.

Polemika z nowym ateizmem

U Petersona znaleźć można jednak parę stwierdzeń rozsądnych i celnych. Ważną uwagą JBP jest to, że korespondencyjna koncepcja prawdy („prawda to zgodność myśli z rzeczywistością”), jakkolwiek „klasyczna” dla filozofii i zdecydowanie dominująca w świadomości potocznej, wcale nie jest historycznie pierwotna. Słusznie wskazuje, że to społeczna, pragmatyczna koncepcja prawdy jest bardziej naturalna dla ludzkiego umysłu. Stąd bierze się Petersona idea map znaczenia. Stwierdza on, że obiektów zasadniczo nie poznajemy jako czegoś neutralnego, ale raczej poznajemy je w integralnym związku z ich znaczeniem społecznym – tym, jakie wartości im przypisujemy i co one znaczą dla naszego zachowania. Wskazuje tym samym, że w normalnym funkcjonowaniu społecznym (poza kontekstem nauki i filozofii) nie jesteśmy w stanie oddzielić faktów – tego, co realne – od norm – tego, co znaczące. Normy są dla nas intuicyjnie faktami. I z tego powiązania biorą się mity, a następnie archetypy. Tylko w bardzo szczególnych technicznych okolicznościach terminu „ojciec” czy „matka” używamy czysto deskryptywnie (czasem różnicę trzeba oddać jak jeden z bohaterów Strażników Galaktyki II: „Może i był twoim ojcem, ale na pewno nie był twoim tatą”). W normalnym użyciu wiąże się z nimi ocena społeczna. A ocena taka domaga się archetypu: zarówno wzorca pozytywnego, jak i negatywnego – zawsze emocjonalnie obarczonego.

Mity nie są wyłącznie ułomnym sposobem opisu rzeczywistości – „protonauką ludów pierwotnych” – ale, jak pisał Bronisław Malinowski, służą regulacji życia społecznego. Dla Petersona mity, przypowieści, archetypy są społecznym DNA danej kultury. Tak jak język są skumulowanym przez wieki doświadczeniem. Można powiedzieć, że o ile nie jest wykluczone, iż są one zbyteczne czy nieadaptacyjne, o tyle zasadne jest założenie, że dane treści kultury mają jakąś istotną funkcję społeczną, i to taką, która jest niebywale trudna w identyfikacji, a do tego działa w powiązaniu z innymi, tworząc system naczyń połączonych. Dlatego, wbrew mniemaniu niektórych, nauka nigdy nie zastąpi mitu.

JBP wchodzi tu w ciekawy dialog z przedstawicielami nowego ateizmu, dla których religie są kompletnie anachronicznymi i szkodliwymi „wirusami umysłu” (Dawkins), żyjącymi już tylko siłą ewolucyjnego rozpędu. W tym sporze, sam będąc ateistą-agnostykiem (nie wiem, czy Bóg istnieje, ale nawet gdyby istniał, to nie czerpałbym od Niego uzasadnienia moich wartości moralnych), stanąłbym po stronie Petersona: tj. w obronie adaptacyjnego charakteru mitów i potencjalnej użyteczności religii, nawet przystając na metaforę „wirusa umysłu” (sam JBP wskazuje wręcz, że często to nie ludzie mają idee, ale idee mają ludzi). Zaprotestuję jedynie przed stwierdzeniem, że musimy kurczowo trzymać się pradawnych – najlepiej judeochrześcijańskich – narracji, które, owszem, mówią nam coś o nas samych, ale wcale nie muszą być adekwatne do potrzeb ludzi we współczesnych realiach socjoekonomicznych.

W tym miejscu JBP przekuwa garść trafnych, subtelnych konkluzji na ciężkie argumentacyjne obuchy w wojnie kulturowej. Dla niego „najwyższa idea, za jaką podąża człowiek, jest jego Bogiem”. Dlatego według Petersona samo przestrzeganie zasad życia społecznego stanowi świadectwo wiary. Te dość metaforyczne obserwacje prowadzą go do bałamutnego wniosku, że nie ma ateistów, a ci, którzy uważają się za ateistów, są w istocie wierzącymi teistami…

Peterson nie jest jednak wcale takim obrońcą religii, jakiego spodziewaliby się konserwatywni chrześcijanie. Zapytany przez Sama Harrisa (któremu oczywiście starał się wmówić, że i on nie jest ateistą, „bo nie kradnie i nie gwałci”) o to, czy wierzy w Boga, doprecyzował, że „zachowuję się tak, jakby Bóg istniał”.

Homary i gra w Monopoly

Różne aspekty myślenia JBP skupiają się w normatywnych wnioskach płynących z faktów psychologii ewolucyjnej, np. o tym, że ewolucyjnie „hierarchie są starsze niż drzewa” i że homary też je mają. Zacznijmy od tego, że Peterson – wbrew częstemu zarzutowi popełniania błędu naturalistycznego  – prawdopodobnie rozumie różnicę między faktami i normami. Ze specyficznego rozumienia tej różnicy bierze się jego koncepcja map znaczenia. Problemem jest raczej to, co jego zdaniem powinniśmy zrobić z dystansem między faktami a powinnościami. Otóż uważa on, że z wieloma faktami – jak nieuniknione prawo kumulacji kapitału przez najbogatszych (prawo św. Mateusza, reguła Pareto czy reguła Prince’a jest prawem natury: nawet wśród ciał niebieskich mniejszość kumuluje większość masy Układu Słonecznego) – absolutnie nie ma co dyskutować czy ograniczać ich efektów. W tym sensie trudno uznać go za chrześcijanina. Traktuje on bowiem starotestamentowego Boga jako alegorię okrutnej, kapryśnej i niesprawiedliwej rzeczywistości, a nie osobowe bóstwo opiekuńcze czy prawodawcę. Dla niego zwyczajnie Bóg czasem woli Abla i odrzuca wszelkie starania Kaina, i złość tego ostatniego nie ma sensu. Lepiej otrzeć łzy i wracać do pracy. A nuż kiedyś „tym, którzy pukają, będzie otworzone”. Dla Petersona kultura jest tylko znajdowaniem sensu w tragedii życia. Próżność starań? Porażka? Taka wola nieba – „z nią się zawsze zgadzać trzeba”.

Problemem z jego wywodami o naturalnych hierarchiach u homarów (pierwsza z reguł życiowych) nie jest nawet to, że są one jakoś szczególnie fałszywe i że nie przekładają się na wnioski o ludziach. Rzecz w tym, że w moim przekonaniu powinny prowadzić do wniosków zupełnie odwrotnych niż te, do których dochodzi JBP. Obserwacje, że hierarchie są naturalne i że porażki życiowe szkodzą zdrowiu psychicznemu – odbierając podmiotowość, chęć do życia, sprawiając, że człowiek się dosłownie kurczy itp. – są kapitalnie ważne. Ale wnioskowanie z tego, że najlepszym rozwiązaniem jest „stawanie wyprostowanym” (bo wtedy inni mogą pomyśleć, że jesteśmy bardziej kompetentni niż w rzeczywistości, a i trochę się humor poprawia) – szczególnie jak ktoś tego próbował wcześniej – jest jakimś ponurym żartem. To kolejny przykład pewnego rodzaju widzenia tunelowego: medykalizacji życia, która prywatyzuje szersze problemy społeczne, skłaniając do leczenia ledwo objawowego i zniechęcając do systemowego działania na rzecz prewencji i profilaktyki (no i oczywiście generując klientelę dla psychologów klinicznych i coachów). Według tego toku rozumowania „samobójstwa są powodowane przez choroby psychiczne”, i tyle. To tak jakby powiedzieć, że śmierć z powodu cholery wynika z odwodnienia organizmu. Owszem, to prawda. Ale co powoduje to odwodnienie? Przecinkowiec cholery. Da się jakoś uniknąć zakażenia nim? Czy też epidemie cholery to kwestia woli Bożej? Samobójstwa są śmiertelnym skutkiem choroby psychicznej, która ma swoje przyczyny. Na pewno nie tak łatwe w identyfikacji jak bakterie. Ale one istnieją i nauka wie o nich coraz więcej.

Co więc jest powodem samobójstw? Kiedy samobójstwo popełnia mężczyzna, któremu otoczenie przez całe życie wpajało, że jego wartość wynika z bycia „żywicielem rodziny”, „człowiekiem sukcesu”, „bycia mężczyzną”, z budowanej latami pozycji społecznej, który nagle traci pracę z powodu kryzysu ekonomicznego, ma się przekwalifikować i w późnej dorosłości swoją „karierę” zaczynać całkiem od zera – to czy w ogóle sensowne jest mówienie, że źródłem jest tutaj choroba psychiczna? Nie wystarczy spostrzeżenie, że psychiczny układ odpornościowy jest za słaby przez wychowanie pod kloszem. W gruncie rzeczy to właśnie te niedopuszczające słabości wzorce są elementem tzw. toksycznej męskości, która w takich sytuacjach obraca się przeciw mężczyznom. Jak się do tego wszystkiego mogą mieć rosnące nierówności społeczne? Czy są czymś, co zdrowe społeczeństwo powinno zwalczać? JBP sam wskazuje, że nierówności społeczne – relatywna bieda, nie bieda sama w sobie – są bardzo wyraźnie skorelowane z przestępczością i innymi patologiami. Wielka szkoda, że zapomina o tym, pisząc o „prostowaniu się” i o złu egalitarnych polityk publicznych.

Peterson często przywołuje przykład z zabawą szczurów w siłowanie się jako dowód na rozwojową konieczność takiej udawanej przemocy. Zauważa, że gdy mniejszy szczur ciągle przegrywa z silniejszym, to w pewnym momencie przestaje być zainteresowany zabawą. Żeby utrzymać to zainteresowanie, trzeba małemu szczurkowi pozwolić czasem wygrać – minimum w 30% przypadków. Peterson nazywa to uczciwą grą, wiąże z zasadą wzajemności i badanym przez Piageta rozwojem moralnym dzieci. Czy z ludźmi jest inaczej? Gdy ktoś ciągle przegrywa, to oczywiste, że traci ochotę do gry.

Monopoly jest jedną z najgorszych gier towarzyskich. Nieprzypadkowo, bo została zaprojektowania przez antymonopolistkę Elizabeth Phillips na początku XX w., jako symulacja ilustrująca patologie systemu kapitalistycznego, który bez obostrzeń w naturalny sposób zmierza do kumulacji kapitału w rękach nielicznych. Dopiero potem zasady gry skradziono i zaczęto sprzedawać jako zabawę i lekcję przedsiębiorczości…

Monopoly powszechnie uznawana jest za słabą grę, bo jest losowa i jednocześnie kumuluje początkowe wygrane, zostawiając przegrywających coraz bardziej w tyle. Impreza z Monopoly to doskonały sabotaż dobrego humoru i długoletnich przyjaźni. Dlatego powszechna jest sytuacja, że gracze z czasem zmieniają reguły i dają przegrywającym wsparcie po to, by utrzymać ich frajdę i chęć dalszej zabawy. Ale to wymaga redystrybucji – może nie pełnej równości efektów, ale jakiegoś ich zrównywania. A teraz wyobraź sobie, że musisz grać w Monopoly, bo od tego zależy los twój i twojej rodziny. Nie możesz odejść od stołu. Przegrywasz, ciągle tracisz posiadłości i resztki dochodu. Przetrwasz, jednak absolutnie nie masz z tego żadnej frajdy. Najchętniej byś to rzucił w cholerę, bo twój trud przynosi mizerne rezultaty i tylko rosnącą gorycz. Stajesz na posiadłości monopolisty. Ten, odbierając od ciebie słony czynsz, parska śmiechem i dmucha w twarz dymem z cygara. Inny gracz, któremu też się całkiem powodzi, widzi, że łzy napływają ci do oczu. Zwraca się do ciebie, kładzie ci rękę na ramieniu i mówi: „Pilnuj sylwetki: wyprostuj się”!.

Dla mnie wniosek z wywodów o homarach jest raczej taki, że serie porażek w ludzkim życiu – statystycznie nieuniknione dla wielu osób – domagają się kategorycznie wsparcia innych; wymagają solidaryzmu – braterskiego czy siostrzeńskiego poczucia odpowiedzialności za innych (bycia „stróżem brata swego”) – żeby te kumulujące się porażki nie pozbawiły danej osoby środków i chęci do życia albo nie prowadziły do Kainowej frustracji i zbrodni. Naturalność porządku dziobania i homarzej depresji domaga się interwencji, wymaga łagodzenia nierówności społecznych i ich skutków. Zatem: tak! Wszystko to – w jakimś zakresie – wymaga łagodnego zrównywania efektów. Wbrew upartym twierdzeniom Petersona nie ma wyraźnej granicy między indywidualną równością szans (którą JBP bardzo pochwala) a równością efektów (którą gardzi). Jest tak dlatego, że efekty pracy jednej osoby nie będą dotyczyć tylko jej, ale stanowić będą punkt startu jej dzieci i wnuków. W czasach, w których rosnące nierówności społeczno-ekonomiczne stają się coraz bardziej palącym problemem i źródłem większych napięć, JBP autorytatywnym tonem ogłasza, że nierówności są nie tylko nieuniknione i naturalne, ale i dobre – jako „hierarchia kompetencji” nagradzająca wyższą pozycję społeczną za większą użyteczność dla innych. Próby ich niwelowania zawsze skazane będą na porażkę pokroju Rosji Sowieckiej. Ten wyrazisty ton jest właściwy dla moralisty, ale trudno go brać dosłownie. Peterson raczej nie chce obalenia kanadyjskiego systemu zdrowotnego czy progresywnego systemu podatkowego. Jemu chodzi tylko, aby zrobić na złość tym nieznośnym „postmodernistycznym neomarksistom”. Efektem jest jednak ostry i bezproduktywny spór w naszej współczesnej debacie publicznej.

*

W pisarstwie i wystąpieniach publicznych Petersona jest mnóstwo wątpliwych tez. Ale w jego wypowiedziach rozsiane są gdzieniegdzie autentyczne mądrości, które warto przyswoić. W 12 życiowych zasadach przywołuje jedną ważną radę, zaczerpniętą od psychologa Carla Rogersa. Kiedy nie potraficie w rozmowie dojść do porozumienia, „wstrzymajcie się na moment i ustalcie taką oto zasadę: każdy z rozmówców może wyrazić swoje zdanie dopiero po uprzednim powtórzeniu idei i opinii przedmówcy w sposób na tyle autentyczny, że ten je zaakceptuje”. Jest to wyśmienita rada zarówno w życiu prywatnym, jak i w debacie publicznej. Jej kluczową zaletą jest to, że unikamy rozmowy z chochołem – wygodną do krytyki karykaturą przekonań rozmówcy, która formuje się nam w umyśle, kiedy się z kimś nie zgadzamy czy na kogoś złościmy. Taka metoda pozwala unikać nieporozumień i doszukiwania się złej wiary tam, gdzie jej nie ma. Byłaby ona szczególnie przydatna w dyskusjach o polityce publicznej – dyskusjach między prawicą i lewicą, między konserwatywnymi liberałami a „postmodernistycznymi neomarksistami”. Jaka wielka szkoda, do licha, że Jordan Peterson sam nie słucha swoich własnych rad.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter