70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Chris Williamson/Getty

Jordan B. Peterson, czyli jak zarobić na kontrrewolucji

Peterson dość cynicznie znalazł sobie lukratywną niszę biznesową jako jeden ze współczesnych sofistów czy zideologizowanych trenerów rozwoju osobistego. Grzechem pierworodnym zdobytej przez niego sławy jest jednak nierzetelność.

Jordan Bernt Peterson – w skrócie JBP – to kanadyjski psycholog kliniczny, który naukowo specjalizuje się w tematyce psychologii zaburzeń oraz rozwoju osobowości. Z czasem swoje zainteresowania rozszerzył na psychologię religii i ideologii, wkraczając z impetem do filozofii kultury, historii religii i filologii. W ciągu ostatnich lat, a właściwie ostatnich miesięcy, zyskał sławę czołowego intelektualisty światowej prawicy.

Jest wreszcie odkrytą nemezis dla Slavoja Žižka, intelektualnej gwiazdy lewicy, i zarazem jego całkowitym przeciwieństwem: przystojny, szczupły, dobrze ubrany i ze świetną dykcją (głos żaby Kermita z Muppetów, o którym mówią złośliwcy, przydaje mu nawet pewnego uroku).

Nie znosi Marksa. Stanowczo broni nierówności społecznych i wrażliwego męskiego ego. Podobnie jak Žižek, krytykuje współczesność, ale czyni to w duchu konserwatywnej rewolucji. Choć także czerpie z klasycznych źródeł, to używa ich, by bronić kapitalizmu. Jest zaskakująco emocjonalny wobec aktualnej polityki i osób publicznych (kanadyjskiego premiera Justina Trudeau obgaduje jak gimnazjalista). Bardzo łatwo się irytuje, co przybiera postać wybuchów ojcowskiej złości, kiedy to dla zachowania pozoru opanowania cedzi słowa przez zęby. Do tego niemal zawsze jest śmiertelnie poważny – a już w szczególności na swój własny temat. I, inaczej niż Žižek, zdecydowanie nie potrafi opowiadać dowcipów.

Zamiast czepiać się kompromitujących detali czy wpadek, odniosę się do tych kontrowersyjnych wątków myśli JBP, które uznałbym za trwałe skłonności. Omówię niektóre tematy przewodnie z jego czołowych prac filozoficznych: Maps Of Meaning: The Architecture of Belief (Mapy znaczenia: architektura wiary) z 1999 r. oraz 12 życiowych zasad z 2018 r. (nie będę się odnosił do jego artykułów naukowych, głównie dlatego, że ich tematyka nie jest jakoś wyraźnie powiązana z publicznie propagowaną filozofią autora). Sięgnę też obficie do rozproszonych po Internecie wypowiedzi publicznych: dyskusji, wywiadów i wykładów. Peterson jest bowiem myślicielem na miarę naszych czasów – silnie zakotwiczonym w świecie YouTube’a. Zaliczany jest nawet – razem z Samem Harrisem (Koniec wiary) czy Jonathanem Haidtem (Prawy umysł) – do grupy niepoprawnych politycznie intelektualistów obecnych w nowych mediach, czyli do tzw. intelektualnej czarnej sieci (nazwa ta nie ma być pejoratywna; ktoś, kto ją wymyślił, chyba nie był świadom, że laikom kojarzy się raczej z nielegalną pornografią w Internecie).

Filozoficzny coach alt-prawicy?

Kiedy piszę o filozofii JBP, mam na myśli nie tyle filozofię w rozumieniu akademickim, ile raczej pewien „zbiór mądrości życiowych” (jeden z internautów napisał nawet: „Naukowy background zacny, a efekt à la Paulo Coelho”). Niestety, tego rodzaju filozofia – bliższa literaturze pięknej niż naukowej – jest wybitnie podatna na najprzeróżniejsze interpretacje i polityczne instrumentalizacje: bardziej sugestywna niż precyzyjna; pobudza raczej żywe emocje niż chłodny osąd racjonalności. I tak jak stało się z lubianym przez JBP Fryderykiem Nietzschem (który także z wykształcenia nie był filozofem, lecz filologiem klasycznym) zinstrumentalizowanym w pewnym momencie przez nazistów, tak i filozofia Petersona łatwo daje się wpasować w różnego rodzaju ekstremalne przekonania, choćby były sprzeczne z wyrażanymi kilka akapitów dalej intencjami.Faktem jest, że niektóre jego argumenty i przemyślenia rezonują ze światopoglądem skrajnej prawicy. Jest tak dlatego, że wiele tez Petersona daje się interpretować jako potencjalne przykłady tzw. polityki psiego gwizdka – są kodem dla laika brzmiącym całkiem niewinnie, ale dla wtajemniczonych oznaczają bardzo konkretne kategorie (termin nawiązuje do tego, że ultradźwiękowe gwizdki słyszane są tylko przez psy).

Używane przez JBP pojęcie marksizmu kulturowego funkcjonowało (zamiennie z kulturowym bolszewizmem) na gruncie nazistowskiej propagandy i występuje dalej w dyskursie zachodniej skrajnej prawicy w podobny sposób jak w Polsce termin „żydokomuna”. Dla radykałów jest ono wyraźnym sygnałem: mrugnięciem oka, potwierdzeniem wspólnej platformy. Jest nim, nawet mimo że sam JBP publiczne zaprzecza takim skojarzeniom i tłumaczy się z literalnego znaczenia używanego terminu. Ale i to wyjaśnienie tylko potwierdza ich interpretację. Wszak wiarygodne zaprzeczanie jest istotą strategii psiego gwizdka.

Jakub Majmurek, odnosząc się na stronie „Krytyki Politycznej” do różnych kontrowersyjnych wypowiedzi Petersona, nazwał go „wielkim coachem alt-prawicy”. Amerykańska alt-prawica to niejednorodna grupa sceptyczna wobec politycznego mainstreamu, w tym wobec Partii Republikańskiej, w której skład wchodzą m.in. środowiska otwarcie rasistowskie (tzw. identarianie). Natomiast JBP istotnie ma skłonność do relacjonowania niektórych faktów w sposób insynuujący – niemalże propagujący – jakieś regresywne postulaty polityczne. Na przykład wypowiedzi o istniejącej w naszej kulturze „wymuszanej monogamii” jako historycznym remedium na męską przemoc natychmiast zinterpretowano jako postulat przymusowej „redystrybucji” kobiet między samotnych, sfrustrowanych facetów. I trudno się dziwić, skoro poruszył ten temat w kontekście masowych morderstw w wykonaniu tzw. inceli – mężczyzn żyjących w „niedobrowolnym celibacie” (involuntary celibate), którzy, czując się odrzuconymi przez współczesne kobiety, winią za swój los feminizm i kultywują w sobie agresywną mizoginię. Gdy wytyka mu się radykalny charakter tych insynuacji, ubolewa z powodu paranoi dziennikarzy i nieuczciwego traktowania przez media. Ewidentnie jednak jego wypowiedzi miło pobrzmiewają alt-prawicowcom lub mogą posłużyć im jako intelektualna amunicja. Myślę, że w tym sensie JBP mógłby być uznany za „coacha alt-prawicy z przypadku” – nie jest jednak ideologiem czy nawet zwolennikiem tego ruchu.

Tutaj właśnie – w zaliczaniu go do alt-prawicy – pojawia się problem z tym, „dlaczego ludzie nie mogą usłyszeć tego, co Peterson mówi”. Oczywiście jest tak – jak pisze w „The Atlantic” w tekście pod takim właśnie tytułem Conor Friedersdorf – że media sprofilowane są współcześnie na polaryzację dla rozrywki. Przykładem jest feralny wywiad przeprowadzony przez Cathy Newman, w którym dziennikarka zdaje się przeformułowywać wypowiedzi kanadyjskiego psychologa w sposób nieżyczliwy i na zasadzie redukcji do skrajności (dla kontekstu: Žižek w dokładnie tej samej sytuacji poradził sobie bez irytacji). Warto jednak zauważyć, że sam JBP wcale nie pomaga. Nie jest bowiem ani szczególnie precyzyjny w swoich wypowiedziach, ani też nie unika zaczepek czy robienia z przeciwnika chochoła. Przykładowo, regularnie używa terminu „postmodernistyczny neomarksizm” na określenie lewicowej polityki gospodarczej, polityki tożsamości, lewicowej akademii, a nawet PR-owej poprawności politycznej transnarodowych korporacji. Rzuca tym skrótowcem jak inwektywą – nagminnie budząc irytację swoich oponentów ideowych, dla których jest to arbitralna zbitka terminów ze sobą fundamentalnie sprzecznych. Można by go bronić, wskazując, że współczesna lewicowość jest właśnie taką paradoksalną, oksymoroniczną syntezą postmodernizmu i marksizmu. Jednak uznanie perspektywy JBP za kompetentną uniemożliwia fakt, że sam przyznaje się do bazowania na wybitnie nierzetelnym publicystycznym bryku pt. Zrozumieć postmodernizm. Sceptycyzm i socjalizm od Rousseau do Foucaulta autorstwa Stephena Hicksa. Na pewno nie pomaga też udzielanie się dla „Uniwersytetu” Pragera, czyli internetowej platformy konserwatystów, na której Peterson wyzywa profesorów akademii od „gangu nihilistów” oraz domaga się odebrania funduszy na nauki społeczne i humanistykę. Nie wspominając już o porównywaniu dążenia do równości płac między płciami do teorii… wyższości rasowej – jako „markera posunięcia się za daleko w swojej ideologii” (jego zdaniem tak jak dla prawicy rasizm jest jasnym kryterium wykluczenia z życia publicznego, tak dla lewicy powinien nim być postulat równości efektów)

Z jednej strony dostrzegam, że ta nieznośna u JBP maniera wyostrzania sporu, prowokowania i obrażania przeciwnika jest w zasadzie rolą filozofów-tricksterów problematyzujących rzekome oczywistości (kolejne podobieństwo do Žižka). Taka postawa byłaby jeszcze do usprawiedliwienia. Z drugiej jednak strony ewidentne jest, że Peterson dość cynicznie znalazł sobie lukratywną niszę biznesową jako jeden ze współczesnych sofistów czy zideologizowanych trenerów rozwoju osobistego.

Sam przyznał się żartobliwie, że opanował „metodę monetyzacji wojowników o sprawiedliwość społeczną” (mianem social justice warriors prawica określa sympatyków feminizmu, multikulturalizmu i polityki tożsamości). JBP zauważył, że te jego filmy na YouTube, które zawierają krytykę ekscesów poprawności politycznej (nawet marginalnych czy sztucznie wyolbrzymionych), zbierają dużo klików i przynoszą większe zyski. Do ich popularności przyczyniają się też w jego opinii protesty owych lewicowych „wojowników”. To nie jest jedyny przykład dopasowania treści do stadnych algorytmów mediów społecznościowych. We wstępie do swoich 12 życiowych zasad wyjaśnia nawet, że ich lista wytypowana została na podstawie „głosów za” w ramach porad, których udzielał na serwisie Quora. W efekcie stał się bożyszczem alt-prawicowych mediów, które nawet organizowały zbiórkę na finansowanie jego badań.

Zaliczając Petersona do „okolic” alt-prawicy, warto pamiętać jego wyraźne potępienie współczesnych objawów nacjonalizmu i rasizmu. Z tego względu takie zaszufladkowanie mogłoby mieć sens tylko jako odwzajemnienie złośliwości za „postmodernistyczny neomarksizm”. Peterson jest dość klasycznym liberalnym konserwatystą. Zaskakujące może być, że sam reprezentuje postawy, rzec by można, nieprzystające do konserwatywnego wzorca męskości: chwali się czasem spędzonym na wychowaniu dzieci, w publicznych wypowiedziach jest bardzo emocjonalny i nie boi się płakać, a w bezpośrednim kontakcie z osobami transpłciowymi bez wahania używa wobec nich preferowanych przez nie zaimków. Niestety, co chyba umyka jego biznesowo-filozoficznej strategii, zarabiając na alt-prawicy, igra z ogniem, podobnie jak w latach 30. Martin Heidegger czy Carl Schmitt.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter