70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Andrzej Rybczyński/PAP/fot. Dawid Żuchowicz/Agencja Gazeta

Jestem obok i niczego nie oczekuję

Połączyła je przyjaźń oparta nie tylko na wspólnych zainteresowaniach literaturoznawczych czy podobnym odczuwaniu świata, ale także na macierzyństwie. Czym jest dla nich ta relacja? W jaki sposób je kształtuje? Co jest w niej najistotniejsze? Jak doświadczają wzajemnej przyjaźni?

Anna Marchewka: Zacznę od tylko pozornie prostego pytania: czym jest dla Was przyjaźń?

(obie rozmówczynie głęboko wzdychają)

Julia Fiedorczuk: Najpierw Ty, Justyno.

Justyna Czechowska: Kiedyś mama powiedziała mi, że o prawdziwych przyjaciołach będzie można mówić dopiero wtedy, gdy na łożu śmierci spojrzy się wstecz i zobaczy dokładnie, jak nasze znajomości wyglądały przez całe życie. Jednak moje doświadczenie szybko pokazało, że jest inaczej.

Niestety, dzisiaj nadużywa się słowa „przyjaźń”. Za często mówi o przyjaźni i przyjaciołach. Staram się bardzo uważać, kiedy używam tych słów. Zdarza się, że zwracam uwagę mojej córce, której lekko przychodzi mówienie: „Moja przyjaciółka z 4 b coś tam zrobiła”. Przyjaźń jest czymś, bez czego nie dałoby się żyć. O ile można chyba żyć bez miłości, o tyle bez przyjaźni już nie. Ona ratuje człowieka. To wcale nie musi być przyjaźń, która wymaga ciągłego kontaktu, spotykania się, nieustannego dowiadywania się, co u tej drugiej osoby słychać, ale wyłącznie absolutnego porozumienia w momencie, w którym jest ono potrzebne. Wiem, że parę takich osób w moim życiu jest. Zrozumiem je, jeżeli odezwą się nawet po paru latach, a one zrozumieją też mnie i będą dla mnie wsparciem.

JF: W przyjaźni chodzi o to, że kiedy odzywasz się do kogoś po paru tygodniach czy miesiącach, a nawet po roku czy po paru latach, można podjąć rozmowę tam, gdzie się ją przerwało i nie ma poczucia luki. Nie istnieje też konieczność nadrabiania niczego, dlatego że relacja trwa nawet wtedy, gdy ludzie pochłonięci są innymi sprawami życiowymi. Mam również kilka osób, z którymi wiem, że gdy usiądę po dłuższym czasie, to będzie tak, jakbyśmy się widzieli poprzedniego dnia wieczorem.

Przyjaźń jest fundamentalną wartością w życiu, niezbędną do przetrwania, zdrowia, rozwoju, samorozumienia. Wydaje mi się, że wyjątkowo wartościowe i piękne jest w niej to, iż polega na całkowitej wolności.

Bywa czasem uwikłana w problemy, które charakteryzują relacje miłosne, takie jak zazdrość, zaborczość czy poczucie dysproporcji zaangażowania, ale jeśli gdzieś ma się zdarzyć naprawdę wolny i bliski układ między ludźmi, to bardziej w przyjaźni niż w miłości. A może warunkiem udanej miłości jest przyjaźń jako coś bardziej fundamentalnego, czyli relacja, która zostawia wolność, jest tolerancyjna, dyskretna, niezawłaszczająca i radosna. Człowiek cieszy się po prostu z istnienia kogoś drugiego, co w miłości jest trudniejsze, bo w miłości zawsze ma się jednak jakiś interes. Niełatwo się tak po prostu cieszyć, że ktoś jest, bo pojawia się pytanie, czy on / ona wystarczająco nas kocha, czy daje nam wystarczająco dużo tego, czego potrzebujemy.

JCz: Dziwi zatem, że miłość stanowi dla literatury podstawę, jest w niej wszechobecna, a przyjaźni nie opisuje się aż tak często.

 

Trudniej opisać przyjaźń? A może po prostu jest ona mniej atrakcyjna niż miłość?

JCz: To naprawdę ciekawe. Czy przyjaźń jest rzeczywiście trudniejsza do opisania? A może po prostu trudniej definiowalna? Miłość ma bardzo dużo różnych definicji, zależą one od konkretnej pary. A przyjaźń nie wiadomo dokładnie, jak opisać. O ile miłość każdy może sobie jakoś nazwać, o tyle przyjaźń nie do końca. Czyli: jest relacja, która wydaje się przyjaźnią, a wcale nią nie jest albo jest taka, która jest przyjaźnią, choć nie została tak nazwana. Ale dlaczego nie jest obecna w literaturze w takim stopniu jak miłość? Może dlatego, że przyjaźń rzeczywiście jest bardziej indywidualna. I nawet bardziej intymna?

JF: Może jest też mniej spektakularna. W miłości pojawiają się dramatyczne zwroty akcji, jest w niej więcej atrakcyjnego dla literatury mroku, a w przyjaźni takich elementów jest mniej, może też dlatego trudniej o niej pisać. Chociaż nie jest tak, że książek o przyjaźni nie ma.

JCz: Oczywiście są – choćby te wszystkie książki młodzieżowe z czasów naszego dzieciństwa, w których pokazana jest przyjaźń na dobre i na złe.

 

Czy to by znaczyło, że prawdziwa przyjaźń jest możliwa tylko w okresie przed dorosłością? W dorosłym życiu nie zdarza się aż tak często, a jeśli już, to musi rywalizować z małżeństwem, może stanowić dla niego zagrożenie, bo zmusza do wyborów między przyjacielem / przyjaciółką a żoną / mężem.

JCz: Tak, szczególnie jeżeli chodzi o czas. Kiedy byłam sama, miałam dużo przyjaciół wokół siebie i rzeczywiście w znaczący sposób odczuwałam ich obecność w życiu. Jednak w momencie gdy pojawił się mój partner, przyjaciele zeszli na drugi plan. Nie w sercu, tylko w codzienności, w rozkładzie dnia czy tygodnia. Ale było dla mnie bardzo ważne, by zachować taką wolność, o której, Julio, wspomniałaś, która charakteryzuje przyjaźń. Chcę i potrzebuję od czasu do czasu spotkać się z którymś z moich przyjaciół w cztery oczy. Mam kilkoro znajomych, którzy mówili, że kiedy weszli w związek małżeński, to od tego związku zaczęło zależeć wszystko inne. Zabierają małżonka / małżonkę na spotkania z przyjaciółmi. Spotykają się parami albo całymi rodzinami. Ta przyjaźń jest wtedy trudniejsza do utrzymania, przynajmniej z intensywnością, jaką się ma w młodości, kiedy jestem tylko ja i moi przyjaciele, kiedy jeszcze nie jest się uwikłanym w inne związki i zależności.

JF: Może chodzi też o to, że dominującym wzorcem relacji międzyludzkich jest nadal rodzina nuklearna, czyli „podstawowa komórka społeczna”. Większość ludzi żyje w zamknięciu rodzinnym. Przyjaźń potencjalnie mogą postrzegać nawet jako coś wywrotowego, w tym sensie, że ona rozszczelnia podstawowe rodzinne relacje, choć czyni to przecież niekoniecznie w sposób niszczący. Przyjaźń jest bardziej wywrotowa, dlatego że funkcjonuje w przestrzeni niedookreśloności i wolności. Wiele przyjaźni ma w sobie element erotyczny. Nie mówię teraz wcale o spełnieniu seksualnym, ale przecież jest coś takiego jak Eros przyjaźni, który może niepokoić i destabilizować. Natomiast rzeczywiście, wydaje się, że naturalny czas przyjaźni to czas „przed rodziną”. Potem często przyjaźń albo wygasa, albo zostaje zagospodarowana czy uregulowana przez życie rodzinne

JCz: W jakiś sposób przyjaźń wraca też na starość. Mam wrażenie, że np. przyjaźń dwóch staruszek, które są już wdowami, też pojawia się w książkowych czy filmowych narracjach. Natomiast 40-letnia kobieta jest żoną, matką, kochanką, ale niekoniecznie przyjaciółką.

 

Można by zatem, trochę upraszczając, dokonać takiego rozróżnienia: rodzina jest po to, by budować podstawową komórkę społeczną, wydać na świat potomstwo, pomnażać dobra materialne, a przyjaźń jest po nic. Jej wywrotowość polega na tym, że z kapitalistycznego punktu widzenia ona jest naprawdę bez sensu.

JCz: Tak! Prawdziwa przyjaźń materialnie nie daje nikomu nic. Lecz duchowo może dać dużo więcej niż spełnienie się – jeśli kontynuować myśl o tej 40-letniej kobiecie – jako matka czy żona. Przyjaźń funkcjonuje na odmiennym polu, jako rodzaj dopełnienia duchowego, które przebiega w innej sferze niż porozumienie z mężem, dzieckiem, szefem czy kolegami w pracy.

 

A czy kobiety przyjaźnią się inaczej niż mężczyźni? Opowieści o męskiej przyjaźni w kanonie literackim jest sporo, wiadomo też, że mężczyźni są w stanie zrobić dużo dla siebie nawzajem, a żony nie rozumieją tej szczególnej więzi, przez co małżeństwa czasem się rozpadają. Funkcjonuje natomiast dość mocny stereotyp, który mówi, że kobiety się nie przyjaźnią, bo z zasady sobie zazdroszczą, rywalizują ze sobą czy to o mężczyznę, czy to o pracę. Rozmawiam przecież z Wami, więc to pytanie zabrzmi trochę dziwnie, ale: czy kobiety potrafią się przyjaźnić?

JF: Oczywiście, że potrafią, to dla mnie zupełnie jasne, iż jest dużo kobiecych przyjaźni. Kilka ważnych relacji z kobietami, które mam, są dla mnie bardzo cenne. Aczkolwiek w stereotypie, o którym mówisz, jest jakieś ziarno prawdy. Historycznie czy tradycyjnie rzecz biorąc, rola kobiet była zmarginalizowana i rzeczywiście na każdej płaszczyźnie życia miałyśmy trudniej. Pojawia się coś takiego jak przyjaźń w niedoli, ale czasami podejmuje się próbę wyjścia z tej niedoli kosztem innych. Wydaje mi się, że owo zjawisko występuje też, niestety, wśród kobiet. Bywa, że kobiety, które uzyskują trochę więcej władzy czy popularności w patriarchacie, zaczynają się odżegnywać od feministycznych wartości, ponieważ ich głoszenie nie jest popularne. Utożsamiają się z opresyjnym systemem i niekoniecznie są chętne, żeby pomagać innym kobietom. To nie jest reguła, że kobiety pisarki, które osiągają sukces, automatycznie będą wspierały inne pisarki czy przyjaźniły się z nimi.

JCz: Taką wyjątkową osobą, która mimo swojego sukcesu utrzymała dawne przyjaźnie i wartości, jest Olga Tokarczuk. Jest właściwie najwyżej ze wszystkich w środowisku, a mimo to nadal wychodzi na ulicę, żeby protestować, zabierać głos w ważnych sprawach. Przyjaźni się również z ludźmi, którzy byli jej bliscy jeszcze przed jej wielkim sukcesem.

Gdy mówiłaś o tradycyjnych rolach społecznych, pomyślałam sobie, że kobiety kiedyś raczej zostawały w domach, a to mężczyźni pracowali poza domem i podróżowali. To oni mieli więcej możliwości nawiązania kontaktu, zbliżenia się do drugiego mężczyzny, poznania go. Kobieta siedząca w domu spotykała w ciągu całego życia niewielką liczbę osób. A nie jest przecież tak, że można zaprzyjaźnić się z każdym.

Moje przyjaciółki to w większości dziewczyny podobne statusem do mnie, które mają ambicje i dużo pracują – niekoniecznie artystycznie. Sytuacja po obu stronach relacji przyjacielskiej nie musi wyglądać tak samo, ale jeśli jest zbliżona, element zazdrości jest mniejszy.

 

Nie chodzi tutaj tylko o poziom społeczny czy finansowy, lecz przede wszystkim emocjonalny, prawda?

JCz: Tak, też. Trudno jest mi sobie wyobrazić, że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić z Julią, gdybym robiła coś zupełnie innego. Mam wrażenie, że nas połączyły wspólne ambicje, sposób myślenia o świecie i ludziach.

JF: Tak, w największej mierze związała nas ze sobą literatura, bardziej niż ambicje. Ważniejsze były podobne doświadczenia lekturowe czy tęsknoty. Często rozmawiałyśmy o przeczytanych książkach, ale też fantazjowałyśmy o tych, które naszym zdaniem powinny dopiero zostać napisane.

Wydaje mi się, że wspólna pasja jest bardzo ważna w przyjaźni, bo istotne jest robienie czegoś razem: działanie, nawet niekoniecznie w sensie bardzo bliskiej współpracy, ale poczucia, że mamy zbliżony odbiór rzeczywistości i te same sprawy nas angażują.

Poza kwestiami temperamentalnymi, które są zawsze trochę tajemnicze, bo nie do końca wiadomo, dlaczego z kimś iskrzy, a z kimś innym nie. W przyjaźni ma się poczucie wspólnego działania czy „sztamy” w jakiejś sprawie – to jest kwestia fundamentalna. Rzeczywiście, najczęściej przyjaźnię się z ludźmi piszącymi albo czytającymi. Z przyjaciółmi przeważnie łączy mnie jakiś rodzaj wrażliwości, wspólna poetyka, mogłabym powiedzieć. W jej obrębie zachodzi głębsza komunikacja, dzięki której możliwe jest to, o czym mówiłyśmy na początku – że spotykasz kogoś po dłuższym czasie i kontynuujecie przerwaną rozmowę. Kiedyś słyszałam od pewnego mistrza zen, że podobno jedną z najsilniejszych ludzkich więzi jest więź między towarzyszami broni. Nie twierdzę, że przyjaźń koniecznie musi być braterstwem czy siostrzeństwem broni, ale myślę, że czasem bywa – w poczuciu wspólnego działania, tworzenia, pokonywania przeciwności losu.

JCz: Trudno byłoby się przyjaźnić z kimś, kto podziela zupełnie inne wartości.

 

Kochać za to się da.

JCz: Tak, kochać można, ale przyjaźnić się już nie.

Trudno byłoby się przyjaźnić z kimś, o kim wiedziałabyś, że stoi po drugiej stronie – idziesz w Marszu Równości, a przyjaciel stoi po drugiej stronie. Nie da się tak po prostu.

 

Czy jest Wam łatwiej przyjaźnić się dlatego, że pracujecie z językiem i na języku?

JCz: Wiesz, myślałam o tym. Mam literackie przyjaźnie – przynajmniej dwie jeszcze oprócz Julii, które są dla mnie bardzo ważne – z osobami bardzo oczytanymi, często myślącymi w taki sam sposób jak ja o wnętrzu człowieka. Ci wszyscy ludzie nie są tak potwornie uwikłani w codzienność i mają dzięki temu czas na myślenie o sobie samych, świecie, osobach, które ich otaczają, wszystkich ponadczasowych sprawach. I to nie chodzi o poziom tekstu, umiejętności artykułowania przemyśleń na różny temat i uczestniczenia w dyskusji, tylko właśnie o namysł nad światem. I – jak Julia wspomniała – ważne jest samo rozmawianie o niektórych lekturach. Ostatnio miałyśmy taką esemesową wymianę na temat książki Renaty Lis Lesbos.

JF: To opowieść o przyjaźni między kobietami, które bywają też kochankami. Relacje, które pokazuje Lis, są wywrotowe i niebezpieczne dla systemu, nienazywalne.

JCz: Napisałam do Julii: „Przeczytaj koniecznie Lesbos Lis!”. A Julia odpisała, że już dawno przeczytała i nawet rozdała kilka egzemplarzy bliskim osobom. I myśmy w ogóle już nie musiały rozmawiać o tej książce. Bo byłam pewna, że ona przeżyła ją tak samo jak ja.

 

Czyli literatura jest takim skrótem, za pomocą którego można poczuć i zrozumieć tę drugą osobę? A przyjaźń to forma iluminacji pod tą samą lampą – biblioteczną czy domową?

JF: Poczuć, że dzielisz tę samą duchową przestrzeń z drugą osobą, choćby przez moment, to wielka radość.

JCz: Przypomniała mi się nieszczęśliwa historia jednej z moich zakończonych już przyjaźni. Spotkałyśmy się razem z moją byłą już przyjaciółką nie pod lampą, tylko w cieniu, czyli w trudnym dla mnie momencie. Ta przyjaciółka była osobą mocno depresyjną. Znałyśmy się wcześniej, ale ona niespecjalnie zwracała na mnie uwagę. A potem znalazłam się w życiu w punkcie, gdy potrzebowałam wsparcia, i ona była pierwszą osobą, która przyszła i mi pomogła. Pomagała mi genialnie – zawsze przy mnie była, w dobry sposób i bardzo blisko. A gdy problem się rozwiązał, poczułam ulgę i harmonię w życiu, ta przyjaciółka odeszła. Stało się tak dlatego, że ona nadal była w tym swoim – przez chwilę: naszym – cieniu lampy i chciała w nim pozostać.

JF: Jakby przyjaźniła się z Twoim smutkiem.

JCz: Właśnie tak. Przyjaźniła się bardziej z moim smutkiem niż ze mną.

 

Czy przyjaźń jest w stanie przetrwać zmiany, jakie zachodzą w osobach przyjaźniących się? I czy zmiana musi kończyć przyjaźń?

JCz: Moim zdaniem to wszystko wydarza się samo. Nie wyobrażam sobie, Julio, żebym namawiała Cię czy zmuszała do jakiejś zmiany. To się dzieje przez rozmowę – człowiek sam się zmienia. Jesteśmy na tyle dorosłe, że i tak cały czas się nad sobą zastanawiamy.

JF: Tak, ale wydaje mi się, że Ani chodziło o to, czy w przyjaźni występują etapy czy też „sezony”, jak w relacji miłosnej. Myślę, że tak, podobnie jak we wszystkich relacjach międzyludzkich. Jedna przyjaźń przetrwa zmianę, inna nie. Ostatnio natrafiłam na frazę, która bardzo do mnie przemówiła: człowiek ma w życiu wiele relacji, a czasami są to relacje z tą samą osobą. Spodobała mi się myśl, że długoletni związek, czy przyjaźń, nie jest pojedynczą relacją tylko serią przygód przeżywanych z tą samą osobą. Na pewno każda przyjaźń ma inną dynamikę – są przyjaźnie bardzo dyskretne, które nigdy nie stają się namiętne czy burzliwe, są przyjaźnie bardziej wybuchowe. Przeżywa się siostrzeństwo w smutku, w radości, czasem pojawia się ktoś nowy, jakaś nowa relacja, która na pewien czas mocniej angażuje emocje, dochodzi do ochłodzenia. Aż potem coś się wydarza i ta przygaszona, wychłodzona przyjaźń na nowo wybucha z większą siłą. Myślę, że przyjaźń to proces.

 

Czyli przyjaźń to nieustanny ruch między dookreśleniem a niedookreśleniem, między tym, że jesteśmy dla siebie zawsze, a tym, że podlegamy zmianie, przemieszczamy się i doświadczamy nowych zdarzeń. Tu znów rysuje się różnica między małżeństwem a przyjaźnią: np. rola żony wymusza bycie konkretną, domkniętą i dopowiedzianą, odstawanie od definicji jest poważnym występkiem.

JCz: Wyobraziłam sobie taką sytuację: jestem na wielkim przyjęciu. Gdybym była z moją wielką miłością, to raczej oczekiwalibyśmy od siebie, że stoimy razem, trzymając się za ręce, wspólnie uczestniczymy w rozmowach. Lecz gdybym poszła na wielkie literackie przyjęcie np. z Julią, to wolałabym nie stać obok niej przez cały czas, tylko z radością patrzyłabym, jak ona angażuje się w rozmowę z kimś innym. Nie odczuwałabym w najmniejszym stopniu zazdrości.

Jeszcze o jednej sprawie chciałabym powiedzieć: dość szybko po tym jak poznałyśmy się z Julią, zorientowałam się, że urodziłyśmy swoje córki, gdy byłyśmy w tym samym wieku. Miałaś 30 lat, jak urodziłaś Jagodę, prawda?

JF: Tak.

JCz: I ja miałam 30 lat, jak urodziłam Idę. Ponieważ miałaś za sobą kilka lat macierzyńskiego doświadczenia więcej, to dużo się od Ciebie nauczyłam, obserwując Twoją relację z Jagodą. Wydaje mi się, że przyjaźnimy się nie tylko ze względu na nasze życie literackie, ale po prostu – życie. Obydwie jesteśmy mamami i o macierzyństwie rozmawiamy często. Oprócz tego, że moja córka jest dla mnie wielką miłością, a Twoja dla Ciebie, to wyobrażam sobie, że w naszych relacjach z dziećmi też jest coś, co można nazwać przyjaźnią. Może moja córka jest jeszcze za młoda, żeby ją nazwać moją przyjaciółką, ale jednak lubię myśleć o niej jak o kimś ważnym właśnie z punktu widzenia przyjaźni.

 

Używałyście takich słów jak „wolność”, „swoboda”, ale też „władza”. Czy zatem przyjaźnić mogą się tylko ludzie wolni? I czy przyjaźń, ta wywrotowa forma relacji, może dawać władzę nad światem?

JCz: Wyobrażam sobie, trochę rzecz jasna opierając się na opowieściach moich rodziców i na wiedzy z innych źródeł, że PRL nie był czasem swobód obywatelskich ani po prostu wolności, a ludzie przyjaźnili się na potęgę. Przyjaźń jest dla każdego, każdy, kto o niej myśli, może sobie na nią pozwolić. Wolność jest też przecież stanem umysłu. Dzisiaj żyjemy w, powiedzmy, politycznie wolnym świecie, ale wiele osób jest uwięzionych przez własne ograniczenia i sposoby myślenia, rywalizację o dobra materialne. Lecz czy przez przyjaźń można dojść do władzy, tego nie wiem.

 

Nie miałam na myśli władzy jako stanowiska politycznego, ale jako ruch oporu. O takiej strategii bycia w świecie pisze np. Arundhati Roy w Ministerstwie niezrównanego szczęścia.

JF: Jasne! Zresztą sporo ludzi teraz tak myśli, rola ruchów oddolnych jest nie do przecenienia. Przyjaźń byłaby właśnie jednym z takich działań anty- czy pozasystemowych. Nie wiem jednak, czy „władza” to dobre określenie, bo mam wrażenie, że tutaj chodzi o rozsadzenie panujących mechanizmów władzy. W tym kontekście „siła” byłaby lepszym słowem, bo władza zawsze będzie mi się kojarzyć z opresją, przemocą, marginalizacją i uprzedmiotowieniem. Nie wyobrażam sobie, by przyjaźń mogła lub chciała działać w tym obszarze. Oczywiście siłę również można rozumieć przemocowo, ale miałabym raczej na myśli siłę wywrotową, która rozsadza mechanizmy władzy od dołu, rozszczelnia je przez to, że do niczego nie służy, nie da się jej kapitalistycznie zagospodarować. Przyjaźń pracuje przecież trochę jak poezja.

JCz: Przyjaźń to siła w rozumieniu abstrakcyjnym, ale i zupełnie zwyczajnym: poczucie, że jest przy mnie inny człowiek i niczego ode mnie nie oczekuje. To taka zwykła-niezwykła siła. Gdy się poczyta nieco o samotności i o tym, jak bardzo bezbronny jest samotny człowiek, to można poczuć, jaką moc ma świadomość, że jest w świecie ktoś, kto życzy ci dobrze, mimo że nic z tego nie będzie miał.

JF: I kto jest ciebie ciekaw, kto jest gotów poświęcić swoją uwagę i czas na słuchanie twojej opowieści. Wysłuchana opowieść ma szansę ożyć.

 

W przyjaźni zatem nie tylko realizuje się pragnienie, by zostać wysłuchanym, ale i staje się możliwe słuchanie, odnajdywanie w sobie rozumienia, uczenie się otwarcia na drugiego człowieka, nie tylko wymaganie, by on otworzył się na mnie. Na koniec chciałabym Was zapytać, czy przyjaźń może przetrwać sukces.

JF: Wiele razy o tym rozmawiałyśmy. Jest takie powiedzenie: prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Stwierdziłyśmy z Justyną, że jest właśnie na odwrót, bo poznaje się ich w sukcesie. Przynajmniej w naszym środowisku.

JCz: Rozmawiałyśmy o tym już wiele razy, także całkiem niedawno, oczywiście po tym jak dowiedziałyśmy o Nagrodzie im. Wisławy Szymborskiej, czyli gdy ja dostałam informację o nagrodzie [za przekład Przejdź do historii Linn Hansén – przyp. red.], a Julia o nominacji [za książkę Psalmy, za którą też otrzymała nagrodę – przyp. red.]. Wtedy chyba obie to dotkliwie odczułyśmy.

 

Czyli w dobrych czasach jest trudniej?

JFJCz: Oczywiście!

JF: To jest wielki, nie do przecenienia dar, jeśli ktoś potrafi cieszyć się twoim sukcesem.

JCz: Sama wiem – i już o tym mówiłam – że dużo łatwiej było różnym ludziom przychodzić i pomagać mi w trudnej chwili, wysłuchać, pogłaskać, napić się wspólnie herbaty.

 

A w dobrym czasie – cóż można zrobić? Powiedzieć: potrzymam ci kulę? [na stole, przy którym toczy się rozmowa, leży statuetka im. Nagrody Wisławy Szymborskiej, która za tydzień od naszej rozmowy trafi w ręce Linn Hansén; statuetka ma charakterystyczny kształt szklanej kuli – przyp. red.].

JF i JCz: Gdyby chodziło o kulę ortopedyczną, to i owszem, ale w przypadku nagrody to już nie przejdzie.

_

 

Warszawa, 16 października 2018 r.

 

Justyna Czechowska – Literaturoznawczyni, tłumaczka literatury szwedzkiej i animatorka kultury, prezeska Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Ostatnio otrzymała Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej za przekład Przejdź do historii Linn Hansén.

Julia Fiedorczuk – Pisarka, poetka, tłumaczka, wykładowczyni w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Wydała sześć tomów wierszy, dwa zbiory opowiadań i dwie powieści, w tym nominowaną do nagrody Nike Nieważkość. Jest popularyzatorką ekopoetyki i członkinią ASLE (Association for the Study of Language and the Environment); jej utwory tłumaczono na 19 języków. Ostatnio otrzymała Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej za tom Psalmy.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter