70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Danuta Węgiel/Fotonova

Stan serca

Dwadzieścia lat temu zmarł Jerzy Turowicz – redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” w latach 1945–1999, autor blisko 1,5 tys. tekstów. Z morza słów wybrałam kilkanaście zdań. Dotyczą zaledwie paru ważnych dla niego tematów. Potraktujmy myślenie Turowicza jak drogowskaz i spróbujmy się zorientować, gdzie jesteśmy.

Anna Mateja: Co nam z Turowicza zostało? Zabierze się Pan w tę drogę?

Tadeusz Gadacz: Proszę o pierwszy cytat.

Przyszłość Kościoła w Polsce zależy od sposobu jego obecności w życiu naszego kraju. Ta obecność ma tylko dwa wyznaczniki: głoszenie Ewangelii i świadectwo dawane Ewangelii. To świadectwo decyduje o wiarygodności Kościoła” (Przyszłość Kościoła w Polsce, „Znak” 1997, nr 1).

Siła wiary nie wynika ze sprawności działania instytucji Kościoła czy zasięgu sprawowanej władzy, ale z osobistego świadectwa składanego przez każdego wierzącego swoim życiem – to kluczowa myśl francuskiego personalizmu. Ludzie ze środowiska „Tygodnika Powszechnego”, Znaku i „Więzi” nie mogli myśleć inaczej, skoro to oni właśnie tłumaczyli i publikowali teksty najważniejszych myślicieli personalistycznych: Jacques’a Maritaina i Emmanuela Mouniera. Zderzmy to z nauczaniem o czterech charyzmatach, znanym od czasu Kościoła pierwotnego: Jakuba, czyli tradycji i historii; Pawła – otwarcia i wychodzenia na nieznane drogi; Piotra – urzędu i prawa; Jana – ducha. Tak się składa, że charyzmatowi tradycji, skupionemu siłą rzeczy na przeszłości, często bliżej do urzędu i autorytetu opartego na władzy niż do charyzmatu ducha. Ten z kolei silniej polega na osobistym świadectwie wiary składanym wobec ludzi. Co oczywiste, zdarzają się między nimi napięcia. Choćby wówczas kiedy ludzie odwracają się od przyszłości, inspiracji szukając przede wszystkim w historii. Albo kiedy bardziej ufają prawu i administracji niż charyzmatycznym osobom.

We Francji sprzed 1939 r., która tak zafascynowała Turowicza i jego środowisko, rodziła się nadzieja na Kościół świadectwa – otwarty na świat i na takich też oparty osobowościach. Kiedy w latach 70. i 80. obserwowałem, co się działo w Krakowie – publicystykę księży Michała Hellera, Józefa Tischnera i Józefa Życińskiego, Wydawnictwo Znak, które wprowadzało do Polski najważniejsze nazwiska ówczesnej teologii i filozofii, redakcje „Tygodnika” i „Znaku”, gdzie aż gęsto było od silnych indywidualności – miałem nadzieję, że polski Kościół będzie się rozwijał w kierunku obranym przez tych ludzi. Że naszym przeznaczeniem jest Kościół otwarty, który nie boi się wychodzić do ludzi na manowce.

Co zostało z tej nadziei?

Nie twierdzę, że Kościoła otwartego w Polsce dziś nie ma. Wciąż można go doświadczać we wspólnotach skupionych wokół klasztorów dominikańskich, niektórych jezuickich, w neokatechumenacie, w redakcjach niektórych pism. Ale poza tym…

Dlaczego Kościół oparty na filozofii personalistycznej, tak bliski Turowiczowi, nie stał się bardziej powszechny?

Bo  idee II Soboru Watykańskiego, które trzy–cztery dekady temu były wciąż jeszcze w Polsce silne i przekonujące, od pewnego czasu mają wartość wyłącznie archiwalną. Zwróćmy uwagę, że w 1997 r., kiedy Turowicz pisze o przyszłości Kościoła w Polsce, wydaje się, że ten świetnie się odnalazł w nowych warunkach politycznych: odzyskuje utracone po 1945 r. nieruchomości, może liczyć na wsparcie finansowe z budżetu państwa, w sporach na najważniejsze tematy światopoglądowe głos przedstawicieli Kościoła hierarchicznego jest brany pod uwagę. Turowicz pisze jednak w dalszym ciągu wspomnianego tekstu, że Kościół polski o tyle może być spokojny o swoją przyszłość, o ile będzie realizował napomnienie Jana Pawła II, że jego drogą jest człowiek. Bo celem Kościoła nie jest odnalezienie się w roli sprawnego gracza w demokracji liberalnej.

Film Kler Wojciecha Smarzowskiego to żaden paradygmat. Punktuje wady Kościoła w Polsce, jak mi się wydaje, z ogromną przesadą. Jak jednak Kościół prezentuje się w tym filmie? Otóż jako wspólnota bardziej zamknięta niż otwarta. Taka, w której ważniejsza od siły świadectwa jest władza oparta na administracji. I z tym nie sposób polemizować. W Polsce doszło do sakralizacji instytucji Kościoła. W moim przekonaniu to jest jeden z głównych powodów ukrywania grzechów Kościoła, także najcięższych, jak pedofilia. Ks. Tischner właśnie pod wpływem personalizmu pisał, że chrześcijaństwo to nie jest sacrum, tylko sanctum. Święte są więc nie instytucje czy urząd kapłański, ale człowiek, bo Bóg stał się człowiekiem. Chrześcijaństwo powinno więc desakralizować świat i władzę po to, żeby odkryć człowieka. Powinno… Mogę tylko powiedzieć – smutno mi, że nie zawsze tak jest, a ukrywanie przez Kościół księży pedofilów jest jedną z bardziej potwornych konsekwencji takiego myślenia.

Zapytam naiwnie: dlaczego siła świadectwa nie ma dla wierzących – szczególnie dla tych, którzy zawodowo zajmują się zarządzaniem Kościołem – takiej siły przyciągania jak władza instytucjonalna?

Materializm dialektyczny miał obiektywnie opisywać rzeczywistość społeczno-historyczną. I dlatego też – jak przekonywali wyznawcy tego światopoglądu –  na pewno doprowadzi do zmiany społecznej, czyli realizacji utopii komunistycznej. Niemniej Róża Luksemburg stwierdziła: wiemy, że to działa, ale na wszelki wypadek trzeba temu pomóc. W polskim Kościele dominuje podobne myślenie – wiemy, że Ewangelia głosi prawdę i ona zwycięży, ale na wszelki wypadek musimy jej pomóc, wpisując do ustaw zapisy o konieczności przestrzegania wartości chrześcijańskich czy zabiegając o poparcie polityków, bo to zapewnia dostęp do państwowych pieniędzy. Takie myślenie dominuje, ponieważ w Kościele brakuje autorytetów osobowych. Ich rolę wypełnia więc silna władza. Podobnie dzieje się w szkolnictwie – jeżeli nauczyciele nie są autorytetami, edukację trzeba porządkować wymaganiami i przepisami. Teraz musielibyśmy przejść do analizy kondycji polskiego chrześcijaństwa. Inaczej nie zrozumiemy, skąd ten brak autorytetów w polskim Kościele.

Kolejny cytat z Turowicza powinien nam w tym pomóc: „Główne problemy katolicyzmu w Polsce nie mają charakteru politycznego. Nie chodzi o stworzenie partii politycznych, o zdobywanie władzy, o rozwinięcie szerokiej aktywności i o osiągnięcia zewnętrzne” (Sprawa katolicyzmu, „Tygodnik Powszechny” 1945, nr 11). Dalej wylicza rzeczy konieczne do zrobienia u progu nowych czasów: „Praca organiczna, pogłębienie religijności, upowszechnienie głębokiego personalistycznego światopoglądu, stworzenie prawdziwego humanizmu katolickiego, nie importowanego z zewnątrz, ale opartego na naszej tradycji kulturowej, wreszcie zrozumienie olbrzymiej roli, którą prawda o Kościele jako organizmie mistycznym może odegrać w koniecznym dziś uspołecznieniu życia zbiorowego, oto najważniejsze zadania katolicyzmu w Polsce”. Była wiosna 1945 r., Turowicz miał wtedy 32 lata.

Proszę zauważyć, że młody redaktor cały czas pisze o chrześcijaństwie ewangelicznym, nie instytucjonalnym. Zwraca uwagę na fundamentalne znaczenie wspólnoty – dla Kościoła i dla społeczeństwa. Jak to jest odległe od współczesnego przywiązania do indywidualizmu… Obecny kryzys zaufania do demokracji liberalnej wynika m.in. z tego, że doprowadziła ona do koncentracji przede wszystkim na sobie, co przejawia się ślepotą na innych i ich potrzeby. Wspólnota, która może powstać wyłącznie za sprawą więzi międzyludzkich, wyparowała już nawet z filozofii. Dietrich von Hildebrand, niemiecki filozof i gorliwy katolik, jak Turowicz związany z myśleniem personalistycznym, w 1930 r. wydał ważną książkę Metafizyka wspólnoty. Dzisiaj w Kościele katolickim pojęcie wspólnoty jest przemilczane albo niedoceniane. Istnienie małych wspólnot, np. lokalnych, nie zmienia przecież faktu, że brakuje myślenia o wspólnocie w szerszych kategoriach – wsi, miasta, kraju. Co więcej, nie brakuje słów i działań, które ludzi wykluczają i dzielą. Bo jak inaczej ocenić zachowanie proboszcza z wielkopolskiego Stróżewa, który o kandydacie na radnego z listy Koalicji Obywatelskiej powiedział z ambony, że związał się z formacją „wrogą Bogu, krzyżowi, Ewangelii i Kościołowi”? Jak możemy mówić o świadectwie dawanym wierze i działaniu na rzecz wspólnoty przez polityków, którzy uczestniczą w mszach i przyjmują Eucharystię, po czym z trybuny sejmowej albo w mediach społecznościowych zioną nienawiścią wobec przeciwników politycznych? Trzeba powiedzieć, że chrześcijaństwo, w ramach którego przyzwala się na takie zachowania, jest jedynie powierzchowne, skupione na warstwie symbolicznej i rytualnej.

Proboszcza upomniał jego biskup.

A kto zdyscyplinuje stałego współpracownika Radia Maryja, Stanisława Michalkiewicza, tytułującego się publicystą katolickim, za wulgarną wypowiedź na temat kobiety, która otrzymała odszkodowanie za gwałty, jakich dopuścił się na niej, kiedy była dzieckiem, ksiądz z Towarzystwa Chrystusowego? Publicysta nie usłyszał jednego słowa krytyki ze strony któregoś z biskupów czy księży, za to jest zapraszany na spotkania przez księgarnię katolicką.

Te zdarzenia pokazują skalę patologii, które się czasami zdarzają w polskim Kościele. Gdy więc czytam słowa Turowicza o pracy organicznej i pogłębianiu religijności w Polsce, zastanawiam się, jak miałoby to wyglądać, skoro – jak się wydaje – nie wszyscy rozumieją pojęcie religii. Humanizm też nastręcza problemów, bo przecież każdy z uczestników życia społecznego jest człowiekiem i ma prawo do swobodnego wyrażania poglądów politycznych czy wątpliwości dotyczących funkcjonowania Kościoła.

Turowicz pisze o Polakach: „ogromna większość to nieświadoma, bierna masa katolików z imienia”, na której znajduje się „cienka warstwa aktywu”.

I to wszystko wciąż prawda. Tradycjonalizm, fideizm i sentymentalizm to niezmiennie cechy charakterystyczne polskiego katolicyzmu. Nazywam go też symbolicznym, bo skupionym na tym, co zewnętrzne. Ci, którym zależy – szukają. Pogłębiają  religijność, np. słuchając homilii abp. Grzegorza Rysia w internecie, sięgając po Ojców Kościoła czy inne źródła. Niechętnie, przynajmniej tak wynika z moich obserwacji, wchodzą w Kościół instytucjonalny. Wolą działać na własną rękę.

Praca organiczna nad jakością polskiego katolicyzmu zacznie jednak przynosić owoce dopiero wtedy, kiedy w Polsce dojdzie do rozdziału Kościoła od państwa.

Mamy to zapisane w konstytucji! To, że jesteśmy świadkami sojuszu radiomaryjnego ołtarza z tronem partii rządzącej, nie jest wynikiem złej jakości prawa, tylko charakteru stosujących je ludzi.

Ten zapis przypomina los ustaw jak najbardziej słusznych i potrzebnych, które jednak są nierealizowane, ponieważ taki stan odpowiada zainteresowanym. Rząd przekazuje więc miliony złotych na środowisko skupione wokół ks. Tadeusza Rydzyka, pod pretekstem finansowania różnych jego inicjatyw. I liczy na to, że inwestycja się zwróci, bo dzięki wskazówkom ojca dyrektora odbiorcy jego mediów zagłosują na właściwą partię. Tego nie można nazwać inaczej, jak zbijaniem kapitału politycznego w Kościele, za przyzwoleniem wielu jego ludzi.

Andrzej Czeczot podarował mi kiedyś swój rysunek Golgoty. Pod nią stali robotnicy w kufajkach, z kilkudniowym zarostem. Wokół walały się puszki po piwie i po konserwach. Chrystus był przybity do krzyża w poprzek. Podpis: „Polish workers”. Dla wielu ten żart był niedopuszczalny, obrazoburczy. Wychodzi na to, że polskich katolików, przynajmniej większość z nich, obraża sztuka – czy to rysunek karykaturzysty, czy rzeźba Maurizia Cattelana przedstawiająca Jana Pawła II przygniecionego meteorytem. W mniejszości są ci, którzy uważają, że do profanacji dochodzi wówczas, kiedy mszę wykorzystuje się do agitacji politycznej albo gdy w księgarni katolickiej robi się reklamę autorowi obraźliwych komentarzy.

Papież Franciszek zapytany o to, jakie jest miejsce Kościoła w społeczeństwie, odpowiedział: „ostatnie”. „Ubodzy mają pierwsze miejsce w Kościele” – napisał z kolei 81-letni Turowicz w kwietniu 1994 r., spisując plany pisarskie, dla których „chciałby pożyć jeszcze trochę”. „Kościół ubogich. Pisałem na ten temat dwa albo trzy razy. Nie dosyć. Ludzie nie rozumieją, że ubodzy mają pierwsze miejsce w Kościele Chrystusowym i co z tego wynika…”. No właśnie – co z tego zrozumiano i jak jest to realizowane? Na ile to, o czym pisał Turowicz, jest zbieżne z tym, co teraz przerabiamy w Kościele powszechnym za sprawą Franciszka?

A gdzie pojawia się Chrystus? W miejscach ogólnie rozumianej słabości – wśród ludzi chorych, zmarginalizowanych, napiętnowanych społecznie, grzeszników. Odpowiedzią może być niezmiennie opowieść o dobrym Samarytaninie, w której widzę dwie wizje Kościoła. Kapłan czy lewita niekoniecznie byli nieczuli czy pozbawieni empatii. Może po prostu nie mieli czasu zatrzymać się przy pobitym, bo spieszyli się, np. na spotkanie z bardzo ważnymi osobami. Może nawet mieli rozmawiać o wprowadzeniu prawa, które już nigdy nie pozwoliłoby na to, żeby jacyś poranieni ludzie leżeli na poboczu drogi… I to jest jedna wizja Kościoła. Drugą uosabia Samarytanin, który zrobił to, co jest chrześcijańską powinnością wobec bliźnich w potrzebie. W nim widzę Kościół obecny w niszach słabości, czyli przy tych wszystkich, „którzy się źle mają”. To jest dla mnie paradygmat chrześcijaństwa ewangelicznego. I tak też oceniam Franciszkową wizję Kościoła. Widać to nawet w administracyjnym aspekcie tego pontyfikatu. Który z polskich arcybiskupów został kardynałem w ostatnim czasie?

Ks. Konrad Krajewski.

Papieski jałmużnik. A nie ordynariusz któregoś z miast historycznie ważnych dla polskiego katolicyzmu, jak Kraków czy Wrocław. Pontyfikat Franciszka pokazuje, jak bardzo Turowiczowa wizja Kościoła, w której nacisk położony jest na chrześcijaństwo ewangeliczne, jest wciąż ważna i aktualna.

W 1932 r. 20-letni Turowicz, w środku wielkiego kryzysu gospodarczego pisze, co następuje: „Ustrój gospodarczy trzeba oprzeć na bezwzględnej sprawiedliwości. Każdemu należy się co najmniej tyle, ile warta praca przez niego wykonana, człowiek bowiem ma prawo do swojej pracy. Jedynym celem i racją bytu produkcji jest zaspokojenie potrzeb ludzkości, służenie jej, a nie wyłączny zysk przedsiębiorcy czy kapitalisty” (Henryk Ford, „Życie Technickie” 1932, nr 3). Zaskakujące?

Bardzo. To są słowa socjalisty, który czyta Emmanuela Mouniera. Można byłoby je powtórzyć w dzisiejszych realiach późnego kapitalizmu, który zrodził populizm, choćby ten obserwowany w USA za prezydentury Donalda Trumpa. Tekst dotyczy metody pracy i produkcji opracowanej przez Henry’ego Forda. W latach 60. każdy pracownik jego fabryki samochodów był w stanie zaoszczędzić na kupno auta tej firmy, dom, wyposażenie.

Dziś Detroit, czyli serce fordyzmu, jest bankrutem.

A stany poprzemysłowe stoją na ludziach zmarginalizowanych. Thomas Piketty, francuski ekonomista, który bada zjawisko nierówności społecznych, ogłosił w książce Kapitał w XXI wieku z 2014 r., że niemal 90% światowego kapitału należy do nielicznego grona najbogatszych ludzi. Znika klasa średnia, ludzie biedni ubożeją coraz bardziej. Kierunek, w jakim rozwija się kapitalizm, jest wyzwaniem dla Kościoła. Jemu nie może być obojętne, w którą stronę zmierza świat i czy jest możliwa taka zmiana wektorów, która posiadane zasoby rozłożyłaby bardziej sprawiedliwie.

Mógłby np. rozpocząć dyskusję o chrześcijańskim stosunku do pojęcia zysku. Dzisiejsze deliberacje na temat odnawialnych źródeł energii czy zaśmiecaniu planety nie będą miały większego sensu, jeśli wpierw nie odpowiemy sobie na pytanie: ile muszę mieć?

Ależ oczywiście! Rozchwianie rynków kapitałowych i kryzysy biorą się m.in. stąd, że większość kapitału jest inwestowana w spekulacje, a nie w gospodarkę, bo tu natrafia on na granicę popytu. To przecież także chrześcijanie, w tym katolicy, stworzyli pojęcia outsourcingu czy ekonomizacji, które, przenosząc koszty produkcji na często źle wynagradzane osoby z zewnętrznych firm, są współczesnym obliczem wyzysku. Obecność takich praktyk w Polsce to także porażka Kościoła, którego nauka mówi przecież o sprawiedliwości, szacunku dla ubogiego, troski o to, co małe. Człowiek, który praktykuje takie cnoty, nie pozwoli na wyzysk, bo będzie miał na uwadze, że każdy „ma prawo do swojej pracy”, jak słusznie pisał Turowicz.

„(…) oskarżanie Polaków o współodpowiedzialność za zagładę Żydów jest zarzutem absolutnie bezpodstawnym i wprost absurdalnym. Antysemityzm polski, którego ani nie umniejszamy, ani nie usprawiedliwiamy, nie ma nic wspólnego z zagładą Żydów. (…) również zupełnie bezpodstawne jest twierdzenie, że obozy zagłady były rozlokowane na terenie Polski dlatego, że Niemcy mogli liczyć na milczącą aprobatę Polaków (jeśli nie ich współdziałanie!!)” – komentował Turowicz film Shoah Claude’a Lanzmanna („Shoah” w polskich oczach, „Tygodnik Powszechny” nr 45/1985). Dzisiaj, znając szczegółowe studia dotyczące uwikłania Polaków w Holokaust, które rozpoczęły się na dobre w nowym wieku, trudno byłoby takie zdanie obronić. Niemniej Turowicz znał np. autobiograficzną prozę Henryka Grynberga, brał udział w międzynarodowych seminariach na temat Holokaustu. Dlaczego autor tekstów przełomowych dla stosunków polsko-żydowskich – by wymienić Antysemityzm z 1957 r. czy Racje polskie i racje żydowskie z 1987 r. – nie potrafił przekroczyć granicy pewnych wyobrażeń na temat zachowań polskiego społeczeństwa w czasie wojny?

Mimo że wśród współpracowników Hitlera, którzy wymyślili i realizowali „ostateczne rozwiązanie”, Polaków nie było, wina nasza jednak jest. Wynika z faktu ustawicznego powielania pewnego sposobu myślenia o sobie (czego przykładem jest nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej z początku 2018 r.), który zakłada, że Polacy są narodem wybranym, obdarzonym misją dziejową, a więc i bezgrzesznym. Od lat przecież funkcjonują opowieści o bocznych bramach do raju, otwieranych przez Matkę Bożą specjalnie dla Polaków. O najwyższych regionach nieba, które mają być nam przeznaczone.

Zdumiewa mnie więc tak zasadnicze stawianie sprawy przez Turowicza, ale może faktycznie nie zdawał sobie sprawy, że podczas Holokaustu Polacy żydowskiego pochodzenia obawiali się nie tylko Niemców czy konfidentów, ale tzw. zwyczajnych Polaków, którzy przecież nie musieli donosić, że sąsiad pomaga Żydom. Choć mógł się tego domyślać, obserwując, jak zdumiewająco żywotnym zjawiskiem jest w Polsce antysemityzm. Przekonałem się o tym na własnej skórze w kolejce podmiejskiej do Milanówka. Czytałem książkę pewnego neokantysty, napisaną szwabachą, kiedy podeszło do mnie trzech panów w średnim wieku z wygolonymi głowami. Jeden uderzył mnie w głowę, zrzucając mi czapkę. Usłyszałem: „Ty Żydzie”. Jakie ten człowiek mógł mieć pojęcie o judaizmie? Przecież nie miałem pejsów, nie czytałem po aramejsku. Jego antysemityzm był kulturowy. Obywał się bez obecności Żydów, bo zasadzał się na wrogości wobec każdego uznanego za obcego lub innego, podszytej strachem lub niepewnością. Przekonywanie Polaków do otwartości i zaufania, z jakimi powinni odnosić się do obcych, to zresztą kolejne zadanie dla Kościoła. Tymczasem, jak Kościół reaguje na wypowiedzi o imigrantach?

Przekonywał, że przyjmowanie ofiar wojen nikomu nie zagraża.

Są biskupi i księża, którzy realizują wskazania papieża Franciszka w tej sprawie, ale stanowią raczej mniejszość. Kościół podobnie jak większa część społeczeństwa pozwolił politykom na wmówienie sobie, że imigranci to terroryści albo ludzie szukający łatwego chleba. I to też jest jego porażka, że politykom tak łatwo przyszło przekonać polskich katolików do tak antychrześcijańskiego myślenia. Nie słyszałem jeszcze kazania, że gdyby Jezus przyszedł dzisiaj na świat, nie pojawiłby się w żadnej ze stolic Europy, tylko w obozie dla uchodźców.

Ks. Tischner mówił, że chrześcijaństwo nadal mamy przed sobą, bo wciąż nie zrozumieliśmy centralnej dla Objawienia prawdy Wcielenia.

Kiedy od ponad 20 wieków Kościół nas wyprowadza stąd tam – z ziemi do nieba, w tym samym czasie Bóg schodzi stamtąd tu, żeby być z ubogimi, imigrantami, słabymi. Tymi wszystkimi, których Turowicz nazywał, upominając się o ich prawa, damnés de la terre – skazanymi za życia… Wpatrzeni w święte idee, odwracamy się do Niego plecami i rozmijamy się.

To się nie zmieni, dopóki Kościół nie przestanie być, jak mu to zarzucał Friedrich Nietzsche – platonizmem dla ubogich. Przypominam, że filozofa uznano za Antychrysta. Tymczasem jedyne, do czego przekonywał, to – najkrócej mówiąc – powrót do chrześcijaństwa ewangelicznego. Mówił: Królestwo Boże to jest stan serca; niebo i piekło to jest to, co urządzamy ludziom; jeden był sprawiedliwy i umarł na krzyżu.

  „(…) niezmienne są zasady moralne oparte o Ewangelię” – pisał w podobnym duchu Jerzy Turowicz na dwa lata przed rozpoczęciem II Soboru Watykańskiego (Katolicyzm w Polsce i na świecie, „Tygodnik Powszechny” 1960, nr 50). „A więc postawa otwarta. Nie konflikt ze »światem«, nie zamykanie się w getcie i izolacja, nie postawa obronna, zadowolona ze stanu posiadania. (…) ale obecność Kościoła, obecność Chrystusa i jego prawdy w świecie, działanie od wewnątrz”. Przypomina mi to słowa Franciszka z adhortacji Evangelii gaudium z 2013 r.: „Wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody kurczowego przywiązania do własnego bezpieczeństwa”. Jaki jest stosunek polskiego Kościoła do środków ubogich jako metody działania?

Pytanie o ewangeliczny wymiar katolicyzmu i Kościoła w Polsce nie może przynieść optymistycznej odpowiedzi. Wystarczy popatrzeć na coroczne świętowanie rocznicy powstania Radia Maryja, od kilku lat odbywające się z udziałem premiera i ministrów… Można też policzyć pomniki, sanktuaria i muzea poświęcone Janowi Pawłowi II, które powstają zamiast dzieł, takich jak szkoły, szpitale i domy opieki, gdzie dawano by świadectwo głoszonym przez niego wartościom. Ten sam polski Kościół, który ponad trzy dekady temu wspierał Solidarność, dążenia do wolności i obrady przy Okrągłym Stole, nie potrafił zaprotestować przeciwko likwidacji niezawisłości sądownictwa.

Ale jest przecież nadzieja – druga, obok świadectwa, najważniejsza kategoria, do której odwoływali się wspomniani na początku rozmowy francuscy personaliści. Cóż nam innego zostaje? Gdyby Jerzy Turowicz nie miał nadziei, zamknąłby pismo, zamiast pisać teksty i nakłaniać do tego innych, równie wybitnych autorów. Musimy mieć nadzieję, że zmiana jest możliwa, choć jej przeprowadzenie nie jest proste. Świat nie stanie się Królestwem Bożym tu, na ziemi, ale jednak powinniśmy się starać, by był lepszy, niż jest.

W artykule Kościół u progu demokracji („Tygodnik Powszechny” 1991, nr 27) Turowicz pisze, że polski Kościół nie może półwiecza komunizmu wziąć w nawias i „wrócić mechanicznie do sytuacji sprzed roku 1939. W ciągu tego półwiecza zmienił się świat, zmieniła się Polska, zmienili się ludzie. (…) Kościół stanął wobec nowych wyzwań, w swojej trudnej pracy duszpasterskiej musi szukać nowych odpowiedzi na nowe pytania, musi szukać nowego języka”. Redaktor właściwie ocenił sytuację czy też było to jedynie pobożne życzenie racjonalnie myślącego tomisty, że należy wyciągać wnioski z doświadczeń, by nie wracać do starych błędów?

„Tygodnik” i Znak stworzyli środowisko, o którym dzisiaj by powiedziano, że to bańka informacyjna – krąg ludzi, którzy myślą podobnie, przekonani, że ich poglądy są powszechne. Turowicz miał prawo tak myśleć, jak napisał w 1991 r.

Nie tylko jemu się wówczas wydawało, że w polskim Kościele po czterech dekadach życia w PRL-u wiara nie może się obywać bez myślenia. I jest bogatsza o wymiar racjonalny.

Tak się jednak nie stało. A tam gdzie wiara nie korzysta z wiedzy i krytycznego namysłu, łatwo ulec chociażby teoriom spiskowym, szukając prostych wyjaśnień trudnych kwestii. Albo układając świat według prostych, ale nierealistycznych schematów.

Polskie społeczeństwo, w tym Kościół, nie przeszło przez europejskie Oświecenie. Ono nas tylko dotknęło. Nie przeorało myślenia, jak we Francji czy w Anglii. Nie potrafimy więc zrezygnować z myślenia mesjanistycznego czy neoromantycznego, wciąż odwołując się do tych samych kodów, np. pojmowania narodu w kategoriach religijnych, nieufności wobec teorii naukowych. To nasza pułapka.

Podpisałby się Pan pod zawierzeniem, którym Turowicz podzielił się w wywiadzie Zawsze najlepiej słychać krzykaczy: „Pan Bóg i Opatrzność interesują się światem, więc może do jakiejś normalności w końcu dojdziemy”? (rozmawiała Elżbieta Konieczna, „Życie Warszawy” 1996, nr 165)

Pan Bóg interesuje się światem w takim sensie, jak o tym pisał Emmanuel Lévinas, odpowiadając na pytanie, czy Bóg był w Auschwitz. Filozof powiedział: był – w więźniu, który podzielił się ze współtowarzyszem niedoli kromką chleba. W moim przekonaniu Boża Opatrzność działa przez ludzi i wspólnotę, więc także przez Kościół, jeśli jest obecny wśród tych, do których przede wszystkim przyszedł Chrystus – ubogich, odtrąconych, lekceważonych.

Co z myślenia Turowiczowego zostało w Panu Profesorze do dziś?

Personalizm. Wciąż uważam, że to jest droga dla Kościoła i dla polityki. Jeżeli w Polsce jest możliwa zmiana, to dokona się ona za sprawą ruchów obywatelskich lub wspólnot lokalnych. Tam ludzie poczują swoją sprawczość i odpowiedzialność za budowę bardziej sprawiedliwego świata. I to wcale nie muszą być masy. W Ewangelii Mateusza czytamy przecież: „Wy jesteście solą dla ziemi”…

_

Tadeusz Gadacz – Prof., filozof i religioznawca, wykładowca Collegium Civitas w Warszawie i Wydziału Humanistycznego Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Autor m.in. dwóch tomów Historii filozofii XX wieku (2009). Ostatnio wydał: Uniwersalne prawdy i prawa życia dla mądrych ludzi na trudne czasy (2018). Radny sejmiku małopolskiego.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter