70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jerzowo znów na zakręcie

Skoro władza traci, a opozycja nie zyskuje, gdzie podziały się głosy niezadowolonych? Nikt nie potrafi zagospodarować nastrojów protestu, powstaje próżnia. Dziś niemal co drugi Gruzin pytany, kogo poparłby w wyborach, gdyby miały odbyć się jutro, nie ma sprecyzowanych preferencji wyborczych, odmawia odpowiedzi, bądź odrzuca wszystkie ugrupowania

Kilka lat temu kupowałem polisę na wyjazd na Kaukaz. Okazało się, że to „wyjazd transkontynentalny” – Gruzję ubezpieczyciel uznał za część Europy, a Armenię Azji. To zasługa gruzińskiej transformacji, że nie pojechałem na „wyjazd azjatycki” i że Gruzinom udało się przekonać świat, że są „swoi”.

Ale na Zachodzie wciąż idziemy na łatwiznę: w Gruzinach widzimy marzących o integracji z Unią Europejską i NATO górali, a w Saakaszwilim prześladowanego demokratę. Tymczasem integracja z Zachodem to dla tamtejszego społeczeństwa sprawa niepriorytetowa, ustępująca miejsca ogromnej biedzie i przymusowej emigracji czy kilkudziesięcioprocentowemu bezrobociu, a Saakaszwili nie był demokratą tylko reformatorem. Wiemy mało: nawet nazwę ich stolicy często zapisujemy z błędem.

 

Pod nowymi sztandarami

Pierwsza kadencja prezydentury Micheila Saakaszwilego to lata 2004–2008 i czas wschodnioeuropejskiej kolorowej euforii. To rewolucja róż w Gruzji, pomarańczowa rewolucja na Ukrainie, próba dżinsowej rewolucji na Białorusi. Wówczas Zachód uwierzył w Europę Wschodnią po raz drugi od upadku Związku Radzieckiego. Środki na pomoc rozwojową popłynęły szerokim strumieniem.

Druga fala przemian symbolicznie zaczęła się w Gruzji (później się w niej skończy). W 2003 r. demonstranci wetknęli do luf karabinów róże, a Micheil Saakaszwili zmusił do ustąpienia gruzińskiego prezydenta, dawnego ministra spraw zagranicznych ZSRR i najbliższego współpracownika Michaiła Gorbaczowa – Eduarda Szewardnadze. Sam Saaka zdobył 96% poparcia (nawet dyktatorzy rzadko notują tak „eleganckie” zwycięstwa) i został najmłodszym prezydentem w Europie.

Nowy przywódca sprawił, że przestaliśmy zastanawiać się, czy Gruzja jest w ogóle państwem – zamiast tego zastanawiamy się, jakim jest państwem. Wcześniej była krajem upadłym: przetoczyło się przez nią kilka wojen, nie kontrolowano dużej części terytorium (Swanetia, Adżaria, Osetia Południowa, Abchazja), mafia i korupcja były wszechobecne, każdy próbował przeżyć na własną rękę (jeżdżąc na handelek do Turcji lub utrzymując się z przydomowego ogródka), przemysł i usługi „leżały i kwiczały”.

Saakę od Szewiego oddzielało nie jedno, lecz dwa pokolenia: w 2003 r. mieli  36 i 75 lat. Nie doszło do zmiany, ale do rewolucji pokoleniowej. Ślepa wiara w młodych okaże się później jedną z przyczyn porażki Saakaszwilego. Nowy przywódca wykształcenie zdobywał w Stanach Zjednoczonych, poślubił Holenderkę, wpatrzony w Zachód, chciał na skróty zmienić Gruzję w zachodni kraj. Pragnął zostać kaukaskim Atatürkiem (gdyby urodził się kilka pokoleń wcześniej, można byłoby się po nim spodziewać lokalnej wersji atatürkowskich ustaw kapeluszowych) i wyrwać gruzińską mentalność z korzeniami. Ogłosił: „Mój kraj będzie Szwajcarią z elementami Singapuru”. Wpadł w szał reformowania.

Zmienił flagę. Po rozpadzie ZSRR powrócono do flagi Demokratycznej Republiki Gruzji – kraju istniejącego przez kilka lat między rozpadem Imperium Rosyjskiego a pojawieniem się na Kaukazie Armii Czerwonej. Saakaszwili nawiązał zamiast tego do flagi sprzed półtora tysiąca lat. Zmienił także hymn: nowy zaczyna się od słów: „Mą ikoną jest Ojczyzna [w domyśle – Gruzja], jej oprawą – cały świat”. Nowe władze wezwały ten sam świat, aby nazywano ich kraj nie pochodzącym z rosyjskiego terminem „Gruzja”, ale angielskim „Georgia” (oba terminy nawiązują do legendy o św. Jerzym i znaczą mniej więcej tyle co „Jerzowo”; oryginalna nazwa kraju to „Sakartwelo”). Historia najnowsza pamięta takie udane próby – np. Wybrzeże Kości Słoniowej powszechnie zostało uznane za Côte d’Ivoire, Persja za Iran, a Konstantynopol za Stambuł. Gruzińska próba okazała się nieudana. Nadal wiele krajów korzysta z rosyjskiej wersji: jednym z nich jest Polska.

Micheil Budowniczy

Kraj zmienił się w ciągu kilku lat nie do poznania. Mafia została zlikwidowana. Pozbyto się też 15 tys. skorumpowanych policjantów, a na ich miejsce zatrudniono 2,3 tys. dobrze opłaconych i wyszkolonych. Usunięto korupcję z życia codziennego (pozostała na wyższych poziomach; dobrze opłaceni policjanci nie musieli już ryzykować brania w łapę). Firmę założyć można w mgnieniu oka, uproszczono system podatkowy. Rozpoczął się szał prywatyzacji. Wyrastać zaczęły nowoczesne budynki – nie tylko zresztą w Tbilisi. Saakaszwili chciał zdecentralizować kraj, wyrwać się z postkolonialnego modelu rozwiniętej stolicy i zacofanych peryferiów. Zaczęto inwestować w regiony, nawet parlament przeniesiono do Kutaisi. Z leżącej na południu Samcze-Dżawacheti dzięki nowej drodze, która powstała w ostatnich latach, można teraz dostać się do Tbilisi kilkakrotnie szybciej, co zintegrowało region z resztą kraju. Wcześniej tamtejsza ludność (większość populacji regionu to Ormianie) często traktowała jako swoją stolicę Erywań.

Maciej Dachowski, pracownik OBWE:

„Rządzący kierowali się przekonaniem, że infrastruktura wpływa na mentalność, że jeśli wyremontujesz kamienicę, to jej mieszkańcy przestaną brudzić na klatce – dlatego zbudowali nowe Tbilisi czy Batumi”.

Wyrzucono 30 tys. urzędników (mówimy o populacji kilkanaście razy mniejszej niż w Polsce). Państwo stało się bardziej przyjazne dla obywatela, niemal wszystkie sprawy załatwić można w jednym miejscu. Źródłem sukcesu była pomoc amerykańska – Gruzja stała się drugim, po Izraelu, największym beneficjentem tej pomocy per capita. Rozwijały się też usługi, głównie turystyka. Mój przyjaciel jeszcze 10 lat temu zaproponował czołowemu polskiemu wydawnictwu podróżniczemu napisanie przewodnika po Gruzji. „Co pan – tam nikt nigdy nie pojedzie” – usłyszał w odpowiedzi. Tymczasem dwa lata temu kaukaski kraj odwiedził milionowy polski turysta.

Sukcesy można wymieniać długo: to przywrócenie kontroli nad Adżarią (regionem ze stolicą w Batumi – teraz nad Morzem Czarnym chodzimy tam po bulwarze Kaczyńskich, a wcześniej zamykano ulice, gdy syn lokalnego władcy chciał ścigać się nowym autem) i Swanetią (wiara, że tak łatwo pójdzie również z Abchazją i Osetią Południową, okaże się zgubna); to fakt, że Zachód po części zaczął uważać Gruzję za „swojego”; a kawał: „Kiedy Gruzja wejdzie do Unii Europejskiej? Za tureckiej prezydencji”, jest już tylko śmieszny, a nie absurdalny.

Początkowo panował ogromny entuzjazm – Gruzini byli zachwyceni, że mogą już bezpiecznie zostawiać samochód na noc na chodniku lub że mają dostęp do ciep- łej wody. Większość reform Saakaszwilego lepiej wyglądała jednak w oczach Zachodu niż Gruzinów. Koncentrowały się one na kwestiach, które w pierwszej kolejności uwzględniane są w raportach dotyczących transformacji wschodnioeuropejskich krajów, a więc: korupcji, ułatwieniach dla biznesu, kondycji policji czy przestępczości. Większą uwagę poświęcano państwu niż jego mieszkańcom. Poza tym zwrot na Zachód (a raczej jego intensyfikacja, bo już polityka Szewardnadzego ciążyła w tę stronę) nie przełożył się w takim stopniu, jak oczekiwano, na wzrost poziomu życia.

Tymczasem w całym kraju powiewały flagi Unii Europejskiej – choć, jak twierdzili młodzi reformatorzy, to nie flagi UE, tylko Rady Europy, do której Tbilisi należy (są identyczne).

Reformator, nie demokrata

Przekleństwem ekipy młodych reformatorów była pewność siebie i pogarda dla dużej części Gruzinów. Prezydent często dawał do zrozumienia, że osoby, które osiągnęły dorosłość przed rewolucją róż, są stracone, że to ludzie radzieccy i nie stanowią dla państwa priorytetu. Nie było to  rozsądne – szczególnie w bardzo konserwatywnym społeczeństwie.

Dachowski: „Dużo inwestowano w młode pokolenie: wysyłano całe roczniki na stypendia na Zachód, a gdy młodzi wracali, często sami zaczynali pracować w administracji. Dopiero ci ludzie mieli zbudować nowy kraj”.

Śpieszyli się, a ich metody przypominały inżynierię społeczną.

Przy okazji 10-lecia rewolucji róż rozmawiałem z czołowym gruzińskim politologiem i byłym ministrem edukacji w ekipie Saakaszwilego Gią Nodią (rozmowa ukazała się w „Nowej Europie Wschodniej”). Nodia powiedział: „Największym ich błędem było to, że zachowywali się, jakby mieli rządzić wiecznie, przywykli do myśli, że opozycja im nie zagraża i że są niepokonani. Pycha otoczenia Saakaszwilego była jednym z głównych powodów utraty przez nich popularności”.

Nodia podkreśla, że  Gruzja podzieliła się na wąską grupę reformatorów i resztę społeczeństwa. Otoczenie Saakaszwilego naprawdę wierzyło w swoje racje, brakowało dialogu i dlatego opiniotwórcze elity, które poczuły się odsuwane na boczny tor, szybko odwróciły się od władzy. Saakaszwili się śpieszył, co było o tyle niebezpieczne, że nie był demokratą, jakim chcieliśmy go widzieć w Europie – był reformatorem, a to nie musi iść w parze.

I nie szło. Saaka skupiał się na dwóch rzeczach: promował kraj i dostarczał mu idei. Tymczasem w kraju rozkręcał się autorytaryzm: umacniały się służby bezpieczeństwa, majstrowano przy konstytucji, dopuszczano się tortur (ujawnienie taśm z nagraniami tortur tuż przed wyborami było gwoździem do politycznej trumny Saakaszwilego – widać na nich, jak strażnicy z tbiliskiego więzienia w brutalny sposób znęcają się nad skazanymi), do rozpędzania tłumu używano przemocy. Niewykluczone, że dochodziło też do morderstw politycznych (jest to możliwe np. w przypadku Zuraba Żwanii, który był jedną z twarzy rewolucji róż). Reformatorzy zaczęli cierpieć na chorobę władzy.

Symbolicznym przełomem był listopad 2007 r., kiedy Saakaszwili wysłał policję, aby ta brutalnie stłumiła antyrządowe demonstracje, i wprowadził stan wyjątkowy. Wtedy też odwracał się „kolorowy” trend w Europie Wschodniej: później było dokręcanie śruby w Azerbejdżanie, rozstrzelanie protestujących w Armenii, zajaśniała i zgasła gwiazda Dmitrija Miedwiediewa, na Ukrainie do władzy doszedł Wiktor Janukowycz, a na Białorusi umocnił się Aleksander Łukaszenko. Zachód od wojny gruzińsko-rosyjskiej z 2008 r. aż do ukraińskiego Majdanu wykazywał mniejsze zainteresowanie Wschodem.

Warszawa wspierała Saakaszwilego do końca. I nie odrobiliśmy tej lekcji: polska opinia publiczna ma wątpliwości chociażby co do uczciwości Julii Tymoszenko, ale Saaka wciąż jest demokratą i ofiarą prześladowań.

Iwaniszwili jak Duda

Stracił władzę w 2013 r., jego partia rok wcześniej. Przegrane wybory nie były wyrazem niezadowolenia społeczeństwa z reform, ale z autorytaryzmu. Saaka chciał wychować świadomych obywateli i kiedy to zrobił, obywatele ci usunęli nieobywatelskiego przywódcę. Poprzeczka została podwyższona i przechwalanie się władz, że dzięki nim z kranu płynie woda, już nie wystarczało. Kiedy odchodził, jego notowania były mizerne: 57% obywateli kojarzyło go negatywnie, 15% pozytywnie.

Mimo wszystko porażka reformatorów wywołała mniej więcej taki szok jak zwycięstwo Andrzeja Dudy w Polsce. W Gruzji pojawił się Bidzina Iwaniszwili – biznesmen, którego majątek stanowił ponad połowę PKB kraju. Skrzyknął siły, które łączył jedynie sprzeciw wobec rządzących, i (trochę pomogły okoliczności oraz towarzyszące wyborom afery) przejął władzę. Wielu wierzyło, że z własnych środków naprawi on kraj i spełni ich marzenia. Kraju nie naprawił, a swoją partię nazwał Gruzińskie Marzenie.

Iwaniszwili zamieszkał w gniazdku, które uwił sobie Saakaszwili. Ten ostatni nie mogąc po raz trzeci kandydować na stanowisko prezydenta, zmienił  konstytucję, znacznie zwiększając kompetencje premiera (tak jak nieco wcześ- niej zrobił Władimir Putin). Nie przewidział, że premierem zostanie jego rywal.

Później Saakaszwili uciekł z kraju. Najpierw wykładał na uniwersytecie w Stanach Zjednoczonych, potem był doradcą prezydenta Petro Poroszenki, teraz jest gubernatorem Odessy i spogląda na drugi, gruziński brzeg Morza Czarnego (choć niedosłownie, bo – o ironio – widok zasłania mu Krym). Gruzińskie władze poszukują go listem gończym. Jednym z zarzutów są nadużycia finansowe, lista jest precyzyjna: na hiszpańskiego kucharza wydano 85 tys. euro, na stylistę Aliego Kamala 33 tys., na botoks 9 tys. Saakaszwili usłyszał także zarzut przekroczenia uprawnień przy przejmowaniu przez skarb państwa aktywów należących do Badriego Patarkaciszwilego – biznesmen zmarł nagle w lutym 2008 r., niedługo po tym jak uzyskał czwarty wynik w wyborach prezydenckich, a gruziński prokurator generalny wznowił śledztwo ws. udziału mężczyzny w spisku mającym na celu przeprowadzenie zamachu stanu. „Miszy” zarzuca się także nieproporcjonalne do zagrożenia brutalne rozpędzenie antyrządowych protestów w listopadzie 2007 r.

Nie wszyscy z jego ekipy zdołali uciec: postawiono zarzuty 100 osobom z otoczenia prezydenta, do więzienia trafiła m.in. jego prawa ręka, minister spraw wewnętrznych Wano Merabiszwili (według przywoływanych przez Ośrodek Studiów Wschodnich danych z jesieni 2013 r. w ciągu roku 10 tys. członków partii Saakaszwilego zostało przesłuchanych lub objętych śledztwem). W centrum Tbilisi stoi obelisk poświęcony „ofiarom reżimu z lat 2004–2012”.

Ubóstwo gwarantowane

Gruzini szybko rozczarowali się jednak nowymi władzami, które nie spełniły ich marzeń, i rozczarowani są do dziś. Iwaniszwili przezornie ustąpił ze stanowiska premiera jeszcze w czasie powyborczej hossy, poradzenie sobie z bessą pozostawił lojalnemu współpracownikowi Irakliemu Garibaszwilemu. Dziś Bidzina prowadzi organizację pozarządową, a de facto jest najważniejszą osobą w kraju – w badaniach zdecydowana większość Gruzinów przyznaje, że kieruje on rządem z tylnego siedzenia. Jak piszą na łamach „Polityki” Kaja Puto i Ziemowit Szczerek: „Tak się składa, że główna rozgrywka polityczna w Gruzji odbywa się dziś pomiędzy dwiema osobami, z których jedna jest teoretycznie osobą prywatną, a druga – ściganym listem gończym przestępcą”.

Gruzińskie Marzenie wprowadziło niewiele zmian: objęto wszystkich obywateli ubezpieczeniem zdrowotnym (to istotna zmiana, choć dostępne w jego ramach świadczenia wciąż są skromne), obniżono ceny usług komunalnych. Powtarzając też, ilu w kraju jest więźniów politycznych, ogłoszono amnestię – dzięki niej na wolność wyszło 60% skazanych.

A o czym marzą Gruzini? Choć chcemy widzieć w nich wyłącznie euro- i atlantoentuzjastów, to te kategorie nie są dla nich priorytetowe. W Polsce zadowalamy się informacją, że 65% Gruzinów pragnie członkostwa kraju w NATO (spadek o 7% w ostatnich miesiącach), a 68% w Unii Europejskiej. Nie chcemy już jednak pamiętać, że te same dane pokazują, iż tylko co 20. Gruzin uważa kwestię członkostwa w NATO za priorytetową, a w UE – co 50. Jednocześnie aż 31% z nich popiera przystąpienie Gruzji do tworzonej pod auspicjami Moskwy Unii Eurazjatyckiej (w sierpniu zeszłego roku – 20%).

Jakie są więc największe problemy zdaniem Gruzinów? Wśród nich 66% wymienia bezrobocie, 43% inflację, a 39% biedę. Wskaźniki są tutaj bardzo precyzyjne: gdy Gruzińskie Marzenie doszło do władzy, aż 60% Gruzinów uważało, że kraj idzie w  dobrym kierunku. Dziś odsetek ten spadł do 23 (choć składają się na to także czynniki niezależne od rządzących). Albo inna statystyka: na pytanie, czy od początku rządów GM sytuacja twojego gospodarstwa domowego uległa zmianie, 34% twierdzi, że się pogorszyła, a 55%, iż pozostaje bez zmian.

Maciej Falkowski, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich: „Głównym towarem eksportowym Gruzji są dziś używane samochody. Nie ma co eksportować, bo niemal nic się nie produkuje, rolnictwo leży. Inwestycje wstrzymano, w zeszłym roku spadła ich wartość”.

Mówimy o kraju (w którym ceny wcale nie są szczególnie niskie), gdzie tylko 31% ankietowanych deklaruje, że żyje za więcej niż 650 zł miesięcznie. Oficjalnie bezrobocie wynosi kilkanaście procent, ale w rzeczywistości sięga 30, 40, a może i 50 %. W statystykach władze stosują fikcję samozatrudnienia.

Falkowski: „Osobę, która ma jedną kozę i ar ziemi, uznaje się za rolnika, a więc samozatrudnionego. Zresztą nawet osoby pracujące parają się przypadkowymi zajęciami: np. spędzają cały dzień przy szosie, sprzedając orzeszki”.

Gruzińskie Marzenie nie poradziło sobie z bezrobociem, również świadczenia socjalne nie rosną tak szybko, jak oczekiwano. Wysokość emerytury jest dla wszystkich taka sama i choć stale wzrasta (według dzisiejszego kursu wynosi 212 zł, niebawem będzie to prawdopodobnie 272 zł), to dopiero niedawno po raz pierwszy w historii niepodległej Gruzji przekroczyła ona poziom progu ubóstwa. Iwaniszwili nie rozdaje własnych pieniędzy. Brakuje też strukturalnych reform.

Ludzie nie wytrzymują i masowo wyjeżdżają. Od 2002 r. liczba ludności zmniejszyła się o 600 tys., a nawet więcej – w poprzednim spisie nie liczono gruzińskich uchodźców z Abchazji i Osetii Południowej. Spadek wynosi więc 14%. Przenoszą się do Turcji, do Unii Europejskiej. Do Rosji wyjeżdża niewielu.

Sodoma, Gomora i pokrzywy

Gruzini są rozczarowani gruzińskim marzeniem – o ile w ubiegłym roku w wyborach samorządowych partia rządząca zdobyła 51% w skali kraju, o tyle dziś badania dają jej 24%. Władza traci, ale opozycja nie zyskuje – ugrupowanie Saaki cieszy się poparciem kilkunastu procent obywateli. Dochodzi do ogromnych antyrządowych manifestacji, ale nie są one automatycznie wiecami poparcia dla opozycji. Saakaszwili jest dla swojego ugrupowania tym, czym Jarosław Kaczyński dla Prawa i Sprawiedliwości – obciążeniem, ponieważ posiada zbyt duży elektorat negatywny (pozytywny stosunek ma do niego 30%, negatywny 47% – podejrzewam zresztą, że z uwagi na swojego brata Jarosław Kaczyński miałby wśród Gruzinów znacznie lepsze notowania niż Saaka). Musiałby więc zdystansować się od swojej partii – on sam szans na sukces w Gruzji w najbliższych latach nie ma.

Skoro władza traci, a opozycja nie zyskuje, gdzie podziały się głosy niezadowolonych? Nikt nie potrafi zagospodarować nastrojów protestu, powstaje próżnia. Dziś niemal co drugi Gruzin pytany, kogo poparłby w wyborach, gdyby miały odbyć się jutro, nie ma sprecyzowanych preferencji wyborczych, odmawia odpowiedzi bądź odrzuca wszystkie ugrupowania. Pod koniec rządów Saakaszwilego próżnię zapełnił Iwaniszwili, nie wiadomo natomiast, kim będzie kolejny populistyczny polityk, który zgarnie władzę.

Największym zaufaniem cieszy się od niepamiętnych czasów zwierzchnik gruzińskiego Kościoła prawosławnego, 82-letni patriarcha Eliasz II – ufa mu ok. 90% Gruzinów (samej Cerkwi 75% – dla porównania, sądom i prokuraturze kilkanaście procent, a parlamentowi jeszcze mniej). W Gruzji przynależność do tamtejszego Kościoła jest kluczowym elementem tożsamości, a ateistom grozi ostracyzm społeczny. Praktycznie niepodważalny autorytet reprezentanta jednego związku wyznaniowego jest jednak groźny – szczególnie gdy ten skłania do przemocy.

17 maja 2013 r. – gdy kilkudziesięciu aktywistów na rzecz równouprawnienia mniejszości seksualnych zorganizowało paradę równości, wystąpiła przeciwko nim wielotysięczna kontrmanifestacja. Na jej czele stali wysoko unoszący krzyże prawosławni duchowni: wcześniej wzywali z ambon do powstrzymania „Sodomy i Gomory”, a sam patriarcha powiedział, że walka o prawa mniejszości to pogwałcenie praw większości (koncepcja prawoczłowiecza odwrotna od znanej w Polsce, która podkreśla wagę równouprawnienia i jest antydyskryminacyjna). Eliasz II dodał, że homoseksualizm to choroba, i przyrównał ją do uzależnienia od narkotyków. Tłum rzucił się na aktywistów, trzymając pokrzywy, którymi miał ich zdzielić. Koniec końców, na zdzieleniu się nie skończyło: ucierpiało wielu uczestników parady równości, policji udało się ich po pewnym czasie ewakuować. Ciekawe, że ówczesny premier Iwaniszwili skrytykował w tamtej sytuacji patriarchę – na taki gest nie odważał się nawet Saakaszwili.

Abchazowie dzwonili z komórek

Gdy gruzińskie marzenie dochodziło do władzy, pytanie, które zadawali sobie publicyści, brzmiało: „Czy Tbilisi odejdzie od prozachodniego wektora?”.

Odpowiedź przyszła niebawem, a prozachodni kurs w dużej mierze utrwalili Rosjanie. Kiedy Iwaniszwili doszedł do władzy, wydawało mu się, że Kreml będzie skłonny do ustępstw – nie tylko gospodarczych (te się zdarzały), ale też politycznych. Liczył na jego dobrą wolę w sprawie separatystycznych Abchazji i Osetii Południowej, bo współpraca z Rosją właśnie w tym obszarze jest dla Gruzinów najważniejsza. Tymczasem stało się odwrotnie: w ostatnich miesiącach doszło do aneksji dwóch parapaństw przez Moskwę – zachowały one suwerenność  de iure, ale de facto można uznawać je już za ósmy i dziewiąty podmiot Północnokaukaskiego Okręgu Federalnego Federacji Rosyjskiej.

Integralność terytorialna (przede wszystkim w odniesieniu do Abchazji; Osetia Południowa dla gruzińskiego społeczeństwa nie jest tak istotna) to dla Gruzinów sprawa kluczowa – wymieniają ją jako czwarty priorytet w polityce kraju. Na Kaukazie miejsca jest mało, a narodów co niemiara i dlatego wszyscy starają się udowodnić, że „byli tu pierwsi”. Jak w dowcipie: „Konferencja naukowa, dyskutują historycy gruzińscy i ormiańscy. Kłócą się o to, o co zawsze – który z narodów jest starszy.

– Ostatnio prowadziliśmy badania archeologiczne na ziemi gruzińskiej – mówi Gruzin Zurab. – Dokopaliśmy się 50 m w głąb ziemi i znaleźliśmy tam druty. Oznacza to, że już w V w. Gruzini używali telegrafu.

Ormiańscy historycy milczą przez chwilę. W końcu wstaje Abchaz Władysław i zabiera głos.

– My zeszliśmy jeszcze głębiej, na 100 m w głąb abchaskiej ziemi, ale niczego tam nie znaleźliśmy.

Gruzini zacierają ręce, cieszą się, że utarli nosa rywalom. Nagle Władysław zaczyna mówić dalej:

– Oznacza to, że Abchazowie już w I w. używali telefonów komórkowych”.

Trudno jednak powiedzieć, czy dla gruzińskiego społeczeństwa ważniejszy jest poziom życia czy integralność terytorialna. Innymi słowy: czy społeczeństwo zapomniałoby tymczasowo o separatyzmach za cenę polepszenia relacji gospodarczych z Moskwą? Zdaniem Falkowskiego tak: „Gruzini zgodziliby się na to, bo przełożyłoby się to na ich poziom życia. Nie zgadzają się przede wszystkim elity. Teraz Gruzini jeżdżą pracować do Turcji i źle się tam czują – wielu wolałoby trafić do Rosji”.

Falkowski słusznie podkreśla, że proeuropejskie reformy wiążą się z kosztami, a w krótkiej perspektywie nie muszą się one przełożyć na wzrost poziomu życia – może być odwrotnie. Gruzini będą musieli ponosić wyrzeczenia, np. podnieść stawki na usługi komunalne, a to wciąż nie daje im perspektywy członkostwa. Trudno powiedzieć, czy społeczeństwo wierzy, że to do czegoś prowadzi. W przeciwieństwie do np. Mołdawian, którym UE zniosła niedawno wizy schengeńskie, Gruzini nie widzą wielu namacalnych korzyści.

Jedną rzeczą jest stosunek do Zachodu jako gwaranta godnego poziomu życia, a drugą umacniane przez Saakaszwilego poczucie jedności kulturowej z Zachodem.

Dachowski: „Ekipie Saakaszwilego zabrakło kilku lat, żeby przekroczyć mentalny Rubikon, żeby zmiany były nieodwracalne. Dziś trudno ocenić, na ile są one trwałe”.

Ekspert dodaje, że nowe władze nie zniszczyły tożsamościotwórczych i  prozachodnich osiągnąć swoich poprzedników – Amerykanie wciąż przekazują środki na pomoc rozwojową (choć mniejsze), Gruzini wyjeżdżają na stypendia, poznają Zachód, w kinach pokazuje się filmy po angielsku z gruzińskimi napisami, nie wróciły media rosyjskojęzyczne. Im więcej czasu upływa, tym bardziej umacnia się to, do czego dążył  Saakaszwili.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata