70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Giles Clarke/UN OCHA/ Getty

Jemen – plemienne zależności

W Jemenie prezydent i rząd nie kontrolują znacznej części terytorium państwa. Secesja południowych obszarów to już właściwie fakt, a skala podziałów społecznych i wzajemnych antagonizmów jest zbyt wielka, aby w najbliższej przyszłości zdołano utworzyć wspólne państwo.

Legendy, historie i opowieści o Jemenie są wędrówką przez świat mitycznych antycznych państw Arabii Południowej sięgają­cych III tysiąclecia p.n.e. Dość wspomnieć o królestwach Himyar, Ausan, przywołanym w Starym Testamencie Królestwie Saby czy o rzymskiej Arabii Felix, zatem Arabii Szczęśliwej. Mimo że „szczęśliwość” była nietrafnym tłumaczeniem semickiego źródłosłowu y-m-n, który miał oddawać jedynie „południowy” charakter tego obszaru Półwyspu Arabskiego i najprawdopodobniej nie opisywał szczęścia, czy nie jest wspaniałą legenda, jakoby syn Noego miał założyć miasto Sana, stolicę dzisiejszego Jemenu?

Pierwsze państwo na północnych terenach Jemenu pod koniec IX w. powstało dzięki imamom zajdyckim (zajdyci to najmniejsza grupa w łonie szyizmu i zarazem najbliższa sunnitom). Na podstawy jego polityki skła­dały się dwa filary: głęboki izolacjonizm i zajdycka teokracja. Ta koncepcja społeczno-polityczna przetrwała do końca XIX w. Rozwój handlu i kon­takty ze światem zewnętrznym, w tym także z kulturą zachodnią, ograni­czały się do żyznych terenów nadmorskich i opornie przenikały w głąb kraju. Jemen właściwie nie zaznał kolonializmu. Jego obszar relatywnie krótko kontrolowali Portugalczycy, Egipcjanie i Turcy osmańscy. Stałą obecność zdołała zapewnić sobie Wielka Brytania, choć tylko w portowym Adenie i kilku sąsiednich prowincjach. Imperium Osmańskie finalnie wycofało się z Jemenu po I wojnie światowej. Jednakże w pewnej mierze to oba te pań­stwa podzieliły Jemen na terytorium północne i południowe oraz wyzna­czyły granicę pomiędzy nimi, tworząc dziś przestrzeń do konfliktu.

Imamowie znaleźli w lokalnych społecznościach plemiennych żyzny grunt do akceptacji własnych wzorców kulturowych. Na przestrzeni tysiąca lat zdołali zbudować więzi i naturalne poparcie dla swojej polityki. Bez wąt­pienia to ona wpędziła Jemen w głęboką izolację kulturową, gospodarczą i polityczną, na które reakcją była rewolucja w 1962 r., prowadząca do oba­lenia imamatu i proklamowania Arabskiej Republiki Jemenu. Proces budo­wania nowego państwa przypadł więc na lata 60., które w świecie arab­skim upływały pod znakiem rywalizacji pomiędzy Egiptem i jego nase­rowsko-socjalistycznym panarabizmem a Arabią Saudyjską, proponującą ścisły związek polityki i islamu. Jemen nie był wolny od tej rywali­zacji, ponieważ Kair wspierał pre­zydenta republiki, Rijad zaś sym­patyków obalonej monarchii . W znacznej mierze to współza­wodnictwo uniemożliwiało sta­bilny rozwój ówczesnego Jemenu. Od uzyskania niepodległości w 1962 r. do 1967 r. trwały bezsku­teczne walki o kształt i kierunek rozwoju Jemenu. Paradoksem, być może wynikającym z trwającej już wówczas zimnej wojny, był fakt że kraje takie jak Wielka Brytania, Francja czy nawet Izrael wspierały Arabię Saudyjską w celu zniwelo­wania wpływów nie tyle Egiptu, ile naserowsko-socjalistycznej poli­tyki w Jemenie. Rok 1974 przyniósł nadzieję na odnalezienie właściwej dla Jemenu drogi rozwoju. Jednak od tego momentu dominującą rolę zaczęła odgrywać też armia i jej aparat bezpieczeństwa. Nihil novi dla znakomitej większości świata arabskiego.

 

Modernistyczne nadzieje

Krótko rządzącego płk. Ibra­hima al-Hamdi, który przejął wów­czas władzę, sami Jemeńczycy uznają za prezydenta posiadają­cego wizję i determinację do rewo­lucyjnego przekształcenia Jemenu w nowoczesne państwo i społe­czeństwo. Al-Hamdi wprowadził tak typowy dla wielu państw arab­skich reżim wojskowy. Nie można mieć złudzeń: nie miał on aspi­racji demokratycznych. Widział jednak jasno cel nadrzędny, jakim już wówczas była potrzeba zjed­noczenia Jemenu oraz budowa sil­nych instytucji państwowych opar­tych na równości wobec prawa. W dzisiejszych kategoriach nale­żałoby stwierdzić, iż był charyzma­tycznym liderem i uosabiał nowo­czesność, której Jemen tak potrzebował. Na arenie międzynarodowej pró­bował umiejętnie łączyć politykę prosaudyjską, która gwarantowała finan­sowe wsparcie z rozwijaniem przyjaznych relacji ze Związkiem Radzieckim. W wymiarze wewnętrznym zdawał się właściwie dystrybuować wpływy i budować sojusze z poszczególnymi strukturami plemiennymi, co gwaran­towało mu ich poparcie i przychylność.

Bez wątpienia lata 1974–1977 były okresem rozwoju, modernizacji i otwarcia. Al-Hamdi wzmocnił infrastrukturę, ale przede wszystkim wyraźnie podniósł poziom życia społeczeństwa. Jednak z perspektywy czasu wydaje się, że ten popularny społecznie polityk popełnił błąd, jakim była próba dokonania zbyt szybkiej zmiany Jemenu przy jednoczesnym odsuwaniu od wpływów dotychczasowych sojuszników. Jego największą pomyłką, być może wynikającą z dobrej wiary, była decyzja o odcięciu od zysków i funduszy, zwłaszcza saudyjskich, wpływowych plemion i ich szejków, przy jednoczesnym samodzielnym przejęciu kontroli nad tym sys­temem. Bez wsparcia silnych, uzbrojonych i głodnych udziału we władzy struktur plemiennych rządzenie stało się niemożliwe. Największe konfede­racje plemienne – Haszid i Bakil – de facto wypowiedziały prezydentowi posłuszeństwo. Sytuacja była napięta do tego stopnia, iż istniała poważna obawa, że struktury plemienne Haszid dokonają zbrojnego najazdu na sto­licę kraju. Zabójstwo płk. Al-Hamdiego w 1977 r. (tożsamości zamachowców nie ustalono) udowodniło, że Jemen nie był gotowy na pełną samodzielność polityczną, a proponowane zmiany okazały się zbyt niebezpieczne dla wie­lowiekowych układów sił i wpływów.

Jego następca Ahmad al-Ghaszmi nie posiadał już ani charyzmy, ani wizji i dlatego koncentrował się na eliminowaniu wysoko postawionych osób z kręgu jego poprzednika i negowaniu jego osiągnięć. Al-Ghaszmi rów­nież zginął w zamachu po niecałych dziewięciu miesiącach urzędowania.

 

Utrzymać nieprzewidywalność

„Tańcząc na głowach węży”[1] – tak w 2009 r. w wywiadzie dla dzien­nika „Al-Hayat” były prezydent Jemenu Ali Abdullah Saleh opisał rządzenie Jemenem. Była to wyjątkowo trafna metafora, a wypowiadając ją, mówił z perspektywy osoby pełniącej urząd głowy państwa od ponad trzech dekad. Na początku lat 80. nic nie wskazy­wało, że Ali Saleh pozostanie pre­zydentem aż do wybuchu poko­jowych demonstracji w roku 2011. W czym zatem tkwił fenomen jego władzy?

Przede wszystkim wycią­gnął konsekwencje z losów swoich poprzedników. Od samego początku rozumiał znaczenie siły tradycji plemiennej i jej rolę w sys­temie władzy w Jemenie, więc nie próbował dekonstruować tej misternej struktury. Zdawał sobie sprawę, że jeżeli chce pozostać przy władzy, musi zagwarantować trwanie istniejącego systemu wpływów i dostępu do decyzji poli­tycznych. Ali Saleh do perfekcji opanował sztukę budowania zależ­ności poszczególnych plemion, partii politycznych i aparatu armii oraz bezpieczeństwa. Jednakże zbyt daleko idącym uproszczeniem byłoby nazwanie go dyktatorem, a systemu politycznego, który stworzył, jednoosobową władzą absolutną. Taki system nie był i nie jest możliwy do wprowadzenia w Jemenie przede wszystkim ze względu na jego trybalny cha­rakter. Za prezydentury Saleha w parlamencie sprawnie działały partie polityczne. Nie była to może instytucja odpowiadająca kulturze politycznej Zachodu, ale wypra­cowywano w niej zasady podziały wpływów, co przekładało się na względną stabilność wewnętrzną. Co więcej, w parlamencie jemeń­skim zasiadała zjednoczona opo­zycja, która funkcjonowała pod nazwą Partie Wspólnego Spo­tkania. Stosunkowo bogate życie partyjne w Jemenie jest dowodem, iż ugrupowania polityczne i ich liderzy gwarantowały utrzymanie dialogu wewnątrzjemeńskiego, który do 2011 r. zdołał powstrzymać rozlew krwi. Uosobieniem jemeńskiego kolorytu politycznego było to, że wspólną opozycję tworzyły ugrupowania znacząco różniące się ideologicznie i poli­tycznie[2]. Parlamentarna opozycja polityczna w Jemenie nie tylko działała w pełni legalnie, ale także nie groziły jej prześladowania ze strony aparatu państwowego kontrolowanego przez Saleha. Jednak rzeczywista władza pozostawała w rękach osób i instytucji, a także partii związanych z prezy­dentem. Generalny Kongres Ludowy (GKL), partia założona przez Saleha na początku lat 80., sprawował kontrolę nad życiem politycznym kraju, a jego rola i popularność rosła z każdymi wyborami.

Prezydent Saleh otoczył się osobami, bez których jego władza nie mogłaby przetrwać ponad 30 lat i które cementowały system polityczny w Jemenie. Były nimi szejk Abdullah al-Ahmar, przywódca największej kon­federacji plemiennej Haszid i zarazem długoletni marszałek jemeńskiego parlamentu; gen. Ali Mohsen al-Ahmar, współtwórca partii GKL oraz naj­ważniejsza osoba w jemeńskiej armii; Ahmad Ali Saleh, najstarszy syn prezy­denta i zarazem dowódca elitarnej Gwardii Narodowej, oraz Jahja Mohamed Saleh, bratanek prezydenta i wieloletni szef Centralnej Agencji Bezpieczeń­stwa. Osoby te oraz zależne od nich struktury i jednostki zajmowały się wszystkimi najważniejszymi aspektami działalności państwa: od walki z ter­roryzmem po działalność biznesową i aktywność gospodarczą kraju.

Na poziomie polityki międzynarodowej Ali Saleh poruszał się dość sprawnie, choć nie uniknął też poważnych błędów. Najpoważniejszym było niezrozumiałe odmówienie poparcia decyzji ONZ w roku 1990 upoważnia­jącej koalicję międzynarodową do użycia siły wojskowej po irackiej inwazji na Kuwejt. Jemen znalazł się wówczas w absolutnej izolacji, ponieważ jako jedyny kraj arabski sprzeciwił się rezolucji. Mimo natychmiastowych reper­kusji w postaci wydalenia niemalże miliona Jemeńczyków z Arabii Saudyj­skiej i Kuwejtu, co wpłynęło negatywnie na już wówczas zły stan gospodarki jemeńskiej, Saleh utrzymał władzę.

Historycznie najważniejszym partnerem Jemenu była i jest Arabia Sau­dyjska. Oba kraje łączą wielowiekowe kontakty historyczne i plemienne.

Od II poł. lat 60. istniało nieformalne porozumienie, że za kwestie jemeńskie odpowiada wieloletni minister obrony i saudyjski następca tronu książę Sultan bin Abdelziz. Jego partnerem w Jemenie był szejk Abdullah al-Ahmar. Ich osobiste relacje, autorytet i wzajemny szacunek umożliwiały sprawne i w znacznej mierze zakulisowe działania oraz decyzje służące utrzymaniu saudyjskich wpływów w Jemenie. Ten układ sił był dla Saleha niewygodny, ponieważ pokazywał granice jego władzy. Prezydent miał świadomość, że nie jest w stanie podważyć ani niwelować saudyjskich wpływów w kraju, ponieważ związki i afiliacje plemienne są transgraniczne. Potrzebował jednak wsparcia materialnego i ekonomicznego zamożnego sąsiada. Współ­prowadząc politykę międzynarodową, prezydent Saleh także uciekał się do metody „tańczenia na głowach węży”. Było to szczególnie widoczne w nie­których działaniach dyplomatycznych właśnie wobec Arabii Saudyjskiej i Stanów Zjednoczonych. Celem polityki Saleha wobec Rijadu było utrzy­mywanie stanu pewnej nieprzewidywalności wydarzeń w Jemenie.

 

Trudne relacje z USA

Jemen jest jednym z kilku krajów na świecie będących kolebką rozwoju idei globalnego terroru. Był punktem o strategicznym znaczeniu dla Al-Kaidy czasów Osamy bin Ladena. To z kolei czy­niło Ali Saleha ważnym rozmówcą dla Stanów Zjednoczonych. Pre­zydent wraz z całym aparatem armii i struktur bezpieczeństwa był świadomy, że nie jest w stanie przystąpić do wojny ze struktu­rami Al-Kaidy w Jemenie, ponieważ nie ma szans jej wygrać ani spo­łecznie, ani militarnie. Co więcej, było wielce prawdopodobne, że nie mógłby jej nawet formalnie rozpocząć, ponieważ napotkałby opór części aparatu armii i samego gen. Ali Mohsena al-Ahmara, który utrzymywał ze względów strate­gicznych kontakty ze strukturami terrorystycznymi. Konfederacje plemienne również nie byłyby entuzjastami takiego konfliktu, ponieważ wielokrotnie udzielały schro­nienia różnego rodzaju osobom poszukiwanym przez aparat bezpieczeń­stwa. Wreszcie przeciwna byłaby silna partia Al-Islah będąca naturalnym środowiskiem politycznym dla plemion i ugrupowań religijnych, w tym także o zabarwieniu radykalnym i antyzachodnim. Rezultatem takiej sytu­acji była konieczność przystąpienia do kolejnego frontu „tańca” zarówno z USA, jak i z Al-Kaidą.

Stany Zjednoczone jako kraj, który stworzył koncepcję walki z terro­ryzmem, musiały współpracować z systemem Ali Saleha. O tym, jak trudne były te relacje, świadczy reakcja prezydenta Jemenu na atak na amerykański niszczyciel USS Cole w porcie w Adenie w 2000 r. Przez wiele tygodni Saleh publicznie próbował podawać w wątpliwość odpowiedzialność struktur Al­-Kaidy. Lansował tezy o wypadku okrętu lub o operacji izraelskich służb w celu zdyskredytowania Jemenu. Ten zamach oraz ataki w Nowym Jorku z 2001 r. wymusiły jednak modyfikację antyterrorystycznej polityki Saleha. Prezydent zaczął się poważnie obawiać, że George Bush dokona inwazji rów­nież na Jemen. W związku z tym, iż Saleh poniósł kilka porażek w walce ze strukturami Al-Kaidy, musiał udzielić USA zgody na uruchomienie pro­gramu eliminacji terrorystów przez samoloty bezzałogowe. Ta kampania wywołała falę protestów w Jemenie przeciwko Stanom Zjednoczonym, doprowadzając nawet do ewakuacji amerykańskiej placówki dyploma­tycznej w Sanie. Wówczas Saleh zdołał pod presją wypracować kolejny element „tańca”, który zadowolił zarówno partnera amerykańskiego, jak i jemeńskie struktury plemienne. Zaproponował, że za amerykańskie pieniądze będzie płacił szejkom ple­miennym za wydanie terrorystów więcej, niż ci płacą im za udzielenie schronienia. Ta koncepcja przy­niosła wymierne rezultaty.

 

Jemeńska Arabska Wiosna

Demonstracje przeciwko władzy Ali Saleha w 2011 r. zaczęły się pod tym samym hasłem: „Naród domaga się upadku systemu”, które było podnoszone w Tunezji i Egipcie. Same manifestacje nie spowodowały jednak ani ustą­pienia prezydenta, ani jego oba­lenia. Co więcej, nawet najpoważ­niejsze pęknięcia w monolicie systemu Saleha, w postaci przej­ścia na stronę demonstrantów gen. Ali Mohsena al-Ahmara, nie­wiele zmieniły. Wspólnym ele­mentem wszystkich arabskich rewolucji była pewna dojrzałość i aspiracje społeczeństw poszcze­gólnych państw, które m.in. dzięki Internetowi, gwaran­tującemu szybkość wymiany i dostęp do informacji, zro­zumiały, że pozostają jak dotąd jedynie obserwatorami rzeczywistości politycznej. Jemen był znakomitym przy­kładem ustroju, w którym prezydent budował system „rodzinnej” demokracji i chciał niejako intronizować swojego syna na następcę. Podobne scenariusze kreślili Muammar Kaddafi czy Hosni Mubarak. Ten element dziedziczenia władzy w systemach niemonarchistycz­nych połączony był z wszechwładzą różnego rodzaju służb bezpieczeństwa.

Jemeńska rewolucja ma kilka niewyjaśnionych elementów, które być może leżą u podstaw trwającego dziś konfliktu. Nie są znane ani powód, ani warunki, dla których Ali Saleh, pomimo trzykrotnego wcześniej­szego odmówienia podpisania porozumienia nego­cjowanego przez Radę Współpracy Zatoki w 2011 r., w końcu zgodził się na odejście ze stanowiska. Do gry włączył się separatystyczny ruch szyicki Al-Huthi, którego konflikt z jemeńskim państwem sięga 2004 r., kiedy to jego zwolennicy zaczęli w meczetach w Sanie i na północy Jemenu kontestować władzę Saleha. Jest wielce prawdopodobne, że już wówczas był on wspie­rany przez Iran. Nie wiadomo, dlaczego separatyści zdecydowali się na zbrojne przejęcie kontroli nad stolicą we wrześniu 2014 r., co skutkowało ucieczką nowego prezydenta i rządu do Rijadu i trwałym sparaliżowaniem funkcjonowania aparatu państwowego. Można także jedynie spekulować, dlaczego były prezydent, który zgodził się odejść z jemeńskiej polityki, przy­stąpił do współpracy z bojownikami Al-Huthi przeciwko koalicji wojskowej dowodzonej przez Arabię Saudyjską i legalnemu rządowi Jemenu. Ali Saleh miał okazję stać się symbolem względnie pokojowej udanej zmiany władzy w Jemenie. Wybrał konfrontację i tymczasową koalicję z bojownikami.

Istniały bowiem obiektywne powody by sądzić, że zwołana w 2013 r. Konferencja Dialogu Narodowego (KDN) zakończy się sukcesem, który przy­niesie upragnione przez Jemen pokój i względną stabilizację. Przystąpiono do rozmów w formule pełnej równowagi przedstawicieli północnego i połu­dniowego Jemenu, 20% delegatów reprezentowało środowiska osób poniżej 40. roku życia, a 30% stanowiły kobiety. Już to było dowodem, że Jemeńczycy pragną porozumienia. KDN po niemalże roku obrad różnych frakcji poli­tycznych, społecznych, młodzieżowych, plemiennych, w tym nieformalnych pośredników z terrorystycznych kręgów AQAP[3], zakończyła się przedstawie­niem konkretnych zaleceń. Przewidywały one m.in. uchwalanie konstytucji w drodze referendum ogólnokrajowego, nowy podział administracyjny na federacyjne regiony oraz szereg zaleceń dotyczących ukonstytuowania wojska i aparatu bezpieczeństwa i przeprowadzenia wyborów prezydenckich. KDN była, co nie jest bez znaczenia dla jej legitymacji, w pełni popierana przez Stany Zjednoczone, kraje Rady Współpracy Zatoki, a także ONZ.

Trudno jest wskazać jeden powód, dla którego nie zdołano zrealizować tych zaleceń. Konfe­rencji nie można uznać za porażkę, ponieważ jej postanowienia są fundamentem, do którego teo­retycznie będzie można w przy­szłości wrócić. Najbardziej praw­dopodobnym powodem upadku procesu zapoczątkowanego przez KDN był strach wielu środo­wisk, że rzeczywiście cały proces zakończy się sukcesem. Jeżeli tak miałoby się stać, oznaczałoby to dla wszystkich stron konieczność ustępstw i poświęcenie części swoich wpływów na rzecz wspól­nego dobra. Paradoksalnie, par­tykularne egoizmy polityczne i obawa, że ojców sukcesu będzie wielu, zniweczyły ówczesne wysiłki. Z pewnością separatystyczne ten­dencje radykalnego ruchu Al-Hirak, opowiadającego się za niepod­ległością południowego Jemenu, jednocześnie dopuszczającego scenariusz zarówno federalizmu południa, jak i dalszego współist­nienia w ramach jednego państwa, były istotnym powodem dla niepo­wodzenia projektu KDN. Wbrew pozorom kwestie ruchu Al-Huthi i północnej prowincji Saada nie były aż tak problematyczne. Chyba najbardziej destrukcyjną rolę ode­grał zaś Ali Saleh i wierne mu struktury aparatu bezpieczeństwa, które sabotowały porozumienie wyłącznie w imię własnych inte­resów i zemsty politycznej nie tylko wewnątrz kraju, ale także na sąsia­dach z Rady Współpracy Zatoki.

Niepokojącym efektem trwa­jącego konfliktu, którego w krótkiej perspektywie nie będzie można odwrócić, jest poważne zaburzenie lub nawet częściowe zniszczenie równowagi sił i wpływów w Jemenie. Kryzys z pewnością zachwiał pozycją plemion, które dzisiaj nie są już zdolne do rozwiązania ani wyciszenia kon­fliktów. Życie partyjne kraju, nawet jeżeli dotąd było ułomne i fasadowe, dziś nie odgrywa żadnej roli. Na scenie pozostały dwie partie polityczne: jedna reprezentująca środowiska poprzedniego systemu Ali Saleha i osoby z jego kręgu oraz opozycyjna Al-Islah, posiadająca struktury zdolne działać na rzecz zjednoczenia.

 

Nowy ład?

Rozpoczęcia operacji „decydująca burza” przez Arabię Saudyjską w Jemenie w marcu 2015 r. nie można uznać za całkowite zaskoczenie. Wysłanie saudyjskich jednostek gwardii narodowej do Bahrajnu w marcu 2011 r. w celu obrony legalnych władz królestwa oraz aktywne uczestnictwo w budowaniu koalicji przeciwko ISIS od września 2014 r. było sygnałem o gotowości Rijadu do wzięcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo regionu. Na działania w Bahrajnie i Jemenie należy patrzeć także przez kontekst Iranu. Arabia Saudyjska uznaje irańską politykę za destrukcyjną w krajach Zatoki. Bezpośrednim powodem wszczęcia operacji wojskowej była konieczność obrony legalnych władz Jemenu i likwidacja zagrożenia dla swojego bezpieczeństwa na południowej granicy. Wcześniej władze kró­lestwa uznały rebeliantów Al-Huthi za organizację terrorystyczną. Należy podkreślić, że po zajęciu stolicy Jemenu przez rebeliantów z północy we wrześniu 2014 r. zapanowała duża niepewność co do dalszych losów pań­stwa. Być może nie przypadkiem Al-Huthi i wspomagające ich struktury militarne byłego prezydenta Ali Saleha wybrały właśnie ten moment na atak i zajęcie Sany. W tym czasie stan zdrowia króla Arabii Saudyjskiej Abdul­laha bin Abdelaziza pogarszał się i najprawdopodobniej nie był to właściwy moment na podjęcie decyzji o rozpoczęciu interwencji militarnej w Jemenie.

Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie odgrywają dziś klu­czową rolę nie tylko w działaniach militarnych wspomagających jemeńską armię oraz rząd i prezydenta Abd Rabbuha Mansura Hadiego.

Przede wszystkim są to jedyne kraje, które są w stanie prowadzić politykę wobec poszczególnych frakcji w Jemenie, ponieważ rozumieją zależności istnie­jące pomiędzy nimi. W Jemenie panuje obecnie całkowity kryzys aparatu państwowego. Pomimo istnienia legalnego urzędu prezydenta i rządu organy te nie kontrolują znacznej części terytorium państwa. Wydaje się, że secesja obszarów byłego południowego Jemenu (wspierana przez Al-Hirak) to już fakt, a skala podziałów społecznych i wzajemnych antago­nizmów jest zbyt wielka, aby w najbliższej przyszłości zdołano utworzyć wspólne państwo.

W tej sytuacji chaosu prawdopodobne są dwa scenariusze. Pierwszy: pozytywny, który musi być oparty na fundamencie woli rekoncyliacji naro­dowej. Podstawowym warunkiem powodzenia tego scenariusza jest roz­wiązanie kwestii kooperacji Ali Saleha i wiernych mu struktur z rebelian­tami Al-Huthi. Jeżeli Saleh zdecyduje się na zerwanie koalicji z Al-Huthi, to tylko w sytuacji otrzymania gwarancji, trudnego na razie do określenia, udziału w odbudowie nowego ładu w Jemenie. Wydaje się to pozornie niewyobrażalne, jednakże należy mieć świadomość jego wciąż ist­niejących wpływów w szeroko pojętych strukturach armii i służb bezpieczeństwa. Może to oznaczać powierzenie konkretnej roli np. jego synowi.

Jeżeli byłby możliwy ten sce­nariusz koncyliacyjny, to istnieją dla niego konkretne fundamenty w postaci Konferencji Dialogu Narodowego i rezolucji Rady Bez­pieczeństwa ONZ 2216. Jednak owo porozumienie wymagałoby wypra­cowania konsensusu pomiędzy Arabią Saudyjską i środowiskami szyickich zajdytów z północnego Jemenu. Żeby było to możliwe, należałoby rozwiązać finalnie kwe­stię ugrupowania Al-Huthi i jego nietransparentnego charakteru kontaktów z Iranem, a także pro­wokacyjnej polityki wobec Rijadu. Częścią koncepcji rekoncyliacji narodowej jest także problem południowego Jemenu. Dopóki na potrzeby negocjacji nie zostaną formalnie zaakceptowane trzy sce­nariusze dla południa, czyli: moż­liwość secesji, idea federacyjności w ramach jednego państwa oraz koncepcja zachowania integral­ności terytorialnej, nie będzie moż­liwa jakakolwiek spokojna dyskusja.

Pesymistyczny scenariusz, który pomimo ponadtrzyletniego konfliktu jeszcze się nie ziścił, to wzór somalijski i przejście Jemenu w stan państwa „upadłego”. To mało prawdopodobne w krótkiej perspektywie, ponieważ Jemen nadal posiada relatywnie silne regiony będące najczęściej pod wspólną kontrolą armii i plemion, ciągle istnieje także silne przywią­zanie do pewnej tożsamości kultu­rowej i plemiennej.

W sferze bezpieczeństwa ludności cywilnej najistotniejsze pozostaje pokojowe rozwiązanie kwestii okupacji stolicy przez rebeliantów Al-Huthi. Rezolucja 2216 zakłada m.in. opuszczenie przez nich Sany i powrót do Saady (północny Jemen), która jest nieformalną stolicą tego ruchu. Koalicja pod wodzą Arabii Saudyjskiej oraz Stanów Zjednoczonych ma świadomość, że militarna bitwa o Sanę skończyłaby się katastrofą humanitarną i nikt nie może pozwolić sobie na taki ruch. Wydaje się, że właśnie ze względów humanitarnych w kwietniu 2016 r. koalicja zrezygnowała z ataku na por­towe miasto Al-Hodeida nad Morzem Czerwonym. Ma ono strategiczne znaczenie, ponieważ otwierałoby siłom koalicji drogę do przejęcia pełnej kontroli nad prowincją Tihama i stopniowe przybliżanie się do Sany od strony zachodniej

Arabia Saudyjska oraz pozostałe państwa regionu, a także USA mają świadomość, że Ali Saleh na razie musi pozostać przy życiu. Gdyby było inaczej, jego fizyczna likwidacja nie byłaby operacyjną trudnością, ponieważ nadal przebywa w Jemenie. W tym kontekście powraca zgubna siła systemu, który skonstruował przez ostatnie trzy dekady. Systemu tak skomplikowa­nych zależności politycznych, biznesowych, rodzinnych, których nie da się po prostu rozwiązać, eliminując konkretne osoby. Nie ma wątpliwości, że Saleh dąży do udowodnienia, iż budowa nowego ładu bez niego lub osób z jego środowiska się nie uda, i gotów jest torpedować wszelkie działania nawet za cenę współpracy z rebeliantami Al-Huthi. Owa współpraca jest o tyle paradoksalna, że w latach 2004–2010 Saleh prowadził z nimi trzy zacięte wojny, zabijając wielu członków rodziny twórców ruchu Al-Huthi. Mogłoby się zatem wydawać, że jest ich śmiertelnym wrogiem. Tymczasem rzeczywistość Jemenu pokazuje rzecz przeciwną. Były prezydent posiada ciągle dostatecznie dużo własnej siły militarnej, która pozwoliłaby mu roz­prawić się z rebeliantami al-Huthi. Jednak nadal nie zdecydował się na taki krok. Sytuacja w Jemenie jest najpoważniejszym testem dla politycznych możliwości państw Rady Współpracy Zatoki. To one mają narzędzia do odpowiedzenia na wyzwania bezpieczeństwa, polityczne i ekonomiczne, Jemenu. Kraj musi współtworzyć mapę wyjścia z kryzysu zawierającą szereg reform, które będą obejmować ustępstwa wszystkich stron.

_

[1] Yemen – Dancing on the heads of snakes to również tytuł książki Victorii Clark (New Haven 2010).

[2] Ugrupowanie Partie Wspólnego Spotkania powstało w 2002 r. W jego skład wchodziły zarówno ugrupowania o charakterze plemiennym i zabarwieniu religijnym, jak również partie świeckie i socjalistyczne.

[3] Powszechnie stosowany akronim oznaczający Al-Kaidę na Półwyspie Arabskim.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter