fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Michał Łepecki/Agencja Gazeta

Ciemnogród i zmowa elit

Alexis de Tocqueville pisał: w rewolucji, tak jak w powieści, najtrudniej wymyślić zakończenie. Kaczyński nie ma pomysłu na finał. To, że będzie wspaniale, już wiemy, ale jaki jest plan na dogadanie się z całą resztą osób na kluczowych pozycjach, która nie popiera PiS.

Andrzej Brzeziecki: Cztery lata temu 38% głosujących Polaków poparło PiS – sądząc po dzisiejszych sondażach, nie żałują oni swojego wyboru.

Jarosław Flis: Obecne sondaże są jakimś sygnałem preferencji Polaków, ale warto jeszcze poczekać z ocenami. Na razie widać, że nawet część tych, którzy w 2015 r. nie byli za PiS, przekonała się do tej partii. Możliwych jest kilka dopływów poparcia. Najpewniej ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdołało pozyskać niektórych wyborców Kukiz’15. Przypomnę, że Pawła Kukiza poparli ludzie, którzy uważali, że PO zasłużyło na porażkę, ale PiS nie zasługuje na wygraną. Najwyraźniej zmienili zdanie.

Sporo wskazuje na to, że swoje sympatie przeniosła na PiS także część tych, którzy poprzednio głosowali na ludowców. Możliwe jest jednak, że do głosowania udało się przekonać również grupę wyborców, którzy wcześniej, czując się wykluczonymi, tego nie robili.

Oczywiście widać też mobilizację wśród opozycji, ale gdy spojrzymy na badania poziomu szczęśliwości Polaków, zobaczymy pewną stabilność. Z jednej strony wzrósł odsetek tych, którzy odpowiadają pozytywnie na pytanie: „czy rząd troszczy się o takich ludzi jak ja?”, ale z drugiej strony wzrósł procent ludzi zaniepokojonych stanem demokracji w Polsce. W efekcie oba zjawiska – zadowolenie i niepokój – się znoszą.

Każda partia ma okres, gdy wydaje się teflonowa – nic zdaje się jej nie szkodzić, złe skojarzenia do niej nie przywierają. PiS jednak bije rekordy poparcia już czwarty rok – czym to wytłumaczyć?

Kaczyński i jego ludzie mają, w oczach wielu wyborców, realne osiągnięcia. Został przełamany dogmat „niedasizmu” – obiecywano cud, ale on się nie pojawiał, w zamian było co najwyżej całkiem OK, przynajmniej niektórym. Natomiast pozostałym było „jako tako”. Tak wyglądał do 2015 r. przekaz partii zwycięskich, które broniły swej pozycji. Gdy posłuchamy obietnic Donalda Tuska z 2007 r., usłyszymy znacznie więcej, niż udało się Platformie zrobić w ciągu ośmiu lat jej rządów.

Tymczasem PiS przekonuje, że da się. Transfery socjalne jak 500+ i obniżenie wieku emerytalnego mają być tego najlepszym dowodem. Problem jest jednak głębszy. PiS zwrócił uwagę na to, że „pacjentowi” coś dolega, i trafnie rozpoznał kilka miejsc, gdzie go boli. Zaaplikował na to najprostsze lekarstwo – znieczulenie. Jego diagnozy są wątpliwe, a niektóre kuracje przeciwskuteczne. Niemniej sama terapia przeciwbólowa zadziałała i pacjent uwierzył, że poprawa może wystąpić na dłużej. Czy na trwałe – zobaczymy, ale dziś jest to istotny impuls społeczny.

Rządy PiS od 2015 r. stanowią więc pewne novum. Obiecano coś, co inni uznawali za niemożliwe, i to zrobiono. PiS oskarżał inne partie, że dbają tylko o siebie, i obiecywał zatroszczenie się o zwykłych ludzi. Kilka prostych decyzji: 500+, obniżenie wieku emerytalnego i podniesienie płacy minimalnej, stało się podstawowym źródłem wiarygodności tej partii. Opozycja straszy autorytaryzmem albo bankructwem państwa, ale przecież taka jej rola. PiS też straszył, że PO nie odda władzy pokojowo, i wcale się to nie sprawdziło.

Czyli walka z Trybunałem Konstytucyjnym i z niezależnością sądów i sędziów, skandale z zarobkami w NBP, projektem budowy dwóch wież przez spółkę Srebrna, lotami marszałka Marka Kuchcińskiego – wszystko to dla elektoratu nie ma znaczenia? Liczą się tylko transfery socjalne?

Ma znaczenie, ale nie przeważa.

Dziś wyborcy kupują, tak jak w przypadku złożonych ofert na rynkach finansowych, całe pakiety. Propozycja PiS zawiera poprawę życia „zwykłych ludzi” wraz ze zmianami ustrojowymi.

Tym drugim najgłośniej sprzeciwia się stary establishment – popierając partię, która przegrała ostatnie wybory. Nic nie wskazuje na to, by w ogóle zrozumiał on, dlaczego stracił władzę. „Zwykli ludzie” w małym stopniu podzielają przekonanie elit o niszczeniu demokracji i ich oburzenie zachowaniem polityków PiS. Poglądy elit i reszty społeczeństwa mogą być bardzo różne.

Dwa lata temu Chatham House przeprowadził badania w dziesięciu krajach UE, zadając te same pytania najpierw elitom i potem całym społeczeństwom. Okazało się, że w krajach Zachodu ich opinie rozmijają się zupełnie. Na przykład we Francji 2/3 elit (środowisk akademickich, menadżerów, ludzi z administracji) twierdziło, że żyje się im lepiej niż 20 lat temu, że imigracja wzbogaca kraj, że jedno państwo europejskie to wspaniałe rozwiązanie. Tymczasem w skali całego społeczeństwa wyniki były zgoła odmienne. Elitom łatwiej ujednolicić poglądy i wyobrażenia we własnym gronie, niż przekonać do nich ogół. Tyle tylko że – jak nietrudno się domyślić – łatwiej wygrać wybory, odwołując się do społeczeństw, a nie tylko do elit. W Polsce także – choć akurat w przywołanych badaniach rozdźwięk między elitą i resztą nie był u nas tak wielki.

Dlaczego?

Bo w polskim establishmencie jest również bardzo dużo ludzi, którzy negują wątpliwe dogmaty liberalnego credo. To dlatego PiS jest antyestablishmentowy jedynie retorycznie, nie ma chyba drugiej partii, która w klubie parlamentarnym miałaby tylu profesorów. W Samoobronie, partii prawdziwie antyestablishmentowej, był w klubie jeden człowiek po studiach.

Przed laty w Stanach Zjednoczonych na kierunkach takich jak psychologia społeczna zwolenników demokratów było trzykrotnie więcej niż zwolenników republikanów. Dziś ten stosunek wynosi aż 15 do 1. Tymczasem zwolennicy i sami politycy PiS są istotną grupą także na największych polskich uczelniach. Przypuszczam, że we Francji, na Sorbonie zwolennik Frontu Narodowego miałby problem ze znalezieniem promotora dla swojej pracy doktorskiej o tej partii, bo elity zdecydowanie wykluczają Front Narodowy z głównego nurtu życia publicznego. W Polsce jest inaczej – bo też i układ sił jest zupełnie inny. Dlatego błędem jest sytuowanie PiS w jednym szeregu z zachodnioeuropejskimi partiami antyestablishmentowymi i porównywanie go do takich organizacji jak Front Narodowy.

Ale przekaz PiS jest podobny.

Długo ignorowane problemy są podobne. Partie, które odwołują się do wyższych warstw społecznych, obiecywały technokratyczny raj, tymczasem zamiast tego wyszedł raj dla technokratów – a to nie to samo. Ludziom, którzy się do tego raju nie załapali, mówi się: „trudno, tak musi być”. PiS to zanegował, nie był marginalną partią, tylko główną siłą opozycyjną, która przejmuje władzę, gdy rząd jest źle oceniany. Nad Sekwaną był bunt żółtych kamizelek, a nad Wisłą są rządy PiS.

PiS to establishment w przebraniu zwykłych ludzi?

Nie zgodzi się z tym także większość Polaków. Podziały w Polsce są bardziej ustabilizowane i w konsekwencji partiom rządzącym i opozycyjnym wychodzi mniej więcej po równo. Choć jest też dodatkowy czynnik przesuwający równowagę – stereotypy. Nie jest przecież tak, że kierowcy czy portierzy nigdy nie zagłosują na PO. To media, zwłaszcza liberalne, wtłaczają partie opozycji w worek z napisem „wykształcony wielkomiejski elektorat”. Wysyłają tym samym do pozostałych wyborców sygnał, że to partie nie dla nich. Aż dziw, że przy takim przekazie PO i lewica mają więcej niż 15% poparcia i że głosuje na nich np. technik emeryt z mniejszej miejscowości. Naprawdę trudno pozyskać większość, głosząc tezę, że  jest się lepszym od tejże większości.

Czyli PiS ma największe poparcie, bo odwołuje się jednocześnie do większości społeczeństwa i do części elity?

Gdyby nie różne wariactwa i słabości tej partii, które niektórych odpychają, PiS mógłby mieć i 60% poparcia, z czego mało kto zdaje sobie sprawę.

Dla wielu wyborców zamiana Radka Sikorskiego na Antoniego Macierewicza, czy na odwrót, nie jest istotna przy podejmowaniu decyzji, na kogo głosować. Macierewicz był w pakiecie z 500+, a ten zestaw był dalej bardziej atrakcyjny niż to, co proponowała Platforma. PiS jest w korzystnym położeniu, bo w społeczeństwie ludzi o poglądach solidarnościowo-prawicowych jest więcej i do nich dostosowuje przekaz.

Bronisław Komorowski nazwał swoich zwolenników „racjonalnymi”, a tych po drugiej stronie „radykalnymi”. Czyli, według niego, jak ktoś nie zgadza się na ów raj dla technokratów, to jest po prostu nieracjonalny. Ten opis jest nie do zaakceptowania dla drugiej strony sporu politycznego, bo nikt nie chce być uznany za nieracjonalnego. Doprawdy, nie wiem, jak opisać ten podział, aby obie strony go przyjęły. Łatwiej zrobić to tak, że obie strony poczują się urażone.

No to spróbujmy.

„Jesteśmy lepsi od was, bo inaczej niż wy, nie uważamy innych za gorszych”… To hasło pasuje do obu stron tak samo jak: „Kurski, przeproś za brata”. Podział jest emocjonalny, bo odwołuje się do prostych wyjaśnień, dlaczego coś na świecie jest nie tak – dla jednej strony wyłącznym problemem godnym uwagi jest niewiedza, dla drugich zła wola, w szczególności nieuczciwość. Ciemnogród albo zmowa elit.

Mnie dziwi jednak, że przy takim przekazie i rozpętanych konfliktach nie tylko w Polsce, ale z instytucjami UE czy z Izraelem właściwie nikt z establishmentu nie odszedł od PiS – może poza Kazimierzem Ujazdowskim. Z popierania PiS wycofała się też Jadwiga Staniszkis – stanowiła jednak wyjątek.

Dlaczego ktoś miałby się konfliktować z partią, która ma władzę i poparcie społeczne? Druga strona nie bardzo przedstawia alternatywę pod względem personalnym i programowym. Obie strony konfliktu ponadto podgrzewają atmosferę sporu, żeby wykluczyć możliwość transferów – bo przecież rządząca partia też nie przyciąga liczących się polityków opozycji.

Gdy Jarosław Gowin odchodził z PO, to właściwie też go stamtąd wypychano, tymczasem PiS nikogo nie wypycha. Partia Kaczyńskiego przez wiele lat była w opozycji, przegrywała wybory za wyborami, jeśli więc wtedy ktoś nie odszedł, dlaczego miałby to robić teraz? Byliśmy razem, jak przegrywaliśmy, będziemy razem, gdy wygrywamy. Skazywanie się na kanapę nie jest takie oczywiste. Wielu ludzi narzeka po kątach, ale zaciska zęby i czeka. O ile wiem, przekaz wewnętrzny w tej partii jest taki, że jeszcze jeden zakręt, jeszcze jedna zmiana ustrojowa i będzie już dobrze.

Ale są projekty, które nie wyszły PiS – mieszkanie+, elektryczne samochody. Czy to nie ma wpływu na ocenę partii?

To właśnie wspominane wcześniej słabości, uniemożliwiające zdobycie poparcia większości.
W zasadzie sytuacja czeka na inicjatywę opozycji – pokazanie, że ma pomysł i drużynę, która będzie potrafiła wszystkie takie sprawy zrobić lepiej.

Jeden z komentatorów zauważył niedawno, że PiS to partia, która nie ma liberalnego skrzydła.

To nieprawda. Jarosław Gowin uchodzi za liberała w Zjednoczonej Prawicy. Myślę, że ci, którzy szepczą po kątach, odezwą się przy pierwszych problemach. Na razie siedzą cicho, bo Kaczyński potrafi rozgrywać ludzi. To go cieszy, on tym żyje i nad tym panuje.

Mówił Pan wcześniej o terapii przeciwbólowej PiS, która choć nie leczy, to przynosi ulgę – a co wymieniłby Pan jako realne osiągnięcie tych rządów, które trudno byłoby zanegować nawet przeciwnikom?

Sprawa uszczelnienia VAT jest pewnie jedynym zupełnie jednoznacznym przykładem. Samo 500+, gdy dotyczy już wszystkich dzieci, jest także prawdziwym otwarciem nowych możliwości dla wielu rodzin. Najważniejsze jest jednak samo przekonanie, że państwo działa już nie tylko na rzecz tych lepiej urządzonych. Niestety, kluczowym na to dowodem jest złość tych lepiej urządzonych, choć przecież oni nadal lepiej sobie radzą z omijaniem kolejek do lekarzy. Te kolejki wcale się przecież nie skróciły.

Czy czekają nas cztery następne lata z PiS?

Tego wcale nie powiedziałem, bo, powtarzam: jeszcze nie wiemy, jak zakończy się najbliższy pojedynek wyborczy. Konkurencja PiS też ma swoje mocniejsze punkty. Są regiony, w których PiS traci. W 2005 r. w kujawsko-pomorskim PiS wygrywał wybory parlamentarne bez problemu, a teraz w wyborach samorządowych zarówno w Toruniu, jak i w Bydgoszczy wyniki partii rządzącej i opozycyjnych były porównywalne. Zresztą w skali całego kraju wyniki wyborów samorządowych i tych do Parlamentu Europejskiego były dość wyrównane.

Oferta PiS ma zaś w sobie elementy, które gdzieniegdzie działają na niekorzyść partii. W centralnych mediach, z perspektywy Warszawy, obraz może wydawać się jednolity, ale z perspektywy lokalnej wcale tak nie jest. Pewne rzeczy umykają – np. to, że w 10 miastach powyżej 50 tys. mieszkańców, w których w 2014 r. PiS wygrał pod własnym szyldem, w 2018 r. utrzymał władzę tylko w jednym – w Stalowej Woli powtórnie wybory wygrał Lucjusz Nadbereżny, bardzo zdolny młody polityk. W pozostałych miastach bywało tak, że dotychczasowi prezydenci kłócili się z PiS i szli do wyborów samodzielnie, zwyciężając kandydatów tej partii. Lub też przegrywali z politykami opozycji.

Widać więc, że PiS nie do końca potrafi wykorzystać ten element zadowolenia, jaki pojawił się w społeczeństwie. Jak pisał Alexis de Tocqueville: w rewolucji, tak jak w powieści, najtrudniej wymyślić zakończenie. Kaczyński nie ma pomysłu na finał. To, że będzie wspaniale, już wiemy, ale jaki jest plan na dogadanie się z całą resztą osób na kluczowych pozycjach, która nie popiera PiS? Ponadto są sprawy, z którymi PiS sobie nie radzi i one czekają – odpalą jak nie teraz, to za cztery lata. Nie wierzę więc w opowieści, że gdy PiS teraz wygra, to stworzy autorytarne państwo i wszystko już będzie „pozamiatane”. Prawica tak straszyła za czasów PO, ale nic takiego nie miało miejsca. To są raczej ułudy rządzących, że „jak wygramy, to zdobędziemy takie narzędzia, że wszystkich ogramy”.

Ale co wtedy gdy ma się już pod sobą i prokuraturę, i sądy?

Myślenie, że można użyć wymiaru sprawiedliwości czy administracji państwa do niszczenia przeciwników politycznych, to ostatecznie strategia samobójcza.

Pokazały to ostatnie wybory samorządowe. Na 2,5 tys. gmin władza próbowała wpłynąć ostro na wybory raptem w dwóch gminach. To oczywiście karygodne, że próbowała, ale jednak skala mówi sama za siebie. Najważniejsze zaś jest to, że w obu przypadkach dostała od wyborców po łapach.

W Łodzi jedyne, co służbom specjalnym udało się znaleźć na prezydent Hannę Zdanowską, to fakt, że nielegalnie podżyrowała dawno spłacony kredyt swego konkubenta. Czyli w 700-tys. mieście wszystkie przetargi, zakupy ołówków, mebli itd. były czyste jak łza. Szczerze mówiąc, ja takiego dobrego wyobrażenia o polskim samorządzie nie mam… To więc pokazuje, że CBA nie umiała wykryć nic poza tym wnioskiem kredytowym. A efekt był taki, że Zdanowska dostała 70% głosów.

Teraz przenieśmy się do niewielkiego Działoszyna, także w województwie łódzkim. Tam burmistrzem z poparciem PiS był od lat Rafał Drab, ale pokłócił się z tą partią. PiS wystawił więc swoją kandydatkę, Mariolę Paśnik, zaś Drab, zgłaszając się w komisji wyborczej, podał, że wciąż jest z PiS, za co decyzją komisarza został wykluczony z wyborów. W efekcie na placu boju pozostała tylko kandydatka z PiS – w takiej sytuacji wyborcy mogą opowiedzieć się „za” lub „przeciw”. Tak się „wkurzyli” na decyzję komisarza, że 70% z nich głosowało przeciwko Paśnik i mimo że była jedyną kandydatką, to nie została wybrana. Burmistrza wyłoniła więc rada miasta, bo tak przewiduje kodeks wyborczy, a że większość w radzie mieli zwolennicy Draba – ten został ponownie włodarzem miasta.

Nie wierzę więc, aby kontrola nad wymiarem sprawiedliwości przesądzała o wyniku walki politycznej. PiS musiałoby mieć aparat zdolny do działania, a takiego nie ma. Jakieś naciski administracyjne były i zawsze będą. Na pewno partię rządzącą świerzbią ręce i powinna z tego powodu dostać po łapach. Wygląda jednak na to, że przypadek ministra Łukasza Piebiaka to przykład nie tylko na łatwość przekraczania granic, ale też na krótkowzroczność takich działań.

Czyli PiS nie jest perfekcyjną, bezduszną maszyną do niszczenia przeciwników politycznych?

W kraju ślepców jednooki jest królem. Prawda jest taka, że na tle konkurencji daje sobie radę, ale „szału nie ma”. Elementem stabilizującym jest układ polskiego elektoratu, który wygląda mniej więcej tak: jedna trzecia za władzą, jedna trzecia za opozycją, a jedna trzecia się przygląda i jak trzeba, daje po łapach. Ci ludzie mówią: był wymóg odsunięcia PO, to odsunęliśmy, jak trzeba będzie odsunąć PiS, też to zrobimy. Nie będzie więc jak w Meksyku, gdzie Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna rządziła kilkadziesiąt lat. Przypomnę, że za PO też straszono, iż sfałszowano wybory samorządowe, że rząd ogranicza dyskusję, bo nie dotuje opozycyjnych czasopism. I co? Nic. Notabene PiS jakoś nie bardzo bada sprawę tamtych „fałszerstw wyborczych”, co tylko utwierdza ludzi, że strachy opozycji zawsze są na wyrost. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

PiS zdołał opanować wiele instytucji. Czy opozycja, jeśli wygra, będzie mogła skutecznie rządzić z „wrogim” prezydentem, TK, służbami specjalnymi, prokuraturą itp.?

Na pewno będzie mogła powstrzymać większość pokus, które dziś demoralizują rządzących. Sama strata ministerialnych stołków i miejsc w radach nadzorczych to byłby przecież kubeł zimnej wody, skłaniający do myślenia, co poszło nie tak.

Czy PiS grozi stanie się partią władzy, tłustym, sytym i leniwym kotem?

Takie ryzyko istnieje. Bardzo wielu działaczy PiS urządziło się w państwowych spółkach, w administracji państwa i nie mają oni takiej woli walki jak wcześniej. Do tego dochodzi ryzyko arogancji. Konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego z Markiem Kuchcińskim nadaje się do pokazywania studentom jako przykład tego, jak nie należy reagować na kryzys. Kaczyński mówił mniej więcej tak: słuchamy was, chociaż się nie zgadzamy – czyli: ustępujemy, ale nie macie racji. To nie jest szczególnie sensowny przekaz. Przypominanie lotów Ewy Kopacz i Donalda Tuska kojarzy się z kolei z sytuacją, gdy Kopacz pytała Beatę Szydło: a wy nie jadacie ośmiorniczek? Nie bardzo jej to pomogło.

Do tego dochodzi pytanie o schedę po Jarosławie Kaczyńskim. On sam wysyła sygnały, że to może ostatnie wybory, w których bierze udział. Wszyscy zadają sobie pytanie, czy Zbigniew Ziobro, czy Mateusz Morawiecki…

Mnie bardziej interesuje, co myśli młode pokolenie polityków PiS, o których w dużych mediach jeszcze nie jest tak głośno. To wspomniany Nadbereżny, Marcin Horała, Paweł Szefernaker. Jak oni sobie wyobrażają szczęście? Wyrośli na samorządzie, są świadomi różnych patologii, ale też narzędzi, jakie daje władza. Czy widzą przyszłość tak jak ci, którzy, piszą paski w TVP Info i politykę rozumieją jako „ustawkę” na zasadzie: „nie musimy rozumieć, bo nienawidzimy”, czy też będą chcieli dyskutować, debatować z polityczną konkurencją i działać przy świadomości, że dziś są u władzy, lecz niedługo role się odwrócą.

Jaka więc będzie ta październikowa kampania wyborcza?

Obie strony próbują pokazać, że walczą z wcielonym złem, a tymczasem jest to pojedynek patałachów. Jak komuś coś wyjdzie, jest tak zachwycony, że zaraz zaczyna popełniać gafy. To jest więc walka na błędy. Przewidzieć wynik takiego starcia jest teraz bardzo trudno. Przypomnę, że latem 2007 r. PiS też rządził i prowadził w sondażach.

Jarosław Flis

Dr. hab., socjolog, profesor UJ, pracownik Instytutu Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej. Komentator polityczny i stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. W latach 1993–2003 pracownik administracji samorządowej i państwowej


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter