70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie emigruję. Zostaję

Przez lata przekonywano nas, że Kościół tworzą nie tylko osoby duchowne, ale że jesteśmy nim my wszyscy. Pora to wreszcie naprawdę usłyszeć. Najwyższy czas, by z przekonania, iż przysługuje nam miano obywateli Kościoła, wyciągnąć praktyczne wnioski.

Drogi J.,

dotarła do mnie informacja o Twoim – ufam, że nie definitywnym – zerwaniu z Kościołem rzymskokatolickim. Nie ukrywasz, że Twoja decyzja ma związek z emisją filmu Tylko nie mów nikomu. Dobrze rozumiem stan ducha, w jakim się znalazłeś; ja sam po obejrzeniu obrazu braci Sekielskich niemal wpadłem w depresję. Na własne oczy zobaczyłem bowiem zło, jakiego dopuszczali się niektórzy księża, korzystając przy tym ze statusu „pomocników” Boga, „zastępców” Chrystusa – i uświadomiłem sobie, że to, co ujrzałem, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. A działo się to wszystko w Kościele, który obaj kochaliśmy i traktowaliśmy jak „matkę”.

Powtórzę, co napisałem: rozumiem Cię doskonale, sądzę jednak, iż sam grzech ludzi Kościoła – nawet tak straszny, że aż „wołający o pomstę do nieba” – nie skłoniłby Cię do odejścia. Zbyt dobrze pamiętam nasze rozmowy po lekturze Świętego Kościoła grzesznych ludzi pióra nieodżałowanego ks. Jana Kracika i Twoją żarliwą (nierzadko podejmowaną również publicznie) obronę Eklezji: wspólnoty, którą ustanowił sam Chrystus.

Domyślam się zatem, że decydującą rolę w porzuceniu przez Ciebie Kościoła (pojmowanego przede wszystkim jako instytucja) odegrał sposób, w jaki jego hierarchia reagowała na zło popełniane przez osoby duchowne. Podejrzewam, że – widząc cały system tuszowania pedofilii – „poczułeś w końcu wstręt, odrazę i niepohamowaną złość” (to cytat z jednego z listów, zamieszczonych ostatnio w internecie; pokazałeś mi go, mówiąc, że w pełni się z nim solidaryzujesz). Że straciłeś do Kościoła zaufanie. Że masz go już dosyć!

Nie ująłbym tego aż tak ostro, niemniej – przyznaję to – także i we mnie w tych dniach przelała się przysłowiowa czara goryczy. Napełniała się ona powoli, przez lata dość intensywnych kontaktów z Kościołem instytucjonalnym. Aż w końcu zrozumiałem, że nie jestem mu do niczego potrzebny (rzecz jasna, poza poprawianiem statystyk i byciem potencjalnym klientem tego specyficznego „zakładu usług” w branży duchowości). Że on nawet nie ma ochoty mnie wysłuchać; że w ogóle nie jest ciekaw, kim jestem (mówiąc o sobie, mam oczywiście na myśli wielu z nas, szeregowych członków Kościoła – i nie chodzi tu wyłącznie o ludzi świeckich).

Pomimo to – inaczej niż Ty – nie zamierzam z Kościoła odchodzić. Chcę w nim pozostać, bo głęboko wierzę, że – bez względu na grzechy popełniane przez jego „funkcjonariuszy” i obecne w wielu jego strukturach – wciąż jest on wybraną i kochaną „oblubienicą” Chrystusa.

Przekonuje mnie – zasłyszana kiedyś z ust ks. Tomáša Halíka – wizja Jezusa stojącego nad brzegiem Jeziora Galilejskiego i namawiającego apostołów, zmęczonych i wściekłych z powodu nieudanego całonocnego połowu ryb, by podjęli jeszcze jedną próbę. „Można by się spodziewać, że każdego, kto by im tak mówił (…), raczej zrugają i przegonią. Właściwie powinni Mu powiedzieć, żeby sobie poszedł. Ale [oni] mówią: »Ze względu na Twoje imię«, ponieważ to Ty nam to mówisz – spróbujemy raz jeszcze”.

Czuję się dzisiaj jak ten galilejski rybak. Patrząc po ludzku, myślę, że nie warto w tym Kościele pozostać, ale skoro Ty, Panie, o to prosisz…

Ale jest jeszcze drugi powód mojej tu obecności. Pamiętam schyłek PRL-u i kolegę namawiającego nas obu na emigrację. Obaj w końcu zostaliśmy w Polsce – i stało się tak przecież nie tylko (i nie przede wszystkim) dlatego, że baliśmy się zaczynać od nowa. Chodziło o coś więcej…

Dziś również pojawia się przede mną pokusa duchowej emigracji. Nie skorzystam z niej choćby po to, by – ramię w ramię z papieżem Franciszkiem, z wnętrza, a nie tylko jako zewnętrzny obserwator – pomóc Kościołowi, ażeby przestał przypominać „jaskinię zbójców” i na powrót stał się wiarygodnym świadkiem Ewangelii.

Przez lata wtłukiwano nam katechizmową prawdę, że Kościół tworzą nie tylko osoby duchowne, ale że jesteśmy nim my wszyscy. Pora to wreszcie naprawdę usłyszeć – i to nie tylko w kontekście przykazań kościelnych (przypominających, że „wierni są zobowiązani dbać o potrzeby Kościoła”). Najwyższy czas, by z przekonania, iż przysługuje nam zaszczytne miano obywateli Kościoła, wyciągnąć praktyczne wnioski.

Kościół – lud Boży, za który swe życie oddał Jezus Chrystus – to sprawa zbyt poważna, abyśmy mieli ją pozostawić w rękach samych tylko księży i biskupów.

Proszę, przemyśl to raz jeszcze. I wróć do nas! Kościół bez Ciebie – bez Twojej prawości i bezkompromisowości – jest dużo uboższy.

J.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter