70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Wygrana wojna pamięci z historią

30 lat temu skończył się w Polsce komunizm – albo i nie. Pewne natomiast jest, że od 30 lat polscy intelektualiści od lewa do prawa fascynują się polską pamięcią, jej meandrami i mechanizmami zapominania. Nie historią, ale pamięcią właśnie. To ona, często w sposób zupełnie niedorzeczny i niezgodny z faktami, organizuje nasze myślenie o przeszłości.

Wydaje się, że u progu trzeciej dekady XXI w. z powyższym twierdzeniem nie powinno być żadnych problemów. Już Hegel zauważył, że niemiecki wyraz Geschichte (historia) zawiera w sobie zarówno pojmowane czysto faktograficznie zdarzenia mające miejsce w przeszłości (res gestas), jak i zupełnie subiektywną, tworzoną przez historyków opowieść o nich (historiam rerum gestarum). Jedno z drugim jest nierozerwalnie złączone. Nie ma historii bez opowieści o niej. Suche fakty nie wpływają na ludzkie emocje i są zupełnie bezużyteczne z punktu widzenia (tu jeszcze jedno ciekawe pojęcie) polityki historycznej. Dlatego byłem zdumiony, gdy dwa lata temu, będąc w Muzeum Powstania Warszawskiego na debacie zatytułowanej Pamięć powstań – prawda, fałsz i polityka, słyszałem, jak jeden z panelistów, dr Łukasz Michalski, gorączkowo wymieniał liczby polskich ofiar poległych na różnych frontach II wojny światowej, dodawał do tego ofiary cywilne i liczbę Polaków zabitych w obozach koncentracyjnych. Powód? Należne nam – jako narodowi – miejsce w panteonie ofiar, nie za narodem żydowskim, lecz obok niego. Wspominam o tym nie bez przyczyny, bowiem w tamtej wypowiedzi widać było rozdarcie pomiędzy res gestashistoriam rerum gestarum właśnie. Zgłaszając nas do udziału w dość upiornej, choć typowej dla Europy Wschodniej sztafecie, w której narody prześcigają się w tym, kto doznał większej krzywdy, dr Michalski dokonywał dwóch sprzecznych gestów. Z jednej strony chciał zaufać liczbom, które przecież powinny dawać obiektywy obraz krzywd doznanych przez naród polski. Z drugiej, sam fakt budowania narracji w ten sposób, kładzenie dominanty na należne nam miejsce w panteonie ofiar i brak zgody na znaną z Niemiec „politykę wstydu”, zakorzeniony był w subiektywnej i pochodzącej z XIX w. narracji o Polsce jako zbawicielce narodów. Finalnie można powiedzieć, że była to wypowiedź stricte polityczna. Liczby miały jedynie uprawomocnić żądanie uznania ofiary. Res gestas stała się służebnicą wobec rerum gestarum.

Od śmierci Hegla namysł nad tym, czy historia jest bardziej dziedziną nauki czy sztuki, trwa w najlepsze i bez wątpienia stanowi asumpt do rozmowy o polskiej pamięci. Zwyczajowo (choć zwyczaj ten trwa od XIX w., gdy historycy zainteresowali się historiografią antyczną) obu nurtom przypisuje się dwóch patronów.

Historii pojmowanej jako nauka, niczym nieróżniąca się od nauk przyrodniczych, patronuje Tukidydes, zaś nad historią rozumianą jako jeszcze jeden gatunek literacki czuwa Herodot z Halikarnasu.

Rozdźwięk pomiędzy oboma autorami jest zasługą współczesnych egzegetów, którzy, chcąc pokazać ewolucję greckiej refleksji nad historią, przypisali twórczości Herodota rolę etapu przejściowego, niezbędnego dla ówczesnych wyżyn jakości myślenia historycznego, na jakie miał się wspiąć dopiero autor Wojny peloponeskiej. Herodota słusznie uznano za autora przesiąkniętego wpływami tradycji homeryckiej. Czy jednak jego dzieło – wciąż czytane i przetwarzane przez kulturę – na tym traci? Więcej, czy mimo że żyjemy w XXI w., jesteśmy w stanie tworzyć w miarę obiektywne ciągi przyczynowo-skutkowe, silić się na obiektywność i poruszać po skomplikowanej mapie hiperboli, wyparć i zaprzeczeń tworzonych przez naszą pamięć? Czy różni nas cokolwiek od Herodota, który wierzył we wdzięczność i gniew bogów?

 

Gorąca i zimna pamięć
Odpowiedzi na dwa z powyższych pytań muszą być negatywne. Moglibyśmy mnożyć pary naukowców, które przez wieki zastępowały w tych rolach antycznych twórców – choćby wstawiając w ich miejsca Carla G. Hempela i zmarłego w zeszłym roku HaydenaWhite’a – a nie zmieni to najbardziej podstawowych faktów.

Nasza wyobraźnia historyczna jest ułomna, rządzi nią logika „gorącej i zimnej pamięci”, jak pisał Charles S. Maier. W zatytułowanym w ten sposób eseju amerykański historyk zastanawia się, dlaczego intuicyjnie zbrodnie nazizmu wydają mu się „gorsze” od tych komunistycznych, mimo że dysponuje danymi o ich skali i okrucieństwie. Żeby odpowiedzieć na to pytanie, Maier wykorzystuje język fizyki nuklearnej: dostrzega różnicę między arcydługim, trwającym ok. 80 mln lat (sic!) połowicznym rozkładem plutonu (analogia to niemal 100 lat trwania komunizmu w Europie Wschodniej) a rozkładem izotopu trytu, który trwa raptem 12 lat (panowanie nazistowskich Niemiec w Europie). Wniosek jest prosty: Holokaust, trwający relatywnie krótko, był kulminacją eugenicznej gorączki trawiącej Europę i punktem zwrotnym w historii świata. Ba, przysłonił sobą całą historię nazistowskich Niemiec do tego stopnia, że do dziś wielu Amerykanów wierzy w to, że USA walczyło w Europie właśnie po to, aby położyć kres Shoah. Tymczasem mimo licznych świadectw i dzieł literackich (Aleksandra Sołżenicyna, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy Nadieżdy Mandelsztam) zbrodnie komunizmu ani niczego nie zaczęły, ani nie skończyły. Co więcej, można odnieść wrażenie, że ich ofiary często były dobierane naprędce, na potrzeby aktualnej polityki ZSRR (tu za przykład może posłużyć Hołodomor, który wszak w liczbie ofiar nie ustępuje Holocaustowi), w przeciwieństwie do Żydów, będących obiektem hitlerowskiej nienawiści od czasu publikacji Mein Kampf, na długo przed dojściem nazistów do władzy. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter