70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Timothy H. O'Sullivan / Library of Congress

Wojna jest fotografią

„Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka” – pouczał kiedyś jeden z największych w dziejach dyktatorów, świadomy potencjału socjotechniki. I pewnie dlatego przykładał tak wyjątkową wagę do możliwości narzucenia własnej, zazwyczaj propagandowej, narracji o konflikcie dzięki fotografii, filmom oraz literackim i reporterskim tekstom. Ikoniczne zdjęcia odbijają się w naszej pamięci o wiele intensywniej niż daty, miejsca bitew czy nazwiska dowódców armii. Ale czy zawsze znamy całą historię, jaka kryje się za ich powstaniem?

Lipiec 1863 r., Gettysburg, grupa skał zwana Jaskinią Diabła, ciało młodego żołnierza konfederatów poległego w najkrwawszej bitwie wojny secesyjnej. Ze względu na ograniczone możliwości techniczne sprzętu fotograficznego uwiecznianie pobojowisk i trupów jest w zasadzie jedyną dostępną w tym momencie formą pokazania grozy wojny. Znany szkocki fotoreporter Alexander Gardner tytułuje swoje dzieło Dom rebelianckiego snajpera, dając wspaniały dowód potęgi emocjonalnego ładunku fotografii. Zdjęcie budzi powszechny zachwyt swoją kompozycją, wymową bezpańskiego karabinu, rozrzuconym ekwipunkiem żołnierskim i bezsensownością śmierci młodego człowieka. Gardner spekuluje, że rozchełstany konfederacki mundur to dowód, że żołnierz umierał powoli, myśląc o swojej rodzinie. Wracając cztery miesiące później na pole bitwy, fotoreporter relacjonuje, że ciało wciąż leży niepogrzebane, a karabin spoczywa w tym samym miejscu – cóż za przejmujący dowód na samotność umierania w tym zapomnianym przez ludzi zakątku, gdy rodzina nieszczęśnika wciąż łudzi się, że zaginiony powróci do domu! Dopiero 100 lat później drobiazgowy historyk William Frassanito będzie w stanie udowodnić Gardnerowi fałszerstwo. Ciało żołnierza pierwotnie leżało kilkadziesiąt metrów dalej. Po zrobieniu mu kilku innych zdjęć fotoreporter wraz ze swoim asystentem Timothy O’Sullivanem dostrzegli bardziej malownicze miejsce, po czym zdecydowali się przeciągnąć tam trupa (prawdopodobnie na kocu), aby nadać fotografii bardziej dramatyczny wydźwięk. Mężczyzna był żołnierzem piechoty, a jego karabin z całą pewnością nie był bronią snajperską. Niemożliwe było też, aby przez kilkanaście tygodni nikt nie odnalazł i nie pogrzebał ciała, a już na pewno nie uchowałaby się w tym miejscu sprawna broń. Jedno z najsłynniejszych zdjęć amerykańskiej wojny domowej stanie się również dowodem na to, że nieprzeparta pokusa udramatyzowania rzeczywistości towarzyszy (foto)reporterom od zawsze. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter