70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jiangang Wang/Moment/Getty

Jak uniknąć codziennych nałogów

Nałogi behawioralne są tak powszechne, ponieważ rozwijają się w reakcji na codzienne, zwyczajne warunki egzystencji, które nieraz sami sobie fundujemy, nie potrafiąc zadbać o właściwą higienę życia.

Dominika Kozłowska: Badania przeprowadzone przez CBOS w 2015 r. wskazują, że dla blisko 1/5 Polaków (19,1%) uzależnienie od pracy stanowi rzeczywisty problem, a w przypadku ponad 1/3 ankietowanych (36,2%) można mówić o zagrożeniu wystąpieniem takiego problemu. Kto jest najbardziej narażony na pracoholizm?

Jacek Prusak: Z różnych badań psychologiczno-socjologicznych wynika, że pod względem podejścia do pracy ludzie dzielą się na trzy grupy. Do pierwszej należą osoby, które traktują pracę w kategoriach zarobkowych: niekoniecznie robią to, co lubią, lecz to, co zapewnia im środki do życia i do realizacji innych wartości. Są to najczęściej pracownicy fizyczni, ale od pewnego czasu – również ludzie z wyższym wykształceniem. Druga grupa to ci, którzy pracę traktują jako przestrzeń rywalizacji. Rozwijają swoje kwalifikacje po to, żeby uzyskać wyższy status społeczny i lepsze miejsce w hierarchii zawodowej. Dla nich liczy się awans, bo jest to społecznie sankcjonowany sposób budowania poczucia własnej wartości, godności, sprawczości. Natomiast w trzeciej grupie znajdują się osoby traktujące pracę w kategoriach powołania. Okazuje się, że to właśnie ta klasa jest najmniej podatna na uzależnienie. Dla nich praca nie jest celem, lecz wartością. Przy czym, chcę podkreślić, powołanie nie musi iść w parze z pozycją społeczną. Bardzo ciekawe badania przeprowadzono w kilku szpitalach wśród personelu różnego szczebla. Wydawałoby się, że ze względu na status społeczny największym dobrostanem psychologicznym cieszą się lekarze. Okazało się jednak, że najsilniejszą satysfakcję przeżywali salowi.  Deklarowali oni zadowolenie także z dobrowolnego zaangażowania poza godzinami zatrudnienia, kiedy działali w poczuciu, że wnoszą w życie pacjentów coś ważnego, np. upiększając szpitalne sale. Mimo że mieli niskie zarobki, osiągali najwyższe wskaźniki dobrostanu.

 

Jakie są objawy uzależnienia od pracy?

Bywa, że okresowo spędzamy w pracy 12, a nawet więcej godzin, i to wcale nie musi być niepokojące. Czasami jest to powiązane z pasją, innym razem to konieczność. Badania pokazują jednak, że na Zachodzie w stosunku do pracy zaszła pewna zmiana. Otóż coraz więcej osób wiąże pracę z osobistym rozwojem – najlepiej, żeby była nie tylko sposobem utrzymania się, lecz także środkiem do tworzenia więzi i sensu życia, uczenia się, realizowania siebie. W ankiecie przeprowadzonej wśród 6 tys. osób reprezentujących ogół ludności jedna osoba na cztery spontanicznie wymieniała pracę jako źródło szczęścia. Połowa badanych uważała, że w ich pracy przeważają aspekty pozytywne; a procent ten rósł wraz z kwalifikacjami (70% wśród kadry zarządzającej, 30% wśród robotników niewykwalifikowanych). To samo badanie pokazało, że grupy najbiedniejsze (prekariusze i bezrobotni) czyniły z pracy jeden z najważniejszych warunków szczęścia (badania za: Christophe André, I nie zapomnij być szczęśliwy. ABC psychologii pozytywnej).

Jeśli więc miałbym szukać kryteriów różnicujących pracoholizm i bycie entuzjastą pracy, powiedziałbym, że entuzjasta to osoba, która traktuje pracę jako powołanie, ale nie główny cel życiowy.

Entuzjasta to człowiek, który w pracy doświadcza tzw. przepływu, czyli flow. Większość ludzi rzadko jednak przeżywa na co dzień taki entuzjazm, któremu towarzyszy zapomnienie o sobie, poczucie dobrostanu i kreatywności. Częstszym doznaniem jest nuda lub stres. Ponadto pracoholik jest skupiony na realizacji celów kosztem samego siebie i innych ludzi. Praca negatywnie wpływa na jego zdrowie i stosunek do świata. Myślę, że ważną kwestią w ocenie podejścia do pracy jest to, jak formułujemy i oceniamy w niej swoje „dokonania”. Carol Dweck, psycholożka z Uniwersytetu Stanforda, uważa, że ludzie różnią się w zależności od „ukrytego postrzegania” tego, czym jest talent i skąd się bierze. Otóż z jej badań wynika, że osoby „nastawione na trwałość” zakładają, że zdolności są wrodzone; z kolei wierzący w teorię rozwoju są przekonani, że one ewoluują za sprawą wyzwań oraz pracy. Zwolennicy teorii trwałej mają więc skłonność do traktowania wyzwań jako sytuacji, w których muszą się wykazać swoimi wrodzonymi zdolnościami. Porażka to dla nich „wyrok” – próbowali pokazać, jacy są dobrzy, ale temu nie sprostali, dlatego boją się jej panicznie. Z kolei zwolennicy teorii rozwoju uważają, że zdolności nabywa się za sprawą radzenia sobie z wyzwaniami, a zatem porażkę interpretują jako dowód na to, że doszli do aktualnych granic swoich możliwości. Z większym prawdopodobieństwem znajdziemy więc „niewolników pracy” w pierwszej grupie, gdyż perfekcjonizm karmi się strachem wynikającym z dążenia za wszelką cenę do uniknięcia niepowodzenia. W swojej skrajnej postaci pracoholizm jest wyczerpującym i stale stresującym sposobem na życie.
Ewa Woydyłło wyróżnia m.in typ pracoholika troskliwego, który bierze na siebie wszystko, nie licząc się z własnymi możliwościami, potrzebami. Nieraz poświęca się dla innych aż do całkowitej utraty zdrowia.

Najczęściej rozpoznajemy pracoholizm za sprawą cierpienia bliskich, którzy skarżą się na utratę więzi z uzależnioną osobą. Trudniej o takie rozpoznanie w przypadku osób żyjących samotnie, np. księży lub pracowników na misjach, albo w sytuacjach gdy nie sposób wyznaczyć wyraźnej granicy między pracą a życiem pozazawodowym, jak w firmach rodzinnych lub jednoosobowych działalnościach gospodarczych. Wtedy objawem może być np. depresja. Problem polega na tym, że powołanie charakteryzujemy m.in. poprzez niewyznaczanie ostrych granic dla swojego zaangażowania. Od księdza oczekuje się, że przyjmie potrzebującą osobę niezależnie od godzin pracy kancelarii. To samo dotyczy nauczyciela – chcielibyśmy, aby słabszym uczniom poświęcał więcej czasu i nie oczekiwał w zamian dodatkowego wynagrodzenia. Nie mówiąc już o lekarzu. Takie oczekiwania wpisane są w te zawody. Niemniej jednak nie chodzi tu o pracę bez wytchnienia, gdyż taka naraża na wypalenie i zmęczenie współczuciem.

 

Z cytowanych już badań wynika, że pracoholizm często wiąże się z pracą na własny rachunek. Wyższy w porównaniu z innymi poziom zagrożenia notujemy w Polsce również wśród kadry kierowniczej i specjalistów z wyższym wykształceniem (46,7%). Podobne zależności obserwujemy także w innych rozwiniętych gospodarkach. Jak to tłumaczyć?

Po części wynika to z kultury świata korporacji, nastawionej na rozwój poprzez rywalizację. Stawia on na kreatywnych liderów, a więc osoby gotowe do wyznaczania swojej organizacji wielkich, śmiałych celów. „Szeregowi” pracownicy są zachęcani, a czasami zobowiązani, do definiowania własnych zadań w pracy, często według tzw. logiki „SMART”. Cel ma być: skonkretyzowany, mierzalny, osiągalny, realny, określony w czasie. Badania ankietowe zamówione przez Steve’a Shapiro (Goal-free Living, 2006) na próbach złożonych z dorosłych Amerykanów pokazały, że 41% ludzi przyznało, iż osiąganie celów nie sprawiło, że stali się szczęśliwi albo że przyniosło im rozczarowanie, a 18% powiedziało, że zniszczyło im przyjaźń, małżeństwo czy inny znaczący związek.

Co więcej, 36% przyznało, że im więcej celów sobie stawiali, tym bardziej czuli się zestresowani – chociaż 52% zaznaczyło, że jednym z ich wyzwań jest zmniejszenie stresu w życiu. W samych celach nie ma nic złego. Życie pozbawione odniesienia do nich jest bezsensowne. Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy wyznaczamy sobie takie cele, które definiują naszą osobę już „na dobre”. W 1996 r. w trakcie zdobywania Mount Everestu zginęło piętnaścioro alpinistów, w tym ośmioro podczas 24 godzin, które opisał jeden z uczestników tej wyprawy, himalaista i dziennikarz Jon Krakauer w książce Wszystko za Everest. Christopher Kayes poświęcił wiele czasu, aby wyjaśnić, dlaczego doszło do tragedii. Sam pochodził ze świata korporacji i w oparciu także o własne doświadczenia z pobytu w Himalajach w czasie kiedy doszło do owej tragedii, doszedł do wniosku, że ludzie za bardzo nastawieni na cele nie potrafią rozróżnić, co jest dla nich pożyteczne, a co szkodliwe.

Gubi nas, gdy wyzwanie staje się dla nas celem samym w sobie. Tracimy wówczas zdolność oceny niebezpieczeństwa, nie potrafimy spojrzeć z dystansu na to, co chcemy osiągnąć, i zastanowić się, kim będziemy, jeśli tego nie zrobimy. Syndrom ów nazwa się „celodyceą”. Nasze zamierzenia, również te zawodowe, zawsze musimy widzieć w kontekście szerszej hierarchii wartości w naszym życiu. Szczycimy się tym, że w Polsce wiele osób pracuje na własny rachunek, że jesteśmy tak bardzo przedsiębiorczy. Zapominamy jednak o drugiej stronie medalu – przegoniliśmy już Amerykanów i Japończyków, jeśli chodzi o ilość czasu spędzanego w pracy. Nie jest to jednak powiązane ze wzrostem PKB, lecz wynika z traktowania pracy w kategoriach udowodnienia sobie i światu, ile jesteśmy warci. Jest to oparte na ogromnych kompleksach i narcyzmie, a problem ten dotyka szczególnie średnie pokolenie. I wcale nie ma to wiele wspólnego z cnotą pracowitości, lecz z szerszym problemem kulturowym i duchowym, który objawia się epidemią uzależnień behawioralnych. Warto więc pamiętać o rozróżnieniu Paula Gilberta na dążenia do osiągnięć opartych na zagrożeniu i tych ufundowanych na wartościach. Powinniśmy dążyć do jakiegoś celu dlatego, że jest on dla nas ważny, a nie dlatego, że chcemy uciec przed obawą o własną pozycję na drabinie społecznej.

 

Poza omawianym pracoholizmem coraz powszechniejsze jest uzależnienie od Internetu lub hazardu – to obecnie jeden z najpoważniejszych problemów społecznych. Jakie są ich podłoża?

Nasz mózg może się uzależnić od wszystkiego. Cokolwiek jest źródłem satysfakcji, a więc stymuluje tzw. układ nagrody, staje się potencjalnym czynnikiem uzależnienia. Dziś podczas niektórych konferencji naukowych blokowany jest dostęp do Internetu, ponieważ nawet naukowcy nie potrafią już w skupieniu wysłuchać wykładów. A nie są to przecież dzieci, które nie mogą się powstrzymać od korzystania z komórki. Analizowałem przypadek prawniczki, która w ramach terapii behawioralnej miała za zadanie zamknąć telefon w szafce na klucz na trzy godziny przed snem. Doszła bowiem do takiego etapu, że czuła przymus przeglądania Facebooka nawet podczas rozprawy w sądzie. Jessica Tracy, profesor z University of British Columbia, uważa „iPhonofilię”, a więc przymus ciągłego zaglądania do smartfona, aby sprawdzić maile, esemesy czy nowe powiadomienia na Facebooku, za plagę społeczną XXI w. Z gabinetu i ze spowiedzi wynoszę dwa przekonania: po pierwsze, ludzie przez większość dnia są rozproszeni, a po drugie – zestresowani lub znużeni. Przy czym obydwa te czynniki są ze sobą powiązane.

 

W jaki sposób dochodzi do ich sprzęgnięcia?

Ludzie są przebodźcowani dlatego, że są zestresowani, albo zestresowani dlatego, że są przebodźcowani. Nie mówimy tu o żadnych przełomowych, traumatycznych doświadczeniach, które leżą u podstaw rozwoju innych uzależnień. Nałogi behawioralne są tak powszechne, ponieważ rozwijają się w reakcji na codzienne, zwyczajne warunki egzystencji, które nieraz sami sobie fundujemy, nie potrafiąc zadbać o właściwą higienę życia.

Stres jest uczuciem przykrym, więc dążymy do tego, aby zamienić je na doznanie pozytywne. I wtedy odruchowo sięgamy po audiowizualne pobudzacze, które stymulują ośrodki odpowiedzialne za uczucie nagrody. Dawniej prowadzono badania, ile czasu człowiek spędza przed telewizorem.

Dziś takie klasyczne podejście nie ma już sensu, ponieważ monitory otaczają nas wszędzie: w domu, w pracy, w sklepie, na ulicy, a nawet w pociągu w specjalnej strefie ciszy. A ponieważ nowe technologie wykorzystują wiedzę o działaniu mózgu, to mechanizm uzależnienia działa przy nich podobnie jak w przypadku przyjęcia substancji psychoaktywnej. Niektórzy naukowcy podkreślają również, że uleganie takim „pokusom” ma jakiś związek z tendencją do niedoceniania siły pierwotnych popędów, szczególnie gdy tkwimy w stanie określanym jako cold state: bez impulsów wywoływanych przez głód, seksualne pobudzenie, złość. „To tylko nieszkodliwa zabawa” – mówimy sobie, a potem nie potrafimy się już oderwać od monitora.

 

W ostatniej klasyfikacji ICD10 uzależnienia behawioralne zostały uznane za zaburzenia nawyków

i popędów. Co sprawia, że rozwijamy w sobie takie zachowania, które okazują się dla nas szkodliwe?

Badania potwierdzają, że większość ludzi deklaruje, iż chciałaby mieć silniejszą wolę i lepszą kontrolę nad swoim życiem. I rzeczywiście zazwyczaj przyczyną, dla której robimy rzeczy, jakich nie chcemy, jest brak samokontroli. Stres wyczerpuje zapasy silnej woli, co zmniejsza zdolność kontrolowania impulsów. Spójrzmy na to przez pryzmat siedmiu grzechów głównych: wszystkie one, z perspektywy psychologicznej, są objawem braku samokontroli. Roy Baumeister uważa, że samokontrola jest „mistrzynią cnót”, i choć podkreśla, że powściągliwość jest jak mięsień (im częściej jej używamy, tym staje się mocniejsza), to równocześnie przestrzega, że w taką pracę nad sobą wpisane są ograniczenia. Jeśli w danym dniu stosujemy samokontrolę w jednej sytuacji, to w drugiej jesteśmy mniej skłonni oprzeć się pokusie.

Gdyby przyczyny uzależnień analizować na jeszcze głębszym poziomie, okaże się, że są one związane z presją społeczną, polegającą na przymusie dobrego samopoczucia. Smutek, znużenie traktowane są w kategoriach choroby, niezależnie od ich przyczyn. Ludzie uczą się więc ukrywać te uczucia, a chowając je przed innymi, z czasem nabierają nawyku skrywania ich także przed samymi sobą, i to również napędza spiralę uzależnień. Kult pozytywnego myślenia opiera się na przekonaniu, że porażka jest jedynie twoją winą. Możesz osiągnąć wszystko, musisz tylko wiedzieć jak i mieć wystarczająco silną wolę. Bardzo popularna amerykańska psycholożka Angela Duckworth uważa, że za sprawą uporu można osiągnąć wszystko, a ten jest przecież przejawem samoregulacji. Jeśli ktoś myśli w takich kategoriach – a to podejście nie należy dziś do rzadkich – samokontrola urasta niemalże do rangi boskiego atrybutu. Ludzie oczekują od siebie coraz więcej, co oznacza więcej samokontroli przy coraz mniejszych zasobach: czasu, snu, dbałości o jakość jedzenia.

Problemem większości ludzi nie jest brak celów, lecz raczej zbyt duża ich liczba. Dzienna lista zadań menedżera często zawiera więcej spraw, niż dałoby się wykonać w tydzień.

Ale także np. sprzedawcy w sklepach są dziś przeciążeni. W przypadku pracowników fizycznych nie jest to może kulturowo nowa jakość. Nowe jest natomiast to, że warunki regeneracji, jakie stwarzamy sobie po pracy, nie służą wzmocnieniu zasobów i zbudowaniu dystansu wobec tych wszystkich celów i zadań.

 

Uzależnienie objawia się utratą kontroli nad własnym życiem. Tymczasem mówisz o pułapkach związanych z poszukiwaniem większej kontroli.

To tylko pozorny paradoks. Skuteczna terapia uzależnień staje się możliwa dopiero wówczas, gdy człowiek przyzna się sam przed sobą, że nie ma kontroli nad własnym życiem. Zwykle rozumiemy to tak, że terapia ma pomóc nam taką kontrolę odzyskać albo sprawić, byśmy mieli jej jeszcze więcej. Zakładamy przy tym, że to właśnie niewystarczająco silna wola jest jedną z przyczyn nałogu. Tymczasem w rozpoznaniu, które daje początek uzdrowieniu, chodzi o uznanie, że mamy prawo nie mieć kontroli nad życiem. Szeroko rozwija to wspomniany już Baumeister w książce Siła woli, gdzie analizuje znaczenie samokontroli przy równoczesnym oddaniu się tzw. sile wyższej. Opisuje historie życia Erica Claptona i amerykańskiej poetki Mary Karr, którzy mieli bardzo traumatyczne dzieciństwo. Ich życie – podobnie zresztą jak życie innych osób – zaczęło się realnie zmieniać w momencie, kiedy oddali nad nim kontrolę, a nie kiedy próbowali ją zachować. Wiemy z badań, że religia wpływa na dwa centralne mechanizmy, na których bazuje samokontrola: budowanie siły woli i poprawę monitoringu. „Święta samokontrola” ma jednak jeszcze jeden niespodziewany efekt w kontekście tego, o czym rozmawiamy. Z badań wiemy, że religia redukuje wewnętrzne konflikty dotyczące sprzecznych celów i wartości, a sprzeczne cele hamują samoregulację. Wynika z tego, że religia może pomagać w profilaktyce i leczeniu zaburzeń behawioralnych.

 

W jaki więc sposób uniknąć pułapek, które mogą prowadzić do uzależnienia?

W literaturze psychologicznej wskazuje się na kilka wypróbowanych sposobów: (1) pracę nad zdrowymi nawykami, (2) utrzymywanie właściwego poziomu glukozy, (3) wsłuchiwanie się w wewnętrzny głos, (4) ćwiczenie samokontroli, (5) napinanie mięśni, (6) sformułowanie konkretnego planu działania oraz (7) odwracanie uwagi. W terapii behawioralnej uzależnienia traktuje się jako wyuczone i szkodliwe dla nas nawyki. Wyrabianie zdrowych w miejsce złych wymaga codziennej praktyki, utrzymywanej systematycznie przez co najmniej 66 dni. Druga ścieżka związana jest z dbałością o fizjologię. Często lekceważymy znaczenie tego czynnika.

A tymczasem im więcej trudnych rzeczy od siebie wymagamy, tym bardziej siła naszej woli narażona jest na wyczerpanie – należy więc o nią zadbać, a ściślej, o właściwy poziom glukozy w naszej krwi. Każda trudna decyzja obniża bowiem jej natężenie, co z kolei osłabia naszą samokontrolę i przy kolejnych wyzwaniach czyni nas bardziej podatnymi na pokusy. Baumeister zwraca uwagę, że aby utrzymać siłę naszej woli, powinniśmy jeść pokarmy z niskim indeksem glikemicznym, tj.: większość warzyw, orzechy, sery, ryby, mięso, oliwę z oliwek i inne dobre tłuszcze. Wzmacnia nas przyjmowanie produktów, które są wolno spalane. Przydatne okazuje się też to, co zapewnia szybkie uderzenie glukozy – bogaty w nią napój energetyczny wzmacnia siłę woli, co przekłada się na większą gotowość do zachowań altruistycznych.

Rozpoznanie takie potwierdziło jedno z badań: osoby, które spędziły więcej czasu, pisząc egzamin z psychologii (wskutek czego poziom ich energii był nadwyrężony), deklarowały niższe wpłaty na cele charytatywne i były mniej chętne, by pomóc koledze ze studiów, który został eksmitowany. Zupełnie inaczej zachowywali się badani, którzy po egzaminie wypili napój z wysoką zawartością glukozy. Z kolei we wsłuchiwaniu się w wewnętrzny głos chodzi o wypracowanie tendencji do powtarzania w umyśle np. „nie odpuszczaj”, „walcz dalej”, bądź do liczenia do dziesięciu. Naukowcy z Toronto Laboratory for Social Neuroscience zauważyli, że powtarzanie w myślach słowa „komputer” (co miało „zagłuszyć” wewnętrzny głos wzywający do ulegania pokusie) było skuteczniejsze od rysowania okręgów, co zalecono innym badanym. Przy ćwiczeniu samokontroli chodzi nie tylko o to, żeby wybrać sobie trudne zadania, ale by wytypować takie, które wymagają okiełzania popędów. Osoby, które były poproszone o powstrzymywanie się przez dwa tygodnie od spożywania określonego rodzaju jedzenia, wzmocniły swoją samokontrolę w odróżnieniu od grupy kontrolnej, która rozwiązywała zadania matematyczne – co jest uciążliwe, ale zdaniem prowadzącego to badanie Marka Muravena nie wymaga okiełzania popędów.

Natomiast zachęta do napinania mięśni może brzmieć nieco ezoterycznie, ale chodzi o to, że zaciskanie mięśni nie jest tylko wynikiem wysiłku woli, ono ją również wzmacnia. W trakcie badań okazało się, że różnego rodzaju napinanie mięśni (pięści, łydek) pomogło znieść ból psychiczny, jak również oprzeć się krótkofalowej nagrodzie (kostka czekolady) za ciężką pracę, której wyników jeszcze nie widzimy. Nie jest to jednak magia – napinanie mięśni zwiększa siłę woli, ale nie zmienia motywacji czy postaw i jest skuteczne tylko w momencie, w którym aktywizujemy naszą wolę i podejmujemy decyzje. Konkretny plan działania to nie lista celów bez końca, tylko koncentracja na wykonywaniu zadania po zadaniu. Odwracanie uwagi to celowe rozpraszanie się, aby nie być wyłącznie pod wpływem kuszącego nas bodźca.

 

Czy przyczyną uzależnień jest również to, że staramy się mieć zawsze dobry nastrój?

Nie pijemy alkoholu dlatego, że nam smakuje. Lubimy natomiast skutek jego działania na psychikę, głównie sposób, w jaki zmniejsza on lęk lub napięcie, poprawia humor, rozpuszcza frustrację i złość. Naszą nawykową reakcją na cierpienie czy dyskomfort jest pozbycie się takiego uczucia za pomocą tzw. unikania nawykowego, a więc wszystkiego, co pozwala blokować stres, uniknąć go, zaprzeczyć mu lub go uśmierzyć.

 

Coraz większą popularność zyskują preparaty prokognitywne, znane również jako leki nootropowe. Wpływają one na działanie podstawowych neuroprzekaźników, np. GABA, acetylocholiny, noradrenaliny, dopaminy czy serotoniny. Czy możemy tej drogi na skróty unikać, skoro jest ona w zasięgu ręki?

Nie sądzę, aby udało się to wyeliminować. Już dziś w zawodach wymagających stale wysokiej kreatywności takie naturalne wspomagacze są codziennością. Uzależnienia behawioralne – ale myślę, że ta reguła odnosi się także i do środków psychoaktywnych – dopóki nie są uznawane za szkodliwe z punktu widzenia kultury, traktowane są wręcz jako społecznie pożądane. Wszystkie mają za zadanie odciągnąć naszą świadomość od nieprzyjemnych doświadczeń i poprowadzić ku „chemicznej ekstazie”. Ich działanie polega bowiem na blokowaniu nieprzyjemnych myśli i uczuć. Inna sprawa to sama droga na skróty, jaką stanowi działanie pod wpływem takich preparatów. Ich szkodliwość polega na tym, że próbując poradzić sobie z prokrastynacją, na dłuższą metę tylko ją potęgują. Środki te bazują na wzmacnianiu zaangażowania w konkretny rodzaj emocji. Kto mówi, że trzeba czekać z pracą do momentu, kiedy „nabierze się ochoty”? Nie musimy zmieniać naszych uczuć, by móc podjąć działanie. Problem nie leży więc w braku motywacji, tylko w poczuciu, że jest ona potrzebna do działania. Patrząc z szerszej perspektywy, coraz gorzej radzimy sobie z trudnymi przejawami życia, bo uważamy, że mamy prawo do szczęścia, które utożsamiamy z dobrym samopoczuciem.

_

ks. Jacek Prusak – Teolog, dr psychologii, psychoterapeuta, publicysta, prorektor Akademii Ignatianum w Krakowie, redaktor „Tygodnika Powszechnego”.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter