70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Guy Bell/Rex/East News

Jak Galatea Narcyzem się stała

Być Pigmalionem to tyle, co do własnego spełnienia potrzebować stworzenia Galatei. Być Narcyzem to tyle, co uczynić Galateę zbędną. Kult piękna w wydaniu Pigmaliona pcha go do upiększania świata. Narcyzowa reforma czyni kult piękna nasięzwrotnym.

Jak powiada Owidiusz w swych Metamorfozach (dziele, któremu przypadło drugie po Biblii miejsce w zapładnianiu europejskiej wyobraźni od lat renesansu), Pigmalion był rzeźbiarzem, który swe życie tworzeniu bez reszty poświęcił:

 

„Cały dzień go zajmował przedmiot ulubiony;

Pod jego dłutem piękność cudowna wstawała,

Której żadna kobieta jeszcze nie sprostała.

Zapala go miłością własne jego dzieło;

Mniema, że jakieś bóstwo czuciem je natchnęło

(…)

Rzeźba zwodzi rzeźbiarza. Patrzy na jej wdzięki,

Unosi się, zachwyca dziełem swojej ręki”[1].

 

Najdoskonalsze z jego dzieł (przynajmniej we własnym jego odbiorze), figura kobieca z kości słoniowej dłutem Pigmaliona wyczarowana, na tyle swym pięknem swego twórcę zachwyciła, że ubłagał bogów, by obdarzyli ją duszą. Pod imieniem Galatei, zapożyczonym u innej z Owidiuszowych bohaterek, uczynią je malarze pospołu z pisarzami czasów rewolucji przemysłowej (m.in. Jean-Léon Gérôme, Honoré Daumier, Edward Burne-Jones, Auguste Rodin, Paul Delvaux, Francisco Goya, François Boucher) postacią kultową, a wyczyn Pigmaliona stanie się jednym z najpopularniejszych motywów ich własnej i licznych ich naśladowców twórczości.

Dzieje Pigmaliona pasowały jak ulał do XIX-wiecznej atmosfery ludzkiej rywalizacji z kunsztem twórczym Przyrody i nadziei wiązanych z przezwyciężeniem jej ułomności przez człowieka zbrojnego w rozum i technikę; a także do obietnicy, jaką buńczuczny i dziarski duch nowoczesny, pełen ufności w swe moce i wiary w nieuchronność postępu, przyzywał swych podopiecznych do czynu: a mianowicie że gdy pójdą za (jak to podsumuje na początku ubiegłego stulecie Thorstein Veblen) „popędem do dobrej roboty”, przysporzą bogactw światu, który mozolnie zbudują, miast ich mu ujmować i na nich pasożytować.

Idąc za wzorem przybranego przez się patrona, społeczeństwo wytwórców rozkochało się w pospólnych wytworach swej wyobraźni i znoju, a szczególnie we własnym mozole ich koncypowania i wyczarowywania; rozkochawszy się zaś, uznało te wytwory za piękne – a tym samym przeniosło piękno z kategorii tego, co dane, do gatunku tego, co zadane.

Jednym z wyzwań rzuconych przez ducha nowoczesności zastanemu porządkowi rzeczy stało się – obok zapewnienia prawdzie triumfu nad przesądem, a dobru zwycięstwa nad złem – także i przysparzanie światu piękna.

Nieco dłużej niż Pigmalionowi trzeba było Narcyzowi, jeszcze jednej legendarnej postaci z licznego ich grona upamiętnionego przez Owidiusza na użytek potomnych, czekać na start zawrotnej nowoczesnej (czy raczej ponowoczesnej) kariery: na swą z kolei reinkarnację i jej triumfalne rentrée na proscenium społecznego bytu.

Nimfa Liriope, matka Narcyza, zwróciła się ponoć do nie byle kogo, ale Terezjasza, poczytywanego za najwnikliwszego z jasnowidzów starożytności (którą to klarowność widzenia, nawiasem mówiąc, przypisywali współcześni jego ślepocie, zapewniającej wróżbicie odporność na marność nad marnościami – blichtry i omamy teraźniejszości), z zapytaniem o przyszłość, jakiej jej synek może się spodziewać.

„Wieszcz, spytany, czy Narcyz szczęśliwych lat dozna,

Odpowiedział: – »Jeżeli sam siebie nie pozna«.

Wróżba zdała się nie mieć prawdy podobieństwa,

Lecz ją potwierdził skutek i nowość szaleństwa”[2].

Narcyz zignorował ostrzeżenie Terezjasza, bowiem rozkochał się we własnej twarzy – i odtąd uwielbienie dla własnego piękna stało się jego jedyną namiętnością, a poznawanie siebie, obiektu jego miłości, przymusem wewnętrznym i obsesją:

„Podziwia wszystko, w czym sam godzien podziwienia,

Sam jest celem swych pochwał i swego pragnienia.

Polowaniem znużony, Narcyz przy tym zdroju

Szuka w upał spoczynku, chłodu i napoju.

Jedno gasi pragnienie, drugie w nim się budzi.

Pijąc, własnej piękności odbiciem się łudzi,

Kocha obraz bez ciała, w czczym się kocha cieniu.

Niewzruszony jak posąg, cały w zadumieniu,

Patrzy się, nachylony nad przejrzystą wodą.

Niebaczny, sam się swoją zachwyca urodą.

Podziwia wszystko, w czym sam godzien podziwienia,

Sam jest celem swych pochwał i swego pragnienia”[3].

Na dramatyczny skutek zlekceważenia przestrogi, potwierdzający z nawiązką przepowiednię Terezjasza, nie przyszło Narcyzowi długo czekać. Rychło załamał się pod ciężarem nieuleczalnego nałogu, aż samobójstwo uwieńczyło szaleńczą pasję, w którą Narcyz popadł, krocząc przez świat ze wzrokiem utkwionym w swe własne piękno, a z myślą krążącą li tylko wokół troski o jego ochronę. Zapatrzony w odbicie swej twarzy w wodach ruczaju Narcyz utracił zmysły, gdy wartkość strumienia to odbicie zmąciła…

 

*

Jak ma się Narcyz do Pigmaliona? Blisko im do siebie czy daleko? Lub raczej: co ich zbliża, a co oddala?

Obaj na pierwszy rzut oka podobni są sobie jak dwie krople wody: obaj wszak szukają namiętnie piękna i obaj na jego widok ulegają i poddają się, całkiem i bez reszty, jego czarowi. Ale na tenże pierwszy rzut oka (jeśli od innej strony okiem rzucisz) trudno o większą między nimi różnicę: Pigmaliona oszołomiło piękno tego, co stworzył, a Narcyza piękno własne. Choć obaj dowodzą potęgi piękna i obaj własnym życiem hołd pięknu składają, czynią to na dwa krańcowo odmienne sposoby: Pigmalion upiększając świat, Narcyz roztkliwiając się nad własną urodą. Pigmalion wynosząc na piedestał Galateę, a Narcyz siebie. Być Pigmalionem to tyle, co do własnego spełnienia potrzebować stworzenia Galatei. Być Narcyzem to tyle, co uczynić Galateę zbędną. Narcyz jest sam sobie Galateą. Kult piękna w wydaniu Pigmaliona pcha go do upiększania świata. Narcyzowa reforma czyni kult piękna nasięzwrotnym. Dzieje Narcyza pasują jak ulał do XXI-wiecznej atmosfery czerpania ze świata wszystkiego, co da się użyć dla przyporzenia sobie piękna, a więc podziwu, aplauzu i zazdrosnych spojrzeń współziomków.

W opublikowanym rok temu studium Carl Cederström i André Spicer wprowadzają do debaty o przemianach naszej pospólnej modły bycia-w-świecie nowy termin, wellness (proponuję tłumaczyć go na polski równie umownym terminem „dobrostan”), i rozpakowują jego zawartość, sprowadzającą się w ostatecznym rachunku do osobistego zdrowia, osobistej sprawności i atrakcyjnej powierzchowności. Idea dobrostanu, jak twierdzą, zastępuje dziś stopniowo, lecz nieustępliwie i odsuwa na bok dotychczas honorowane ideały życia wraz z powinnościami, które z nich się wywodzą – po drodze wywracając na nice obowiązki etyczne. „Dobrostan nabiera dziś wagi moralnego nakazu (…). Jako konsumenci nawoływani jesteśmy do praktykowania sposobu życia maksymalizującego ów dobrostan. (…) Gdy dobry stan zdrowia staje się ideologią, uchybienie jego wymogom staje się piętnem. (…) Ludzi, którzy nie dość o swe ciało dbają (…) demonizuje się jako leniuchów, mięczaków i osobników o słabej woli (…) plugawych odszczepieńców, rozkoszujących się bezprawnie a bezwstydnie tym, przed czym ludzie sensowni winni się bronić”[4].

Autorzy cytują twierdzenie Stevena Poole’a[5], że wyniesienie kwestii odżywiania się do rangi ideologii o tym świadczy, że poszukując odpowiedzi na życiowe zagadnienia, skłonni jesteśmy przenosić zaufanie z polityków i księży (którym już nie bardzo ufamy) na słynnych kucharzy i specjalistów od diety, nowe autorytety w dziedzinie „wielkich kwestii egzystencjalnych”, obecnie również inaczej lokowanych: zogniskowanych na kształcie i funkcjach własnego ciała. Jest to zdaniem Poole’a jeden z licznych przypadków dzisiejszej tendencji do zlecania rozstrzygania i załatwiania naszych intymnych spraw życiowych ekspertom z zewnątrz – którzy ku naszemu utrapieniu okazują się zazwyczaj jednomyślnymi w jednej tylko kwestii: żądaniu, byśmy wzięli na siebie, czyli sprowadzili do wewnątrz, odpowiedzialność za pogrążenie się w kłopotach, które nas do owego zlecania skłoniły. „Winniśmy w rezultacie ganić samych siebie za to, że się podobne zmartwienia wyłoniły”[6].

O tyle, o ile podjęcie się odpowiedzialności i wierne się jej trzymanie były i pozostają sednem postawy moralnej, tym, co zgodnie sygnalizują cytowani powyżej autorzy, jest odwrócenie kierunku owej odpowiedzialności (lub przynajmniej głównego jej składnika zasługującego na naszą najbaczniejszą uwagę i najgłębszą troskę) o 180 stopni: ze „świata zewnętrznego” (innych ludzi, bliskich bądź dalekich – wspólnoty, społeczeństwa i zamieszkanej przez nas pospołu planety) na naszą osobistą bytność cielesną, na sprawność własnego ciała w zaspokajaniu naszego osobistego dobrostanu, a więc w ostatecznym rachunku o nasze własne o siebie zadbanie. Szkodą współbieżną wyrządzoną przez owe odwrócenie jest prywatyzacja i „egotyzacja” moralnej powinności. Moralność przedzierzga się z siły odśrodkowej w dośrodkową; grozi jej, że z zasadniczego spoiwa służącego konstrukcji międzyosobowych pomostów, skracaniu międzyludzkich dystansów i, ogólnie rzecz biorąc, zacieśnianiu społecznej integracji przemieni się ona w jeszcze jedno narzędzie społecznych podziałów, separacji, wyobcowania i rozdarcia.

 

*

Na hasło „beauty” google odpowiada listą ponad 93 mln portali, z których przytłaczająca większość poświęcona jest urodzie fryzur, powabom skóry czy krasie kolorów paznokci – jako też pochlebnym własnemu wdziękowi strojom i raptownie rosnącym w liczbę dodatkom do nich.

Znany ze swej czujności na preferencje użytkowników Google zakłada naturą rzeczy, iż użytkownicy zainteresowani pięknem poszukują w pierwszym rzędzie wskazówek, jak swe ciało piękniejszym uczynić, jakich substancji i narzędzi dla tego celu szukać i gdzie je znaleźć.

Żądni też są z pewnością wiedzy o tym miarodajnej, czyli co dzień rewidowanej i uzupełnianej oraz pilnie a dokumentnie oczyszczanej z wczorajszych atrakcji dziś przekwalifikowanych jako rupiecie: petentom idzie wszak o to, by samym być zawsze à jour, nadążać za zmieniającymi się raptownie (z reguły bez uprzedzenia i w sposób nie do przewidzenia) wyznacznikami piękna: za kryteriami urody, które z kolei podążają posłusznie za z tygodnia na tydzień czy nawet z dnia na dzień rewidowaną zawartością półek sklepowych (zwaną pospolicie modą). W życiu nadzorowanym i wprost czy zakulisowo sterowanym przez rynki konsumpcyjne pożądanie piękna jest receptą na nieustający niepokój i pośpiech – jako że w wyniku scalenia motywów obu, Pigmaliona i Narcyza, romansów z pięknem oraz dymisji zbędnej już Galatei przez powstałego stąd mieszańca, zostało przewekslowane na tłoczne i ciągłego napięcia wymagające tory. Na tych nowych torach zatrzymywanie się choćby i na chwilę nie jest wskazane, a dłuższy postój grozi wręcz katastrofą życiową i wykolejeniem.

Nasi przodkowie poświęcali niegdyś dziesiątki lat wzniesieniu gotyckich katedr mających przez tysiąclecia głosić swym pięknem chwałę Boga i czcić Jego wieczność. My, ich potomkowie, przyjęliśmy, jakby powtarzając za Willemem de Kooningiem[7], iż treścią sztuki piękna jest mignięcie… A jak to ujął celnie Yves Michaud[8], triumf piękna w jego walce o skolonizowanie życia dokonał się kosztem ogołocenia tegoż z dzieł sztuki – „a przynajmniej z tego, co za dzieła sztuki zwykliśmy do niedawna uważać, a więc przedmiotów cennych a rzadkich, auratycznych, wyzwalających unikalne, subtelne i wyrafinowane przeżycia w unikalnych okolicznościach i unikalnym otoczeniu – i zdolnych to czynić przez czas nader długi, być może na wieki wieków (…)”. A sam w eseju Nieco płynnych myśli o sztuce w płynie tak próbowałem ów wyrok skomentować: „Odwracając się plecami do ofert / zaleceń bieżącego momentu, nie nadążasz za rozwojem gry – a trzymając się kurczowo wczorajszych zaleceń, wypadasz z niej z kretesem (…)”[9]. Wieczność olśniewania była niegdyś miarą rzeczy pięknych; w przypadku nasięzwrotnych zabiegów o piękno idzie o kruchość rezultatów, łatwość usuwania ich śladów i natychmiastową, gdy zajdzie potrzeba, zastępowalność.

_

[1] Owidiusz, Metamorfozy, tłum. B. Kiciński, http://www.ap.krakow.pl/nkja/literature/litpow/ovidius.pdf.

[2] Tamże.

[3] Tamże.

[4] C. Cederström, A. Spicer, The Wellness Syndrome, Cambridge 2015, s. 3–4.

[5] S. Poole, You Aren’t What You Eat, Londyn 2012.

[6] Tamże.

[7] Zob. W. de Kooning, Écrits et propos, Paryż 1992, s. 90.

[8] Zob. Y. Michaud, L’art à l’état gazeux, Paryż 2003.

[9] Z. Bauman, Nieco płynnych myśli o sztuce w płynie, w: tenże, Między chwilą a pięknem: o sztuce w rozpędzonym świecie, Łódź 2010, s. 14.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter