70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Leszek Szymański/PAP

Intuicja w świecie nano

Pracujemy nad urządzeniami, które by przypominały neurony ludzkiego mózgu. I choć jesteśmy na początku drogi, przypuszczam, że tu właśnie należy się spodziewać przełomu technologicznego.

Anna Mateja: Gdzie dzisiaj uprawia się fizykę?

Tomasz Dietl: Skoro czasami mam ochotę wpisać do rubryki w dokumentach: „fizyk konferencyjny”, bo tak dużo czasu spędzam na zjazdach, znaczy to, że współczesna fizyka powstaje nie tylko w laboratoriach. Co więcej, gdybym nie wykorzystywał czasu spędzanego na lotniskach i w samolotach do pracy, traciłbym mnóstwo dni. Spotkania naukowców odbywają się przecież na różnych kontynentach, na dodatek pracuję w kilku miejscach, m.in. na Uniwersytecie Tohoku w Sendai w Japonii. Przypuszczam jednak, biorąc pod uwagę postęp w rozwoju potrzebnego oprogramowania, że coraz więcej konferencji będzie się odbywało wirtualnie. Nie tylko odczyty, ale także, co szczególnie dla uczestników interesujące, nieformalne spotkania w kuluarach.

 

Dzięki łączom światłowodowym będziecie wybierać w czasie lunchu miejsce w konferencyjnej stołówce, by porozmawiać, np. o tajnikach spintroniki?

Jak najbardziej – to kwestia software’u i budowy odpowiednich sal. Ludzie, mimo że oddaleni od siebie o tysiące kilometrów, będą rozmawiali o tym, nad czym aktualnie pracują. Na konferencję przyciąga bowiem możliwość nawiązania bezpośredniego kontaktu i porozmawiania o tym, czego nie ma jeszcze w artykułach naukowych. Albo poznania szczegółów technicznych przeprowadzonych doświadczeń, których też się nie opisuje w czasopismach, a co pozwala zaoszczędzić kilka miesięcy pracy. Naukowcy zachowają poczucie bycia razem, ale myśli będą mogli wymieniać także w indywidualnie prowadzonych rozmowach.

 

Spintronika, jedna z najbardziej rozwojowych dziedzin fizyki ciała stałego i elektroniki, którą Pan się zajmuje, ma swoje zasługi w wymyślaniu hardware’u dla tego rodzaju przedsięwzięć. Za publikacjami popularnonaukowymi Pana Profesora dopowiadam, że spintronika wykorzystuje właściwości elektronów obracających się wokół własnej osi. Nazywamy to spinem. W materiałach ferromagnetycznych (należy do nich np. żelazo) spiny wszystkich elektronów obierają jeden kierunek. Powstaje w ten sposób makroskopowy moment magnetyczny, zdolny reagować na zewnętrzne pole magnetyczne. Co z kolei wykorzystuje się m.in. do zapisania informacji na namagnesowanej taśmie lub płycie. W pracach autorstwa Pana zespołu, jakie ukazały się na ten temat w „Nature” i „Science”, pokazaliście, jak można sterować namagnesowaniem czy pojedynczymi spinami metodami znanymi z fizyki półprzewodników. To z kolei dało podstawę do opracowania nowych materiałów, które łączą właściwości ferromagnetyków z półprzewodnikami. Wszystko po to, by otrzymać elektronikę nowej generacji: twarde dyski o większej pojemności, energooszczędne mikroprocesory, uniwersalne pamięci magnetyczne.

A dalekosiężnym celem naszych badań jest poprawa szybkości gromadzenia, przetwarzania i przesyłania informacji, przy ograniczeniu zasobów zużywanej na to energii. To znana prawidłowość, że postęp technologiczny prowadzi do odkryć, które przekraczają naszą wyobraźnię. Zmiany, jakie zaszły w sposobach przesyłania informacji (vide telefonia komórkowa), dobitnie nam to pokazały.

Z trudem, ale jednak potrafimy sobie wyobrazić wirtualnie przeprowadzane konferencje, które wytworzą poczucie udziału we wspólnym przedsięwzięciu, nie utrudniając kontaktów między poszczególnymi jego uczestnikami.

Albo automatycznie prowadzone samochody czy roboty, które potrafią pielęgnować osoby starsze lub chore. Realizacja każdego z tych pomysłów wymaga dużych mocy obliczeniowych. A przecież są i takie idee, które – dopóki nie pokonamy kolejnych progów poznania – przekraczają naszą wyobraźnię.

Jedną z nich jest możliwość selekcji zebranych informacji. Do tej pory przetwarzaliśmy dane w systemie zero-jedynkowym, a więc wykorzystując „cud” cyfryzacji danych, zapisywaliśmy wszystko, co zostało napisane, narysowane, sfotografowane czy powiedziane, jako ciąg zer i jedynek. Dzięki temu poszerzyliśmy możliwości przechowywania i przesyłania informacji na skalę, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była niewyobrażalna. Teraz naszą ambicją jest nie tyle dalsze poszerzanie zdolności gromadzenia informacji, ile ich selekcja – wyławianie z gigantycznych zasobów, jakie potrafimy stworzyć, tych danych, które są nam aktualnie potrzebne.

Kolejna idea, która naukowców inspiruje, to opanowanie zasad działania układów biologicznych. Przedstawiając sprawę na przykładzie: nasz mózg wciąż szybciej rozpoznaje rysy twarzy ludzkiej niż jakakolwiek maszyna. Człowiek do porównania twarzy ze zdjęciem potrzebuje bowiem ułamka sekundy, maszyna – kilkunastu sekund. I to jest ciekawe zagadnienie: jak i dlaczego mózg to potrafi? Dlaczego automatycznie rozpoznajemy kształty, nawet gdy poruszamy się z prędkością 150 km na godzinę? Okazuje się, że mózg nie przetwarza informacji w oparciu o system zero-jedynkowy. Neurony pozwalają mu prowadzić zapis płynny, czyli nie tylko 0, 1, 0, 1 itd., ale 1, 2, 3, 4, 5… Są one na tyle pojemne, że liczba zapisywana przez neurony za jednym razem jest większa niż ta, którą w ogóle potrafimy wygenerować we współczesnych komputerach. W związku z tym pracujemy nad urządzeniami, które by przypominały neurony ludzkiego mózgu. I choć jesteśmy na początku drogi, przypuszczam, że tu właśnie należy się spodziewać przełomu technologicznego. Takiego, który pozwoli nam np. rozpoznawać twarze szybciej, niż pozwala na to nasz mózg. Wtedy może się okazać, że sztuczna inteligencja jest w stanie z większym sukcesem niż człowiek mierzyć się ze skomplikowanymi operacjami logicznymi. Mimo że w tym momencie jest on w tym niezastąpiony.

 

Trudno przyjąć, że to w ogóle możliwe: maszyna odtwarza ludzki mózg – w pewnym sensie wyręcza człowieka w myśleniu.

A czy trzy dekady temu byliśmy w stanie choćby pomyśleć o powstaniu takiego sposobu komunikowania się jak Internet, który dzięki upowszechnieniu m.in. zmieni relacje międzyludzkie? Zapewne pojawi się problem etyczny, bo pozyskanie wiedzy o działaniu naszego mózgu można wykorzystać do wywierania wpływu na ludzi. Nieuchronnie pojawią się pytania: w jakim stopniu chcemy człowieka poprawić? Jakie granice oddziaływania na niego sobie wyznaczymy? Z jednej strony chcemy poznać mechanizmy ukształtowane ewolucyjnie, rozpisując przyrodnicze fenomeny na zjawiska chemiczne i fizyczne. Z drugiej strony pozyskana wiedza nie zawsze zostanie wykorzystana w tak niewinny sposób jak np. poznanie składu i właściwości kleju nici pajęczej, który potrafimy już produkować fabrycznie. Może pojawić się ryzykowna chęć zmieniania człowieka od strony biologicznej. Realizowana zresztą pod szczytnymi hasłami, np. walki ze śmiertelnymi chorobami.

 

Jak często fizycy stają przed problemami etycznymi?

Dylematy związane z konstrukcją bomby jądrowej pokazały, że czasami nam się to zdarza.

 

Biorąc pod uwagę tempo przemian: zamierzchła sprawa. Jak jest dzisiaj?

Teraz to są raczej kwestie techniczne niż etyczne. Dotyczą np. nanocząstek – czyli obiektów milion razy mniejszych od milimetra (to wielkość atomów i cząsteczek) – których własności są odmienne od obiektów makroskopowych. Staramy się poznać ich właściwości, bo np. nanocząstki magnetyczne można stosować w terapii antynowotworowej. Mówiąc w dużym uproszczeniu: wprowadzone do komórki rakowej, pod wpływem zmiennego pola magnetycznego potrafią podwyższyć temperaturę i zniszczyć komórkę mechanicznie. Nanocząstki są też wykorzystywane do przenoszenia cząstek leków w wyznaczone miejsca. Wiele jest zastosowań, które pobudzają wyobraźnię, ale jednocześnie wydawane są ogromne pieniądze na zbadanie wpływu nanocząstek magnetycznych na ludzki organizm. Jakie są skutki uboczne, także w dłuższym czasie? Czy można wykluczyć ich toksyczność? Przenosząc zagadnienie na inny poziom rozważań: optymistyczne prognozy, zresztą niepozbawione podstaw, nie tyle zwalniają z dociekliwości, ile ją intensyfikują. By nie ulegać pobożnym życzeniom i ubiec ewentualne zarzuty. Zresztą, mimo tych starań, życie i tak potrafi napisać dowolny scenariusz. Kilka lat temu odbyła się w Grenoble wielka manifestacja mieszkańców zaniepokojonych pracami, jakie mieli prowadzić naukowcy. Nie obawiano się jednak ani wybuchu, ani podstępnego promieniowania, tylko… inwazji robotów. Demonstranci zarzucali naukowcom, że nie ujawniają wszystkich prowadzonych prac, m.in. mieli zachować w tajemnicy istnienie robotów zdolnych do nieprzewidywalnych działań. O ile wiem, takiego niebezpieczeństwa nie ma – każdy robot może wykonywać tylko to, do czego został zaprogramowany. Z tego względu jest nieprawdopodobne, by roboty zaczęły rządzić ludźmi. Ale ludzie demonstrowali… I to w mieście, które jest uważane za jeden z najważniejszych ośrodków naukowych w Europie: poza centrum badań nuklearnych istnieją tam trzy uniwersytety, a politechnika prowadzi centrum innowacji w dziedzinie nanotechnologii. W autobusie z lotniska można rozmawiać na tematy naukowe z niemal każdym pasażerem, bo większość mieszkańców pracuje w zakładach naukowo-badawczych. A mimo to, a może właśnie dlatego, pojawił się strach.

 

O czym świadczy takie przywiązanie do irracjonalności w odniesieniu do dziedzin, w których wszystko można sprawdzić i zrozumieć? Dlaczego to, co nieprawdopodobne, wydaje się bardziej atrakcyjne od tego, co istnieje faktycznie?

Człowiek nie jest istotą wyłącznie racjonalną i przewidywalną. Świat też nie jest tylko taki. Na tym też polega uroda ludzkiego umysłu, która sprawia, że jesteśmy twórczy, bo potrafimy działać niestandardowo. Ale skoro tak, racjonalne argumenty nie zawsze muszą nam trafiać do przekonania. Co też ważne: rozwój nauki nie jest pasmem sukcesów. To raczej starania o podążanie cały czas w górę, tyle że po drodze zdarzają się, nawet dosyć często, spadki w dół. Każdy ma w pamięci twierdzenie, które miało być naukowo udowodnione. I było. Do momentu aż inni badacze nie wykazali jego fałszywości. Złożoność zjawisk jest zresztą tego rodzaju, że nie może być inaczej.

Społeczeństwa były też wielokrotnie manipulowane w kwestii ustaleń naukowych, co jest pamiętane. Znana jest sprawa laboratorium Coca-Coli, które ogłosiło jedynie te wyniki badań, jakie nie uwzględniały niezdrowych konsekwencji picia słodkich napojów. Albo naukowca, który miał udowodnić, że szczepienia czynią z dzieci autystyków. To było oszustwo, za które autor spędził kilka lat w więzieniu, ale ruchy antyszczepionkowe wciąż przecież powołują się na „dowody naukowe”.

 

Dalej nie rozumiem, dlaczego część ludzi woli szarlatanów.

Może dlatego że chcą mieć prosty obraz świata, a nauka bywa dość skomplikowana? Nawet w mojej dziedzinie, która wydaje się bardzo ścisła, a przedmiotem jej rozważań są proste układy (w porównaniu tymi, które badają chemicy i biolodzy), też pojawiają się poważne dylematy i rozbieżne interpretacje. I choć windy działają, mosty się nie zapadają, nie wyobrażamy sobie życia bez Internetu czy telefonów komórkowych, nasze życie znacząco się wydłużyło, na dodatek nie musimy tyle pracować fizycznie co kiedyś – więc postęp nauki jest niezaprzeczalny – zawsze będzie ona napotykała ograniczenia. Na pewno nie można jej traktować jak wyroczni, która potrafi uporać się bezbłędnie z każdym pytaniem.

Podobnie naiwne jest przekonanie, że wszystko jest proste i racjonalnie wytłumaczalne. Dlatego nie ma sensu wierzyć w jeden obraz świata, nawet jeśli byłby on naukowy.

Tym bardziej że naukowcy też popełniają błędy, nawet tacy jak Albert Einstein, który zakładał, że wszechświat się nie rozszerza. Mimo że nie brakowało przesłanek sugerujących sytuację dokładnie odwrotną. Każdy jest jakoś uwarunkowany, co nie pozwala mu właściwie opisywać rzeczywistości.

A wracając, nieco ironicznie, do początkowego pytania: skoro przy takich mocach obliczeniowych oraz możliwościach pomiaru wilgotności i temperatury powietrza, jakie posiadamy, naukowcy nie potrafią przewidzieć prognozy pogody na kilka najbliższych dni, jak mają zaimponować tzw. przeciętnemu odbiorcy?

 

Ale czy istotą nauki ma być ułatwianie nam życia?

Uczeni pracują dla poznania świata (w czym zawiera się jego opis, zrozumienie i możliwość przewidywania), ale też dla celów praktycznych. Zależnie od etapu rozwoju człowieka może to być skonstruowanie nowej dzidy, a czasami tranzystor wielkości nano, których kilkaset tysięcy mieści się na przekroju ludzkiego włosa. Naukowiec powinien jednak samokrytycznie oceniać, czy prowadzi badania powiększające zasób wiedzy na świecie (jeśli tak jest, wyniki są cytowane i doceniane), czy też zajmuje się opracowywaniem nieistotnych szczegółów, co w sprawnie działającym systemie nauki uniemożliwia otrzymanie dofinansowania grantowego.

Trzeba jednak podkreślić, że naukowcy nie mogą i nie chcą się odżegnywać od celów czysto praktycznych. Dlatego pracują np. nad skonstruowaniem komputerów, które działają szybciej, pobierając mniej energii (nawiasem mówiąc: teraz zużywają w ciągu roku 2% globalnej jej produkcji – jak wyglądałby świat, gdyby zmniejszyć zużycie i w konsekwencji emisję dwutlenku węgla?). Ważne, by naukowiec rozwiązywał nowe i istotne problemy naukowe o znaczeniu globalnym – które z reguły w przyszłości prowadzą do innowacji technicznych lub społecznych. Albo szukał rozwiązania problemów istotnych tu i teraz, np. dla konkretnej firmy, która chce wypuścić nowy produkt na rynek czy ma pomysł na opanowanie epidemii nowej choroby.

Założenie, że nauka ma zasięg światowy, dotyczy także humanistów, dlatego powinni pisać prace po angielsku, nawet jeśli ich tematem jest poezja Adama Mickiewicza. Jeżeli prace humanistyczne i z nauk społecznych powstają tylko po polsku, znaczy to, że szuka się odbiorcy jedynie w kraju. Tymczasem unikatowe doświadczenie lokalne jest bardziej pociągające dla naukowców z innych miejsc niż np. opis reakcji chemicznej, którą można przeprowadzić na każdym uniwersytecie. W języku narodowym należy publikować prace popularnonaukowe, potrzebne dla pobudzania wyobraźni młodzieży i krzewienia wiedzy, które jednak nie wnoszą do nauki niczego nowego.

 

Dziedzina Pana Profesora, czyli fizyka ciała stałego, ma spore zastosowanie praktyczne od mniej więcej epoki kamienia łupanego. To miało dla Pana znaczenie, gdy wybierał Pan kierunek studiów?

Ale ja go wybrałem, gdy miałem 12 lat.

 

Jak się podejmuje takie decyzje w szóstej klasie szkoły podstawowej?

Przeczytałem w dwa wieczory podręcznik do fizyki i… już. Stwierdziłem, że to jest chyba to, bo poznałem dziedzinę, która posługując się dość prostą matematyką, potrafi opisać – i to ilościowo – świat: od ciał niebieskich po atomy. Mimo że materia wydaje się skomplikowana i chaotyczna. Potem dowiedziałem się, że teorie stworzone w języku matematyki potwierdzają eksperymenty, a więc opisane zjawiska są prawdziwe w tym sensie, że przewidzimy, co się wydarzy.

W 1968 r. rozpocząłem więc studiowanie fizyki, ale równolegle z astronomią, którą po drugim roku musiałem zostawić – zajęć i egzaminów było już zbyt dużo, by to łączyć. Wybrałem fizykę, a satysfakcja odczuwana z racji namacalnych zastosowań tego, czym się zajmuję – poczucie, że to ma sens, bo jest potrzebne – była istotnym argumentem w tym wyborze. Bliżej zająłem się materią skondensowaną i jej poświęciłem referat wygłoszony w 1972 r. podczas zjazdu studenckich kół naukowych w Łodzi. Mówiłem o pewnym laboratorium, które jest poligonem testowania niezwykłych zjawisk fizycznych. Jest nim kawałek półprzewodnika – materiału, który w pewnych warunkach nabiera własności izolatora, a w innych – przewodnika prądu. Te właściwości wykorzystano później w laserach, diodach, tranzystorach i urządzeniach z mikroprocesorami zbudowanymi z układów scalonych.

 

Które z Pana osiągnięć dało taką satysfakcję, o jakiej mówimy: wnikliwe poznanie zjawiska przełożyło się na globalne rozwiązanie problemu?

Do jednego z nich doprowadziło mnie twórcze olśnienie przeżyte podczas zimy stulecia na początku 1979 r. Instytut zamknięto, siedziałem więc w niedogrzanym mieszkaniu (węgiel nie dojechał do elektrociepłowni…) zawinięty w koc. Tak przeżyłem iluminację teoretyczną, której wynik jest znany na świecie jako model Dietla-Spałka. Jednak największym odkryciem, o sporym potencjale zastosowań praktycznych, jest seria prac, które powstały nie na skutek iluminacji, ale wieloletnich, konsekwentnie prowadzonych badań. Mówiąc w dużym skrócie: mamy szansę stworzyć nową generację pamięci magnetycznych (rezygnując z twardych dysków czy pendrive’ów, bazujących na półprzewodnikach), która będzie działać w oparciu o przełączanie kierunku namagnesowania polem lub prądem elektrycznym, a nie polem magnetycznym jak w dzisiejszych dyskach. To jest bardzo ciekawa fizyka – jak to się dzieje, że przepuszczając prąd przez materiał magnetyczny, zmieniamy kierunek namagnesowania? My – w pracy opublikowanej w 2000 r., która doczekała się już blisko 1500 cytowań – zaproponowaliśmy wykorzystanie impulsu pola elektrycznego do zmiany kierunku namagnesowania. Zaleta jest taka, że moc potrzebna do przeprowadzenia tej operacji jest kilkaset razy mniejsza niż innych metod służących do zapisu i odczytywania informacji.

 

Czy Pan kiedykolwiek myśli o ograniczeniach, np., że coś jest za trudne – intelektualnie albo organizacyjnie – i na nic praca oraz chęci?

O większości zagadnień naukowych myślę właśnie w taki sposób! W nauce zasadniej jest pytać o to, co w ogóle jest możliwe. Głęboko jednak wierzę, że można opisać i zrozumieć każde zjawisko – i trudne, i nieoczekiwane. Takie nastawienie chyba ułatwiło mi zaznaczenie obecności w świecie naukowym, bo wielu z nas, z reguły podświadomie, postrzega świat jako na tyle skomplikowany, że nie do ogarnięcia ludzkim umysłem. A przecież wielkość fizyki zasadza się nie na możliwości uwzględnienia wszystkich danych, ale na umiejętności przeprowadzenia eksperymentu czy zbudowania teorii, która bierze pod uwagę tylko istotne czynniki. Bo fizyka upraszcza, a nie komplikuje rzeczywistość. Dlatego sukces naukowy w tej dziedzinie gwarantuje umiejętność szybkiego dostrzeżenia tego, co jest naprawdę ważne dla zrozumienia istoty zjawiska i co pozwala w skończonym czasie opracować jego teorię. Kto nie ma tej intuicji, błądzi po manowcach.

 

Pytałam o podejście do ograniczeń, bo w 1967 r., tuż przed rozpoczęciem nauki w klasie maturalnej, przejechał Pan autostopem Belgię, Holandię, Francję, Szwajcarię, Włochy, Jugosławię, Austrię. Skąd pomysł, by mimo żelaznej kurtyny i niewymienialnej złotówki zorganizować taką wyprawę w wieku 17 lat…

A wyglądałem na 13. Mama się bała, ale tata namawiał i podarował 40 dolarów. Babcia, która przed I wojną światową uczyła się w belgijskiej szkole, podała z kolei adresy koleżanek, z którymi mimo historycznych zawieruch wciąż utrzymywała korespondencję. Każda z nich, przejęta moimi planami, dawała mi pieniądze na bilet kolejowy. Oczywiście podróżowałem autostopem, a za zaoszczędzone środki przedłużałem podróż i zwiedzałem. Językowo to też nie był problem – uczyłem się w klasie z wykładowym francuskim. Podróż ułatwiała rozbudowana sieć schronisk młodzieżowych i hippisowska atmosfera kontrkultury, oparta na otwarciu na obcych i zaufaniu. Świat wydawał się w zasięgu ręki… Jeżeli czegoś mi brakowało, to głębszych relacji ze spotykanymi ludźmi. Na to nie było czasu, bo byłem w podróży, którą każdego dnia musiałem sobie organizować. Z tego powodu nie była ona tak intelektualnie wzbogacająca, jak mogłaby być, biorąc pod uwagę, w jak różnorodnym towarzystwie się obracałem. To było jak wspinaczka w góry – cieszyłem się, że znalazłem się na szczycie, choć nie zawsze miałem czas, by zwracać uwagę na ludzi mijanych po drodze.

 

Ale dlaczego wybrał Pan właśnie ten szczyt do zdobycia?

Podróż po Europie z 40 dolarami w kieszeni? Może dlatego że w mojej klasie, w I Liceum Ogólnokształcącym im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, panowała moda na uczenie się i poznawanie świata? Bez cienia wyniszczającej konkurencji i zawiści dopingowaliśmy siebie intelektualnie (nieprzypadkowo wyrosło z tej klasy chyba dziewięciu profesorów). Wymyślenie i zrealizowanie takiej podróży wpisywało się w charakter wyzwań, jakie nas interesowały. Chcieliśmy reprezentować sobą coś – pod względem charakteru albo intelektu.

 

A dziedzictwo rodzinne? Pana stryjecznym prapradziadkiem jest prof. Józef Dietl, współzałożyciel Wydziału Lekarskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim, który wymyślił założenie Plant na miejscu dawnych murów obronnych miasta. W rodzinie Rostworowskich, z której pochodzi Pana mama, też nie brakuje uczonych i społeczników.

Atmosfera sprzyjała rozwojowi intelektualnemu, na pewno, m.in. ojciec przeczytał mi, gdy byłem jeszcze dzieckiem, całego Homera i Sienkiewicza. W latach mojego dorastania siły rodziny pochłaniało jednak borykanie się z biedą. Dyskusje na poważne tematy stały na drugim planie, także dlatego że niektóre były zbyt bolesne. Choćby fakt, że mój dziadek gen. Stanisław Rostworowski, inspektor Komendy Głównej AK w Krakowie, został zamordowany przez gestapo. W sytuacji gdy o pewnych sprawach się nie rozmawia, międzypokoleniowe więzy rodzinne tracą moc. Dlatego chyba, nie deprecjonując tego, co otrzymałem od rodziców, wychowanie wśród rówieśników miało dla mnie tak duże znaczenie.

Częścią rodzinnej tradycji jest na pewno uprawianie nauki – najlepiej jak się potrafi (zawsze dbałem o to, by nie zajmować zbyt wysokich stanowisk administracyjnych, bo pochłaniają czas, który wolę przeznaczyć na naukę). A także patriotyzm – ani ja, ani moje dzieci, które też wybrały naukę, nigdy nawet nie braliśmy pod uwagę wyprowadzki z Polski. Pamiętam, że w 1984 r., wracając ze stażu podoktorskiego w Niemczech, zastałem w instytucie „spis aparatury po Dietlu”, bo nikt nie liczył się z tym, że mogę wrócić.

 

Rozumiem, że „fizyk konferencyjny” prace naukowe pisze w wolnym czasie? Tak przynajmniej kiedyś Pan mówił.

Gdyby badano mnie na okoliczność uzależnień, z pewnością uznany bym został za pracoholika. W sumie nałogów mam niewiele, ale podobno ich liczba musi być stała, więc to by się właściwie zgadzało. Zmierzam do tego, że z tym wolnym czasem przeznaczanym na pisanie prac to już nieprawda. Mam siedmioro wnuków – wie Pani, ile one potrafią zabrać czasu?

_

Tomasz DietlProf., fizyk, specjalizuje się w fizyce półprzewodników i spintronice. Jest pracownikiem Instytutu Fizyki PAN, Instytutu Fizyki Teoretycznej UW i Advanced Institute for Materials Research Tohoku University w Sendai. Laureat m.in. nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, Europejskiego Towarzystwa Fizycznego, uhonorowany Medalem Mariana Smoluchowskiego. Autor lub współautor ponad 350 publikacji, które doczekały się 16 tys. cytowań. W 2009 r. otrzymał na projekt badawczy grant Europejskiej Rady Nauki w wysokości 2,5 mln euro, a w 2016 r. wygrał wraz z prof. Tomaszem Wojtowiczem konkurs FNP na zorganizowanie nowej jednostki naukowej w ramach programu Międzynarodowe Agendy Badawcze.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata