70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta

Solidarność jest lepsza od pomagania

Co jakiś czas słyszę to samo pytanie: „Czy chrześcijanin ma obowiązek pomagać ubogim?”. Wydawałoby się, że odpowiedź nie jest wcale trudna. A jednak z tak postawionym dylematem od dawna mam problem – definicyjny. A nawet dwa. Jeden ze słowem „obowiązek”. Drugi – z „pomaganiem”.

Ten pierwszy jest mniejszy. Nie ma powodu, by obawiać się słowa „obowiązek” ani tego, co ze sobą niesie. Obowiązki są ściśle powiązane z odpowiedzialnością, a to, że chrześcijanin odpowiada nie tylko za samego siebie, ale także za otaczającą go rzeczywistość oraz innych ludzi, wydaje się truizmem. Można jednak przekonywać, że nie mówimy w takim razie o obowiązku, lecz o naturalnej konsekwencji przylgnięcia do Chrystusa, który utożsamił się z każdym człowiekiem, również, a może zwłaszcza, w jego biedzie, poniżeniu i cierpieniu. Z takiego punktu widzenia troska o ubogich nie jest obowiązkiem, ale naturalną konsekwencją przyjęcia Bożej miłości, która uzdatnia i wzywa nas, by się nią dzielić. Podobnie dla katolika uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej nie musi być obowiązkiem, tylko potrzebą. Niech jednak pierwszy rzuci kamień, kto nigdy nie przekonywał samego siebie do pójścia na niedzielną mszę słowem „trzeba” zamiast „potrzebuję”. I dla kogo solidarność z ubogimi jest sprawą tak naturalną, że nie musi nad nią pracować. Ostatecznie to kwestia wtórna wobec przyjęcia, że chrześcijaństwo wymaga od nas potwierdzenia nie tylko w praktykach pobożnościowych i w rozwoju życia duchowego, ale również – jako religia przenikająca całe nasze życie – w przestrzeni relacji społecznych. Gdy się z tym zgodzimy, kwestia, czy nazwiemy to obowiązkiem, powinnością czy konsekwencją, stanie się drugorzędna.

Drugi problem definicyjny jest poważniejszy i niesie ze sobą donioślejsze konsekwencje. Pytanie o to, czy mamy obowiązek pomagać ubogim, kojarzy mi się z dumnym stwierdzeniem niektórych mężów, że „pomagają swojej żonie w domu”. Otóż rzecz nie w tym, by żonie „pomagać” – co z góry zakłada, że prowadzenie domu to jej powinność – ale by w równej relacji dwojga ludzi dzielić się obowiązkami zawodowymi, rodzinnymi i domowymi. Podobnie można podejść do tematu pomagania ubogim. Takie postawienie sprawy – jakkolwiek intuicyjne i rozpowszechnione – wprowadza nas od razu w rzeczywistość relacji hierarchicznej, w której oto jest ten, który pomaga, oraz ten, któremu pomoc jest udzielana, a nie dwoje ludzi spotykających się ze sobą nawzajem.

Gdy słyszę więc pytanie, czy chrześcijanin ma obowiązek pomagać ubogim, myślę, że ma obowiązek robić znacznie więcej. Chrześcijanin powinien się z ubogimi solidaryzować.

Słowa mają moc

Ktoś może powiedzieć, że to językowe rozważania bez znaczenia. Tyle tylko że to, w jaki sposób myślimy i mówimy, przekłada się również na nasze działania. Dlatego warto przyglądać się nie tylko praktykom, jakie podejmujemy – także w Kościele – wobec osób potrzebujących, wykluczonych i ubogich, ale też narracjom, które przy tej okazji budujemy. By podać pierwszy z brzegu przykład:

istnieje różnica między słowami pewnego księdza, który – prowadząc bardzo znaną, bardzo dużą i, podkreślmy to, bardzo pożyteczną akcję pomocową – często powtarza, że „kocha pomagać”, a sformułowaniem pewnej siostry zakonnej prowadzącej równie znaną, szeroko zakrojoną i bardzo piękną działalność na rzecz osób w najtrudniejszej sytuacji, która zwykła mawiać, że „kocha swoich bezdomnych”.

Zresztą, gdy przyjrzymy się innym słowom (a także części działań) owego księdza oraz tejże siostry, zobaczymy konsekwencje, które z tej różnicy – widocznej przynajmniej w wypowiedziach publicznych – wynikają.

Nie chodzi oczywiście o to, by przeciwstawiać sobie poszczególne akcje. Większość z nich realizuje konkretne dobro, dochodząc do niego różnymi drogami. Ważne jednak, by być świadomym, że sposób niesienia wsparcia ludziom ubogim i potrzebującym ma znaczenie z bardzo wielu względów. I pamiętać, że słowa również mają moc.

O jaką moc chodzi? Dobrze ją widać, gdy przyjrzymy się bliżej kilku wciąż obecnym w przestrzeni publicznej sposobom mówienia o osobach ubogich i wykluczonych. Sytuacja ludzi doświadczających braku – niekiedy skrajnego – domaga się wszak zajęcia stanowiska przez sytych, żyjących w miarę stabilnie, w skrócie: tych, którzy posiadają (nawet jeśli nie są to wielkie majątki). Niektóre z tych stanowisk prowadzą jednak na manowce – również z perspektywy chrześcijańskiej.

Kto jest winien biedzie?

Pierwszą – najbardziej bodaj destrukcyjną – strategią jest dehumanizacja. Jeśli o osobach potrzebujących, np. znajdujących się w kryzysie bezdomności, będziemy mówić i myśleć w języku określającym na ogół zwierzęta lub śmieci, szybko „poradzimy sobie” z dylematem, czy powinniśmy im pomagać. To metoda ludzi, którzy głoszą, iż osoby bezdomne mają legowiska, a nie posłania, zalęgają się gdzieś, a nie mieszkają, kopulują, a nie uprawiają seks, łażą, a nie chodzą, mają brudne łapy, a nie ręce, noszą szmaty, a nie ubrania itd. Wyliczankę można kontynuować – kto nie ma jej dość, wystarczy, że poczyta komentarze pod pierwszym z brzegu artykułem o bezdomności w Internecie.

Drugą postawą jest obojętność. Jeśli uznamy, że bieda nie istnieje, a przynajmniej wypchniemy ją poza obszar naszej świadomości i zainteresowania, osiągniemy dobre, lecz kruche samopoczucie, którym zachwiać może każda sytuacja, gdy ubóstwo i cierpienie pojawią się w zasięgu naszego wzroku. A przecież się pojawią. Można je wtedy zbyć prostą konstatacją, że „tak już jest świat urządzony”, i racjonalizować to, co się stało, albo zacząć coś robić na rzecz tego, by świat urządzić nieco inaczej – wtedy jednak obojętność znika.

Skutecznym sposobem racjonalizacji jest trzecia strategia, czyli obarczanie ubogich i cierpiących winą za ich własną sytuację. To oczywiście pójście na intelektualną łatwiznę, a w istocie także wyraz poznawczej pychy, która sprawia, że wydaje nam się, iż umiemy ocenić ludzkie życie i stwierdzić, kto i w jakim stopniu odpowiada za swoją kondycję. To jednak postawa częsta, bo wygodna – jeśli bowiem uznać, że ubodzy czy osoby w kryzysie bezdomności „same są sobie winne”, tudzież „same tego chciały”, łatwo wysnuć błędny wniosek, że pomagać im nie należy. Dlaczego błędny? Gdyż na gruncie chrześcijaństwa między tymi stwierdzeniami nie ma żadnego wynikania. Czyż w scenie Sądu Ostatecznego Chrystus nie mówi także: „Byłem w więzieniu, a odwiedziliście mnie”, wskazując, że nawet jasna wina człowieka nie sprawia, iż nie należy mu się miłosierdzie? A cóż dopiero powiedzieć o sytuacji ludzi ubogich, których losy bywają tak pokomplikowane, że kategorie winy czy odpowiedzialności często w ogóle do nich nie przystają. Zresztą, nawet założywszy, że ktoś odpowiada przynajmniej w części za swoją sytuacją, czy naprawdę chcemy żyć w społeczeństwie, w którym za swoje błędy płaci się tak wysoką cenę, jaką płacą np. osoby w kryzysie bezdomności – zwłaszcza zimą?

Niestety, narrację obwiniania ubogich widać również w wypowiedziach niektórych działaczy i działaczek społecznych. Gdy niedawno przez polskie miasta przeszły pochody zorganizowane przez pewną organizację, jedna z osób w niej działających stwierdziła przed kamerą, że tym owa akcja różni się od innych, iż niesie pomoc ludziom, którzy nie są winni swojej sytuacji. Gdy usłyszałem jej słowa, zrobiło mi się zimno na myśl, iż ktoś naprawdę nie tylko uważa, że jest w stanie to ocenić, ale również sądzi, iż na podstawie swojej oceny sytuacji ma prawo komuś udzielić wsparcia lub go odmówić.

Bądź taki, jak ja chcę

Strategia obwiniania ubogich za ich los przyjmuje niekiedy bardziej radykalną formę (to już czwarty z wymienionych sposobów działania), jaką jest dyscyplinowanie i uzależnianie udzielenia pomocy od poddania się rygorowi owej dyscypliny. Oto ci, którzy przyjmują pomoc, powinni, po pierwsze, być za nią wdzięczni, po drugie zaś, zrobić z nią dokładnie to, co pomagający uważa za słuszne. Gdy do podnoszących się po krwawej wojnie krajów bałkańskich trafiły wózki inwalidzkie, okazało się, że obdarowani nimi ludzie nie korzystają z nich jako środka transportu dla okaleczonych osób (ze względu na fatalny stan dróg i chodników byłoby to w praktyce niemożliwe), ale do wożenia rzeczy. Niektórych bardzo to oburzyło. Inni wskazywali jednak, że przecież wózki się przydały. Co więcej, można śmiało założyć, że zostały wykorzystane do tego, do czego były najbardziej potrzebne.

Podobne sytuacje można dostrzec na krajowym podwórku. To, że osoba w kryzysie bezdomności prosi nas nie o jedzenie (bo zjadła w jadłodajni), ale o pieniądze, nie musi wcale oznaczać, że planuje je „przepić”. Być może odkłada na trzymiesięczny bilet na komunikację miejską, którego zakup jest zupełnie racjonalną strategią przetrwania mrozów. Albo na zdjęcie do dokumentów, które są potrzebne, by podjąć dalsze działania na rzecz poprawy swojej sytuacji.

Pokusa, by oczekiwać, że ubodzy będą tacy, jak sami tego chcemy, i tak też będą się zachowywać, jest olbrzymia. Ulegają jej również liderzy i liderki akcji pomocowych. Czasem – choćby nieświadomie – czyni to każdy. Gdy mój znajomy, mieszkający w schronisku dla osób bezdomnych, wygrał niedawno sprawę o odszkodowanie za niesłuszne uwięzienie, od razu zaczął wydawać otrzymane pieniądze: na laptop, aparat, dentystę, kolację na mieście. Gdy zasugerowałem mu, że powinien uważać, by – przecież jego, nie moje! – pieniądze nie rozeszły się zbyt szybko, w mig wyłapał dyscyplinującą nutę w moich słowach i powiedział: „Ignacy, ja nigdy w życiu nic nie miałem”.

Wreszcie piątą strategią podchodzenia do osób ubogich jest litość. Sama w sobie jest dobrym punktem wyjścia do dalszego działania. Gorzej jednak, gdy staje się równocześnie punktem dojścia. Wtedy w centrum stawiamy swoje emocje i potrzeby, a nie tych, którym pomagamy.

Pomoc to nie szlachetność

Każda z wyżej opisanych postaw zakłada postawienie siebie nie tylko w centrum, ale także ponad osobą potrzebującą. Każda prowadzi do budowania relacji opartych na władzy, a nie solidarności; jest hierarchiczna, a nie równościowa. Wszystkie one nie są, rzecz jasna, równie brzemienne w skutkach – dehumanizacja i obojętność prowadzą do bierności; obwinianie ubogich może, ale nie musi, przeradzać się w bierność; dyscyplinowanie potrzebujących i litość na ogół mają konsekwencję w sposobie, w jaki pomagamy innym, a nie w zaniechaniu tego wsparcia. Wszystkie one mają jednak coś wspólnego – oto ja, z pozycji władzy, mogę drugą osobę albo pozbawić człowieczeństwa, albo zignorować, orzec o jej winie, postawić jej jasne warunki uzyskania pomocy i je egzekwować, albo wreszcie – z litości i szlachetności własnej – się nad nią pochylić. Za każdym razem ostatecznie to ja posiadam moc decydowania o życiu (a niekiedy także śmierci) drugiej osoby. Któż mi jednak ją dał?

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, łatwo dojść do wniosku, że żadna z tych postaw nie jest chrześcijańska. Wszak wobec innych mamy się stawać sługą, nie panem. Nie jesteśmy idealni i ulegamy pokusom, również tym dotyczącym postrzegania osób ubogich. Uniknięcie ich jest tym trudniejsze, że nie żyjemy w próżni, lecz w społeczeństwie i kulturze, które wciąż jeszcze na piedestale stawiają osobiste osiągnięcia, indywidualizm, swoisty „kowalizm” własnego losu. Które nie kładą nacisku na wspólnotowość, odpowiedzialność jednych za drugich. Bombardują nas komunikatami, w których pomoc innym jest „szlachetnością”, a nie obowiązkiem, „darem serca”, a nie ludzką czy chrześcijańską powinnością. Ta kultura trafia nie tylko pod strzechy domów, ale także niektórych kościołów – są przecież księża, których nauczanie bardziej przypomina coaching dla bogatych niż przepowiadanie Ewangelii i którzy w sobie tylko znany sposób potrafią interpretować fragmenty o „noszeniu brzemion drugich”, „sługach nieużytecznych” czy o tym, że chrześcijanie „wszystko mieli wspólne”, a „każdemu rozdzielano według potrzeby” w taki sposób, by zgadzało się to z ich indywidualistyczną wizją relacji społecznych.

Nie, pomoc innym w chrześcijańskim rozumieniu nie jest szlachetnością. Jest dzieleniem się tym, co do mnie nie należy. Nie musimy ujmować sprawy tak radykalnie jak św. Jan Chryzostom – często zresztą cytowany przez papieża Franciszka – który pisał, że „nie dzielić się własnymi dobrami z ubogimi znaczy okradać ich i pozbawiać życia. Posiadane przez nas dobra nie są naszymi, ale ich dobrami”. Warto jednak jasno przyznać, że z Ewangelii, pism Ojców Kościoła i społecznego nauczania Kościoła wynika, że – jak to trafnie i zwięźle ujął Misza Tomaszewski na łamach „Kontaktu” – „jałmużna jest nie tylko kwestią miłosierdzia. Przede wszystkim jest ona kwestią sprawiedliwości”.

Wiąże się to z trudnym do przyjęcia założeniem, że to, co mamy, wcale nie jest naszą własnością. W najgłębszym sensie wszystko zostało nam jedynie ofiarowane w dzierżawę. I rozliczani będziemy także z tego, na ile tym, co otrzymaliśmy, dzieliliśmy się z innymi, prowadząc ich do rzeczywistego wyzwolenia z dręczących ich przeciwności i ograniczeń, a nie tylko wyzwalając samych siebie z wyrzutów sumienia.

Uświadomić sobie przywilej

To trudne myślenie, ale prowadzi nas ono w pięknym kierunku, stawiając w centrum Drugiego – a więc w efekcie samego Chrystusa. Nie twierdzę, że umiem tak żyć – nie potrafię. Jestem wciąż zbyt mocno zniewolony oczekiwaniami, normami kulturowymi, wdrukowanymi przekonaniami, wykreowanymi we mnie i przeze mnie potrzebami. Ewangelia to niezwykle trudna Księga. Ale nie jest jedynie pobożnym ideałem, którego nigdy nie osiągniemy – tak rozumując, staniemy w miejscu. Ewangelia ukazuje cel i przekonuje, że z Bożą pomocą przynajmniej dostrzeżemy go na horyzoncie.

By tak się stało, warto zacząć przemianę własnego życia, by być w stanie żyć z innymi i dla innych. W polskim Kościele wspaniałych inicjatyw, wspólnot i akcji, które w tym pomagają, jest dużo. Istnieją takie, które nastawione są na budowanie relacji z potrzebującym, na wierność i wytrwałość, na tak dalece posuniętą bezwarunkowość pomocy, jak tylko jest to praktycznie możliwe, gdy pomagamy większej grupie osób i zawsze musimy podejmować decyzję, kto otrzyma wsparcie.

Wybór również jest sprawowaniem władzy. Sama zmiana myślenia nie sprawia jeszcze, że hierarchiczna relacja nagle znika. Zastaną dysproporcję niezwykle trudno przełamać. Jak bowiem poradzić sobie ze skrajną nierównością, w wyniku której wolontariusze i wolontariuszki – po spędzeniu paru godzin na mrozie ze swoimi znajomymi z ulicy na rozmowach i wspólnym jedzeniu – trafią ostatecznie do ciepłych łóżek, podczas gdy ich towarzysze niedawnych konwersacji będą, bez grama patosu, walczyć o życie na klatkach schodowych, przystankach autobusowych i w pustostanach? To problem, który należy rozwiązać systemowo. Lecz uświadomienie sobie swojej pozycji uprzywilejowania i władzy sprawia, że możemy z niej korzystać w inny sposób – niwelować, na ile to możliwe, różnicę między nami a potrzebującymi, zamiast ją potęgować. Czasami nawet symboliczne gesty równości znaczą bardzo wiele. By podać najprostszy przykład –

wiele osób żyjących na ulicy zupełnie nie przywykło do tego, że ktoś podaje im rękę czy pamięta ich imiona. A godność również ma w całej tej sprawie znaczenie – co więcej, znaczenie być może najważniejsze.

Ubodzy są ekspertami od ubóstwa

Świadomość swojej pozycji wobec drugiego prowadzi nas także ku systemowym rozwiązaniom. W efekcie mentalnego przewrotu można zacząć jej używać m.in. do stawiania w centrum sytuacji osób, z którymi się stykamy: poprzez nagłaśnianie ich problemów, oddawanie głosu potrzebującym, bycie ich rzecznikami w urzędach, pomaganie im w załatwianiu rozmaitych spraw. Póki nie spotkamy ludzi ubogich czy w kryzysie bezdomności, czasem trudno sobie zdać sprawę, jak wielu barier doświadczają na co dzień i jak wiele rzeczy, które dla nas są na wyciągnięcie ręki, dla nich jest nieosiągalnych.

Poznanie osób potrzebujących, uświadomienie sobie zachodzącej między nami nierówności oraz jej systemowych uwarunkowań – połączone z chrześcijańską pokorą oraz płynącą z Ewangelii potrzebą solidarności i utożsamienia się z cierpiącymi – prowadzi do odkrycia własnych ograniczeń. Takich oto, że paczka wysłana na święta znaczy ogromnie wiele, bo przywraca godność, pozwala przeżyć Boże Narodzenie „tak jak inni”, ale nie jest odpowiedzią na strukturalne bariery stojące przed ludźmi ubogimi. Świadomość własnych ograniczeń pozwala nie myśleć o tym, czy ktoś jest winny swojej sytuacji, tylko wyjść poza to pytanie – będąc samemu pogubionym, towarzyszyć innym na często poplątanych ścieżkach ich życia. To pokora prowadzi nas do przekonania, że sami nie zmienimy świata – że potrzeba współdziałania wielu ludzi. (To zresztą jedna z wielkich zalet akcji prowadzonej przez owego księdza, o którym wspomniałem, a którego każdy już z pewnością zdążył zidentyfikować. Trudno zaangażować się w nią samemu – dlatego na ogół włącza się w to dzieło znacznie więcej ludzi, zarażając innych postawą solidarności).

Brak pychy pozwala nam nie oczekiwać od ubogich, że wykorzystają przekazane im (nie podarowane – znów kwestia języka!) dobra w taki sposób, w jaki my tego oczekujemy, a także, co jeszcze ważniejsze, nie myśleć, że sami najlepiej wiemy, co jest potrzebującym potrzebne. Ubodzy są najlepszymi ekspertami od ubóstwa i sami najlepiej wiedzą, czego potrzebują. To również wielki pozytyw wielu akcji opartych na porządnym rozeznaniu potrzeb tych, do których są skierowane. Wreszcie – pokora poznawcza pozwala uświadomić sobie nieustanną konieczność profesjonalizowania swoich działań, doszkalania się, lepszego poznawania ludzi potrzebujących, ich oczekiwań i sytuacji. Co jeszcze? Ważne są konieczność bycia wiernym, dotrzymywania danego słowa, trwałości naszych działań. Adriana Porowska, dyrektorka Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej, w wywiadzie dla „Kontaktu” mówiła wprost: „podłe pomaganie jest przemocą”. Warto i o tym pamiętać.

Wszyscy ubodzy są nasi

To wszystko nie oznacza, że inicjatywy oparte na akcyjności nie są wartościowe. Są – ale zwłaszcza wtedy gdy prowadzą nas dalej: ku trwałemu zaangażowaniu, przemianie myślenia, widzeniu szerzej i głębiej. Ku marzeniu o przemianie świata. Wierzę, że takie marzenie towarzyszy wielu ludziom zaangażowanym w bardzo różne akcje dziejące się pod auspicjami Kościoła i rozmaitych chrześcijańskich wspólnot. W dzieła, które istnieją w Polsce od lat – jak wiele placówek Caritasu, Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej, Wspólnota Chleb Życia czy ATD Czwarty Świat. I w te, które powstały lub rozwinęły mocniej skrzydła niedawno jak Wspólnota Sant’Egidio, obecna w coraz większej liczbie miejsc w Polsce, czy również rozlewająca się na inne miasta krakowska akcja Zupa na Plantach. To inicjatywy bazujące (w różny sposób i w różnym stopniu) na wielu ważnych wartościach: trwałości, wierności, byciu na dobre i na złe, osobistych relacjach, możliwie równościowym podejściu do osób potrzebujących, współpracy z innymi organizacjami, rosnącym profesjonalizmie, coraz lepszym zrozumieniu mechanizmów przyczyniających się do trafiania ludzi na ulicę, pokorze w ich ocenianiu i oczekiwaniu od nich określonych zachowań, przełamywaniu w sobie i w przestrzeni publicznej rozmaitych stereotypów, bezwarunkowości pomocy, ofiarowaniu potrzebującemu wolności – również wolności do odrzucenia naszego wsparcia. Jak często mówi Magda Wolnik, kierująca Wspólnotą Sant’Egidio w Warszawie, dopiero gdy zaprzyjaźnimy się z mieszkającym na ulicy człowiekiem, który zmaga się z chorobą alkoholową, dopiero, gdy go poznamy, zbudujemy relację i zaufanie, gdy udowodnimy, że nie spotykamy się z nim jeden raz i od święta, dopiero wtedy możemy mu spróbować powiedzieć: „Nie pij”. Bo możemy dodać: „Nie pij, bo mi na tobie zależy”.

To zawsze trudna, kręta i wyboista droga. Pełna pytań, wątpliwości i wyzwań. Nie ma jednej uniwersalnej ścieżki bycia z innymi, solidaryzowania się z nimi, wspierania ich w trudnościach. Także ta, którą sam próbuję iść – nieustannie upadając i się myląc, nie dając rady i zawodząc – nie jest z pewnością idealna, pozbawiona niespójności, zagrożeń i słabości. Ale jestem przekonany, że solidarność jest lepsza od pomagania, miłosierdzie od litości, pokora od poznawczej pychy, wolność od dyscypliny. To drogowskazy, które dostrzegam w Ewangelii. I w życiu osób, których wierność Ewangelii podziwiam – jak s. Małgorzata Chmielewska, która nie tylko mawia, ale też potwierdza życiem, że kocha „swoich” bezdomnych.

Bo tak – wszyscy potrzebujący są nasi. Bo są naszymi braćmi i siostrami. Nie możemy ich nie zauważać. Ale są nasi także dlatego, że za ich sytuację odpowiadamy – w ubóstwo wpędzają ich niesprawiedliwe struktury, których częścią jest nasz dobrobyt. Nie pozwalają im z niego wyjść bariery, których jako społeczeństwo nie dostrzegamy, nie chcemy lub nie potrafimy niwelować. Nie spotykają się z wystarczającą dawką naszej miłości. Są więc nasi również dlatego, że są naszym wyrzutem sumienia. Wspieranie ich nie ma więc nic wspólnego z dobrym sercem. I my, i oni tych działań potrzebujemy: by być bardziej chrześcijaninem. By móc być bardziej człowiekiem.

 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter