70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Punkty dotyku

Język polski ma dwa słowa, które są połączone w sposób oczywisty tylko na pierwszy rzut oka, mianowicie „sens” i „sensoryczny”. Pierwsze z nich wskazuje na właściwe, zgodne z myśleniem znaczenie, drugie na to, co doznawane jest przez zmysły. Możemy zapytać: w jaki sposób doznania zmysłowe są znaczące? Mówiąc dokładniej: jak to, co sensoryczne, jest sensowne?

Każde społeczeństwo, jak twierdzą kanadyjscy antropolodzy zmysłów z Centre for Sensory Studies na Uniwersytecie Concordia, posiada własny wzorzec sensoryczny. Składają się na niego znaczenia i wartości zmysłowe, które uznawane są przez członków danego społeczeństwa, za ich sprawą uzmysławiają sobie oni świat i przekładają zmysłowe wrażenia na konkretny światopogląd[1]. Światopogląd, nie – dajmy na to – światoodczucie. Już sam fakt, że posługujemy się tym słowem wskazuje na to, że nadajemy (my, czyli mieszkańcy zachodnich społeczeństw) szczególne znaczenie zmysłowi wzroku. To za jego pomocą formułujemy sądy dotyczące prawdziwości lub fałszywości jakichś zjawisk czy zdarzeń. To dzięki niemu tworzymy różnorodne punkty widzenia. A dlaczego nie punkty dotyku?

*

Antropolog David Howes w tekście The Expanding Field of Sensory Studies, który stanowi podsumowanie ponad 20-letniej kariery lub rewolucji zmysłowej w naukach humanistycznych, podaje osiem tez stanowiących podstawę badań sensorycznych[2]. Jedna z nich jest szczególnie istotna: „Granice mojego języka (nie) są granicami mojego świata, ponieważ zmysły pojawiają się na długo przed językiem i daleko poza język wykraczają”. Oczywiście jest to krytyka słynnych słów Ludwiga Wittgensteina z Traktatu logiczno-filozoficznego, a zarazem prymatu, jaki przyznaje się językowi w kulturze zachodniej. Teza ta nie stanowi bynajmniej łatwego wytłumaczenia dla niepoznawalności zmysłów, raczej jest wezwaniem do poszerzenia granic języka. To wezwanie podjął w wydanej niedawno w Polsce książce Homo Hapticus. Dlaczego nie możemy żyć bez zmysłu dotyku? Martin Grunwald, dyrektor zajmującego się badaniami nad neurologicznymi, biologicznymi i psychologicznymi aspektami dotyku laboratorium Haptik w Lipsku.

Książka Grunwalda poświęcona jest kolejno opisowi rozwoju zmysłu dotyku u ludzkiego płodu, chorobom związanym z dotykiem, zachowaniom dotykowym oraz projektowaniu (określanym przez autora „dizajnem haptycznym”[3]). Publikacja ta ma charakter popularnonaukowy, jej celem jest przede wszystkim promocja badań przeprowadzanych w instytucie Haptik, notabene ciągle borykającym się z brakiem funduszy (na końcu książki znajduje się ogłoszenie na ten temat wraz z numerem konta bankowego, na które można przesłać darowiznę). Niezwykle ciekawe rozpoznania w tej książce – pisanej wyraźnie w pośpiechu, trochę nierównej, trochę niedopracowanej – regularnie urywają się z powodu braku podstawowych informacji dotyczących funkcjonowania pierwszego i najbardziej żywotnego ze zmysłów. To wyjątkowo paradoksalna sytuacja, w której książka popularnonaukowa, mająca za zadanie „pokazanie wielopłaszczyznowego wpływu narządu dotyku na nasze życie i czynności dnia powszedniego”, wskazuje przede wszystkim na konieczność przeprowadzenia dalszych badań nad tym narządem. Martin Grunwald raz po raz natrafia na granicę poznawczą, poza którą nie ma jeszcze języka; przyczyna tego nie leży w filozoficznym namyśle nad granicami języka jako takiego, lecz w dominującym w społeczeństwie wizualnym wzorcu zmysłowym, który – przyznając pierwszeństwo intelektowi, dystansowi oraz abstrakcji – za naczelną maksymę wciąż uznaje typowo kartezjańskie prawidło, podług którego „nie czujemy siebie, my siebie myślimy”[4]. Autor książki Homo Hapticus zdaje sobie w pełni sprawę – choć nie wyraża tego wprost – że badania przeprowadzane w założonym w 1996 r. ośrodku Haptik są nie tylko prekursorskie, ale i rewolucyjne dla zachodniego społeczeństwa, a ich stawką jest przywrócenie w doświadczeniu współczesnego człowieka zapomnianego zmysłu.

Taki zresztą tytuł nadał Pablo Maurette swoim medytacjom o dotyku, które rozpoczynają się od szczególnie paradoksalnej konstatacji. Zapomniany zmysł dotyku, zdaniem badacza, nigdy nie został, ba, nie może być, zapomniany: „Nawet gdybyśmy próbowali go zignorować, dotyk, ta wielogłowa hydra, nieuchwytny jak kostka mydła pod wodą, wszechobejmujący jak poczucie bycia żywym, jest katalizatorem egzystencji i jako taki jest nieunikniony, bezdyskusyjny, niemożliwy do zapomnienia”[5].

Słowo „dotyk” nie odnosi nas do jednego zmysłu, lecz do wielu – niemających swojego miejsca ani konkretnego organu; to skóra oblekająca całe ciało jest organem dotyku. W obręb dotyku włączamy tak różnorodne „zjawiska”, jak propriocepcja (rejestrowanie zmian położenia ciała), eksterocepcja (odczuwanie bodźców zewnętrznych) czy interocepcja (rejestrowanie stanu całego organizmu). Co więcej, każdy z nas jest w stanie stwierdzić, że wrażenia otrzymywane z ust, dłoni czy stóp różnią się od siebie diametralnie, co więcej, ich funkcje zmieniają się w zależności od wieku (dziecko wkłada do ust dosłownie wszystko, zaś usta dorosłego zaspokajają się mową, jedzeniem i pocałunkami). Dotyk okazuje się zatem bardzo pojemnym – poetyckim, nieokreślonym, mitycznym wręcz – określeniem na odbierane przez całe ciało wrażenia, wewnętrzne i zewnętrzne, bolesne i przyjemne, pożądane i niepożądane etc. Te wrażenia nie są bynajmniej zdominowane przez dychotomie, pojawiają się równocześnie, zmieniają, splatają. Biorąc pod uwagę rozpiętość doznań uznawanych przez nas za wrażenia dotykowe, podział na pięć zmysłów, do którego jesteśmy przyzwyczajeni od czasów Arystotelesa, okazuje się zawodzić. Idea rozszerzenia naszego sensorium o dodatkowe zmysły, nie mówiąc już o połączeniu ich w mniej lub bardziej nieoczywiste relacje – dobrym przykładem będzie tutaj synestezja – wydaje się z tradycyjnej perspektywy cokolwiek przerażająca. Powód? Ciało zamknięte w klatce pięciu zmysłów okazuje się nagle nieoswojone, obce, nieznane. Rozrasta się, przepoczwarza, zaczyna przypominać hydrę lernejską lub niedającą się uchwycić kostkę mydła. Potwora przeciwstawiającego się kulturze lub przedmiot nie do złapania.

*

W języku polskim powstało niewiele tekstów o dotyku. Jednym z nich jest esej Dotknięcie świata z tomu Błony umysłu Jolanty Brach-Czainy, rozpoczynający się istotnym pytaniem: „Co w dotyku jest tak niewłaściwego i podejrzanego, że nasza kultura nie puszcza go przez próg?”. Autorka podaje wiele odpowiedzi, pośród nich – związek z seksualnością, zwierzęcość i przyziemność tego zmysłu, wyraźny konflikt między „dotknięciami a słowami” – najciekawsza jest ta dotycząca oczywistości dotyku. Oczywistość polega tutaj na ścisłej łączności dotyku z życiem, ten zmysł jest bowiem pierwszym, jaki kształtuje się u ludzkiego płodu, zaś jego uszkodzenie jest równoznaczne z utratą życia. Niemożliwa jest sytuacja, kiedy nie dotykamy niczego, nie jesteśmy w kontakcie z niczym. Tak mówi nam „zasada kontaktu”, termin ukuty przez Grunwalda na określenie wrażliwości na dotyk charakteryzującej każdy żywy organizm (od jedno- po wielokomórkowe organizmy) i zdolności do reakcji, która jest elementarnym mechanizmem gwarantującym przeżycie. W istocie ta właściwość organizmu ludzkiego przybliża nas do życia, w wymiarze ludzkim i nieludzkim (wspólnym z innymi bytami), co więcej, jest tak niepodważalna i bezdyskusyjna, tak spleciona z naszym poczuciem siebie, że przeciwstawia się abstrakcyjnemu, opartemu na dystansie myśleniu, które charakteryzuje świat zdominowany przez to, co wizualne.

Każda refleksja nad dotykiem musi być skierowana przeciwko wizualnemu modelowi. Nie inaczej jest w tym przypadku. Zanim zapytamy, jaki jest „punkt dotyku”, przyjrzyjmy się „punktowi widzenia”. Aspekt, perspektywa, spojrzenie, pogląd, oto synonimy tego wyrażenia, wszystkie one znajdują się w tym samym wizualnym polu znaczeniowym. Dla przykładu, słowo „aspekt”, pochodzące z łaciny (aspectus), oznacza ni mniej, ni więcej: wygląd, widok, widzialność, widzialny przejaw czy spojrzenie. Tak więc mówienie o własnej perspektywie lub aspekcie danego zjawiska wyklucza na poziomie językowym inne zmysłowe wrażenia, jak również inną relację z rzeczywistością. Punkt widzenia tworzy bowiem relację opartą na dystansie, polega on przede wszystkim na zajmowaniu – nieustannie zmienianego, dyskutowanego, poddawanego weryfikacji – stanowiska względem, wobec lub do czegoś, kogoś. Mieć najlepszy punkt widzenia to znaczy tyle co mieć poglądy szerokie, a spojrzenie przenikliwe, zajmować najwyższe stanowisko, z którego najwięcej dostrzeżemy. Wszystkie te określenia od razu tworzą hierarchię (zajmujesz wyższe lub niższe stanowisko), opierają się na ocenie (masz mniej lub bardziej przenikliwe spojrzenie) i tworzeniu podziałów (prawica czy lewica?). Punkty widzenia są również abstrakcyjne, są wszędzie i nigdzie; nie bez powodu boska opatrzność ukazywana jest jako wszystkowidzące oko, które nigdy nie mruga i widzi nawet w ukryciu.

Jaki jest więc twój punkt dotyku? Kiedy myślimy o dotyku, nie zajmujemy stanowiska, ustosunkowujemy się przede wszystkim wobec naszego ciała. Tworzymy z początku relację sami ze sobą, relację opartą na bliskości z naszym poczuciem siebie, z tym, co w nas wrażliwe, co często niewidoczne dla innych (może to być ukryty głęboko ból, może być miejsce szczególnie wrażliwe na pieszczoty). Dopiero to otwiera nas na bliski kontakt ze światem. A więc pozwala uświadomić, że tak jak jesteśmy dotykani, tak samo dotykamy. Jeżeli punkty widzenia są niczym stanowiska wojskowe, to punkty dotyku przypominają miejsca nieobwarowane, wrażliwe, domagające się troski. Tak o siebie, jak i o innych. Jesteśmy cali w punktach dotyku i nie chcemy być dotykani w sposób niezgodny nie tyle z naszym myśleniem, ile odczuwaniem. Nie chcemy być, nie chce być każdy byt, z którym jesteśmy w bliskości.

Dotyk nie jest ani prawdziwy, ani fałszywy, jest odczuwany i przez to oczywisty, tak jak życie, które można odebrać, pomniejszyć, stłamsić, dotykając niezgodnie z tą oczywistością.

Dlatego też nie sposób punktów dotyku poddać pod dyskusję, niemożliwe jest ich negocjowanie (możemy nie mieć punktu widzenia, ale nie możemy nie mieć punktu dotyku). Odpowiedź na pytanie, jaki jest twój punkt dotyku, nie stanowi intelektualnego, bezpiecznego, zdystansowanego aktu, to raczej otwarcie się, wystawienie, możliwość bycia dotkniętym do żywego. Odsłonięcie tych punktów wiąże się nieodmiennie z wyjściem poza hierarchie, oceny i podziały, a więc poza wszystko to, dzięki czemu potrafimy utrzymać rzeczywistość w ryzach. Takie pytanie jest o tyle sensowne, o ile zaczniesz je odczuwać, tak jak odczuwasz swoją dotkliwą skórę. Dzieloną ze mną, z nią, z nimi, ze wszystkim, co żywe. Język powinien za tą dotkliwością podążać.

 

Martin Grunwald

Homo Hapticus. Dlaczego nie możemy żyć bez zmysłu dotyku?

tłum. Ewa Kowynia,

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019, s. 224

[1] C. Classen, Foundations for an anthropology of the senses, „International Social Science Journal” 1997, nr 49 (153), s. 401. (Jeżeli nie podaję inaczej, wszystkie przytoczenia w moim tłumaczeniu).

[2] D. Howes, The Expanding Field of Sensory Studies, https://www.sensorystudies.org/sensorial-investigations/the-expanding-field-of-sensory-studies/ (dostęp: 21 sierpnia 2019 r.).

[3] Autor dokonuje podziału na wrażenia taktylne (bierne – powstające, kiedy jesteśmy dotykani) oraz haptyczne (aktywne – powstające, kiedy dotykamy). Ten podział powstaje na bazie badań neurofizjologicznych: „Ponieważ większą część dnia jesteśmy aktywni, prawie wszystkie doznania dotykowe należą do kategorii haptycznych, a tylko niewielka część do taktylnych” (M. Grunwald, Homo Hapticus. Dlaczego nie możemy żyć bez zmysłu dotyku, tłum. E. Kowynia, Kraków 2019, s. 24). Trudno powiedzieć, skąd autor dokładnie zaczerpnął ten dualistyczny podział – według etymologii haptyczność to przede wszystkim „bycie w kontakcie” lub też „bycie zdolnym do wejścia w kontakt (poprzez dotyk)”. Natomiast w studiach kulturowych haptyczność jest równoznaczna z taktylnością i często ukazywana jako jedna z możliwości widzenia (po omacku, z bliska, jak twierdzi Gilles Deleuze – por. Yoshitaka Ohta, What is the haptic? Consideration of Logique de le Sensation and Deleuze’s theory of sensation, „Aesthetics” 2003, nr 17, s. 13–24).

[4] Ostatnią część książki stanowi niezwykle skromny słownik pojęć z zakresu badań nad dotykiem, znajdują się tam również tak ogólne hasła, jak „narząd słuchu”, „narząd smaku”, „narząd węchu” i „narząd wzroku”. Warto zauważyć, że pierwsze trzy narządy umożliwiają „wrażenia”, ostatni natomiast „poznanie” (sic!) – tak jakby wrażenia słuchowe, smakowe i węchowe nie tworzyły żadnego rodzaju wiedzy, nie pozwalały poznać rzeczywistości. Por. M. Grunwald, Homo Hapticus, dz. cyt., s. 189–190.

[5] P. Maurette, The Forgotten Sense. Meditations on Touch, Chicago–London 2018, s. IX–X.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter