Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
 Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579

 Konkurs na esej

 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 6/2003 (577)
  Filozof o Alicji
w Krainie Czarów

Roger W. Holmes



   Czy widzieliście kiedyś Nikogo? Jaki byłby wasz świat, jeśli przedmioty nie miałyby nazw? Czy możecie sobie przypomnieć, co się wydarzy w tygodniu, który nastąpi po najbliższym? W ile niemożliwych rzeczy potraficie uwierzyć przed śniadaniem - jeśli tylko wstrzymacie oddech i zamkniecie oczy? Te pytania przenoszą nas w świat Lewisa Carrolla - do Krainy Czarów, gdzie spotykamy Królika i Fałszywego Żółwia, morze łez i herbatkę Szalonego Kapelusznika; do Krainy po Drugiej Stronie Lustra z jej Ogrodem Owadów, Żabrołakiem, Morsem i Cieślą, butami i statkami, lakiem, kapustą i królami. Przenoszą nas one również w świat filozofii.
   Ci nieliczni, którzy przeszli przez magiczne Lustro do Krainy po Drugiej Stronie Lustra, zdają sobie sprawę, że jej krajobraz jest planszą do gry w szachy, a zdarzenia wynikają z szachowego problemu: "Biały Pionek (Alicja) zaczyna i wygrywa w jedenastu posunięciach". Jeszcze mniejsza jest liczba tych, którzy wiedzą, że zarówno Kraina Czarów, jak i świat po Drugiej Stronie Lustra w takiej samej mierze należą do logików i filozofów, jak do rodziców i dzieci. Oba te światy pełne są problemów i strategii z zakresu logiki, metafizyki, teorii poznania i etyki. Z niezwykłą wyobraźnią rozważa się tu zasady logiki, użycia i znaczenia słów, funkcje nazw, zagadki związane z czasem i przestrzenią, problem tożsamości osobowej, status substancji w relacji do jej jakości, problem umysł-ciało.
   Czasem Lewis Carroll przedstawia swym czytelnikom zabawny absurd logiczny, jak wówczas, gdy Księżna z Alicji w Krainie Czarów radzi: "Nigdy nie wyobrażaj sobie, że z tobą jest nie inaczej niż tak, jakby się mogło innym wydawać, że nie inaczej było z taką, jak byłaś, albo mogłaś być, jakby nie było inaczej, niż by się inaczej mogło im wydawać, że byłaś", starając się "prościej powiedziawszy", wyrazić swoją zachętę, by Alicja "była tym, czym chce się wydawać"1. Innym razem autor jedynie w żartobliwy sposób napomyka o pewnych sprawach, jak w przeprowadzonym przez Kota z Cheshire dowodzie, że jest on obłąkany.
   - A skąd wiesz, że ty jesteś obłąkany? [zapytała Alicja] Po pierwsze - odpowiedział Kot - pies nie jest obłąkany. Zgadzasz się z tym? - Chyba tak - odpowiedziała Alicja. - No, więc widzisz - ciągnął Kot - że pies warczy, jak się rozgniewa, a kiedy jest zadowolony - macha ogonem. Otóż ja normalnie warczę, kiedy jestem zadowolony, a macham ogonem, jak się rozgniewam. I dlatego jestem wariat.
   
   Nie jest to może dobra logika, ale ma ona swoje filozoficzne konsekwencje.
   Niekiedy autor znajduje niezapomnianą ilustrację dla jakiejś podstawowej zasady. Wiemy, że jeśli wszystkie jabłka są czerwone, to nie wynika z tego, że wszystkie czerwone przedmioty są jabłkami - logik określa to technicznie jako nieprzemienność simpliciter sądów ogólnych. Podczas pamiętnej herbatki Kapelusznik celowo zadaje niekompletną zagadkę na temat kruka i biurka. Marcowy Zając mówi do Alicji:
   - Czy chcesz przez to powiedzieć, iż wydaje ci się, że potrafisz znaleźć na to odpowiedź? - Oczywiście - powiedziała Alicja. - No więc powiedz to, co chcesz powiedzieć! - rzekł na to Marcowy Zając. - Właśnie mówię - rzekła z pośpiechem Alicja - to znaczy... chciałam powiedzieć... to, co mówię. Przecież to wszystko jedno i to samo. - Wcale nie to samo! - rzekł Kapelusznik. - To tak jakbyś powiedziała, że "widzę, co jem" niczym się nie różni od "jem, co widzę"! - Mogłabyś równie dobrze powiedzieć - wtrącił Zając Marcowy - że "mam to, co chciałam" nie różni się od "chciałam tego, co mam"! - Mogłabyś równie dobrze powiedzieć - rzekł Suseł, jakby mówił przez sen - że "kiedy śpię, oddycham" nie różni się od "kiedy oddycham, śpię". - U ciebie to się nie różni! - stwierdził Kapelusznik.
   
   Suseł na powrót zapada w sen, a logika budzi się do życia.
   Najczęściej autor posługuje się absurdalnym humorem Krainy Czarów, by skierować uwagę na trudne pojęcia techniczne, i za ten dar nauczyciele logiki i filozofii darzą go bezgranicznym podziwem i wdzięcznością. Nie trzeba przeprowadzać dzielenia za pomocą cyfr rzymskich, aby docenić wartość zaliczenia zera do liczb, mimo że zero niczego nie liczy. W pokrewnej dziedzinie logiki zbiór pusty, zbiór bez elementów, jest równie użyteczny, choć trudniejszy do wyjaśnienia. Zbiór kobiet-prezydentów Stanów Zjednoczonych rzeczywiście jest zbiorem, lecz ze względu na prosty fakt empiryczny, w 1959 roku jest to zbiór bez elementów. Lewis Carroll przypomina nam, że często odwołujemy się do tego dziwnego, lecz ważnego bytu logicznego. Biały Król czeka na swoich posłańców i prosi Alicję, by wyglądała na drogę, czy już przybywają.
   - Czy widzę kogoś na drodze? Nikogo! - rzekła Alicja. - Ach, żebym ja miał taki wzrok - powiedział z żalem Król. - Nikogo! na taką odległość! Ja przy tym świetle widzę tylko tych, co istnieją.
   Sytuacja jest zabawna i, bez pomocy logiki, również kłopotliwa. Kiedy kilka stron dalej goniec w końcu się pojawia, kłopotów tylko przybywa:
   - Kogo minąłeś po drodze? - zapytał Król (...) - Nikogo - odpowiedział Goniec. - Bardzo słusznie - powiedział Król - ona też to widziała. Wobec tego Nikt cię nie przegonił. - Staram się, jak mogę - odrzekł posępnie Goniec. - Na pewno nikt nie jest ode mnie szybszy. - Oczywiście - powiedział Król - w przeciwnym razie byłby tu przed tobą.
   "Nikt" może nie oznaczać żadnej osoby, ale lepiej uważać, w jaki sposób się o nim mówi!
   Lewis Carroll jako logik jest zafascynowany słowami. W wierszu o Żabrołaku ("Był czas mrusztławy, ślipkie skrątwy na wałzach wiercząc świrypły...") słowa są walizkami; Hojdy Bojdy wyjaśnia: "mizgłe" oznacza zarówno "mizerne", jak i "wątłe", mieszcząc w sobie oba znaczenia naraz. Spośród wszystkich wyrazów nazwy przysparzają filozofowi i logikowi najwięcej kłopotów. Nikt (pamiętacie go?) nie wiedział tego lepiej niż Lewis Carroll. Alicja chwali się Komarowi, że potrafi nadawać nazwy owadom:
   - One oczywiście odpowiadają, kiedy się do nich tak zwracać? - rzekł od niechcenia Komar. - Nigdy o czymś podobnym nie słyszałam. - To po co się nazywają - zapytał Komar - skoro nie odpowiadają, gdy je zawołać? - Im to po nic - rzekła Alicja - ale myślę, że przydaje się to ludziom, którzy wymyślają im nazwy. Bo inaczej po co rzeczy w ogóle by się nazywały?
   Właśnie, po co? Filozofowie średniowieczni zawzięcie się o to spierali. Alicja wydaje się nominalistką, sugerując, że nazwy są jedynie wygodnymi etykietami, za pomocą których możemy odnosić się do przedmiotów bez konieczności wskazywania na nie palcem. Jednak kilka stron dalej przybywa do lasu, gdzie rzeczy nie mają nazw, i szybko odkrywa to, o czym wiedzieli już średniowieczni realiści: iż nazwy posiadają zarówno konotację, jak i denotację. Spotyka jelonka i ten, ponieważ nie może w tym magicznym miejscu pamiętać, że Alicja jest "dzieckiem", pozwala jej się głaskać i obejmować swą szyję, jak na znanej ilustracji Tenniela. Jednak gdy tylko docierają na skraj lasu, jelonek rzuca się w popłochu do ucieczki. Nazwy są więc czymś więcej niż etykiety - przekazują informacje. Taki las skłania do fascynujących rozważań filozoficznych.
   Przypuśćmy, że nie moglibyśmy zapamiętywać żadnych nazw. Wówczas nie tylko porozumiewanie się z kimkolwiek na temat przedmiotów nie byłoby możliwe inaczej, jak tylko poprzez wskazywanie palcem, ale również nie moglibyśmy przeprowadzać uogólnień i musielibyśmy polegać bez reszty na reakcjach warunkowych. Jelonek mógłby nadal obawiać się Alicji, gdyby wcześniej miał do czynienia z dziećmi; jednak Alicja nie mogłaby posiadać racjonalnej wiedzy, nie mogłaby być człowiekiem w zwykłym znaczeniu.
   Hojdy Bojdy okazuje się realistą, gdy pyta Alicję, co znaczy jej imię. "A czy imię musi coś znaczyć?" - zapytała z powątpiewaniem Alicja. "Oczywiście, że musi! - rzekł, zaśmiawszy się krótko, Hojdy Bojdy. - Moje imię oznacza kształt, jaki posiadam: zresztą bardzo dobry i ładny kształt. A jak ktoś się nazywa tak jak ty, to może być prawie dowolnego kształtu". Jednak nieco później, gdy omawiane są zalety posiadania nieurodzin, nasz jajogłowy przyjaciel ujawnia skłonność nominalistyczną i dowodzi, jak miło byłoby otrzymywać nienaurodzinowe prezenty przez 364 dni w roku zamiast prezentów urodzinowych raz do roku. "Po prostu cacuszko", mówi Hojdy Bojdy.
   - Nie rozumiem, co pan chce powiedzieć przez cacuszko - rzekła Alicja. Hojdy Bojdy uśmiechnął się pogardliwie. - Pewnie, że nie rozumiesz - aż ci to wytłumaczę. Chciałem przez to powiedzieć: argument po prostu nie do zbicia. - Przecież cacuszko nie znaczy argument nie do zbicia! - zaprotestowała Alicja. - Jeżeli ja używam jakiegoś słowa - oświadczył Hojdy Bojdy tonem dość pogardliwym - znaczy ono dokładnie to, co ja sobie życzę: ni mniej, ni więcej. - Tylko pytanie - odrzekła Alicja - czy pan może nadawać słowom aż tyle rozmaitych znaczeń. - Pytanie jest tylko - rzekł Hojdy Bojdy - kto tu decyduje: i koniec.
   Nieco później Hojdy Bojdy traci cierpliwość i używa słowa "nieprzenikliwość" dla oznaczenia zdania: "Już dosyć tego tematu i najlepiej, gdybyś mi wreszcie powiedziała, co chcesz dalej robić, bo myślę, że nie zamierzasz tu spędzić reszty życia". Kiedy Alicja zauważa, że to bardzo dużo znaczy, jak na jedno słowo, nasze uczone jajo zamyka dyskusję mówiąc: "Jeżeli już każę słowu tyle się napracować, zawsze mu osobno dopłacam. Żebyś widziała, jak one się do mnie zbiegają w sobotę wieczór, rozumiesz, po wypłatę". Problem, który tu się pojawia, ma dla filozofii pierwszorzędne znaczenie. Czy możemy, jak Hojdy Bojdy, nadawać naszym słowom znaczenia w sposób całkowicie dowolny? Przychodzi tu na myśl radziecki delegat posługujący się słowem "demokracja" podczas debaty ONZ. Czy możemy dopłacać naszym słowom osobno, czy też na tym właśnie polega propaganda? Czy mamy obowiązek trzymać się dotychczasowego sposobu użycia? W pewnym sensie słowa nad nami panują; inaczej niemożliwe byłoby porozumiewanie się. W innym sensie jednak to my nad nimi panujemy; inaczej nie byłoby poezji.
   Najbardziej skomplikowana rozmowa na temat roli słów odbywa się pomiędzy Alicją i Białym Rycerzem, kiedy proponuje on, iż zaśpiewa jej piosenkę. To klasyczny fragment. Rycerz zapowiada, iż tytuł piosenki "nazywa się Oczy wątłusza" i następuje pamiętna rozmowa:
   - Więc taki jest jej tytuł? No, no! - rzekła Alicja, usiłując wzbudzić w sobie zainteresowanie. - Nie, nie zrozumiałaś - powiedział Rycerz, jakby trochę zakłopotany. - Tak się nazywa jej tytuł. A naprawdę jej tytuł brzmi Starutki starzyk. - Więc należało powiedzieć: ta pieśń tak się nazywa? - poprawiła się Alicja. - Nie, to coś zupełnie innego! sama pieśń nazywa się Sposoby na życie, rozumiesz: ona się tak tylko nazywa! - Więc jaka to jest pieśń? - zapytała Alicja, teraz już kompletnie oszołomiona. - Właśnie chciałem powiedzieć - rzekł Rycerz. - Naprawdę to jest Na bramce usiadłszy.
   Poruszone tu zagadnienia są techniczne i abstrakcyjne, ale pasjonujące. Zatrzymajmy się i przeanalizujmy sytuację, którą opisuje Biały Rycerz. Mamy tu dwie rzeczy - tytuł (name) pieśni i samą pieśń. O tytule można powiedzieć: (a) jaki jest ten tytuł i (b) jak ten tytuł się nazywa. O samej pieśni można powiedzieć: (a) jaka to jest pieśń i (b) jak ta pieśń się nazywa.
   Zacznijmy od imienia (name). John Keats nazywa się John, ale niekoniecznie tak nazywa się jego imię. Gdybym miał przedstawić Keatsa ("To jest John Keats"), to zrobiłbym dwie rzeczy. Najpierw podałbym jego imię, a następnie powiedziałbym, jakiego symbolu używamy dla tego imienia w języku angielskim. Na Placu Hiszpańskim w Rzymie znajduje się tabliczka informująca, iż pewien Giovanni Keats zmarł w sąsiednim budynku. Z pewnością słowem "Giovanni" Włosi nazywają imię Keatsa! Czy nie wynika stąd, iż rodacy Keatsa nazywają je słowem "John"? Jakie jest jego imię? John? Giovanni? Johann? Ian? Czy coś, do czego wszystkie one się odnoszą? Można się zdziwić, słysząc pytanie, czy podobała nam się muzyka Józefa Zielonego, lecz to, że chodzi tu o kompozytora Traviaty, jest równie pewne jak to, że Giovanni Keats jest autorem Ody o greckiej urnie.
   Problem dotyczący Keatsa można rozwiązać patriotycznie, za imię uznając symbol używany w kraju urodzenia. Chrzcielne imię Keatsa to John; wszystkie inne to nazwy tego imienia używane przez cudzoziemców. Co jednak z powszechnymi rzeczownikami? Taka rzecz jak dwudziestoczterogodzinny przedział czasu nie ma ani miejsca urodzenia, ani kraju. Określa się go rozmaicie - jako "dzień", "day", "jour", "Tag", "giorno" lub poprzez inny spośród wielu symboli. A co z nazwą (name) tego, co nazywamy "dzień"? Z pewnością nie ma on żadnej nazwy. A jednak on sam jest nazywany "dzień" lub "day", lub inaczej i tym sposobem bezpośrednio przechodzimy do drugiego głównego podziału Białego Rycerza: na rzeczy i to, jak one są nazywane. Jeśli mamy wierzyć Białemu Rycerzowi, możemy być pewni, że zbiory rzeczy, jak dwudziestoczterogodzinne przedziały czasu, nie są nazywane swoimi nazwami!
   Słowo "nazywać" jest dwuznaczne. Możemy nazywać osobę imieniem lub przezwiskiem: jeśli znałbym Keatsa bliżej, mógłbym go nazywać "Jack". W innym sensie opisuję go komuś innemu; wówczas nazywam go "największym romantycznym poetą angielskim" lub "kimś, kogo imię poszło w niepamięć". Pierwsza sytuacja obrazuje, jak to imię się nazywa - przypisuje się w niej arbitralnie etykietę do jednostki. W drugiej sytuacji mamy przykład tego, jak rzecz się nazywa - przekazywana jest tu określona informacja. Można mówić, że Keats był takiego i takiego wzrostu, można go nazywać człowiekiem o takiej lub innej posturze. Dzień można nazywać okresem o tylu i tylu minutach, lub ziarenkiem na plaży Czasu. Tu w istocie tkwi różnica pomiędzy słownikiem i encyklopedią - pierwszy informuje o nazwach, druga dostarcza wiedzy o rzeczach. Z tym że - jak to jasno przedstawił Biały Rycerz - hasła w słowniku nie są wcale nazwami w sensie właściwym!
   Docieramy na koniec do samej rzeczy. I tu Lewis Carroll niewątpliwie sobie z nas kpi. Biały Rycerz mówi, że pieśń, którą śpiewał, to "Na bramce usiadłszy" - ale trzeba pamiętać, że nie jest to jej tytuł! Nie jest to nawet to, jak ta rzecz się nazywa - pieśń smutna lub długa. Czym mogłoby to być, jeśli nie jest ani tytułem pieśni, ani jej opisem? Mogłoby to być tylko samą rzeczą. Najbardziej możemy zbliżyć się do niej, wskazując na nią palcem lub wykrzykując "to", "tamto" lub "hej, ty!". Aby nie popaść w sprzeczność, Biały Rycerz, powiedziawszy, że pieśń to..., mógł jedynie zacząć śpiewać samą piosenkę. Sprzeczny czy nie, Biały Rycerz jest najbardziej wyrafinowanym podarunkiem Lewisa Carrolla dla logików.
   Jeszcze jeden fragment z Po Drugiej Stronie Lustra budzi podziw logika. Biała Królowa oświadczyła właśnie Alicji, że ma dokładnie sto jeden lat, pięć miesięcy i jeden dzień:
   - Nie mogę w to uwierzyć! - powiedziała Alicja. - Nie możesz? - powiedziała z politowaniem Królowa. - No, spróbuj jeszcze raz! Zrób głęboki wdech i zamknij oczy. - Alicja roześmiała się. - Nie mam co próbować - odrzekła - nie można uwierzyć w to, co niemożliwe. - Zdaje się, że nie masz w tym wielkiej wprawy - powiedziała Królowa. - Ja w twoim wieku zawsze ćwiczyłam to przez pół godziny dziennie. Nieraz jeszcze przed śniadaniem dochodziłam do sześciu niemożliwości, w które udawało mi się uwierzyć.
   Czy można uwierzyć w to, co niemożliwe? Jeśli powiedziałbym wam, że widziałem orła, którego wzór ubarwienia byłby dokładną repliką amerykańskiej flagi, moglibyście wykrzyknąć: "To niemożliwe!". Ale bylibyście w błędzie. Taki ptak jest jedynie mało prawdopodobny. Moglibyście uwierzyć w istnienie tego rodzaju stworzenia w dowolnej chwili, gdyby świadectwo było wystarczająco przekonywające - a mogłoby się tak zdarzyć. Jeśli jednak powiedziałbym wam, że mam w kieszeni doskonały egzemplarz okrągłego kwadratu, ponownie wykrzyknęlibyście "niemożliwe!" i tym razem mielibyście rację. Niezależnie od tego, na jak długo wstrzyma się oddech lub jak wcześnie podejmie się próby, nie można uwierzyć w to, co niemożliwe. Stwierdzenie to jest prawdziwe i ważne. Wiele da się powiedzieć o naturalnym środku zapobiegawczym (built-in rejector) przeciw temu, co nielogiczne. Bez niego bylibyśmy tak przekomiczni jak Biała Królowa.
   
   Bogactwo treści, które przedstawia Lewis Carroll, by przybliżyć filozofię, jest niemal niewyczerpalne. Na przykład w Krainie Czarów dziecko zmienia się stopniowo w prosiaka. Czy można bardziej wymownie zilustrować ważność i znaczenie przyczyn? Kraina Czarów to także miejsce, gdzie zawsze jest czas podwieczorku. Na przyjęciu u Królowej Szalony Kapelusznik wyrecytował wiersz, na co gospodyni wykrzyknęła, że zarzyna on czas ("Uciąć mu głowę!"). Od tego momentu zawsze jest szósta po południu. Czy można rozważać czas jako wymiar metafizyczny, nie wspominając o tym przyjęciu? Kraina po Drugiej Stronie Lustra również ma swoje osobliwości. Po pierwsze, czas biegnie tam do tyłu - o tym jednak później. To także miejsce, gdzie przestrzeń przysparza kłopotów. Kiedy Alicja wchodzi do ogrodu z Lustrzanego Domu, odkrywa, że na wzgórze, które widzi w oddali, może dostać się jedynie podążając w przeciwnym kierunku. Podczas zwariowanego spotkania z Białą Królową dowiaduje się, że aby pozostać w jednym miejscu, muszą one biec najszybciej, jak potrafią, i dwa razy szybciej, by dostać się gdzie indziej. Tego rodzaju przykłady, podobnie jak wiele w książkach o Mary Poppins, poruszają kwestię natury świata, w którym żyjemy, wzbudzając przy tym zachwyt adepta metafizyki. Gdy Alicja składa się jak teleskop podczas pierwszej przygody w Krainie Czarów, jest ciekawa, co dzieje się z płomieniem świecy, która się już wypaliła, i czy ona sama również całkiem zgaśnie, "jak świeca". Już presokratycy pasjonowali się tą kwestią: co się dzieje z płomieniem?
   Niektóre problemy filozoficzne są wieczne. Alicja oszołomiona nagłymi zmianami swego wzrostu i pogawędkami z wyjątkowym królikiem, który nosi marynarkę, rękawiczki i zegarek, zadaje sobie pytanie: "Kimże ja u licha jestem? O, to jest ta wielka zagadka". I rzeczywiście to jedna z największych filozoficznych zagadek: problem tożsamości osobowej. Alicja zaczyna rozmyślać o wszystkich dzieciach w swoim wieku, by zbadać, czy mogła się zmienić w któreś z nich. Nie może być Adą, gdyż włosy Ady układają się w długie loki (materializm). Nie może być Mabel, ponieważ Alicja zna się na wszystkich rzeczach, a Mabel wie tak mało (idealizm). Tabliczka mnożenia? 4 x 5 = 12, 4 x 6 = 13. Ojej! Geografia? Londyn to stolica Paryża, Paryż to stolica Rzymu. To wszystko nie tak. "Jak ślicznie, mały krokodylu". Nic z tego nie jest poprawne - nie może więc być Mabel. Alicja dochodzi do pocieszającego wniosku, iż nie wykona żadnego polecenia dorosłych, dopóki jej nie powiedzą, kim jest. Oto domowy bunt, który może uśmierzyć jedynie filozofia.
   Kot z Cheshire jest źródłem samych zagadek. Pamiętacie, iż posiada wyjątkową jak na kota umiejętność: potrafi znikać, pozostawiając swój uśmiech. Słychać tu echo dysput na temat substancji i jej przypadłości! Oto uśmiech bez głowy. Zwierzę to ma urok zjawy - należy do innego świata. Ów kocur posiada także inny kłopotliwy zwyczaj: pojawia się i znika stopniowo, zaczynając od koniuszka ogona, a kończąc na uśmiechu, lub vice versa. Fakt ten nie jest aż tak niepokojący, gdyż sami należymy do świata podobnego rodzaju: obserwujemy, jak znika suchy lód i jak powstają kryształy. O sztuczce ze znikaniem wspomina się tutaj, ponieważ wywołuje ona później na kartach książki o Krainie Czarów spór przypominający w zabawny sposób słynną ilustrację znaczenia pragmatyzmu autorstwa Williama Jamesa.
   Przypuśćmy, że jakaś osoba chodzi dookoła drzewa, na którym siedzi wiewiórka, i że ta wiewiórka nigdy nie odwraca się do niej tyłem. Czy ta osoba chodzi dookoła wiewiórki? Kot z Cheshire ośmielił się obrazić Króla i ten zwraca się do Królowej, by rozkazała pozbyć się śmiałka. Wówczas Królowa stosuje swój zwykły środek: "Uciąć mu głowę!". Kiedy Alicja pojawia się na scenie, Król, Królowa i kat uczestniczą właśnie w poważnym sporze. Głowa kota, pobawiona ciała, przygląda się temu z zainteresowaniem.
   Kat wyrażał pogląd, że nie da się uciąć głowy, jeżeli nie ma ona ciała, od którego można by ją odrąbać: że nigdy nie musiał czegoś takiego robić i w tym wieku zaczynał nie będzie.
   Król wyrażał pogląd, że jeżeli coś ma głowę, to można mu ją uciąć! I żeby nie gadał głupstw.
   Królowa wyrażała pogląd, że trzeba coś z tym zrobić, i to natychmiast, a nawet jeszcze prędzej, albo każe ściąć wszystkich naokoło. (Właśnie z powodu tej ostatniej uwagi wszyscy mieli wygląd tak poważny i zalękniony).
   William James rozwiązałby ten problem, definiując znaczenie zwrotu "posiadać głowę", tak jak pomógł on rozwiązać problem wiewiórki, zwracając uwagę na zwrot "chodzić dookoła". Kot z Cheshire w mało filozoficzny sposób ominął trudność, całkowicie znikając i pozostawiając Króla oraz kata biegających gorączkowo tam i z powrotem, podczas gdy reszta towarzystwa wróciła do gry w krokieta.
   Przygody Alicji w Krainie Czarów zawierają mniej odniesień do filozofii niż Po Drugiej Stronie Lustra. Możliwe, że po sukcesie pierwszej książki Lewis Carroll był bardziej świadomy swojego podejścia w następnym dziele. Jednakże byłoby przesadą doszukiwać się Platońskiego świata moralności w irytującym zwyczaju Księżnej poprzedzania każdej uwagi słowami: "A z tego wynika morał, że...". Równie nietrafne byłoby zbyt mocne akcentowanie wypowiedzi Fałszywego Żółwia, iż żadna mądra ryba nie wybrałaby się nigdzie bez machania ogonem. Na pytanie Alicji Fałszywy Żółw odpowiada: "Przypuśćmy, że do mnie przyszłaby jakaś ryba i powiedziała, że rusza w podróż, co ja bym odpowiedział? Przyjemnego machania ogonem!". Jeśli chcecie, możecie się tu doczytać celowościowej2 metafizyki. Jednak kiedy w Po Drugiej Stronie Lustra Biały Rycerz po raz n-ty spada z konia i zwisa spokojnie głową na dół, rozmawiając z Alicją -
   - Jak możesz tak spokojnie rozmawiać - głową na dół? - spytała Alicja, wyciągając go za nogi i zwalając na brzeg. Rycerza to pytanie jakby zdziwiło.
   - A co za różnica, w jakiej pozycji znajduje się moje ciało? - rzekł. - Mój umysł tak czy owak nadal pracuje...
   - okazuje się wiernym zwolennikiem Kartezjańskiego dualizmu ciała i umysłu, choć czyni zastrzeżenia, na które sam Kartezjusz by nie przystał: "A nawet im bardziej staję na głowie, tym więcej robię nowych wynalazków". Jak na przykład budyń przygotowany z bibuły, prochu i laku. To, że pozycja głową w dół sprzyja inwencji twórczej, z pewnością przemawia za teorią wzajemnego oddziaływania ciała i umysłu.
   Inny doniosły filozoficznie fragment w książce o Drugiej Stronie Lustra dotyczy snów. Tirli Bom, Tirli Bim i Alicja obserwują Czerwonego Króla, który śpi tak, że, jak zauważa Tirli Bom, mało sobie głowy nie odchrapie:
   - Coś mu się śni - powiedział Tirli Bim. - Jak myślisz, co mu się może śnić? - Alicja odrzekła: - Tego nie można wiedzieć. - Owszem, ty mu się śnisz! - zawołał Tirli Bim, triumfalnie zaklaskawszy w dłonie. - A jeśli by przestał o tobie śnić, to gdzie byłabyś, jak myślisz? - Tu, gdzie jestem, przecież to oczywiste! - powiedziała Alicja. - Akurat! - odparł jej pogardliwie Tirli Bim. - Nigdzie by cię nie było. Przecież jesteś po prostu czymś, co jemu się śni! - Gdyby ten Król się obudził - dodał Tirli Bom - to byś po prostu zgasła - pach! - jak świeca. - Wcale nie! - krzyknęła oburzona Alicja. - Poza tym, skoro ja jestem po prostu czymś, co jemu się śni, to ciekawe, czym wy jesteście? - Tymże - powiedział Tirli Bom. - Tymże, tymże! - zawołał Tirli Bim.
   Czerwony Król pełni funkcję Boga z filozofii biskupa Berkeleya, dla którego drzewo w lesie istnieje także wówczas, gdy nie ma ludzi, którzy je postrzegają. Istnieć to być postrzeganym, ostatecznie przez umysł Boga - lub Czerwonego Króla. Kiedy Lewis Carroll w ten sposób bawi się idealizmem, celnie odsłania jego trudności:
   Krzyknął tak głośno, że Alicja mimo woli szepnęła: - Cicho! Jak będziesz tak hałasował, to jeszcze go zbudzisz. - Już ty nie gadaj o zbudzeniu go - rzekł Tirli Bom - kiedy jesteś tylko jedną z rzeczy, co mu się śnią. Przecież wiesz, że nie jesteś prawdziwa.
   Dochodzimy tu do głównego zagadnienia filozofii - problemu natury rzeczywistości - i stajemy, jak wszyscy filozofowie, wobec groźby subiektywności wiedzy (położenia ego-centrycznego). Jak mogę być pewien realności czegokolwiek poza moimi własnymi doświadczeniami? Alicja odwołuje się do szeroko przyjmowanego kryterium odróżniania rzeczywistości od snów:
   - Jestem prawdziwa! - powiedziała Alicja i rozpłakała się. - Nie staniesz się prawdziwsza przez to, że płaczesz - zauważył Tirli Bim. - Nie ma powodu do płaczu. - Gdybym nie była prawdziwa - rzekła Alicja, na wpół uśmiechając się przez łzy, takie to się wydawało śmieszne - to nie mogłabym płakać. - Chyba nie wyobrażasz sobie, że to są prawdziwe łzy? - przerwał jej Tirli Bom tonem najwyższej pogardy.
   Jeżeli wszyscy istniejemy w umyśle Berkeleyowskiego Boga, podobnie jak Alicja, Tirli Bom i Tirli Bim istnieją w drzemiącym umyśle Czerwonego Króla, to również łzy będą istnieć w umyśle Boga - i we śnie króla. Tirli Bom okazuje się na tyle dobrym filozofem, by dostrzec, że ostatnie słowo należy tu do biskupa Berkeleya.
   Alicja sądzi, że jej uwaga jest trafna. Sny są przeważnie mniej uporządkowane niż doświadczenia na jawie. W istocie urok snów polega na tym, że obowiązujące prawa są tam łamane w zachwycająco nieoczekiwany sposób. Ten urok jest podstawą obu książek Lewisa Carrolla, bowiem w obu Alicja w ostatnim rozdziale budzi się ze snu. Podczas snu, jak dowodzi Alicja, płacz nie mógłby wywołać łez (choć czytelnik przypomina sobie, że wywołał całe ich morze w Krainie Czarów!), a ponieważ one istnieją, dziewczynka nie może być częścią snu Czerwonego Króla. Co jednak wówczas, gdy sny są uporządkowane? Czy można uciec od subiektywizmu? Problem jest stary i ma wiele postaci. Pełni wątpliwości pozostawiamy go w zawieszeniu, tak jak uczynił to Lewis Carroll i jak czyniono to - moim zdaniem - w całych dziejach filozofii.
   
   Lewis Carroll jest niedościgniony, kiedy rozważa czas. Kraina po Drugiej Stronie Lustra jest miejscem, gdzie czas biegnie do tyłu. Wychodząc od żartobliwej wzmianki dotyczącej pamięci, autor zgłębia dziwaczny charakter kary w tej krainie.
   - A Wasza Królewska Mość jakie rzeczy pamięta najlepiej? - ośmieliła się spytać Alicja. - Ja najlepiej pamiętam to, co zdarzyło się w tygodniu, który nastąpi po najbliższym - odpowiedziała niedbale Królowa. - Na przykład teraz - ciągnęła, umieszczając sobie duży kawał plastra na palcu - Królewskiego Gońca, który odsiaduje karę w więzieniu; a proces zacznie się dopiero w przyszłą środę; a przestępstwo popełni oczywiście na samym końcu. - A jeżeli go nie popełni? - spytała Alicja. - To tym lepiej, no nie? - odparła Królowa, przewiązując sobie plaster na palcu kawałkiem tasiemki. Alicja nie mogła temu zaprzeczyć. - Pewnie, że tym lepiej - odrzekła - ale nie tym lepiej, że został ukarany. - Tu się bardzo mylisz - odparła Królowa. - A ty byłaś karana? - Tylko za przewinienia - rzekła Alicja. - I oczywiście tym lepiej się potem zachowywałaś! - stwierdziła z triumfem Królowa. - Owszem, ale cała różnica polega na tym, że ja zrobiłam to, za co mnie ukarano! - rzekła Alicja. - Ale gdybyś nie zrobiła - rzekła Królowa - to byłoby jeszcze lepiej! Coraz lepiej, lepiej i coraz lepiej!
   Alicja jest pewna, że gdzieś tu kryje się błąd. Przychodzi nam na myśl opowiastka o złym ojcu, który sprawiał synowi lanie za bójki. Kiedy chłopiec przysięga, iż z nikim się nie bił, ojciec odpowiada, wciąż tłukąc go szczotką do włosów, że nawet jeśli nie bił się dziś, to z pewnością wkrótce wda się w jakąś bójkę. Jeśli nie zaakceptujemy tego niepokojącego podejścia rodzica do "kary", to będziemy podobnie jak Alicja oburzeni karą stosowaną przed występkiem. Jak cesarz Japonii mógłby dostosować karę do przewinienia w takim świecie?
   To po prostu nie ma sensu. Kara istnieje w Bergsonowskim czasie-o-określonym-kierunku. Jak wie każdy, kto oglądał filmy puszczane do tyłu, większość ludzkich działań po odwróceniu biegu traci swoje znaczenie na tyle, że aż wydają się komiczne. Jedną z popularnych rozrywek w początkach kina było puszczanie do tyłu filmu, na którym jakiś człowiek zjada stek. Bergson miał wiele do powiedzenia na temat pamięci: musiałby się ubawić uwagą Królowej, iż najlepiej pamięta ona rzeczy, które się zdarzyły w tygodniu mającym nastąpić po najbliższym. Przeszłości i przyszłości nie da się zamienić miejscami. Widać to wyraźnie w dalszym ciągu opowieści, kiedy to Alicja, Król, Lew i Jednorożec siadają, by rozkoszować się ciastem, które Alicja ma pokroić:
   Alicja usiadła na brzegu małego strumyczka, z wielkim półmiskiem na kolanach, i zawzięcie dydoliła tym nożem. - To naprawdę irytujące! - odpowiedziała Lwu (...). - Co ukroję parę kawałków, to one się z powrotem zrastają! - Bo nie umiesz się obchodzić z Lustrzanym plackiem - rzekł Jednorożec. - Najpierw trzeba rozdać go, a potem kroić.
   Wydawało się to bez sensu, lecz Alicja bardzo posłusznie wstała, obniosła półmisek i gdy to robiła, ciasto samo podzieliło się na trzy części. - Teraz możesz je pokroić! - rzekł Lew, gdy wróciła na swoje miejsce z pustym półmiskiem.
   Alicja siada zadziwiona, nie tylko dlatego, że sama nie ma ciasta, ale również dlatego, iż bardzo trudno jest pokroić ciasto, którego nie ma. Nawet nasz stary znajomy - zbiór pusty - nie pomógłby w tej sytuacji. Krojenie ciasta to czynność, która wybiega niecierpliwie w przyszłość - odwróćcie ją, a stracicie i sens, i ciasto. Bergson miał rację.
   Gdy rozważamy czas, to jeszcze jedno zdarzenie po Drugiej Stronie Lustra zasługuje na szczególną uwagę. Ma ono związek z plastrem, który Biała Królowa przykleja sobie na palec, wykładając teorię kary w swoim świecie. Zarzuty Alicji wobec tej teorii ucina okrzykiem:
   - Och, och, och! - krzyczała Królowa, tak wymachując dłonią, jakby ją chciała strzasnąć. - Krew leci mi z palca! Och, och, och, och! - Jej wrzaski tak dokładnie przypominały wycie lokomotywy, że Alicja musiała zakryć sobie uszy rękoma. - Co się stało? - spytała, gdy tylko zaistniało prawdopodobieństwo, że ją znów słychać. - Czy ukłułaś się w palec? - Jeszcze się nie ukłułam - rzekła Królowa - ale za chwilę się ukłuję... och, och, och! - Kiedy zamierzasz to zrobić? - spytała Alicja i zebrało jej się na śmiech. - Kiedy znów będę sobie przypinać szal - jęknęła biedna Królowa - zaraz broszka mi się odepnie. Och, och! - Przy tych słowach zapięcie broszki odskoczyło i Królowa złapała ją w popłochu, próbując z powrotem zapiąć. - Ostrożnie! - krzyknęła Alicja. - Źle ją trzymasz! - i sięgnęła po broszkę, ale już było za późno: szpilka się obsunęła i ukłuła Królową w palec. - No widzisz! Dlatego krwawi - powiedziała do Alicji z uśmiechem. - Teraz już rozumiesz, jak się to dzieje. - Ale dlaczego Wasza Królewska Mość teraz nie krzyczy? - spytała Alicja, trzymając uniesione ręce w pogotowiu, żeby sobie znów zakryć uszy. - Bo już się nakrzyczałam - odparła Królowa. - Po co miałabym zaczynać od początku?
   Można by żyć w świecie, w którym krzyki i ból wyprzedzają ukłucie szpilką. Mamy tu czas odwracalny, którego bronią mechanicyści, dziwny tylko dlatego, że błędnie rozumiany. Z tak pojętego schematu czasowego należy bowiem usunąć działania celowe (purposeful significances), takie jak na przykład łapanie broszki po to, aby ją zapiąć. Taki świat jest możliwy: bronili go niektórzy filozofowie, od Demokryta, poprzez Spinozę aż do współczesnych. Nie jest natomiast możliwy świat, w którym ciasto kroi się samo.
   Ostatni z fragmentów dotyczących czasu również jest związany z nieszczęsną, potarganą Białą Królową, która nie może ułożyć prosto swojego szala i która tak zaplątała szczotkę w swoich włosach, że musi ją wyplątać Alicja. Dziewczynka dziwi się, czemu Królowa nie zatrudnia pokojówki, by o nią dbała:
   - Bardzo chętnie cię przyjmę - rzekła Królowa. - Dwa pensy tygodniowo i dżem co drugi dzień. - Alicja odpowiedziała, nie mogąc powstrzymać śmiechu: - Ja wcale nie szukam pracy - i nie lubię dżemu. - To bardzo dobry dżem - rzekła Królowa. - W każdym razie dziś nie mam na niego ochoty. - Dzisiaj nie dostałabyś go, choćbyś i chciała - odrzekła Królowa. - Zasada jest taka, że jutro będzie dżem i wczoraj był dżem, ale nigdy dzisiaj. - Musi czasem wypadać, że dżem jest dzisiaj - zaprotestowała Alicja. - Nawet nie mogłoby - odparła Królowa. - Dżem jest co drugi dzień, a dziś nie jest co drugi dzień, prawda? - Nie rozumiem - rzekła Alicja - to strasznie zawiłe.
   I rzeczywiście tak jest. Trudność bierze się częściowo z gry słów, która jest jednym z ulubionych sposobów Lewisa Carrolla na rozbawianie dzieci. Po części jednak jest to również problem filozoficzny: skąd wiemy, kiedy teraźniejszość staje się przeszłością, a przyszłość teraźniejszością? Opisując czas na kształt siodła, James zastanawiał się właśnie nad tą kwestią. Wprawia ona w niepokój także idealistę, z chwilą gdy uświadamia on sobie, że nigdy nie może poznać teraźniejszości: poznanie oznacza bowiem uczynienie przedmiotem myślenia, a więc odsunięcie w przeszłość. Czy kiedykolwiek możemy poznać teraźniejszość? Czy możemy dostać dżem w dzisiejszości jutra? Jutro ze swej natury musi nadejść, a zarazem z definicji nie może nigdy nadejść. Królowa obiecuje Alicji dżem, ale w tych samych słowach oznajmia jej, że nigdy go nie otrzyma. Oto jeden ze słynnych paradoksów dotyczących czasu.
   Radość, jakiej Lewis Carroll dostarcza z jednej strony logikom i filozofom, a z drugiej - rodzicom i dzieciom jest niecodzienna, wyszukana i niewyczerpalna. Przyjemnie jest odkrywać wciąż nowe bogactwa, po raz kolejny wczytując się w Alicję w Krainie Czarów oraz w Po Drugiej Stronie Lustra. Warto choćby rozważyć wspaniałą opowieść Susła o trzech siostrach, które mieszkały na dnie studni z syropem - i były tam już od stu dni. Uczyły się rysować i "rysowały sobie różne rzeczy (...) wszystkie zaczynające się na M (...), jak myszołapki i miesiączek, i masło... wiecie, że masło może być maślane... i mnóstwo...". Czy próbowaliście kiedyś narysować mnóstwo? Od tego tekstu mogłaby wziąć swój początek cała teoria estetyczna. Warto by też zastanowić się nad spotkaniem Alicji i Gąsienicy z Krainy Czarów, czy nad niezwykłą pogawędką pomiędzy Alicją, Białą Królową i Czerwoną Królową podczas uczty w Po Drugiej Stronie Lustra.
   Kiedy Alicja opowiedziała siostrze o wszystkich swoich zadziwiających przygodach, ta odrzekła: "To był rzeczywiście niezwykły sen, moja miła! Ale teraz biegnij na podwieczorek, bo już robi się późno". Więc Alicja wstała i pobiegła, chociaż nic dziwnego, że biegnąc wciąż myślała, jaki to był cudowny sen.
   Nic bardziej cudownego. O ile ten artykuł ma jakiś cel (porpoise), to jest nim nakłonienie czytelników do poddania się wyjątkowemu urokowi świata Lewisa Carrolla i skierowanie ich w ten sposób ku przyjemnościom filozofii i logiki. Nie dajcie się zwieść nieuchwytności dżemu Alicji. Nie odkładajcie rozkoszy filozofii na jutro. Korzystajcie z nich już teraz: jeszcze dziś wieczór sięgnijcie po książki Lewisa Carrolla.
   
Tłum. Marcin Iwanicki i Marek Osmański
   
   ROGER W. HOLMES (1905-1998), amerykański logik i matematyk. Zainteresowany początkowo filozofią polityczną, poświęcił się następnie logice. Zajmował się również pedagogiką; był założycielem Hampshire College. Publikował w wielu renomowanych czasopismach, m.in. w "Journal of Philosophy" oraz "Philosphical Review". Autor takich prac jak: The Rhyme of Reason, The Idealism of Giovanni Gentile, Excercises in Logic and an Outline of Logic.



Przypisy:
   1 Wszystkie cytaty podajemy w przekładzie Roberta Stillera.
   2 Niemożliwa do oddania gra słów: porpoise - morświn, kołysać się na wodzie; purpose - cel.

2003 SIW Znak, Piotr Poniedziałek
Wykonanie baz danych oraz obsługa techniczna Verbanet s.c.